Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ból. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ból. Pokaż wszystkie posty

9:09 PM

Pustka.

Tak niespodziewanie...w zeszły piątek straciłam babcię. Odeszła we śnie.
Została pustka. Nr telefonu w kontaktach. Zdjęcia kilkudziesięciu wspólnych chwil.
Wspomnienia pełne jej pogodnego usposobienia. Zabawne powiedzenia, niemieckie Harlequiny, szafa z ubraniami, na których czuć jeszcze jej zapach...
Nie zdążyłam przywieźć jej Melki, zrobić kalendarza ze zdjęciami wszystkich wnuków, powiedzieć, że bardzo ją kocham...tylu rzeczy nie zdążyłam...nie zdążyłam podziękować jej za życie...
Miała 84 lata. A jednak, gdy kogoś kochasz, zawsze jest za wcześnie, by się z nim rozstać.

Kochana Babciu, gdy wczoraj żegnaliśmy Cię na cmentarzu, wyszło słońce i zaczął jednocześnie padać śnieg... Wiem, że to znak, że ubrana w biel jesteś już w świetle wieczności, blisko Boga, w cieple jego serca. Pijecie pewnie kawę i żartujesz, jak zawsze.
Zazdroszczę Mu.
I tak, jak powiedziała wczoraj na mowie pożegnalnej Twoja koleżanka Babciu, nie spieszę się do Ciebie, ale czekaj na mnie...


6:05 PM

Zapominam...

...jak to jest być niepłodną. Naprawdę. Nie myślę już prawie o tym. Powoli zapominam. Ból odchodzi na dobre... Moje myślenie jest bystre, ukierunkowane, okiełznane.
Lubię siebie. Coraz bardziej. Dostrzegam w sobie potencjał i chcę go rozwijać.
Jestem całkiem fajna okazuje się.
Dobrze czuć się dobrze z samą sobą.
Jakie to banalne. Jakie to proste. Jakie to głupie, że choć nie chciałam, postrzegałam siebie przez pryzmat jednej sprawy, choć byłam zupełnie świadoma, że takie postrzeganie jest chore.
Uczucie ulgi, którego doświadczam można porównać do ...hmmm... rozpuszczenia włosów wieczorem po całodziennym dobieranym :P Taką ulgę na duszy teraz odczuwam...
A  wszystkiemu winien jest:

 Mój synuś potrafi już zrobić takie oto akrobacje:


Dzięki tym umiejętnościom 22 lipca pierwszy raz zaczął pełzać :) Potrafi ruchem dżdżownicy "przejść" nawet 3 metry. Wkurza się przy tym niemiłosiernie, trwa to czasem pół godziny, ale jest zawzięty i zazwyczaj dopełznie do swojego celu (zabawka, panele za kocykiem).
Mówię Wam, takiej kochanej dżdżownicy to ja nawet w snach sobie nie wymarzyłam! :)

PS. Mam pytanie i zarazem prośbę - zniknęły mi polskie znaki w tytułach postów i w dacie. Próbowałam przeorganizować czcionki, ale okazuje się, że wszystkie czcionki z wyjątkiem Ariala i Times New Roman nie mają polskich znaków. Wcześniej wszystko działało. Nie wiem, czy to czasem nie kwestia mojej przeglądarki - czy u was wyświetlają się moje tytuły poprawnie? Np. w tym poście: http://bocianieczekamy.blogspot.com/2014/07/jestes-lekiem-na-cae-zo.html
Będę bardzo wdzięczna za pomoc :) Męczy mnie to jak natrętna mucha ;)

12:20 PM

Chałupy welcome to!

Drzewo jeszcze nie zostało skończone. To na wstępie ;) Nie miałam czasu, żeby je skończyć, bo spędziliśmy ten weekend, jak co roku, na windsurfingu w Chałupach. Niestety, ze względu na mój stan zdrowia - tym razem tylko patrzyłam :( Wyjechaliśmy z Ewą i Michałem ( byliśmy z nimi w Chorwacji). I jak zwykle było śmiesznie.
Mój nastrój jednak, mimo pięknej pogody, fantastycznego towarzystwa, był kiepski. Dlaczego?
A no dlatego, że pobyt tam jest dla mnie swego rodzaju punktem odniesienia. Pamiętam, jak w zeszłym roku leżąc na plaży marzyłam, że za rok wszystko się zmieni... Że nie będziemy we dwójkę, że nie będę z zazdrością i "kluchą" w gardle patrzeć na bawiące się obok dzieci.
Niestety, mimo upływającego czasu, moje uczucia wciąż tkwią w pewnym martwym punkcie. Moja tęsknota wciąż rozdziera moje serce. Przez to wszystko nie umiem się cieszyć, nie umiem czerpać radości z rzeczywistości... Nie umiem od tego uciec. Oderwać się choć na chwilę. To męczące. Bardzo.
Leżałam więc na plaży, patrzyłam jak wszyscy pływają, a pod słonecznymi okularami lał się wodospad łez.
Obok mnie, tuż nad ziemią latały te oto ptaszki, wiecie co to za ptak? :)  (taka zagadka biologiczna :P)
 Skusiłam się na chwilę zabawy na trampolinie, niestety moja powiększona śledziona natychmiast dała o sobie znać. Pobolewała mnie przez kolejne kilka godzin, więc już nie odważyłam się na szaleństwa...
Wieczorem, dzień żegnał nas jednym z najpiękniejszych zachodów słońca, jakie kiedykolwiek widziałam.
 Podziwiałyśmy go z Ewą i chłopakami po stronie zatoki...
Chcieliśmy pójść razem na stronę otwartego morza. Jednak nasi chłopcy "po drodze" jakoś się zawieruszyli. Podziwiałyśmy ten widok same:


