10:24 PM

Tak oto kończy się historia...

...tak oto historia się zaczyna...!
Wciąż nie mogę uwierzyć, że jesteśmy we trójkę. Wciąż nie mogę uwierzyć, że mój synek jest z Nami... Każdego dnia jest coraz bardziej nasz, każdego dnia coraz lepiej się rozumiemy...
Mały powoli wyczuwa, że jestem Jego mamą. To tak piękne uczucie. Liże mi całą twarz i robi dzióbek jakby chciał się całować i tylko mi ssie skórę nad obojczykiem. Tak się uspokaja. Myślę, że coś sobie kompensuje tym zachowaniem, bo wiem, że w pogotowiu tak nigdy nikomu nie robił.
Byliśmy dziś u pediatry. Nasz Koteteczek waży 7440g, czyli przytył od maja 1240g. Wszystko jest ok, ale profilaktycznie poprosiłam o skierowanie do neurologa, bo mały prawie nie gaworzy ( wiem, jestem walnięta i przewrażliwiona...). Cały dzień gadałam do Niego : "a guuuu", "baaaa", "maaaa".
To na dobranoc mi odpowiedział: "łiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii ggguuuuuuuuu".
Za to strasznie dużo wydaje innych odgłosów, pisków, buczeń, mruczeń i śmiechów. Każdego dnia śmieje się więcej. Kilka razy zanosił się śmiechem w głos. Uwielbiam to. Kocham te momenty.
I te kiedy wtula się we mnie. Takie maleństwo, a obejmuje mnie za szyję tak mocno ( i tylko mnie), że jak idę, to wystarczy, że trzymam Go pod pupką ( no bo ma 3 miejsca przyczepu - dwie rączki wokół szyi i oczywiście przysanny jest do skóry nad obojczykiem).
A gdy mówię do Niego: "Syyynuuuśśś, mój Kotusiu, jesteś nareszcie". To uśmiecha się, jakby rozumiał.  Uwielbia być fotografowany i jest mega fotogeniczny. Taki piękniś, że hoho (dziecko z reklamy!). A jego ulubioną zabawą jest narzucanie sobie pieluszki na głowę :) (wie po prostu jak pozować dla bloga :P)
Czytałam mu też naszą bajkę o adopcji, słuchał jak zaklęty.

To takie niesamowite. Takie niesamowite, że On jest. Tak naprawdę.

Czuję się utkana z miłości.


(No ale jak się nie czuć utkaną z miłości mając na wyłączność i własność taki widok???)

Na koniec dzisiejszego posta chcę Wam wszystkim gorąco podziękować. Chciałam zrobić listę osób, które mnie wspierały, ale okazuje się, że jest ich tak wiele, że na pewno bym kogoś przeoczyła i z tych moich podziękowań byłoby więcej smutku niż pożytku...
DZIĘKUJĘ wszystkim!
-za po prostu bycie przy mnie - bliskie, namacalne i dalekie, mentalne
-za wzmocnienia w postaci słów,maili, komentarzy, czynów, gestów
-za prezenty te robione ręcznie, te dawane od serca
-za modlitwę
-za czas
- za pozytywne myśli
- za zainteresowanie
- za zrozumienie

Bez Was to mogłoby się nie udać. Jesteście i będziecie częścią mojej drogi po dziecko. To była długa i trudna droga. Czasem błądziłam. Czasem chciałam uciec. Dziś wiem, że pojawialiście się na tej mojej drodze, jak drogowskazy, jak anioły - które dodawały mi skrzydeł, gdy nie miałam siły już iść.
Z całego serca, niezwykle teraz poruszonego i wzruszonego - DZIĘKUJĘ WAM....!!!
Ryczę.

2:40 PM

Mój synku...mój mały...

...Ty jesteś doskonały....

Jesteśmy od czwartku we trójkę w domu. Nie pisałam, bo naprawdę, naprawdę nie mam czasu...ani... sił :P
Pewnie tego posta też będę pisać na raty, ale mam nadzieję, że uda mi się go wrzucić do wieczora :)
No to od początku.

