9:44 PM

Sylwester z dziećmi - inspiracje last-minute.

Do Sylwestra zostało kilka godzin. Zegar tyka a czasu na wymyślanie i kreatywne pomysły z każdą chwilą ubywa, a przecież każdy z nas chce spędzić ten dzień wyjątkowo.
Czy Wasze plany na nadchodzący WIELKI DZIEŃ to dom, kanapa i towarzystwo męża, chłopaka, dzieci? Nie macie pomysłu, jak zagospodarować te kilkanaście godzin, jak spędzić je radośnie, wesoło i wspólnie?
Pędzę z pomocą!!!
Przedstawiam Wam kilka pomysłów możliwych do wykonania w trybie last-minute.

1.Kolorowanie czapeczek noworocznych - darmowe szablony, aktualne na ten rok, do pobrania TU
Wystarczy wydrukować na papierze o większej gramaturze i zabrać się za kolorowanie wraz z dziećmi, mężem, chłopakiem.
 
2. Balonowe odliczanie.
Nadmuchajcie balony i podpiszcie je godzinami, każdą mijającą godzinę uczcijcie wystrzałowo :) (tylko dla dzieci lubiących hałas). To nie tylko zabawa w odliczanie, ale również nauka :)
zdjęcie pochodzi z bloga

itsalwaysautumn.com



3. Gotowanie.
Dzieci uwielbiają czuć się ważne i potrzebne. Zaangażujcie swoje pociechy do wspólnego przygotowania posiłku. Nawet ten najmłodszy może pomóc.

4.Słoik pamięci - wystarczy zwykły słoik, marker i kilka karteczek. Spiszcie na nich najpiękniejsze, wyjątkowe i ważne momenty z tego roku! Zamknięty słoik odstawcie w jakieś miłe miejsce. Będziecie mogli wracać do niego zawsze, gdy będziecie mieli gorszy dzień. To dobry sposób, by nauczyć dziecko dostrzegania w codzienności tego co ważne, miłe i piękne.




5.Przebieranie się i ozdabianie domu.
Nie musicie od razu być Batmanem, Supermanem czy Księżniczką Elsą, chyba, że macie na to ochotę, to czemu nie? :) Ważne, żebyście założyli coś wyjątkowego. Nową sukienkę, albo spódniczkę, niech dzieci uczą się, że na wyjątkowe okazje należy zadbać o swój wygląd bardziej niż zwykle.
Nie lubisz brokatu? Zrób wyjątek w ten wyjątkowy dzień. Trochę świecidełek jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a może wpłynąć pozytywnie na świąteczną atmosferę.








6.Plansza pełna pozytywów!
Rok 2016 się kończy, warto powspominać. Posłuchajcie się wzajemnie, usłyszcie co dla drugiego człowieka (też tego małego) było ważne i ciekawe. Wspólnie ustalcie, co planujecie zrobić w przyszłym roku :)



7.Pamiątkowe zdjęcia, a dobre zdjęcia zrobicie tylko na dobrym tle :)
Zadbajcie o noworoczną ścianę :) Trudno o taką w Waszym mieszkaniu? Znajdźcie niewielką przestrzeń, najlepiej pustą, białą ścianę. Na zrobionym zdjęciu, w każdym prostym programie do obróbki, bardzo łatwo będziecie mogli wstawić napis : "Szczęśliwego Nowego Roku!" albo "2017!" i rozesłać do znajomych, bliskich, czy po prostu wywołać do rodzinnego albumu.

8.Wznoszenie toastu!
Może to być bezalkoholowy szampan, sok pomarańczowy,  gazowany bezalkoholowy drink zrobiony z soku jabłkowego, albo mleko z ciastkiem podane w lampce szampana? Gwarantuję, że dzieci będą zachwycone :)

9.Gry.
Lubicie karty? Wojna lub Czarny Piotruś to fajna propozycja dla najmłodszych. Chińczyk? Czemu nie. A może Dobble? Albo Gierki Małżeńskie ( uwielbiam :) ) Spędźcie ten czas razem! 

10.Kreatywnie! 
Powyższe pomysły nie do końca odpowiadają na Wasze oczekiwania? A może macie ochotę na coś zupełnie innego,  imprezę w piżamach i przy naleśnikach? A może kochacie sushi? To w Waszych rękach leży los tej imprezy i na pewno będzie wyjątkowa, bo wasza!
 
( na przykład moja córka będzie rozmawiać z klamerkami ;))

A Wy? Macie jakieś fajne pomysły na Sylwestra z dziećmi? Podzielcie się nimi w komentarzach!

1:31 PM

Hity na czasie.

Pozostając w klimacie świątecznym mam zaszczyt zaprezentować:

Hej holenda! Holenda! :)

3:09 PM

(Po)świąteczna gorączka.

Co roku nie mogę się nadziwić, jak to możliwe, że oczekiwanie na święta trwa prawie kwartał, a same święta zanim się zaczną, to już się kończą? 
Obecnie jest identycznie, z jedną różnicą - tym razem dziwię się z zatkanym uchem, duszącym kaszlem, zawalonym nosem i głową wielką jak świąteczna choinka. Czekam właśnie na lekarza, bo musiałam zamówić wizytę domową ( dzieci też chore, na antybiotykach, zaraziły mnie).

