10:37 PM

Wszystko, czego dziś chcę...

Kiedy patrzę dziś w lustro widzę kobietę.  Mimo, że wciąż nie wyglądam na swoje 33 lata, nie da się ukryć, że jestem dorosła. Że jestem matką. Żoną. Częściej Panią Alą niż Alą. Zmierzam się z tym i zaczynam rozumieć, że mijający czas się nie powtórzy. Nie zatrzymam go. Więc chcę żyć jak najpełniej. Właśnie teraz. Tu.

W łóżeczkach nie śpią już niemowlaki, tylko dzieci, które rano przychodzą do mojego łóżka i mówią: "Mamo, już jest dzień. Nie ma nocy. Wstań."
Staż mojego małżeństwa wydłuża się i - choć trudno mi w to uwierzyć - za 2 lata będziemy świętować nasze dziesięciolecie.

Ile udało Ci się osiągnąć w życiu? Czy jesteś ( nie zawsze, ale przeważnie) dokładnie tam, gdzie chciałaś być?Czy wciąż chcesz tam być?

Zadaję sobie to pytanie i gdy patrzę na roześmianą buźkę mojej córci i figlarne spojrzenie synka ... rozlewa się w moim brzuchu to samo ciepło co 3,5 roku temu, gdy trzymałam i kołysałam w ramionach mojego syna. TAK, to moje miejsce na ziemi.

Ale... nie jestem tylko mamą. Mam wiele innych potrzeb, o które mam prawo i obowiązek zadbać, by być w pełni szczęśliwą. I, co może być dla jednych oczywiste, a dla drugich nie do ogarnięcia,  spełnienie na innych płaszczyznach uczyni mnie jeszcze bardziej szczęśliwą mamą.

Prawie 10 lat pracowałam w szkole w Gdańsku, to była moja pierwsza praca, byłam młodziutka i pełna zapału i pasji. Oddałam się tej pracy bez reszty. Kochałam ją, bo kocham ludzi, zwłaszcza takich, którzy potrzebują pomocy, a ja mogłam im tę pomoc dać. Oczywiście, jak to w pracy, były wzloty i upadki, ale ostatecznie... byłam ceniona. Czułam się lubiana i niemal ze wszystkich stron otaczała mnie życzliwość. Jednak dzieląca mnie odległość ( 20 km przez centrum miasta Gdańsk) przy dwójce małych dzieci sprawiała, że czasami do domu wracałam po 19, a wychodziłam po 6 rano. I nigdy nie mogłam przewidzieć, kiedy akurat korki sprawią, że dojazd zamiast 40 minut zajmie mi 2h. Gdy dostałam propozycję pracy w szkole pod domem, byłam przerażona, ale niemal od razu wiedziałam, że nadszedł czas zmian. Bałam się. Cholernie . Ale stało się. W styczniu odeszłam z mojej szkoły matki. Tej, która mnie ukształtowała jako nauczyciela i wychowawcę, nauczyła uważności i empatii, cierpliwości i bardzo ciężkiej pracy w imię idei...
Przede mną nowe. I to "nowe" wywołuje we mnie przyjemny skurcz w brzuchu i ekscytację. Cofam się mentalnie w czasie o prawie dekadę...
Właśnie teraz widzę, jak bardzo potrzebowałam i potrzebuję nowych wyzwań, radości z odkrywania, zniecierpliwienia w oczekiwaniu. Jest mi z tym zabawnie, choć chwilami bywa trudno, ale...cieszę się. Czy ta nowa praca to będzie moje miejsce na ziemi? Nie wiem. Ale chcę spróbować. Chcę odbyć tę przygodę jeszcze raz. Odważyłam się. Nawet, jeśli ostatecznie przegram.

Czy oprócz dzieci i spełniania się w pasji i pracy, potrzebuję czegoś jeszcze?

