11:34 PM

"Mamamamama"

Wczoraj wieczorem, gdy na przewijaku zmieniałam Leośkowi pieluchę, spojrzał na mnie i poruszył usteczkami, z których popłynęło najpiękniejsze gaworzenie świata..."mamamama"...!!!!!!!
Od razu się poryczałam! Mówię: "Synuś, Ty powiedziałeś "mama"?"
Na co on mówi: "Bu".

I tyle na ten temat :) Więcej już tego nie usłyszałam.

Dziś też gaworzył. Tym razem brzmiało ono "bababababababababa" :)

Ależ to wspaniałe chwile, gdy Twoje dziecko nagle zaczyna robić coś nowego. Jestem taka szczęśliwa i dumna!!! :)

Ale to głupie :)



11:27 PM

Zanudzam.

Wiem, że zanudzam. Ale pierwsze słowa, które cisną mi się na klawiaturze tuż po kliknięciu "NOWY POST" brzmią "tak bardzo kocham"...
Może ze mną jest coś nie tak, nie wiem. Ale mam wrażenie, że ta Pani, która wydała na świat Leo, urodziła go dla mnie. Nie myślę na co dzień o nim jak o adoptowanym dziecku - to po prostu mój synuś. Nie myślę o sobie, jak o adopcyjnej mamie - jestem po prostu mamą.

Mam takie chwile, że chcę zamknąć bloga ( ostatnio jakaś plaga zamykania nastała...coś musi być na rzeczy), bo nie walczę już z niepłodnością. Godzę się z nią. Może powinnam zmienić tematykę? Chciałabym zacząć pisać o moim cudownym dziecku nie w kontekście adopcji... Po prostu zastanawiam się, czy dobre dla mnie i dla mojego dziecka jest patrzenie na nasze życie ciągle w odniesieniu do adopcji. Nasze życie nie kręci się wokół niej. 
To nie chodzi o to, że ja adopcję wypieram. Absolutnie nie. Jestem z tego faktu bardzo dumna. Cieszę się, jak cholera, że zdecydowaliśmy się na TEN WAŻNY krok po naszego kochanego malucha. Po prostu nasze życie jest zupełnie...normalne. Mamy wyczekanego syna, żyjemy jak każda inna rodzina z małym dzieckiem. Z jednej strony myślę, że może pisząc o tym naszym życiu, pokażę innym niedowiarkom, że my naprawdę jesteśmy totalnie szczęśliwą rodziną. Nie odstającą od reszty. Po prostu rodziną. 
Mój blog jako świadectwo...? 
Ale z drugiej strony nie wiem, czy takie "udowadnianie" nie przyniesie odwrotnego skutku. Czy ja uwierzyłabym, gdyby ktoś mi dwa lata temu powiedział, że po adopcji będę czuła się tak wspaniale, że będę czuła się stuprocentową mamą, 100% mojego synka? Pewnie nie.

A teraz przemyślenie typu podwórkowego.

Dlaczego ciągle słyszę - będziesz jeszcze miała swoje dziecko? Mówią tak ludzie w mojej rodzinie, znajomi, ale i leczący mnie lekarze. "Teraz się uspokoisz, odblokujesz i będziesz jeszcze miała swoje dziecko".
Ja JUŻ MAM swoje dziecko.

Macie psa? Macie kota? Czyje to są zwierzęta? Czy o psie, którego macie, myślicie, że jest to pies suki, która wydała go na świat? A o kocie, którego kochacie, że to kot samiczki, która go urodziła? 
Nie...?
Więc dlaczego tak często się mówi, że adoptowane DZIECKO jest obce,czyjeś? 

Moja szklanka jest do połowy pełna. 
Ale widzę, że u niektórych ludzi serca...puste.



2:25 PM

Jak to w życiu bywa.