Jak Wam minęły święta? Ja w tym roku cieszyłam się wyjątkowo, bo dwie pary, którym od lat kibicowałam, doczekały się swoich synków <3 Niezmiennie wzrusza mnie to i wprawia w fantastyczny nastrój. Cudownie nastrojona zatem, dzień przed Wigilią, udałam się do przychodni z duszącymi się dziećmi, z wizją skierowania do szpitala. Wizja się nie zrealizowała, dzięki Bogu. Z receptą na tonę leków, ale lżejsza o ciężar czarnej projekcji zbliżających się świąt, wróciłam do domu ( kłócąc się z mężem niemiłosiernie). 
Wigilię spędzaliśmy u teściów, Leoś przestraszył się Mikołaja (zwanego w moim rodzinnym domu Gwiazdorem), krzyczał: "Boję się, ten Mikołaj jest straszny!!!"- nie dziwię się, bo rzeczywiście miał przerażającą maskę. Na szczęście kilka chwil później zwariował ze szczęścia na widok nowego Duplo, garażu, drewnianego samochodu do składania i przywłaszczonej od Amelki kuchni, zwanej piekarnią :) Melka też zdecydowanie była nastrojona pozytywnie, choć raczej z powodu towarzystwa maluchów, które uwielbia niż prezentów ( choć uważam, że Mikołaj spisał się na medal).
W pierwszy dzień Świąt BN pojechaliśmy w moje strony, do mojego rodzinnego domu. Do ostatniej chwili myślałam, że się nie uda i zostaniemy u siebie. Jednak magia świąt, cudownym sposobem oczyściła oskrzela Meli i Leo, więc uwolnieni od trosk wyruszyliśmy w drogę. Na miejscu czekały na dzieciaki kolejne prezenty, m.in. Zygzak, o którego Leoś namiętnie prosił  Mikołaja i lala dla Meli ( dzięki Bogu! Kilka dni przed Wigilią dostałam paczkę od przyjaciółki, w której była lalka, tłukli się o nią i zalewali łzami. Teraz mają dwie ( ha! nawet trzy! :P) i przestali się o nie kłócić). 26 grudnia odwiedziliśmy mojego tatę i jego rodzinę. Kolejne prezenty sprawiły, że młody śmiał się jak pijany. A Mela, potknąwszy się o kawałek koca, rąbnęła o ziemię, rozwalając sobie coś w buzi i zalała się krwią, zostawiając na białym bodziaku plamy krwi, zresztą na mojej nowej kiecce też. Na szczęście, choć wyglądało to groźnie na tyle, że ugięły się pode mną nogi, córa szybko doszła do siebie i z entuzjazmem nadal biegała po domu dziadka. A! Zapomniałabym dodać, że przez całe święta towarzyszył nam niezwykle niegrzeczny, panoszący się, wtrącający się w najmniej oczekiwanym momencie, nieproszony gość - czyli po prostu sraczka. Była na tyle dokuczliwa, że tyłek Meli wygląda jak sparzony we wrzątku pomidor :( Na szczęście kryzys zażegnany.
To były pierwsze święta w moich rodzinnych stronach od kiedy mam dzieci. Fajnie było poczuć tę magię właśnie tam, gdzie dorastałam i dojrzewałam, jestem szczęśliwa, że udało nam się, pomimo przeciwieństw, tak intensywnie spędzić ten wyjątkowy czas .

 Leoś i Amelka w towarzystwie kuzyna, równolatka Leo, oglądają bajkę u dziadka.

 A może potańczymy? - czyli Leoś w akcji.

 Ja i Mela, i pół Leosia. Nadszedł czas, gdy mój syn absolutnie nie chce pozować do zdjęć :( Jestem załamana.
A to moje bombkowe selfie :)

10:21 AM

Życzenia.


11:16 AM

Inspirujące pomysły na prezenty DIY ( też te na ostatnią chwilę)


Święta już tuż tuż. To ostatnia chwila, żeby kupić lub przygotować prezent dla najbliższych. Przedstawiam Wam kilka moich pomysłów na prezenty, które możesz wykonać samodzielnie. 

