1:03 PM

Do zobaczenia, gdy będę czekoladką :)


Spakowani, gotowi i podekscytowanie czekamy na godzinę 0.
Dziś znowu miałam dziwny sen. Śniły mi się dwie maleńkie dziewczynki - Ala i Ola (tak jak ja i moja siostra). Miały wrodzoną wadę słuchu i planowana była operacja, rodzice nie zrzekli się praw, więc miałam zostać ich mamą zastępczą.
Zastanawiam się, skąd nagle wzięły się u mnie takie sny. Kiedyś rozmawiałam z kolegą z pracy, doktorem biologii o snach właśnie, tłumaczył mi, że podświadomość tworzy różne wizje w naszej głowie po to, by przygotować nas do spokojnej reakcji na takie wydarzenia w rzeczywistości. Jest to taka naturalna forma obrony naszego organizmu przed nadmiernym stresem. To dość mądre, choć mam nadzieję, że w rzeczywistości nie będę musiała zmagać się z rozszalałymi ufoludkami nadlatującymi w gigantycznych ufo-spodkach. Taki sen nawiedza mnie od lat :)
Odnosząc się do snów, a bardziej idąc w kierunku wierzeń ludowych, moje pojawiające się sny mogą oznaczać, że odnajdzie się nie nasza córeczka, a nasz synuś i że sytuacja prawna będzie uregulowana :)
Taka wersja jest bardzo optymistyczna :) i z taką myślą wyruszam dziś w świat, w stronę słońca!
Do zobaczenia wkrótce :)

 


11:13 AM

Pierwszy wakacyjny sen...

Obudziłam się dziś o 9.45 ;] Wstyd. Mąż haruje w pracy na pierwszą zmianę, a ja w objęciach Orfeusza śnię... I to co jeszcze :)
Śniło mi się, że szłam ulicą w okolicach Gdyni i Sopotu ( w rzeczywistości nie ma tam takiego miejsca). Koło bloku bawiły się dwie małe, ok. 3-4 letnie dziewczynki. Obie miały kręcone włoski. Jedna, to nawet miała dziecięce afro :) Nagle pobliski las zaczęła spowijać mgła, a zewsząd zaczęły nadlatywać wielkości wróbelków kolorowe ptaszki, jakby papużki. Ktoś krzyknął, że dzieje się coś złego. Podbiegłam do dziewczynek, spytałam, gdzie są ich rodzice. Jedna ( ta w afro) powiedziała, że nie ma rodziców, opiekuje się nią konkubent mamy, ale teraz jest pod sklepem i pije. Drugą miał opiekować się też ktoś z rodziny, ale go nie było, a mgła robiła się coraz bardziej gęsta. Pobiegłam z nimi do tego bloku, ale nikogo tam nie było. Ktoś powiedział, żebym zaopiekowała się dziewczynkami. Ubierałam je, żeby mogły pójść ze mną. Później okazało się, że mają jeszcze starszego brata ( nie wiem, która z nich ;) ). Nie wiem ile miał lat, ale mógł mieć ok.12.  Jego też wzięłam ze sobą. Mówiły do mnie 'ciociu'. Szliśmy z powrotem przez las. Mgła wisiała w powietrzu, a my spotkaliśmy... Daniela Olbrychskiego.
Dalej nie będę opisywać tego snu. W każdym razie Olbrychski zaproponował mi pracę w swoim laboratorium, a jak się później okazało miałam myć dachówki na dachu.
Niektórzy dziwią się, że mam takie obfite w zdarzenia sny i że prawie codziennie je pamiętam. Kiedyś miałam zamiar je spisywać. Ale zajmowałoby mi to za dużo czasu.
Dzisiejszy sen zrobił na mnie wrażenie, czułam potrzebę pomocy tym dzieciom. We śnie nie miałam żadnych dylematów, nie zawahałam się ani przez moment, by zająć się starszym chłopcem, od razu zdecydowałam,że pójdzie z nami. Pamiętam dokładnie, co czułam. Czułam, że muszę mu pomóc i nic więcej. Wiem, że w realnym świecie nie odważyłabym się na adopcję tak dużego dziecka. Gdybym miała opiekować się 12-latkiem, różnica wieku między nami wyniosłaby zaledwie 16 lat. Czy to źle, że tak czuję?
Reasumując - właśnie rozpoczął się pierwszy wakacyjny dzień. Mam labę i zamierzam wypocząć. Jutro w nocy kierunek ---> Riwiera Makarska. Przez 2 tygodnie nie będzie mnie, ale po powrocie skrupulatnie wszystko opiszę :)
Dziękuję wszystkim za komentarze, które często,choć wydają się błahym dodatkiem, są dla mnie ważnym, naprawdę istotnym wzmocnieniem.