Ostatnio, a właściwie wczoraj wieczorem miałam pierwszy raz, odkąd L. jest z nami, gorszy dzień. Byłam zmęczona i rozdrażniona, mały przez cały dzień spał tylko 20 min, w domu mam syf nieprzeciętny... i bez powodu chciało mi się płakać. Do okresu jeszcze ponad tydzień, więc to chyba nie PMS. Oczywiście wszelkie dziwne frustracje wyładowuję na moim mężu, wywołując u Niego poczucie winy. Jestem podła. I teraz mam wyrzuty sumienia.
Pamiętacie książeczkę, którą przygotowałam dla Leo? Było tam miejsce na odbicie stópek i rączek. Kupiłam więc farbki do malowania rękoma i dalej zmuszać Leo do zostawienia śladów :) Pomalowałam mu stópkę na czarno i podniosłam do góry, żeby odcisnąć na kartce. Mały zamachnął się i moje jeansy są w czarnych plamach. A zamiast odbitej stópki na kartce (na całej!) jest czarna smuga...
Moja Kasia mi mówiła, że odbijała swojemu synkowi nóżkę podczas snu. Tak więc uczyniłam. Odbiłam i rączkę i nóżkę na podobraziu... Efekt co prawda powalający nie jest, ale zawsze to jakaś pamiątka. Gorzej, że wózek, w którym spał mały, zrobił się nagle cały czarny (tak, mam takie fantastyczne pomysły...ehhh...) od farbki :P Szorowałam i na szczęście plam nie ma (przynajmniej mąż jeszcze nie zauważył).
Jak widzicie mój syn ma stopę GIGANT! Buciki na 1,5 roku są na niego dobre :)

Poza tym ostatnie 2 tygodnie byłam z Leośkiem praktycznie cały czas sama, bo mój mąż układał kostkę granitową przed domem ( nie mieliśmy kasy na robotników, więc cały urlop mężowy poszedł na taką ciężką i mozolną pracę). Jeszcze został do zrobienia wjazd do garażu, ale na to potrzebny kolejny urlop...  Niestety ten czas okupiony był mnóstwem naszych kłótni - bo On pracował w pocie czoła ( dosłownie) od 7 do 18, a ja przecież zajmowałam się "tylko" dzieckiem.  Każdy z nas czuł się oczywiście bardziej zmęczony. No i ja, jak przystało na najpodlejszą żonę skwitowałam - "Skoro jesteś takim nawiedzonym pracoholikiem i wolisz poświęcić urlop na robienie kostki niż na spędzanie czasu z synkiem to już jest Twój problem".
No i się zaczęła 3-dniowa kłótnia :P Usłyszałam, że przecież robi to dla nas, żebym mogła spokojnie przed domem wózkiem jeździć, że jestem niewdzięczna itp. itd.
Jestem. Czuję się podle. Często powiem o 3 słowa za dużo. Wcale tego nie kontroluję. A potem żałuję.
Jak dobrze, że On mnie tak kocha. I tak zawsze mi wybaczy :)
A to część dzieła mojego męża...


Często jeździmy nad morze, byliśmy ostatniow Sobieszewie ( tam, gdzie zbierałam bursztyny :) ).


W oddali moi chłopcy :)

 Mój mały chilluje w wózku :D

I straszy turystów w swojej odziedziczonej po najlepszym kumplu B. kurteczce :)


Zdarza mi się jeszcze czasem popłakać ze szczęścia, że mały jest już z nami. Właśnie, gdy tam dotarliśmy, albo,gdy poszliśmy w zeszłym tygodniu pierwszy raz z Leo do kościoła, płakałam jak bóbr. Ale do tematu mojej relacji z Bogiem wrócę jeszcze w innym poście.

Tak sobie to wszystko czytam teraz i myślę, że u nas po prostu wszystko w normie ;)

11:00 PM

Odgłosy.

Mój synuś wydaje różne dźwięki. Od dwóch tygodni np. nauczył się kasłać i namiętnie kaszle, żeby zwrócić na siebie uwagę. Na początku martwiłam się, że jest przeziębiony, ale nic z tych rzeczy. Od jakiegoś czasu również piszczy, czasem tak głośno, że aż bolą bębenki. Poza tym miauczy od dwóch dni - zastanawiam się, czy to nie efekt moich wieczornych okrzyków: "Co robi kotek? Miauuu, miaaaaauuuu, miauuuuu"...
Biegałam dziś troszkę za małym z dyktafonem, złożyłam to w całość i możecie posłuchać, co tam u nas słychać klikając na poniższy link :)
Odgłosy synusia - 6 miesięcy.

Ta zaciśnięta mała piąstka z lewej należy do mojego synka.

11:55 AM

Pół roczku.