1.Podkładki pod kubek.
 Zakochałam się w nich już dawno, gdy mój mąż sprezentował mi jedną, własnoręcznie wypaloną na imieniny w 2015roku :) Już latem poprosiłam go o pocięcie kilku grubszych gałęzi ( akurat latem tego roku były wielkie wichury i złamała się nam blisko domu stara wierzba) na cienkie plastry. Potem zostało już tylko wyszlifowanie plastrów i mogłam się wziąć za wypalanie wzorów. Jednak nie było to takie proste, jak mi się wydawało. W związku z tym postanowiłam namalować wzory markerami, a następnie pokryć je bezbarwnym lakierem w sprayu. Na spód każdej podkładki przykleiłam stopery do mebli. Podkładki już do obdarowanej M. dotarły, więc mogę w spokoju podzielić się zdjęciami :)
























2. Umiesz robić na drutach?
To wspaniale... bo ja nie :) Dostałam na Mikołaja od teściowej dwa ocieplacze na kubki wykonane przez nią własnoręcznie i uważam, że to naprawdę fajny, szybki i niedrogi prezent z duszą :)


3. Malowane ręcznie poszewki na poduszkę.
Mogą być personalizowane, mogę mieć namalowane oczy, albo doczepione nóżki lub kokardki, pomysłów całe mnóstwo. Wystarczy tylko zwrócić się w stronę swojej bardziej artystycznej natury :) Poszewkę można uszyć samodzielnie, albo kupić gotową za parę złotych. Ja w tym roku uszyłam i spersonalizowałam naszą świąteczną poduszkę. Nie jest perfekcyjna, ale pierwsze koty za płoty :)

4.Ozdobna, pachnąca świeczka :)
Może być drobnym, symoblicznym upominkiem dla koleżanki z pracy albo sąsiadki. Kosztuje kilka złotych, a jest przyjemnym świątecznym gadżetem lubianym przez większość z nas. Ja swoje świeczki kupiłam w IKEA, ale można je znaleźć w każdym dyskoncie. Ozdobiłam koronką i kilkoma świątecznymi akcentami.


5. Wieńce świąteczne.
Wracam do nich co roku i niezmiennie uwielbiam. Ci z Was, którzy są ze mną od lat już je znają, ale być może dla co niektórych będzie to nowość.
Z pociętych plastrów drewna i kartonowej obręczy tworzę wieniec, który ozdabiam wg uznania.


Mam nadzieję, że inspiracje Wam się podobają i przydadzą się, jak nie w tym to może w przyszłym roku :)

U nas od dwóch dni mieszka świąteczne drzewko. Trochę krzywe i asymetryczne, ale jakimś cudem wszystkie drzewka "wyszły" zanim zebraliśmy się i pojechaliśmy poszukać naszego ( a koniecznie chciałam w donicy, bo później wkopujemy je na działce).
Dzieci na szczęście zachwycone, więc i dla mnie choinka jest piękna :)





Życzenia zamierzam wrzucić jutro ;) Ściskam przedświątecznie :)
LET IT SNOW!!!


12:15 PM

Kordian.

Idą święta... czy może być coś ważniejszego niż pomoc w uratowaniu życia dziecka...?
Proszę, wyślijcie sms...

12:39 AM

Jasełka 2016r.

Leon aktorem? Ale tylko w asyście tatusia.
Wyobraźcie to sobie: godzina 15.30, dzieci ukryte w przedszkolnej kuchni czekają na znak, by rozpocząć przedstawienie. Rodzice, podekscytowani, ale z pewną dozą niepokoju, zajmują miejsca w kilku rządkach krzesełek. Zasiadam pośrodku, by dogodnie fotografować mojego smyka, NIKON w ręce, czekam. Mąż z Melką na rękach stoją w drzwiach.
Nagle z kuchni wychodzi mały talib. Zanosi się płaczem i woła: "Gdzie jest moja mamusia??? yyyyyyy, łeeeeeee". Tak, to On. To mój Syn. Mój Józef ( zwany przez siebie do dziś Jezuskiem).


Wstaję, stoję naprzeciwko Niego, macham, wołam: "Tu jestem syneczku, tu jestem!!!".
Nie widzi, rozpacza coraz głośniej. Przez salę przechodzi fala śmiechu ( uwierzcie, że ogólnie wyglądało to zapewne śmiesznie, można było pomyśleć: "Ot, zaczęło się :) Jasełka w żłobku ;)), ja przedzieram się przez rzędy rodziców, uderzam kogoś aparatem w głowę, pędzę na ratunek. Tulimy się na środku sceny, wszyscy patrzą, a Józef vel Jezus szlocha jeszcze bardziej: "Gdzie byłaś??? Gdzie Amelka? Gdzie tatuś???"
Podchodzi Pani i stwierdza: "Oj, chyba Maryja wystąpi bez Józefa." Po chwili jednak zaprasza męża razem z synem. Mąż kuli się za Józefem, ale wyróżnia się strojem. Leon wdrapuje się na niego, strofowany przez koleżankę Maryję: "Lechoś, bujaj kołyskę".
"Idę do mamusi, idę!"- krzyczy.
Wszyscy śpiewają kolędy, Leoś drapie się po uchu i ucieka od taty. Ja, głupia, wyję, niekontrolowanym, spazmatycznym, dziwnym śmiechem. Filmu, który nagrywałam nie da się oglądać - trzęsie się od mojego szlochania tak, że dostaje się mdłości.
Rolę, która była wyryta na pamięć, a brzmiała przesłodko w ustach synka: "Cichutko usnęło dzieciąteczko małe, niek każdy jak umie, kłosi jego kwałę" ;) wypowiada Pani przedszkolanka.
Ale nic to! Duma rozpiera mnie i naprawdę jestem przeszczęśliwa!