W zeszły piątek - 20.06. - zapoznaliśmy się z dokumentami naszego Malucha. Nie obyło się bez informacji trudnych i trudniejszych. O tym się rzadko pisze na blogach, pozwólcie, że i jak zachowam te informacje dla siebie. Od początku wiedziałam, że to O N. Czułam to w środku. Czułam pewność i pragnienie pójścia dalej... Mąż też.  Ośrodek był już przygotowany na nasze "TAK" - był umówiony z pogotowiem opiekuńczym, w którym od urodzenia przebywał nasz Mały.
Mieliśmy 0,5h bezczynnego czekania przed sobą, aż nastąpi "godzina zero". Ja zwiedziłam w związku z tym kibelek ze 3 razy. A mąż bujał się, jakby miał chorobę sierocą. No i na zmianę śmialiśmy się i milczeliśmy.
Droga do pogotowia trwała kilka minut dosłownie, ale pomimo, że mąż prowadził auto i zawsze, ale to zawsze, świetnie orientuje się w przestrzeni, żadne z nas nie potrafiło tej drogi odtworzyć.
Weszliśmy do tymczasowego domu Małego (przerwa - właśnie Szkrabik się obudził, nakarmiłam Go, odbiłam, położyłam na chwilkę na matę edukacyjną, żeby nie ulał), dom bardzo ładny i czysty. Razem z naszym Miśkiem było 6 dzieci w różnym wieku ( jedno jeszcze poniżej roku, jedno poniżej 2 lat), ale wyszły na spacer, żebyśmy przeżyli naszą wielką chwilę jak najbardziej intymnie. Poznaliśmy się z opiekunką, coś do nas mówiła, ale nie mam pojęcia co. Ręce mi się pociły i kątem oka zerkałam na stojące pod oknem łóżeczko. Całe moje ciało zastygło.
"Mały teraz śpi, nie budźcie go, to potem będzie pogodniejszy" - powiedziała zastępcza ciocia.
Mnie zamurowało, myślałam, że wrosłam w krzesło, na którym siedziałam. Miałam wrażenie, że nie mogę ruszyć ani ręką, ani nogą, że zaraz przestanę też oddychać.
"Możecie go zobaczyć, podejdźcie do łóżeczka".
Jednak ciało działało. Zerwałam się równe nogi, mąż też (oczywiście teraz, gdy to piszę oczy zaczynają się szklić i dławi mnie w gardle). Podeszliśmy do łóżeczka...
Wtedy Go zobaczyłam. Mojego synka. S Y N K A. Aniołka. Piękniejszego od wszystkich innych dzieci (przerwa - na "kocham Cię", tulenie, pieszczoty, obślinienie, zmianę pozycji, zmianę miejsca, zabawę). Nie ściemniam. Nie projektuję. Jak Go zobaczyłam to serce mi ścisnęło się jak balonik, z którego uszło powietrze. Zaczęłam szlochać, strasznie głośno, nie mogłam się uspokoić. Mąż mnie przytulił. Nie mogłam nic powiedzieć. A mój mały, mój Synek, spał tak słodko, tak spokojnie oddychał... Wszystko stało się jasne, proste, zrozumiałe. I niech hejtują moje słowa hejterzy - magia tej chwili pozostanie we mnie na zawsze. Chwila, w której pierwszy raz zobaczyłam moje wybłagane, wytęsknione, wyczekane, wymodlone, najpiękniejsze i zupełnie moje...moje dziecko...
Szlochałam i szlochałam, aż zdałam sobie sprawę, że z tyłu, za nami, są ludzie - dyrektor Ośrodka i zastępcza ciocia.
"Udziela mi się" - doszły do mojego ucha słowa dyrka.
"Mi też" - odpowiedziała zastępcza ciocia.
Odeszliśmy od łóżeczka. Siedliśmy do stołu. Uspokoiłam się (właśnie mój synek szarpnął zabawkę, która zaczęła grać i ze zdziwienia otworzył buźkę, a w kąciku ust pojawił się ten najsłodszy uśmiech świata). Przeprosiłam współtowarzyszy za emocje ( wcale nie było mi wstyd ). 5 minut później, najpiękniejsze małe rączki świata zaczęły szarpać zawieszoną nad łóżeczkiem grzechotkę pszczołę. Tym razem nie czekaliśmy na pozwolenie. Podbiegliśmy do łóżeczka i spojrzały na mnie dwa najśmieszniejsze i najcudowniejsze oczka świata.