Nasza Kruszynka skończyła pół roku. Jest absolutnie najsłodszym dzieckiem wszechświata :)!
Nie dość, że jest śliczny to jeszcze na maksa kochany :)
Waży 8,5 kg, ma ok.74cm. Nosi ubranka na 74-80cm.
W menu mojego malca znajduje się ziemniaczek, marchewka, króliczek, brokuł, kalafior, cielęcinka, jabłko, gruszka, śliwka, masełko, kaszka bananowa i malinowa, sinlac, mleko Bebiko 1 (dziś zaczynamy wprowadzanie Bebiko 2)
Sam trzyma butlę podczas karmienia, choć jeszcze zdarza mu się ją wypuścić z rąk pod koniec mleka.
Umie mówić: "grrrrr..., brrrr.... ( to tylko raz :) ), giiiiii..., ełooooo..., eooooo....", a jak płacze, a ja jestem w kuchni to słyszę : "mymymymymy..."
Jeszcze sam nie siada, ale posadzony utrzymuje się w tej pozycji nawet minutę i prostuje plecy. Pełza bardzo sprawnie, ale ostatnio tak wysoko zaczął unosić pupę, że zamiast przeć na głowie do przodu to traci równowagę i upada na boczek.
Na słowa "daj buzi"- otwiera buźkę i dziobie mnie i męża jak mały dzięciołek. Wieczorem wtula się we mnie i liże mi twarz :D Jest to naprawdę śmieszne :)
Jak tylko pojawię się na horyzoncie Leo uśmiecha się od ucha do ucha.
Śmieje się w głos. Najczęściej, gdy gilamy go wieczorem piórkami, albo miziamy pod paszkami i pod kolankami. Zanosi się również śmiechem, gdy odwracam głowę i czasem wykrzykuję "mama Cię kocha!", "tata Cię kocha", "babcia Cię kocha"...itp.itd. Wyczekuje za każdym moim obrotem głowy, czy tym razem usłyszy okrzyk, czy też nie.
Kosi kosi łapci zaczyna go interesować. Niestety nadal robimy kosi kosi piąstkami zamiast otwartymi dłońmi. Choć ostatnio lewa rączka jest otwarta i uderza w prawą piąstkę.
Kupkę robi codziennie. Ostatnio zieloną, bo mądra mamusia nie zauważyła, że zakupiła kaszkę mleczno-ryżową, a nie ryżową i wprowadziła dziecku w ten sposób nowe mleko... Po spostrzeżeniu tego błędu od razu przestałam mu je tę kaszkę podawać, ale w kupce nadal są jakby niestrawione kuleczki mleka...(oglądanie kupy małego stało się moją obsesją).
 Leo w dzień śpi nadal 3 razy. Zasypia na noc koło 20 (je kaszkę 210ml) i przesypia do 5, wtedy dostaje mleczko 150ml i śpimy sobie aż do 8.30- 9.00 :) Później drzemka 0,5h-1h ok. 11. A potem ok. 13-14 sen 1h-2h.
O 17 mamy 20-40min. drzemkę.W kąpieli dostaje świra z radości. Nogi pędzą i chlapią niemiłosiernie, a rączki klepią wodę, aż cała nie zniknie. Kąpiel została więc z pokoju przeniesiona do brodzika, bo po kąpieli w sypialni mieliśmy basen :)
Po kąpieli natomiast jest wrzask, ryk, płacz nie z tej ziemi...bo przecież mógłby się kąpać cały dzień. Ubieranie się w śpiochy też nie należy do najprzyjemniejszych.
Niczym nakręcony czubek wykrzykuję wówczas: "A jak robi piesek? hau, hau, hau", "A jak robi kotek? miau, miau,miau".  Moje okrzyki przynoszą rezultaty (uspokojenie chwilowe) tylko, jeśli są niemal identyczne do rzeczywistych odgłosów tych zwierząt. Szczekanie synka straszy, robi olbrzymie oczy, a miauczenie synkowi bardzo się podoba.
Po kąpieli jedzonko i odkładamy Leosia do łóżeczka. Ja biorę laptopa i kładę się na łóżko, a Kotuś odplątuje przyczepiony do szczebelków ochraniacz. Czasem zapłacze, wtedy wstaję, kładę go na boczek, masuję chwileczkę splot słoneczny i po ok.10 minutach synuś śpi :)
Wtedy mamy z mężem czas dla siebie. Oglądamy film,a potem przed 23 już śpimy.
Życie jest piękne.
Warto było czekać.
Kochane moje dziewczyny, wspaniali mężczyźni - ból niepłodności minie - uwierzcie mi. Kiedy ten mały KTOŚ zamieszka w waszym życiu, wszystko się zmieni. Wszystko, co złe, zacznie się zacierać.
Pomyślcie sobie - ten mały KTOŚ, gdzieś czeka. Może już czeka... I nie ma mamy, która go przytuli i będzie się cieszyć z Jego pierwszych uśmiechów i słów. I nie ma taty, który mu zrobi pierdziawki w brzuszek. I ta Istotka malutka nie myśli o genach i o tym, kto GO urodził.
Pragnie być kochany, bo jako człowiek na to zasługuje.A nie może zrobić nic, jak tylko czekać.