Pierwszy występ Leosia za mną... pierwszy raz siedziałam w rządku z innymi rodzicami, pierwszy raz święta lśnią iskrami świadomych spojrzeń moich dzieci, ich oczekiwaniem i radosną wiarą w świętego M. Ich ciekawością i brakiem cierpliwości...

Nie ma śniegu, ale jest coś więcej...  Jest rodzina. Pełna. Wspaniała. Tylko nasza.
Jest ciepło. Bliskość. Miłość.
Jest magia.

 

11:45 PM

Jak interpretować wyniki badań krwi u dziecka?

Dziś kontynuacja posta: Gdy choruje dziecko.


Stało się. Dziecko gorączkuje kolejny dzień, a my nie chcemy bez wyraźnego powodu ładować w nie antybiotyku ( pamiętamy, że ten na wirusy nie działa, za to znacząco osłabia odporność organizmu). Postanowione zatem - idziemy na pobranie krwi z dzieckiem i ewentualnie z wynikami do lekarza.

Badanie krwi u niemowlęcia i małego dziecka nie jest przeprowadzane na czczo. Dziecko musi być dobrze napojone, żeby pobranie krwi było przeprowadzone sprawnie i w miarę krótkim czasie ( krew nie może być zbyt gęsta po prostu).
Gdy już dotrzecie do laboratorium - po pierwsze - nie panikuj. Tak , Ty. Nie Twoje dziecko pierwsze i nie ostatnie. W rzeczywistości pobranie krwi jest mniej bolesne niż nam się wydaje. Przeraża raczej sam fakt ingerencji w nasz organizm, niż sam ból. Także spokojnie, zrób dwa oddechy i pamiętaj - dziecko czuje Twój niepokój.
Pamiętaj, żeby po pobraniu krwi zapytać o możliwość podglądu wyników w internecie. Często pojawiają się one w przeciągu 2-3h.

Jakie wyniki zrobić w "pierwszym rzucie" :
-morfologia z rozmazem
-CRP

Te podstawowe dwa badania krwi są niezbędne do przeanalizowania najważniejszych parametrów zapalnych.
Nie chcę, by ten post był kolejnym standardowym postem o interpretacji wyników badań, których w sieci jest całe mnóstwo. Dlatego nie zamierzam omawiać wszystkich elementów, które znajdują się w morfologii,a tylko te, na które należy zwrócić szczególną uwagę.
Interpretację wyników krwi postaram się omówić na przykładach.

Przykład. 1
Dziecko ma podwyższoną temperaturę ( ok.37,6 st.Celsjusza) już drugi dzień. Dnia poprzedniego żadnych dodatkowych objawów, a dziś dołączyła się biegunka ( ok.12 na dobę). Dziecko już chorowało na rotawirusy, było na nie również szczepione.

Wyniki krwi wyglądają następująco. 


Co z nich wynika i jak na nie patrzeć:

1) patrzę na ilość leukocytów - czyli białych krwinek  - tu mamy wartość 12,39 G/l - czyli norma.
Gdyby było ich za dużo, mamy sygnał, że w organizmie toczy się walka związana ze stanem zapalnym. Gdyby było ich za mało ( rzadko ) - może to być związane ze skutkiem ubocznym leczenia ( ja tak miałam bardzo długi czas, gdy przyjmowałam immunosupresanty) lub innymi sytuacjami, którym należy się bliżej przyjrzeć, wykonując zlecone przez lekarza, specjalistyczne badania.

2) zawsze, niezależnie od rodzaju infekcji ( lub jej braku) patrzę na hemoglobinę ( w przykładzie 1 norma) - czyli czerwony barwnik krwi, zawierający w swojej budowie żelazo - jego niedobór świadczy o anemii, natomiast wartość podwyższona, o możliwym odwodnieniu organizmu ( np. przy trwających długo biegunkach), niektórzy mają wysoką hemoglobinę uwarunkowaną genetycznie ( norma przekroczona w niewielkim stopniu)

3) kolejnym niezwykle ważnym parametrem jest ilość limfocytów, która to w różnego rodzaju infekcjach zwiększa się. Wartość ta jednak nie informuje nas, czy mamy do czynienia z bakterią czy z wirusem. Aby się tego dowiedzieć musimy wykonać rozmaz krwi.

4) monocyty informują nas o tym, czy w organizmie toczy się infekcja. Ich ilość rośnie w trakcie choroby, ale pozostaje podwyższona również po wyleczeniu (przez jakiś czas).