7:22 PM

Warto patrzeć pod stopy...

...i to nie dlatego, by się nie potknąć wpadając na kamień, ale po to, by znaleźć właściwą, swoją własną ścieżkę. 
Kolejna złota myśl znaleziona w internetowym chaosie, która urzeka mnie swą prostotą i idealnym wcelowaniem w mój aktualny rys psychologiczny (ha!).
Jeszcze tylko 4 dni szkolne i wakacje. Bardzo, bardzo się cieszę, bo naprawdę potrzebuję odpoczynku. Marzę, by się stąd wyrwać i poczuć się znów pełna życia i energii.
Nakupowałam ostatnio chyba z 10 sukienek. Dopadły mnie lekkie wyrzuty sumienia, ale... w sumie, mało kto potrafi za 150zł kupić 10 sukienek. A skoro nie wydałam jakiejś zbyt dużej kwoty to tłumaczę sobie, że nie muszę mieć wyrzutów sumienia ;]  5 sukienek znalazłam na mega wyprzedaży w OUTLECIE i 5 w lumpeksiku w moim rodzinnym mieście ( po 2 zł sztuka :D ). 
Kupiłam też zestaw do badmintona w Biedrze, ale nie mam z kim pograć :P
Co do moich stanów psycho-fizycznych - jestem dziwnie spokojna, pogodzona, nawet radosna.
Wczoraj rozmawiałam z moją sąsiadką o tym, że zdecydowaliśmy się na adopcję i ona się rozpłakała. Nie mogła pojąć, dlaczego "się poddałam", bo przecież miałabym takie śliczne dzieci. Zdziwiłam się, że płacze nade mną i nad - w mojej opinii  super dobrą - nowiną. Wytłumaczyłam jej mój punkt widzenia, naszą drogę po Dzidzię, która jest już przecież taka długa i trudna... Wytłumaczyłam jej, że dla mnie macierzyństwo to nie biologia, to emocje, troski, chwile, przeszłość, przyszłość, miłość, szczerość... Ona płakała, a ja nie czułam się smutna, jej słowa nie spowodowały u mnie zachwiania, nie sprowokowały do zastanowienia się, czy robię dobrze, czy może popełniam błąd.
Jestem pewna, że to moja ścieżka. Moja własna.
Warto patrzeć pod stopy...

10:37 AM

Regeneracja - już wkrótce! :)

Nie piszę ostatnio,ale nie dlatego, że mam doła, tylko dlatego, że nie mam na nic czasu. Zakończenie roku w mojej szkole jest wykańczające, tysiące papierów, dziesiątki zaliczeń, dopadająca mnie furia i zmęczenie potęgują moją niechęć do pisania. Motywacją do działania są za to... zbliżające się wakacje !!!! :D Rozpoczęłam odliczanie :) Na wakacje jedziemy do Chorwacji, to już prawie pewne. Za 1,5tyg moje stópki będą przemierzać nowe, egzotyczne szlaki. Już sobie zazdroszczę :)
Z nowych wiadomości prosto z ostrego dyżuru - mam za wysokie komórki NK, ale jakoś się nie przejęłam. Już odpuściliśmy, mamy dość.
Dzidzio, czy wiesz, że  Twój tatuś ostatnio powiedział, że już chce mieć Ciebie jak najszybciej? Przyspieszyliśmy z terminem o miesiąc :)
Szczęście... :)

12:53 PM

"Na odmienności coś zbudować..."

Dziś nie będzie elaboratu. Zdobyłam zaświadczenie o stanie zdrowia psychicznego do dokumentów adopcyjnych. Wracałam samochodem i czułam, jak rośnie we mnie miłość i chciało mi się krzyczeć, że kocham cały świat :)

Przeczytałam dziś piękną rzecz - że tak naprawdę ludzie nie mogą i nie mają takie samego życia, takich samych szans, takich samych perspektyw, ale najważniejsze jest, by tak się różnić, aby na tej odmienności coś zbudować, a nie wszystko zniszczyć.

12:15 PM

STOP - czyli dlaczego warto hamować negatywne myśli.

Postanowiłam napisać to dla siebie i dla niektórych z Was. Może do kogoś moje słowa, choć trochę dotrą i sprawią, że zatrzyma się w tym biegu... ku depresji.