Moje życie rozkwitło. Dzięki małemu komuś, kto czekał na miłość, a tym samym nauczył mnie miłości.
Miłości nowej, niezwykłej, prawdziwej, unikalnej, słodkiej, pięknej, prostej.







10:19 PM

Owocowe gody...

3 lata - tak było rok temu.
Dziś, mogę powiedzieć to z pełnym przekonaniem... JESTEM GDZIE MIAŁAM BYĆ. JESTEM SZCZĘŚLIWA. Doceniam każdą mijającą chwilę, cieszę się nią, jestem głodna jutra, chcę więcej...
Jestem po prostu spełniona.
A poniżej skrót naszej rocznicy :)
 Taki deserek to lubię :)
 Już nie sami :) Dziecięce akcenty dodają mi skrzydeł!


 Moje chłopaki!!! :)
 Prezent od teściów - cudny wrzos zapowiadający zbliżającą się jesień...
 I dzisiejszy zakup - Leosiowy fotelik do karmienia.
Marzenie z zeszłego roku spełniło się!
Wszystkim trzymającym kciuki serdecznie dziękuję!!!

1:41 PM

Miłość.

Stojąc przed wyborem między adopcją a in vitro, czułam się zagubiona. Stawiałam sobie różne pytania... Uzyskiwałam często sprzeczne odpowiedzi.
Nie ukrywam, że nie potępiam in vitro. Co więcej jestem skłonna myśleć, że za jakiś czas wybierzemy się z mężem w tę drogę, aby Leoś nie był sam. Nie boję się już, że się nie uda...znamy przecież inne drogi do naszych dzieci... a dziś wiem, że macierzyństwo to nie kwestia biologii ( zapożyczam słowa od Joanny, wyryły mi się pewnego dnia w pamięci).
Wszystkie drogi, które umożliwiają zostanie rodzicem w moim odczuciu są dobre ( nie mówię tu o kradzieżach itp.) . Każdy powinien w kwestii wyboru tej drogi wsłuchać się w siebie... Dla mnie natomiast nieważne, jaką drogą przyjdą kolejne dzieci - wiem, że najważniejsze jest jedno - MIŁOŚĆ.

Czemu bałam się adopcji? Czemu dziś nie boję się kolejnej?
Odpowiedź okazała się dla mnie tak banalna, że aż oczywista. Bo w rodzicielstwie nie chodzi przede wszystkim o Twoje potrzeby. O to, czy chcesz w tym małym człowieku dostrzegać cechy Twoje, małżonka, rodzica, dziadka, cioci, babci... Nie chodzi o to, żeby być dumnym z osiągnięć szkolnych czy sportowych. W rodzicielstwie małe znaczenie ma, czy nosiłam dziecko w moim brzuchu.
Dlatego w moim odczuciu rodzicielstwo adopcyjne ( przynajmniej przy adopcji tak małego dziecka, jak nasze...) niewiele różni się od rodzicielstwa biologicznego. Jest więcej lęków? Może. Ale czy każde rodzicielstwo biologiczne jest takie usłane różami? Tak wiele biednych dzieci rodzi się chorych,  tak wiele cierpi... Czy taki los wybierają dla siebie i dla swoich maleństw ich rodzice...? A jednak to właśnie w rodzicielstwie biologicznym, tym tak bardzo trudnym, gdy pomiędzy życiem a śmiercią jest cienka granica..ja najbardziej widzę to co najcenniejsze - widzę MIŁOŚĆ.

Ten mały-wielki człowiek, któremu daliśmy dom...również w naszych sercach, otworzył mi oczy na mój egoizm. Na myślenie, które miałam wcześniej, na prostotę moich pierwotnych instynktów.  Instynktów - których nie sposób się przecież pozbyć.
Przekazanie genów. Czy to o to chodzi w rodzicielstwie? O przetrwanie "gatunku"? 
Coś w tym na pewno jest.  Znam to z autopsji. Ale to jest niuans. Pierdoła. Głupstwo. Banał. Frazes. 
To wszystko nieważne, bo przecież, czym to jest, gdy chodzi o coś większego, najważniejszego...gdy chodzi o MIŁOŚĆ?