A chłopaki...no cóż - niech żałują. Gdy odnalazłyśmy nasze zguby...nie bardzo umiały się zachwycić czymkolwiek, a ich błędny wzrok wskazywał wyraźnie, w jakim celu się "zagubiły" :P
A dla mojej Dzidzi też powstało kilka zdjęć. Ta osóbka na falochronie to ja.
PS. Powstała nowa mini-ankieta na mojej stronie. W prawym górnym rogu strony. Ciekawa jestem Waszych opnii, więc zachęcam do głosowania.
Poprzednia ankieta, w której pytałam, w jakim celu odwiedzacie mojego bloga, wskazała, że odwiedzacie go głównie dlatego, że sami zmagacie się z podobnymi problemami, bądź zmagają się z nimi bliskie Wam osoby. Był jednak również jeden hejter ;)

7:48 PM

Wielki Piątek.

Panie proszę spraw, aby życie mi nie było obojętne...

PS. Wczoraj, gdy jechaliśmy z mężem na zakupy, nad naszym samochodem przeleciały dwa przepiękne bociany.

9:39 PM

3 odpowiedzi.

Miałam bardzo zły dzień. Jestem zmęczona. Tak bardzo.
Szukając pocieszenia zrobiłam to:


7:47 PM

"List od Boga"

Wróciłam do pracy. Chyba popadam w jakiś dołek. Nic mnie nie cieszy...
Włączyłam sobie pieśni kościelne ( śpiewałam kilka lat w chórku kościelnym ), siedzę i ryczę. Zaczynam się modlić i przestaję za chwilę. Boję się prosić. Boję się zaufać, aby potem się rozczarować. To mi zostało chyba od dziecka - modlę się i wydaje mi się, że coś się na 100% spełni dokładnie wtedy, kiedy tego zapragnę. Taki mam dziś Boży wieczór. Szukałam jakiś piosenek i nagle wyskoczył mi filmik:

Nie poddaję się, nie poddaję się Boże... Nie wiem tylko, ile jeszcze jestem w stanie wytrzymać... i nie zwariować...

1:30 PM

Katastrofalny dół i pogłebiająca się obsesja.

Chce mi się kląć. Wrzeszczeć. Na siebie, na cały świat. Chce mi się wyć. Czuję się jak stary kapeć, znoszony i śmierdzący. Jest mi smutno, przykro, mam huśtawkę emocjonalną, jestem po okresie, a nadal bolą mnie cycki, jestem zirytowana i chyba coś rozwalę. Mam dość myślenia o dzieciach, dziecku.
Mam dość!
Chcę odzyskać swoje życie, swoje myśli, swoją kreatywność, swój spokój.
Nie chcę ciągle, nieustanie, bez przerwy, myśleć o dzieciach, adopcji itp. itd. Chcę się uwolnić od siebie samej. To jakaś cholerna obsesja. Nie obsesja zajścia w ciążę, ale obsesja posiadania dziecka.
Codziennie wyobrażam sobie, że jest z nami dziecko.Wizualizuję dni, wakacje, wieczory, noce... Codziennie walczę ze sobą, gdy ktoś mnie nietaktownie zapyta o dziecko, albo usłyszę jakąś nietaktowną uwagę. Codziennie zmuszam się do miliona myśli, które nie należą do mnie, codziennie się kontroluję, żeby nie pokazać jak bardzo w środku jestem zmieniona, jak bardzo różnię się od tej Ali, którą pamiętają znajomi. Jak bardzo cierpię. Przecież muszę żyć. A gdybym pozwoliła sobie na ekspresję swojego bólu to byłoby nie do zniesienie zarówno dla mnie jak i dla innych. Ale skąd mam brać na to siły??? Czuję się samotna. Samotna wśród ludzi. Bardzo.
Mam dość słuchania o pieluchach, sruchach, USG, ciążach, poronieniach, owulacjach, okresach... Odbija mi!
Naprawdę odbija.
Ja przecież wcale nie żyję naprawdę. Wszystko co robię, gdzieś w podtekście ma pragnienie, potrzebę posiadania dziecka. Nie ma wolności. Nie ma spokoju. Jest zadanie. Zadanie do wykonania, któremu nie umiem sprostać lub które wymaga ode mnie nakładów cierpliwości, której zapas się skończył. Co miesiąc niby odpuszczam, ale ciągle, może nie natarczywie, może nie z niepokojem, ale bardzo sumiennie obserwuję swoje ciało.
Mam tego dość. A nie umiem się uwolnić od tego. Nie pomoże mi psycholog, a może i pomoże, ale nie mam już sił znów spotykać się z całym tabunem różnych ludzi, którzy pierdzielą takie bzdury czasem, że sama mam ochotę zaprosić ich na psychoterapię.
Wiem, co mi jest. Umiem nazwać swoje uczucia, nie wstydzę się ich, mam do nich prawo. Ale nie umiem się ich wyzbyć. Próbowałam na wiele sposobów. Żadna technika nie działa...
Idzie jesień, będzie coraz gorzej, potem przyjdą święta. Kolejne.
To nie jest normalne. To nie jest zdrowe.
Wpadłam w błędne koło. Zataczam je miesiąc w miesiąc. Dzień w dzień.
Chcę być sobą. Gdzie jestem? Jak mam się odnaleźć? Czyje myśli tak uporczywie grzechoczą w mojej głowie? Przecież nie moje!!??!!
Idę dziś na masaż relaksacyjny. Staję się kłębkiem nerwów, kłębkiem nieszczęść, kłębkiem smutku.
Nie chcę. Nie chcę tak.

Klik!

TOP