5) w końcu interpretujemy rozmaz krwi - czyli procentowy udział różnych krwinek białych ( tych wcześniej wspomnianych leukocytów), a w nim najbardziej interesuje nas ilość neutrocytów, których poziom gwałtownie wzrasta w infekcjach bakteryjnych, gdyż to one odpowiedzialne są za zwalczanie bakterii ( patrzę zarówno na całkowitą ilość neutrocytów we krwi, jak i % udział w krwinkach odpornościowych) . Ich niedobór pojawia się po leczeniu antybiotykiem ( dlatego dziecko jest bardziej podatne na infekcje) lub w szeregu innych zaburzeń organizmu ( ale bez paniki, moja Melka ma niemal zawsze wyniki poniżej lub na granicy normy i nic z tym nie będziemy robić, po prostu tak ma)

6) niezwykle istotnym parametrem jest CRP - czyli tzw. białko C-reaktywne lub białko stanu zapalnego. Jego poziom wzrasta bardzo szybko ( dużo szybciej niż OB) przy infekcjach i jest swoistym wykładnikiem toczącego się stanu zapalnego. Już wynik powyżej 5 świadczy o tym, że w organizmie toczy się walka, ale dopiero powyżej 10, a nawet 20 sygnalizuje, że choroba może mieć trudniejszy przebieg. W infekcjach wirusowych CRP oscyluje mniej więcej w granicach 10-40, natomiast w bakteryjnych może przyjmować wartości wyższe. Niestety samo CRP nie daje nam wiedzy o rodzaju infekcji. Niskie CRP może występować zarówno przy bakterii ( w początkowym stadium choroby) jak i przy wirusie. Konieczna jest dalsza analiza ( np. rozmaz). Z rzeczy istotnych - CRP przy infekcjach bakteryjnych maleje po podaniu właściwego antybiotyku bardzo szybko. Jednak ma pewną właściwość nazywaną bezwładnością i możliwa jest sytuacja, w której pomimo właściwego leczenia, CRP wzrasta przez pierwszą dobę,a dopiero potem zaczyna spadać.

Przyjrzymy się zatem wynikom krwi przedstawionym w przykładzie pierwszym. Niebieskim długopisem zakreślono ważne paramettry: CRP oraz limfocyty i neutrocyty. Widzimy, że CRP jest podwyższone, powiedziałabym, że znacznie. Samo w sobie nie informuje mnie jednak, czy infekcja jest wirusowa czy bakteryjna. Dopiero, gdy patrzę na neutrofile to widzę, że najprawdopodobniej mam do czynienia z wirusem, bo wynik neutrocytów jest w normie.

Wniosek: w organizmie toczy się walka z wirusem przewodu pokarmowego. Antybiotyk nie jest konieczny.

Przykład 2.
Dziecko ma wysoką temperaturę już 3 dzień. Gorączka ciężko się zbija, nie spada poniżej 38 st. Celsjusza. Dziecko nie skarży się na ból, gardło nie jest zaczerwienione,a węzły pozostają niepowiększone.

Wyniki krwi prezentują się następująco.


 Analogicznie do przykładu 1 analizuję wyniki krwi.

1) patrzę na ilość leukocytów - są w normie, ale w jej górnej granicy.

2) hemoglobina - w normie.

3) limfocyty - w normie.

4) monocyty podwyższone - czyli mamy jakąś infekcję

5)  rozmaz krwi -neutrocyty podwyższone, ale nieznacznie, najprawdopodobniej infekcja bakteryjna dopiero się rozkręca albo organizm już sobie z nią sam radzi.

6)CRP - podwyższone, ale nieznacznie, wniosek zatem podobny jak w podpunkcie 5)


Wniosek: w organizmie toczy się walka z bakterią. 

Ja z tymi wynikami postanowiłam udać się do pediatry, ponieważ sama nie byłam pewna, jak je zinterpretować ( czy organizm sam sobie poradzi, czy to może coś poważnego). Lekarz zbadał dziecko ( Leosia;)) i stwierdził zaróżowienie w uchu, świadczące o stanie zapalnym ( synuś o dziwo nie narzekał na ucho). Włączono antybiotyk (Augmentin).

A teraz ćwiczenie sprawdzające, które omówimy w kolejnym poście. 


Dziecko gorączkuje 24h, jest apatyczne. Pojawiają się dreszcze ( nie mylić z drgawkami). Gardło blade, węzły niepowiększone.

Wyniki krwi:





Możecie analizować w komentarzach :)
Pamiętajcie, że przedstawione przeze mnie sposoby interpretacji wyników krwi, nie mogą zastąpić konsultacji lekarskiej. Mogą natomiast być pomocne w ustaleniu przyczyny choroby. 


 



10:08 PM

Maleńcy. (Przystań. Nie na chwilę.)

Nie wiem kim jesteś: moim znajomym, przyjacielem, siostrą, bratem, kimś poznanym w sieci, na blogu, szkoleniu, a może kimś zupełnie nieznajomym. Otwieram przed Tobą swoje serce, niczego nie udaję, piszę prosto i szczerze. Być może patrzysz jak się zmieniam, jak tworzę rodzinę, a być może dziś spotykamy się pierwszy raz.
Jesteś dla mnie ważny, współtworzysz to miejsce. Pamiętaj o tym - jesteś częścią mojego życia, ale zawsze patrzysz na nie tylko z boku...Proszę, nie bądź tu Anonimowy. Ja też nie jestem. Trudno mi nawiązywać rozmowę z kimś, kto nie podaje nawet imienia.
A jednak...ten post dedykuję Anonimowej, która pozostawiła komentarz pod poprzednim postem, jednocześnie kopnęła mnie ostro ku przemyśleniom, odnośnie mojego życia, potrzeb i postanowień.