Gdy myślę o tym, co mnie spotkało, z perspektywy kobiety jeszcze nie trzydziestoletniej, żal mi siebie. Wciąż jest mi siebie żal... Nie zasłużyłam na te 3 lata cierpień. Nie zasłużyłam na te wszystkie choroby. Na te porażki, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że nie zasługuję na więcej...
Ale gdy myślę o moim synku, nie mam takich odczuć. Owszem, żal mi, że nie mogłam Go urodzić, ale raczej dlatego, żeby to on nie był, albo kiedyś nie czuł się INNY.  I myślę często, patrząc w jego niewinne, dziecięce oczka, że nie mógłby być piękniejszy i wspanialszy, i szczerze - nie zamieniłabym dziś go na dziecko biologiczne. Gdyby można było cofnąć czas i ktoś zagwarantowałby mi "złotą tabletkę" płodności, a ja miałabym nie mieć Leosia... NIGDY!
Nie zasłużyłam na cierpienie, ale zrobię wszystko, by zasłużyć na mojego synka. Bo nie ma nic większego niż to, co do niego czuję. Nie ma nic większego ponad MIŁOŚĆ.

Wszystko można widzieć z różnych perspektyw. Szklanka do połowy pusta, szklanka do połowy pełna... Wybieram drugą opcję. Bo w życiu nie ma gwarancji na szczęście. I ani rodzicielstwo biologiczne, ani rodzicielstwo adopcyjne samo w sobie szczęścia nie daje. Szczęście każdy z nas ma w sobie. I jest ono często ciężką pracą nad swoimi potrzebami, myślami, pragnieniami, odczuciami.
Dziś, dla mnie, przede wszystkim liczy się szczęście mojej rodziny. Mojego synka, męża i moje.
I jak kiedyś pisała Monika na blogu bocian fajtłapa - szczęście nie jest dla wybranych.

Ale na pewno jest dla tych, którzy umieją KOCHAĆ.
Nie tylko siebie.



7:45 PM

Czy już mnie kochasz?

Mam ciągle gości. Nie mam czasu napisać nawet kilku słów, ani odpisać na maila. Przepraszam, nadrobię zaległości w najbliższych dniach.
Szybki raport z tego, co u nas:
1) mały mówi leeeee, giiiiii, ggggyyyyy, eeeoooo
2)pełza bardzo sprawnie
3) w łóżeczku rozwiązuje ochraniacz i próbuje się za niego podciągać, jeszcze jednak jest za słaby, by usiąść
4) upał nas strasznie wymęczył, Leo gorzej zasypiał w dzień i częściej budził się w nocy
5)każdego dnia zastanawiam się, czy można kochać bardziej i każdego dnia kocham bardziej

Z rzeczy trudnych...myślę, że w adopcji bardziej niż w rodzicielstwie biologicznym występuje lęk o więź. Patrzę na synka i myślę często, czy on wie, jak ja go kocham i czy kocha mnie, choć w 1/3 tak jak ja jego...czy kiedykolwiek tak mnie pokocha... Doszukuję się oznak tego, że jestem dla niego najważniejsza. Prawda jest taka, że usypia najlepiej przy mnie. Wycisza - najlepiej przy mnie. Ale do wszystkich chętnie pójdzie i uśmiecha się radośnie (jedyne, co obserwuję to to, że u obcych cały sztywnieje, naciąga paluszki u stópek jak baletnica, a u mnie jest luźny i zrelaksowany). Czasem patrzy na mnie takim "maślanym" wzrokiem ( to powiedziała moja siostra), gdy zasypia w łóżeczku i popłakuje,a ja pochylam się nad nim to zaczyna gilać mnie po policzku i łapać za nos. Ma wtedy już takie półprzymknięte oczka... A ja mu szepczę do uszka: "Kocham Cię syneczku... jestem tu....kocham Cię..."

Tak często mu to powtarzam, że nie wiem, czy jego pierwsze słowo nie będzie brzmiało "kocham".

Leo nie musi być lekarzem, prawnikiem, nauczycielem...sklepikarzem, ślusarzem, drwalem... Nieważne kim będzie w przyszłości. Marzę, że wychowam go na człowieka, który będzie umiał kochać i który będzie umiał być szczęśliwy, kimkolwiek zdecyduje być...



Zasubskrybuj mnie :)

Klik!

TOP