"Czeeeeeeeeśśśśćććć syneczku" - wyszeptałam - "Już jestem" (przynajmniej tak mi się wydaje, coś w tym guście powiedziałam) - wtedy mój synek sprzedał mi, wart miliona dolarów, najbardziej wyczekany, jedyny w swoim rodzaju, najsłodszy uśmiech świata. Potem spojrzał na swojego tatę i zrobił to samo. Jakby chciał powiedzieć - "No, nareszcie rodzice jesteście, czekałem".
Wzięłam Go na rączki. Zaczął ssać mi skórę nad obojczykiem. A mi przeszły ciarki. Po spaniu był głodny, więc Go nakarmiłam pierwszy raz. Później na ręce wziął Go mąż.
Mało do mnie docierało, ale jak na mnie i tak byłam ogarnięta, dzięki Ani - koleżance, którą poznałam przez tego bloga - miałam przygotowany zestaw pytań ( dziękuję Aniu :*). Niestety nie zapisywałam odpowiedzi :P Więc części zupełnie nie pamiętam. Dobrze, że zapisałam rytm dnia Bąbelka. Choć nie ukrywam, że nie do końca u nas ten rytm się potwierdza.
Po godzinnym spotkaniu musieliśmy wrócić do Ośrodka. Naprawdę nie pamiętam po co :P Coś ważnego to było... A potem z powrotem do naszego Synusia. Ciocia pozwoliła nam przyjeżdżać codziennie i przebywać z Małym od rana do wieczora. Już w piątek byliśmy pierwszy raz na spacerze. Przyjeżdżaliśmy codziennie i mały, wydawało się, że zaczyna nas kojarzyć. Do nas się uśmiechał, a przestawał reagować na znane mu otoczenie z taką radością jak wcześniej. W sobotę kapałam Go pierwszy raz i mogłam zobaczyć moje CUDO w całej okazałości. Jest małym zmarźlakiem, ma to po mnie. Co prawda w pogotowiu opiekuńczym było chłodno, u nas już tego nie dostrzegam, ale tam zawsze, gdy Go przebierałam, drżała mu dolna warga. Chyba Go to rozśmieszało, bo był zawsze przy tym bardzo uśmiechnięty.
W poniedziałek nie byliśmy u Malucha - za względu na to, że odległość naszego miejsca zamieszkania od pogotowia to przeszło 250km - musielismy wyjechać załatwić urzędowe sprawy związane z adopcją, a raczej powierzeniem pieczy. Konieczne okazało się odnowienie zaświadczeń o zarobkach i każdy z nas musiał jakoś załatwić sobie urlop. Ja napisałam wniosek o urlop wypoczynkowy, którego  nie wykorzystałam, bo podczas ferii leżałam w szpitalu lub ewentualny urlop bezpłatny. Mój dyrek bez problemu zgodził się na urlop wypoczynkowy, nawet mnie wyściskał ( mam wyrzuty sumienia za poprzednią wrzutę na jego temat...). Napisaliśmy wniosek o powierzenie pieczy i we wtorek o 4 rano wyruszyliśmy w stronę Słońca. Naszego, prywatnego Słoneczka :)
O 9.30 byliśmy w Biurze Podawczym, a o 10 już u Misiaczka. Płakać mi się chciało, jak Go zobaczyłam. Cały poniedziałek sprzątałam, robiłam zakupy, prałam, prałam i prałam, i nie spodziewałam się, że aż tak bardzo stęsknię się za synkiem. Mały nie cieszył się na nasz widok tak, jak wcześniej. Wydawał się nawet lekko obrażony. Ciocia zastępcza poinformowała nas, że dziś pierwszy raz od Jego urodzenia nie przespał całej nocy. Obudził się o 23 i zaczął żałośnie, i długo płakać. Nic nie mogło Go uspokoić. Przestał też jeść tak jak wcześniej. Synuś jest naprawdę dużym dzidziusiem, nosi ubranka na 6-9 miesięcy, a ma dopiero 4. Jadł dużo i szybko. gdy karmiłam Go pierwszy raz wytrąbił 150ml w 5 minut. Od poniedziałku karmienie trwało godzinę, mały rozglądał się, prężył, denerwował, pluł... Tak stał się bardzo, bardzo niespokojny.