Doświadczenie niepłodności, pomimo, ze nie jest to pierwsza poważna i dająca się odczuć choroba w moim życiu, jest najtrudniejszym i najbardziej bolesnym dotychczasowym etapem. Wiele razy chciałam się poddać, chciałam odejść od męża, żeby nie niszczyć mu życia, chciałam uciec na drugi koniec świata, żeby zgubić to, co przygniatało mnie najbardziej, czyli ciszę mojego domu, pustkę czekającego na dziecko pokoiku. Pewnie jeszcze nie raz odczuję ten stan.
Ale teraz... jestem na takim etapie mojej drogi, na której nie pozwolę sobie na cierpienie. Już nie. I chcę, żebyśmy my wszystkie cierpiące odnalazły spokój.
Ostatnio w komentarzach do któregoś z moich postów powstała taka mini dyskusja na temat kontroli swojego ciała. Dopóki mamy kontrolę nad nim, nie czujemy tak przygniatającego bólu, nie odczuwamy porażki. Gdy jednak robimy wszystko, by począć dziecko, a to się nie udaje, odczuwamy druzgocącą nas doszczętnie klęskę. Pojawiają się bolesne pytania, pełne bezsilności i lęku:
Jak długo jeszcze?
Co zrobiłam źle?
Dlaczego ja?
Jak dalej żyć?
Skąd brać siły?
Pytania kierowane do losu, do Boga... można różnie to nazwać... Co one dają? Najczęściej upust naszemu bólowi, który wraz ze łzami chcemy wyrzucić z siebie, zostawić obok...by móc pójść dalej, by móc znów próbować, by mieć siłę na kolejny cykl i często na kolejną porażkę.
Życie mierzone cyklami, życie od miesiączki do miesiączki, od owulacji do owulacji...
Moja uczennica na jednym z portali społecznościowych napisała dziś, że nie ma już sił, że coś jej w niej przeszkadza, ona próbuje to zmienić, walczy ,ale się nie udaje. Napisała, że próbuje budować dom ze szkła,a potem ktoś tak łatwo potrafi ten dom zburzyć, a jego odłamki kaleczą ją tak mocno, że nie jest w stanie zacząć budowy od nowa. I że już nigdy nie będzie normalnie.
Oczywiście ona nie pisała o niepłodności. Pisała o swoich przeżyciach. Ale czytając ją, widziałam siebie, moje koleżanki z którymi wymieniam na bocianie prywatne wiadomości i pewnie wiele z Was.
Myślałam co jej odpisać, by było to szczere i prawdziwe.I naprawdę wierzę,że zawsze można zacząć budować od nowa. Warto jednak uczyć się na własnych błędach. Jeżeli dom ze szkła runął, a jego odłamki skaleczyły nas dość mocno, musimy dać sobie czas na regenerację, a potem zacząć stawiać nowy dom... Tym razem z dużo bardziej trwałego i mniej niebezpiecznego materiału. Środowiska zewnętrznego nie zmienimy.  Ciąże są, były i będą. Nikt z naszego powodu nie przestanie płodzić dzieci. Jedyne,co możemy zrobić to zmienić siebie. Możemy zgodnie z naszym sumieniem szukać sposobów na zrealizowanie naszego marzenia o macierzyństwie. Ale nie powinnyśmy zakładać, że ponieważ bardzo się staramy, mamy szczytny cel swych działań,modlimy się, chodzimy do kościoła, na pewno nam się uda. Sztuką życia nie jest parcie do przodu w oczekiwaniu na burzę, ale umiejętność tańczenia w najbardziej ulewnym deszczu. I pomyślicie - łatwo napisać, litery są pozbawione uczuć, one nie czują, ich nie rozdziera rozpacz i niemoc!
I będziecie miały rację.
ALE : Walka, którą toczymy co dzień ma sens.
Skąd brać siły?
Z siebie. Z kochających Nas ludzi.
Poraz kolejny to napiszę: poddać się jest najłatwiej. Najłatwiej jest powiedzieć - wszystko nie ma sensu, czuję się do dupy, nie ma sensu dalej starać się, czuję się jak Syzyf itp. pierdoły...
W tym trudnym dla nas okresie walki, starajmy się przebywać wśród życzliwych nam ludzi.Bardzo łatwo dać się złapać w pułapki ludzi, którzy są mali, bardzo mali i próbują budować swoją wielkość naszym kosztem.
Nikt nas nie zmusi, żebyśmy walczyły o siebie. My same musimy znaleźć tę siłę...
W życiu najtrudniej jest być szczęśliwym. I z własnego doświadczenia wiem, że szczęście to ciężka, codzienna praca... Nic nie jest nam dane na zawsze z góry, nic za darmo. Więc, choć jest nam cholernie ciężko i mamy prawo czuć się skrzywdzone i bezsilne, słabe i oszukane - weźmy się w garść.
Wierzę w nas i wiem, że przed nami wiele szczęśliwych dni.
Nie napisałam tego, żeby się wymądrzać. Napisałam to, bo chcę w to wierzyć, uwierzyć, wcielić w życie.
Dziewczyny, czas wyruszyć w drogę, by odnaleźć siebie!

3:08 PM

Czy kochać przede wszystkim siebie?