Zanim przeczytacie dalej, proszę, wróćcie TU.

Powrót do tamtego posta przeniósł mnie gdzieś, gdzie nie spodziewałam się już znaleźć. Przybił mnie słowo po słowie do krzesła, na którym siedzę. Rozpuścił mnie i razem ze smarkami opuścił moją głowę...
Dziś nie jestem już ani Maleńką, ani Małą, ani nawet tamtą mną. Nadal, a może nawet pełniej, czuję się kobietą. Jestem mamą Maleńkich, którzy wypełniają moją przestrzeń po brzegi. Jestem też niezmiennie roztargnioną, przepełnioną marzeniami wariatką, ciągle wierzącą, że świat, życie i ludzie są dobrzy. Wierzę w miłość, macierzyństwo pokazało mi jej najpiękniejsze oblicze. Jestem wdzięczna za to,co mam. A mam...spełnione marzenia. Nie mogę o tym zapominać. Nie mogę znów zacząć biec. Byle jak i byle gdzie. Chcę tu zostać, jak najdłużej się da. Póki te cztery wpatrzone we mnie oczęta nie zmienią się w dorosłe, czasem pewnie kpiące spojrzenia... Póki te słodkie usteczka wykrzykujące co rano i co noc..."mamo, mamo"... nie powiedzą..." nie interesuj się". Póki o słowo "kocham" nie muszę prosić... Póki te słodkie rączki szukają nocą mojej bliskości...a największą radością dla  jest wspólne czytanie książek i śpiewanie piosenek. Póki jestem tu z nimi i możemy się bez ograniczeń przytulać, kiedy jestem odpowiedzią na ich potrzebę bliskości. Gdy w prozaicznych czynnościach jestem po prostu niezastąpiona, przecież tylko ja potrafię najlepiej wytrzeć noski, pocałować guza, pójść za rączkę do toalety, otulić kołderką, przegonić złe sny, wyszeptać do uszka, że wszystko jest dobrze. Póki trwa ten czas...póki trwa - muszę się zatrzymać. Być dla nich w pełni. Być też w pełni sobą. 
Moi Maleńcy - tacy wyczekiwani, wytęsknieni. Niezależnie od drogi, którą do nas przyszli są odbiciem lustrzanym Nas.

"(...) powiedziano nam, że Maleńcy nie będą mieć oczu Małej, ani Jego inteligencji. Nie będą mieć Jej włosów o kolorze pszenicy i Jego dłoni miękkich i pracowitych. Powiedziano nam, że mogą potrzebować więcej miłości, czasu i szans, by funkcjonować w tym świecie. Powiedziano, że choć Maleńcy żyją kilka tylko chwil, to ich historia jest dłuższa i smutniejsza niż historia Małej. Ostrzeżono nas, że być może nasi Maleńcy nie będą tacy jak Maleńcy w innych rodzinach. Że nam będzie trudniej. Straszono nas na każdym kroku. Nadal się nas straszy. Mówi, że nasi Maleńcy będą źli, bo inni odnalezieni Maleńcy byli. Że będą kradli, bili, zabijali. Że będą pili.
Czasem patrzę, jak inne rodziny, te w których nie ma chorób, podążają swoją drogą po Maleńkich. Ich nikt nie straszy. A przecież statystycznie co n-ta ciąża to ciąża obciążona jakąś chorobą, Ciężką. Nieuleczalną. Genetyczną. Psychiczną. Ich się nie straszy. Im przesyła się uśmiechy- mówiąc - będzie dobrze.
Wiemy, że może być różnie. Naprawdę wiemy. Baliśmy się. Nadal się boimy. Ale czujemy, że Maleńcy czekają, aż w końcu ich znajdziemy. I dlatego mimo strachu, chwilowych zwątpień, idziemy po Maleńkich. Tyle przecież już przeszliśmy, by ich odnaleźć i im pomóc. "
 
Dziś chciałabym, bardzo chciałabym... odpowiedzieć tamtej sobie...
 
Czy wiesz, że Maleńki ma Twoje oczy? Ten sam niespotykany szary odcień. I gęste włosy, tak piękne, że nikt nie przechodzi obok nich obojętnie. Z wyglądu cały On. Bez przesady powiem, że w każdym nowym miejscu wszyscy podkreślają, że widać niezwykłe podobieństwo do tatusia. Tak jak On nie potrafi rysować, za to śruby przykręca jak stary mechanik, mrucząc pod nosem: "Jestem mechanikiem, będę mechanikiem, wies?" Tak jak Ty ma swoją wizję, jak dziś ma być ubrany i podobnie przebiera się 5 razy zanim wyjdzie do przedszkola.
Maleńki jest cudowny, mądry, pracowity, energiczny, radosny, pełen ciepła i miłości. Dałaś mu ją, a teraz ona się mnoży. W Maleńkim. Potrafi się dzielić, daje prezenty, pomaga słabszym. Umie przepraszać. 