We wtorek wzięliśmy Go na spacer naszym wózkiem. Wpadł w taką histerię, że nic nie mogło Go uspokoić. Musieliśmy się wrócić do domu. Wypił drugą porcję mleka. Usnął mi na rękach, włożyliśmy Go do wózka i pojechaliśmy na obiad ( nota bene prawie nic nie jedliśmy przez tydzień :P).  Spędziliśmy więc pierwszy pobyt w restauracji we troje. Mały oczywiście się obudził, bo miał wielgaśne kupsko (to też po mamie :P) , a restauracji kibelek wielkości schowka na miotły... Dobrze, że było gorąco to udało nam się znaleźć osłonięte od wiatru miejsce i przebrać Bąbla. Wydawało mi się wtedy, że to już największy hardcore mam za sobą :) :P
We wtorek i środę nie było decyzji sądu. Denerwowaliśmy się, bo chcieliśmy już wracać do domu, a i w pogotowiu zrobiło się nazbyt tłoczno i ciocia bardzo chciała, żeby nasz  synek zwolnił już niemowlęce łóżeczko  dla kolejnego niemowlaka...
W czwartek rano zadzwonili, że jest decyzja i że możemy się pakować. Łzy stanęły mi w oczach. Nie obyło się bez strachu i lęków ( taki nowy wymiar lęków, którego do tej pory nie znałam). Przed nami była dłuuuuuga droga. Zaopatrzeni więc w termos,podgrzewacz do butelek pod zapalniczkę samochodową, dwie butle z gorącą wodą ukryte w ubraniach, żeby zapobiec ochłodzeniu ruszyliśmy do domku (jest już 14, zaczynałam pisać posta o 8 :P). Moglibyśmy wykarmić tym mlekiem żłobek dzidziusiów. A nasz Synek...przespał całą podróż. Obudził się, gdy minęliśmy znak terenu zabudowanego w naszym mieście.
Pierwsze dni są ciężkie. Kłamałabym, gdybym powiedziała, że jest inaczej. Mały po przyjeździe był bardzo niespokojny. Nie chciał w ogóle jeść ( 5h nie jadł ), ciągle ulewał ( choć nic nie jadł ), darł się wniebogłosy, nie chciał spać. W pogotowiu usypiali Go zostawiając w łóżeczku, więc ostatecznie 21.30 zostawiłam Go i z oczami pełnymi łez siadłam na krześle obok łóżeczka, tak żebym ja Go widziała, a On mnie nie. Usnął w przeciągu pół godziny i spał do 6.30.  Dziś sytuacja się powtórzyła. Jest więc taka jak mówiła ciocia z pogotowia - mały przesypia całe noce. Aniołek.
W poniedziałek idziemy do lekarza, bo nie podoba mi się, że mały jest ciągle głodny. Ma 4,5miesiąca, a jeszcze nie ma wprowadzonych żadnych pokarmów poza mlekiem. Ja nie chcę go od razu stresować dodatkowo zmianą pożywienia, ale chyba muszę zacząć dodawać kleik ryżowy do mleka, bo potrafi zjeść 240ml co 2h i jeszcze krzyczy, że jest głodny ( a potem i tak ulewa), muszę robić śmieszne miny, żeby Go czymś zająć i żeby zapomniał o jedzeniu.  Do tego jest szczupły, ale bardzo długi. Może coś źle przyswaja...nie wiem...
Gdy byliśmy zarejestrować Małego do lekarza musieliśmy podać jego stare dane i wytłumaczyć sytuacje. Nie spodziewałam się tak miłego przyjęcia. Dostaliśmy z przychodni prezenty ( i to nawet 2) dla dzidziusiów i ich mam. Nie było też terminu na poniedziałek, ale dla "wyjątkowego dziecka jest wyjątkowe traktowanie" ( zacytowałam panie z przychodni).