Nachodzą mnie dość refleksyjne myśli. Może dlatego, że jestem na zwolnieniu i mam dużo czasu na przemyślenia, a może też dlatego, że mój organizm pragnie się bronić przed niebezpieczeństwem, którym jest ta nasza 'niepłodnościowa' walka.
Zastanawiając się nad motywami naszej adopcji ścieram się dość intensywnie z pytaniem postawionym przeze mnie w tytule... Dzisiejsza psychologia uczy egoizmu, bardzo wyraźnie ukazuje, że trzeba być dobrym dla siebie ( bez wyrządzania krzywdy drugiej osobie ).
Zastanawia mnie tylko: jak kochać siebie w momencie, gdy Twój organizm zawodzi?
To rzeczywiście bardzo, bardzo trudne.
Ze swojej perspektywy mogę powiedzieć jednak, że im mniej kocham siebie, tym mniej kocham też innych. Im więcej we mnie bólu, żalu, cierpienia, poczucia niesprawiedliwości..tym mniej we mnie miłości, empatii, chęci do życia i działania.
Nie mogę więc znaleźć siły do obdarowania miłością drugiego człowieka, małego, bezbronnego, pragnącego czułości, ciepła, bliskości.
Czyli jednak kochać siebie...przede wszystkim... Kochać siebie, bo kochanie siebie rodzi miłość do innych. Próbuję to robić.
Zastanawiając się nad motywami do adopcji, czuję jednak, że dość egoistycznie jest kochać przede wszystkim siebie. Nie mogę przecież powiedzieć, że pragnę adoptować, bo mój instynkt macierzyński szaleje, a ja wraz z nim :) I że przez miłość do siebie pragnę zaspokoić swoje potrzeby. Ale czy można powiedzieć, że nie jest to jeden z motywów kierujących kobietę w kierunku OA?
Wiem na pewno, że nie traktuję już adopcji jako substytutu, w mojej głowie, zupełnie prawdziwe i szczere jest myślenie, że adopcja to jedna z możliwości poczęcia mojego dziecka. Odnalezienia Go.
Jak bardzo cieszę się, że nareszcie zmierzam w tym właściwym kierunku...

12:29 PM

Dokumentnie :)

No i zaczęło się. Dziś umówiłam się na wizytę ze specjalistą i psychiatrą, żeby zdobyć zaświadczenia do adopcji. Rozpoczynam kompletowanie dokumentów.
Dzwoniłam też do Ośrodka, jeżeli dostarczymy wszystkie dokumenty w przyszłym miesiącu to szkolenie możemy mieć jeszcze w tym roku! :)
Machina ruszyła!!! Hurrraaa!!!!
Dokumenty potrzebne w naszym ośrodku:
  1. akt małżeństwa (w przypadku osoby samotnej akt urodzenia),
  2. kserokopia dowodu osobistego,
  3. sentencja rozwodu (w przypadku kolejnego związku, któregoś z małżonków),
  4. zaświadczenie o dochodach ,
  5. oświadczenie o niekaralności - wyciąg z rejestru skazanych,
  6. zaświadczenie lekarskie – stwierdzające, że stan zdrowia umożliwia sprawowanie opieki nad dzieckiem od lekarza rodzinnego,
  7.  oświadczenie, że  nie leczyło się w poradni uzależnień i zdrowia psychicznego
  8.   ew. od lekarza specjalisty ( w wypadku, gdy osoba leczy się na chorobę przewlekłą),
  9. życiorysy obojga małżonków, uwzględniające przede wszystkim informacje o rodzinach pochodzenia,
  10. podanie do naszego ośrodka a w nim zawarte oczekiwania w stosunku do dziecka (wiek, płeć), dokładny adres i kontakt telefoniczny, e-mail, krótka motywacja decyzji o adopcji,
  11. zdjęcie kandydatów 
 
  1.  

3:00 AM

O czterolistnej koniczynie raz jeszcze...

Pisałam kiedyś, że nie mam i nigdy nie znalazłam czterolistnej koniczyny, ale i tak mogę być szczęśliwa.
Ale... w weekend byłam na spacerze z moim 3-letnim chrześniakiem, tłumaczyłam mu, że koniczyny mają 3 płatki, a jeśli znajdzie koniczynę z czterema płatkami to będzie miał wielkie szczęście. I dla przykładu zerwałam jedną na chybił-trafił.
I wyobraźcie sobie, że była czterolistna. Pierwsza w moim życiu. Wierzę, że to znak, że nadchodzą lepsze czasy. Może to śmieszny zabobon, ale przynosi mi tyle dziecięcej radości i nadziei. Nadchodzi wielkimi krokami moje szczęście!
Na zdjęciu uchwyciłam moje znalezisko:

Zasubskrybuj mnie :)

Klik!

TOP