Maleńka ma Twoje oczy. Identyczny kształt, ale Jego kolor. Wciąż toczy się spór o to, do kogo jest bardziej podobna i spór ten pozostaje nierozstrzygnięty. Z charakteru najbardziej podobna jest do Maleńkiego. Wciąż stara się go dogonić pod każdym względem. Czasem miękoli - wtedy Maleńki przytula ją i mówi:" Nie płacz, wszystko będzie dobrze". 
Maleńka jest z Tobą dzięki Maleńkiemu. Wiem to. 

Powiedziałabym jeszcze tamtej sobie:
Nie bój się. Maleńcy czekają, a gdy się odnajdziecie wasz świat już nie będzie maleńki. Będzie wielki. Tak wielki, jak wielka potrafi być miłość.









9:53 AM

Aktualności - czyli co u nas słychać :)

Szybki post, żeby upamiętnić to, co u nas aktualnie się dzieje.

Leoś za trzy miesiące kończy trzy lata! Nie mogę w to uwierzyć, dopiero co pojawił się w naszym świecie. Taki mały, bezbronny...a teraz chłopaczysko, szogun i wariatuńcio, jakich mało. Gada pięknie ( uprawia słowotwórstwo: np. ostatni hit "Mamo, Amelka wejdła na stół. Ja idłem do przedszkola"), śpiewa, rozmawia przez telefon, buduje wieże, domki, mury z klocków lego. Z rysowaniem długo byliśmy na bakier, ale jest już lepiej. Pojawił się pierwszy głowonóg. Uczymy się kolorować.
Uwielbia rysować, czytać książeczki (szczególnie wieloszczegółowe), śpiewać z mamusią, jeździć na traktorze, spędzać czas z tatusiem w garażu, oglądać bajki na youtube. Jego najlepszym kumplem jest Olaf z przedszkola.Niestety przedszkole obecnie nie jest Leosia ulubionym miejscem. Co dzień są łzy, na szczęście, ponoć, znikają razem z zamknięciem drzwi. Kocha swoją siostrę, często widzę taki obrazek: Amelka płacze, Leoś głaszcze Melkę po pleckach i mówi:" Nie płacz, Amelko, mama tu jest. Zobacz, zobacz." Generalnie powtarza wszystko co my. Nadal wygrywa stand up na żywo w kategorii do lat 3 ;)
Martwi mnie jedynie, że jest bardzo lękowy. Ostatnio lęki osiągają apogeum. Boi się zabawek, zostać sam w pokoju, nawet, gdy ja idę do toalety albo otwartej kuchni. Wpada po prostu w panikę i krzyczy:" Boję się mamusiu, boję się mamusiu!" Rozważam wizytę u psychologa. Muszę też porozmawiać w przedszkolu, bo mam wrażenie, że to zaczęło się razem z przeniesieniem do starszej grupy, gdzie dzieci same chodzą do toalety ( trzeba przejść przez dość ciemny korytarz)  ;/ ( tak, też uważam, że 2,5 latek powinien być prowadzony za rączkę i mieć podtartą pupkę przez panią...tymczasem wieczorem wyciągam z jego pupy kawałki kulek ;) )
Schudł, mniej je, trochę więcej choruje. Waży 16,3 kg. Nosi ubrania na 104, buciki 26/27. Jest duży. Ostatnio znajoma spytała, czy Leoś skończył już 5 lat. Rozbawiła mnie bardzo :)

Mela na dniach kończy 16 miesięcy. Gdy Leoś był w jej wieku, ja byłam już w 7 miesiącu ciąży. Jest urocza. Coraz mądrzejsza. Ciągle gada, ale raczej po chińsku niż po polsku, powtarzające się i świadome słowa brzmią: mama, tata, papa, Peppa, Lele  (Leo), lala, brmm, ho ho ( Mikołaj),lala,bapa (lampa), pi (pić), didi (smoczek,dydek), mnam mnam (jedzonko),koło, dzidzi ( ogólnie tak mówi na dzieci), tu, tam, ta, ne.
Wszystko, ale to wszystko małpuje po braciszku, kłócą się, zabierają sobie jedzenie, zabawki, kredki. Wciąż walczą o przestrzeń znajdującą się na moich kolanach ( a przecież tłumaczę , że kolanka mam dwa). Uwielbia jeść. Niemal wszystko. Ale przede wszystkim szyneczki, parówki,  drożdżówki,  musy owocowe. Lubi rysować, czytać książeczki, kąpać się z mamusią, szaleć z Leo, inne dzieci ( codziennie jak odprowadzamy Leosia beczy, że chcę do dzieci), mówimy na nią Kukuczka - bo wszędzie się wdrapuje, nic nie robi sobie z tego, że spadnie i nabije guza.
Melcia ma 5 zębów, 6 w drodze. Troszkę urosły jej włoski, więc namiętnie wiążę je w kucyki :) No dobra - w mini mini kucyki :D
Jej ulubioną bajką jest Świnka Peppa.
Trochę przytyła :) Waży 10,2 kg, nosi ubranka przeważnie na 86, ale spodnie już nawet na 92 ( liczę, że nogi odziedziczy po moim mężu).
JUTRO IDZIE PIERWSZY RAZ DO ŻŁOBKA!!!!!!!!! Ze mną, na dwie godziny ;) A na cały etat od stycznia. Bo ja wracam od lutego do pracy.