Poza tym Myszka nasza jest pogodna. Lubi jak mu śpiewam, uwielbia się całować ( czyni to z tatusiem, mamusia się tylko tuli, bo boję się, że gdzieś we mnie jest jeszcze mononukleoza), przytulać, gilać i pieścić. Uwielbia kąpiele, przebieranie, czyszczenie noska Fridą Go fascynuje ( najchętniej zjadłby to urządzenie). Płacze najczęściej ze zmęczenia i głodu.No dobra - wtedy wyje ;P
Kocham Go. Naprawdę. Jestem tego pewna. Mąż oszalał na Jego punkcie i pomaga mi rewelacyjnie. Nie mogę się nadziwić...Nie mogę... że to już się stało... Powtarzam Małemu co chwilę, jak bardzo Go kocham, jak bardzo tęskniłam, jak bardzo, bardzo szukałam Go. Układam milion śpiewanych wymyślanek na poczekaniu :) Dziś na topie jest:

Mój synku, mój synku,
Ty jesteś świata Drobinką,
Drobinką najważniejszą,
Mamusinym powietrzem.

Mój synku, mój mały,
Ty jesteś doskonały,
Przeszukałam świat cały,
byś stał się mój, mój Mały! :)

i....(to z pokazywaniem)

Moje rączki, moje nózie,
moje oczka, moja buzia,
moje uszka i pępuszek,
to jest właśnie mój Maluszek.


Co mogę Wam powiedzieć więcej... Mam pełną rodzinę. Jestem zmęczona. Trochę przerażona. Jeszcze się do końca nie rozumiemy. Pewnie jeszcze nie raz z bezradności będę płakać. Pewnie jeszcze nie raz zwątpię w siebie jako matkę.
Jestem szczęśliwa. Mam wszystko.

To właśnie jest MIŁOŚĆ.













8:41 PM

To nasz syn!!!

To nasz malutki. Milion znaków na niebie i ziemi pokazało nam, że to ON.
Nasz synek.
Mój mąż oszalał na Jego punkcie. Jest taki dumny. Nie dziwię się - Mały to cały ON! :) Wszyscy to mówią :)
Byliśmy z Nim dziś 5h. Jutro jedziemy na cały dzień, pojutrze też. Ponoć za tydzień będziemy mieć Go w domku...
Dziś nie jestem w stanie napisać więcej, wybaczcie.
A to jedno z naszych pierwszych wspólnych zdjęć...Nieostre, ale kto zwracałby dziś na to uwagę?

3:52 PM

Tak, tak...zadzwonił TELEFON.

Dziś, właśnie dziś o godzinie 10.34, na lekcji biologii z klasą 2 gimnazjum zadzwonił do mnie TEN telefon. Coś czuję, że to TEN ostateczny telefon.
Czeka na nas chłopiec, ma 4 miesiące, w piątek rano jedziemy oglądać dokumenty.

8:36 PM

Cóż...

Nic nowego się nie dzieje. Nie miałam weny, by pisać. Wciąż śnią mi się dzieci. Ostatnio jako anioł latałam po niebie i szukałam mojego dziecka-aniołka. I znalazłam dużą już dziewczynkę. Wręczyła mi moją starą kartkę z życzeniem- "chciałabym mieć córkę". I powiedziała- "I jestem mamo".
Szaleństwo. W głowie mi się po prostu pieprzy. Wokół same ciąże, nie idzie uciec od tematu dziecka.

Dziś, kolejny raz, przekonałam się, że nie warto być uczciwym. Dyrektor poprosił mnie na rozmowę i oświadczył mi, że w związku z moim planowanym macierzyńskim zatrudnił kobietkę na moje miejsce. WTF?????????????????? Przecież ja nie mam terminu porodu... Wściekłam się. Pytam więc, jak on to sobie wyobraża.Co jeśli do września nie zadzwonią? Zmieni mi umowę na pół etatu,a potem będę dostawać na macierzyńskim połowę pensji? I to mi funduje po 6 latach pracy u niego? Taka zapłata za szczerość i prawdomówność?
Od razu oświadczyłam też, że żadnej umowy innej nie podpiszę. I że chcę wrócić na swoje stanowisko i na swoją liczbę godzin. Więc umowa między nami wygląda tak, że umowa o pracę mi się nie zmieni (a mam na czas nieokreślony), ale w ramach prowadzonej przeze mnie chemii będę wykonywać prace administracyjne. Zobaczymy  co z tego wyjdzie. Choć mam ogromną nadzieję, że nic. Bo od września będę już mamą. Albo i wcześniej.
W związku z powyższym zadzwoniłam do ośrodka. Tym razem rozmawiałam z prowadzącym nas dyrektorem ( który zawsze był bardzo małomówny i daleki od jakichkolwiek obietnic). Opowiedziałam mu o snach, że czuję, że nasze dziecko już na nas czeka, że to nie może być przypadek. Odpowiedział mi po chwili wahania:" No to ma pani prorocze sny". Zmiękły mi nogi. Zapytałam, czy to znaczy, że nie możemy planować wakacji? Powiedział, że mamy planować... chyba, że chcemy wyjechać na miesiąc albo i więcej to mamy ich poinformować." O nie, nie, nie. Najwyżej tydzień, nie więcej" - szybko odpowiedziałam. "Mamy dużo dzieci, ale na razie nie dla was" - to były jego ostatnie słowa. No ...prawie. W sumie wymusiłam na nim obietnicę, że do naszej rocznicy zadzwonią ( 14  sierpnia). Trochę z przymrużeniem oka powiedział: "Yhhmmmm".

A poza tym w zeszły czwartek odwiedziliśmy Kasię i jej chłopaków. Robiłam im zdjęcia i jedliśmy hamburgery własnej roboty oraz zupę krem z kukurydzy. Mały Kasi dostał od nas pchacz i zasuwał po całym mieszkaniu zanosząc się od śmiechu. Coś cudownego. Byliśmy też na plaży.

A gdy wieczorem szliśmy do domku, spotkaliśmy trzy jeże. Oto pierwszy z nich. Oczywiście - odebrałam to jako kolejny znak ( książka Kotowskiej).
W piątek odwiedziłam koleżankę od bliźniaczek. Miałam mega doła, więc wypiłyśmy po małym piwku. Nie pomogło :(
A w sobotę robiłam sesję ślubną. Wróciłam do domu późno, koło 2 w nocy. Niedzielę spędziłam na przerabianiu zdjęć.



10:22 PM

Bursztynek...bursztynek...

Dziś po pracy był spontan. Pojechaliśmy nad morze, bo mężuś chciał się wykąpać w morzu. Było cudownie. Zbierałam bursztyny, których było mnóstwo po sztormie.


Po powrocie znad morza miałam taki dobry humor. Więc mój Skarbuś musiał mi go zepsuć :) Stwierdził, że w domu jest syf, a ja nic nie robię. I uwaga, z ust mojego męża padł tekst roku:
"Czy Ty uważasz, że można być szczęśliwym z kimś, kto ma brudno w szafie?"
 Czy On nie jest po prostu niezwykły? :)
A cóż...w szafie zawsze mam burdel. Nawet jak mam czysto to za chwilę mam burdel.

A dziś w nocy śnił mi się mały, 6-cio miesięczny chłopiec o imieniu Tomek. Mojej siostrze oddała go moja koleżanka, a ja ją prosiłam, żeby go nie adoptowała, żeby mi go oddała. Nie chciała się zgodzić, ale potem jakoś już go miałam w domu. Był taki śliczny, miał jasne włoski, olbrzymie uszka i piwne oczka. Obudziłam się o 5 na Euthyrox i tak bardzo chciałam zasnąć i jeszcze o nim śnić. I udało się. Do 7 śniłam, że jestem jego mamą, tuliłam go, głaskałam, a on uśmiechał się do mnie. Obudziłam się z takim lekkim sercem.

10:28 PM

Drzewo - dzień ostatni.

Skończone :)
Postanowiłam otoczyć białe listki nieregularnym obrysem, żeby komponowało się z wszechobecną czarną przecierką ( pudełko, domek dla sowy). Efekt końcowy prezentuje się tak:





Z prawej strony zostawiłam puste miejsce na domek, który przygotowywałam wcześniej, pewnie niektórzy pamiętają :)


Skończone :) Tak długo myślałam o namalowaniu tego drzewa (http://bocianieczekamy.blogspot.com/2013/12/plany.html), że teraz, gdy jest już na ścianie, wzrusza mnie bardzo!