A ja... ja jestem trochę zagubiona. Zaczęłam podyplomówkę z matematyki i początkowo nie mogłam się odnaleźć. Na szczęście po kilku zjazdach nawiązałam kilka fajnych relacji. Powrót do pracy...cieszy mnie i przeraża zarazem. To wewnętrzne rozdarcie sprawia, że nie do końca potrafię odnaleźć się w sytuacji, w której jestem. Wciąż dotkliwie odczuwam brak rodziny i bliskich przyjaciół wokół mnie. I nie mówię już tylko o tym, że chciałabym móc raz w miesiącu zostawić dzieciaki na wieczór i wyjść z mężem na kolację, ale o tym, by móc dzielić się radością moich dzieci, i widzieć ją w oczach moich bliskich... Moje macierzyństwo dostarcza mi wiele wzmocnień, mnóstwo wzruszeń i radości, ale są chwile, że czuję, że nie nadaję się na matkę. Ostatnio nawet częściej niż rzadziej. Jestem zmęczona, ale już mniej niż rok temu, bo i dzieci są bardziej samodzielne i przez to mniej wymagające.
Moje zdrowie różnie, obecnie mam znów problemy z jelitami...

Dziś miałam sen - śniło mi się, że jestem w 10tc. Obliczałam sobie, że urodzę we wrześniu ( źle obliczyłam :)) i że nie wrócę do pracy. Byłam przerażona. Obudziłam się zlana potem.

Heh, przyznam, że dwójka szkrabów to zdecydowanie dobry wynik ;)




3:17 PM

"To nie jest tradycyjna rodzina".

Szok. Niedowierzanie.
Jestem nauczycielką. Od 8 lat. Ale jeszcze czegoś takiego nie widziałam.
Pytanie na próbnej maturze z WOS-u:

To żart. To żart, że to nie żart.
A kolejny żart to klucz odpowiedzi, który sugeruje, że:


Na podkreślenie zasługuje fakt, że to pytanie kierowane jest nie do nas - osób około 30-letnich i wzwyż, a do 18-latków, którzy dorastają w XXI wieku, czyli w czasie, gdy zarówno matka jak i ojciec pracuje.Ponadto, na WOS-ie, tradycyjny model rodziny opisany w odpowiedzi ( czyli model patriarchalny) przedstawiany jest jako historyczny!

Ot - dokąd zmierzamy! Czyżby to kolejny element układanki, której część opisałam tu- Zajrzyj tu
Quo vadis Polsko? Quo vadis polska szkoło? I dlaczego w odwrotną stronę niż nowoczesność, tolerancja, otwartość, wielokulturowość, indywidualizm?

Czy zdałabym w tym roku maturę z WOS-u? ( Takie pytanie rozesłał dziś mój dyrektor do swoich pracowników, w tym do mnie)

 Rozstrzygnięcie: Nie, nie zdałabym matury z WOS-u.

Uzasadnienie: Wychowałam się i dojrzałam w kraju, który oprócz pielęgnowania tradycji, był otwarty na zmiany, doceniał swoje europejskie korzenie i pozwalał mi być jednostką autonomiczną, niezależną,wolną. W kwestii wyborów - wyznania, życiowej drogi, partnera, pracy, leczenia, posiadania dziecka i drogi, którą to dziecko do mnie przyjdzie, dawał mi poniekąd wolną wolę, czyniąc mnie jednocześnie jedyną odpowiedzialną za ewentualne niepowodzenie. Nauczyłam się, wybierać, czasem mimo przeciwności, co jest dobre a co złe (dla mnie). Dzięki temu mogę być szczęśliwym, wciąż rozwijającym się, dążącym coraz dalej, człowiekiem. Szanuję odmienność i cenię ją. Czerpię z ludzi, również tych, którzy myślą inaczej niż ja. Jestem otwarta na dyskusje kontrowersyjne, bo wiem, że prawda jedyna nie istnieje. Tak samo jak jedna droga do szczęścia. Mogłabym napisać cały elaborat, ale nie będę już rozmieniać się na drobne. W związku z tym, co napisałam i co czuję, jestem pewna, że moja odpowiedź na maturze nie wpisałaby się w klucz odpowiedzi.
I dobrze mi z tym.

A Ty? Zdałabyś/zdałbyś maturę z WOS-u w tym roku?

A to moja rodzina. Jeszcze z czasów, gdy liczyła 3 osoby, w tym dwóch chłopaków ( pewnie też zgodnie z tradycyjnym modelem rodziny, pff).






Zasubskrybuj mnie :)

Klik!

TOP