12:20 PM

Chałupy welcome to!

Drzewo jeszcze nie zostało skończone. To na wstępie ;) Nie miałam czasu, żeby je skończyć, bo spędziliśmy ten weekend, jak co roku, na windsurfingu w Chałupach. Niestety, ze względu na mój stan zdrowia - tym razem tylko patrzyłam :( Wyjechaliśmy z Ewą i Michałem ( byliśmy z nimi w Chorwacji). I jak zwykle było śmiesznie.
Mój nastrój jednak, mimo pięknej pogody, fantastycznego towarzystwa, był kiepski. Dlaczego?
A no dlatego, że pobyt tam jest dla mnie swego rodzaju punktem odniesienia. Pamiętam, jak w zeszłym roku leżąc na plaży marzyłam, że za rok wszystko się zmieni... Że nie będziemy we dwójkę, że nie będę z zazdrością i "kluchą" w gardle patrzeć na bawiące się obok dzieci.
Niestety, mimo upływającego czasu, moje uczucia wciąż tkwią w pewnym martwym punkcie. Moja tęsknota wciąż rozdziera moje serce. Przez to wszystko nie umiem się cieszyć, nie umiem czerpać radości z rzeczywistości... Nie umiem od tego uciec. Oderwać się choć na chwilę. To męczące. Bardzo.
Leżałam więc na plaży, patrzyłam jak wszyscy pływają, a pod słonecznymi okularami lał się wodospad łez.
Obok mnie, tuż nad ziemią latały te oto ptaszki, wiecie co to za ptak? :)  (taka zagadka biologiczna :P)
 Skusiłam się na chwilę zabawy na trampolinie, niestety moja powiększona śledziona natychmiast dała o sobie znać. Pobolewała mnie przez kolejne kilka godzin, więc już nie odważyłam się na szaleństwa...
Wieczorem, dzień żegnał nas jednym z najpiękniejszych zachodów słońca, jakie kiedykolwiek widziałam.
 Podziwiałyśmy go z Ewą i chłopakami po stronie zatoki...
Chcieliśmy pójść razem na stronę otwartego morza. Jednak nasi chłopcy "po drodze" jakoś się zawieruszyli. Podziwiałyśmy ten widok same:


A chłopaki...no cóż - niech żałują. Gdy odnalazłyśmy nasze zguby...nie bardzo umiały się zachwycić czymkolwiek, a ich błędny wzrok wskazywał wyraźnie, w jakim celu się "zagubiły" :P
A dla mojej Dzidzi też powstało kilka zdjęć. Ta osóbka na falochronie to ja.
PS. Powstała nowa mini-ankieta na mojej stronie. W prawym górnym rogu strony. Ciekawa jestem Waszych opnii, więc zachęcam do głosowania.
Poprzednia ankieta, w której pytałam, w jakim celu odwiedzacie mojego bloga, wskazała, że odwiedzacie go głównie dlatego, że sami zmagacie się z podobnymi problemami, bądź zmagają się z nimi bliskie Wam osoby. Był jednak również jeden hejter ;)

6:14 PM

Drzewo - dzień 2.

Drzewo nabiera kształtów. Dziś jest po drugim malowaniu. Mam problem z dokładnością. Pędzle są za grube, robią się zadry na krawędziach :( Nie mam pomysłu, jak sobie z tym radzić. Jeżeli ktoś też zabierze się za malowanie na ścianie to jednak zachęcam do malowania farbami olejnymi. Ja namalowałam olejnymi tylko liście. A całość białą emulsyjną, taką do ścian i sufitów. Różnica jest kolosalna - krycie, zadry...
Tak wyglądało drzewo po pierwszym malowaniu:
A tak wygląda w tej chwili, po drugim malowaniu:
Jeszcze raz, albo dwa przemaluję i będę mogła zacząć dopieszczać szczegóły (np. oczy sowy :P).
Dziś cały dzień spędziłam u tej koleżanki od 10-miesięcznych bliźniaczek. Masakra - jestem wykończona ;) Zaczęłam się dziś zastanawiać, czy ja dałabym sobie radę z dwójką takich małych dzieci. Po 6 h w ich towarzystwie marzyłam tylko o tym, żeby już poszły spać ;)
Taka ze mnie ciocia :P
 

7:41 PM

Drzewo.

Tytułowe drzewo powoli wyrasta na ścianie dziecięcego pokoiku. Niestety stan mojego zdrowia pozostawia wiele do życzenia i niestety... na razie są tylko liście i kawałek sowy...
Pożyczyłam z pracy rzutnik multimedialny, rzuciłam wyszukane obrazki na ścianę i odrysowałam je ołówkiem.


Akurat miejsce, które wybrałam to róg ścian, więc było trochę zabawy, żeby narysować całe drzewo, ale ostatecznie udało się i wyglądało to tak:
Wiem,że trochę średnio to widać, ale nie mam lepszego zdjęcia :)
Po obrysowaniu drzewka, zaczęłam przygotowywać turkusową farbę, tę którą malowałam tło obrazka z sowami. Coś jednak nie tak zmieszałam i trochę wyszła za ciemna i zbyt zielona... Średnio mi się podoba, być może w przyszłości, przemaluję ją na bardziej niebieską... Zobaczymy.
 Tymczasowy efekt końcowy (po malowaniu padłam z bólami stawowymi jak kawka...wczoraj o 19...)

Jak widać przede mną jeszcze sporo pracy... Ale...mam czas ;)
Mam nadzieję, że jak przyjdzie białe wypełnienie to całość zacznie mi się podobać...na razie...hmmm...jestem sceptycznie nastawiona.
Dziś po pracy pojechałam do Kasi, przesiedziałam u niej całe popołudnie. Było cudownie, a jej synuś tak ślicznie się do mnie uśmiechał, zjadł ode mnie cały obiadek... coś cudownego :)
A potem odebrałam męża z Gdańska, gdzie był na piwku. Spotkał naszego kolegę z roku, który bardzo o mnie wypytywał i jest mega śmiesznie zazdrosny. Co za świrus.
Po piwku oczywiście zmulony zasnął - mam więc czas, by się z Wami podzieli nowościami :)

7:26 PM

Zmienne niezmienne...

Wróciłam do pracy. W nocy ze stresu spać nie mogłam, w mojej łepetynce rodziły się coraz to nowe czarne scenariusze. A tymczasem przyjęli mnie ciepło, życzliwie, troskliwie nawet. Nikt nie miał do mnie pretensji, poczułam ulgę i...chyba wzruszenie.
W sobotę byliśmy na pierwszych urodzinkach u siostrzenicy mojego męża. Już minął rok. Jej... jak ten czas szybko płynie. Pamiętam jak się urodziła... Wyłam cały dzień... Nie mogłam się ogarnąć. Razem z siostrą męża zaszłyśmy w ciążę niemal identycznie. Ja jakieś 3 tygodnie później. Moja ciąża nie przetrwała. I przez całą Jej ciążę cierpiałam jak nigdy wcześniej. Ból i brak - dominowały u mnie każdego dnia, aż do Jej porodu.
Oczywiście, że czułam zazdrość. Ale też niesprawiedliwość, żal do losu, nienawiść do swojego ciała. Nie mogłam uciec - bo wszystkie święta i ważne uroczystości spędzaliśmy w gronie rodzinnym. Nie miałam się gdzie schować, bo jak można się schować przed samą sobą...? Przykro mi, przykro, że musiałam przez to przejść. Trudno jednak, tak musiało być.
Dziś nie czuję zazdrości. Nie boję się spotkań rodzinnych. Dziś po prostu czekam na swoją kolej. Najcudowniejsze jest to, że ona przyjdzie.
I choć dwie zmienne - brak i tęsknota - nadal niezmienne żyją we mnie, to wiem, że już niedługo, naprawdę niedługo, zamienią się w pełnię szczęścia i miłość.
Jestem cierpliwa, choć bardzo tęsknię.

2:47 PM

Z okazji Dnia Dziecka...

..życzę wszystkim (bo wszyscy jesteśmy dziećmi) mnóstwa zabawy, spełnionych marzeń, wesołych chwil i uśmiechów, uśmiechów, uśmiechów!

Zasubskrybuj mnie :)

Klik!

TOP