Piszę to, a TEN o kim myślę, właśnie skręca soundbar ( spełnia się w swojej pasji). Ostatnio rozmawiając z niewiele starszą koleżanką z osłupieniem zrozumiałam, że ona chce mi powiedzieć, ze po latach związku nie ma co już liczyć na dawną namiętność. A ja się nie zgadzam i myślę, że trzeba o nią dbać, zabiegać. Może nie zawsze jest na to czas i ochota. Ale ja jestem szaloną romantyczką, wciąż lubię kolacje przy świecach, patrzenie w gwiazdy ( serio), przytulanie i głaskanie, wieczorne komedie romantyczne i dużo ciepłych słów, którymi przed snem mogłabym się otulić jak kocem. Nie ukrywam, że nie zawsze je dostaję. Czasami muszę o nie zawalczyć, czasami płacę słoną cenę za moje idylliczne wyobrażenie miłości, czasami muszę zrobić awanturę albo takowej wysłuchać, ale na szczęście taki mi się chłop trafił, co zawsze najpierw mówi "nie", a ostatecznie spełnia moje prośby ( czasem z kilkumiesięcznym poślizgiem, ale spełnia :)).
Czy to jest moje miejsce na ziemi? Czasem nie znam odpowiedzi na to pytanie. Ale właśnie wtedy, robię wszystko, by poczuć...że tak.

A jak to jest u Was? Czy wciąż czujecie się jedynymi, najważniejszymi? Czy poddałyście się, czy nadal walczycie? Jakie musicie ponosić koszty? Uważacie, że warto?

Mam 33 lata... teraz inaczej niż 5 lat temu ( gdy zakładałam bloga) patrzę na swoje życie. Wiem, czego chcę i doceniam, ogromnie doceniam, to co mam. Chciałabym, żeby ta wdzięczność nie minęła, bo ona sprawia, że dopóki mam tę moją miłość - mam wszystko. I gdziekolwiek się nie znajdę, jeśli moja rodzina będzie ze mną, dokładnie tam będzie moje miejsce na ziemi, mój prawdziwy dom.

A Ty? Gdzie masz swój DOM?

Czy biernie czekasz, czy walczysz, by się w nim znaleźć?

Zgodnie z prośbą pod ostatnim postem, wklejam link do mojego instagrama, na którym nasze aktualne dzieje :)



16 komentarzy:

  1. Mój dom, to moja rodzina - mój mąż i syn :) Znamy się z mężem 12 lat, 5 jesteśmy małżeństwem i choć są różne sytuacje, to nadal mamy w sobie trochę z tych dzieciaków, które beztrosko przeżywały swoją miłość :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie napisane! Bardzo wzruszający i skłaniający do refleksji tekst.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo refleksyjnie... Wprawiłaś mnie w ten nastrój bo ja też mam 33 lata. Właściwie za chwilę 34 i zastanawiam się "gdzie jestem?", "kim jestem?" Czy bardziej kobietą, czy Mamą, czy dawną Agnieszką? A może jest we mnie wszystkiego po trochu?
    O kurcze! Byłam u Ciebie na blogu rok temu. Przywiódł mnie post o walce z niepłodnością...

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja mam 29 lat i wciąż szukam swojego miejsca na ziemi...

    OdpowiedzUsuń
  5. mój dom to moje dzieci z mężem jest róznie... ba jest zbyt żadko by cokolwiek było ja o przytulania głaskania juz dawno przestałam walczyć... też stuknie mi 10lat małżeństwa i czuje się w nim bardzo samotnie.... dzieci kocham nad życie ale to inna miłośc niz do męża... praca może od września może od wiosny.... kto wie co rok przyniesie...

    OdpowiedzUsuń
  6. Uściski szalona romantyczko :) moje miejsce na ziemi znasz :*

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękny tekst, skłania do refleksji. Jeszcze nie doceniam tego gdzie jestem i co mam w 100%, ale czy to w ogóle możliwe?

    OdpowiedzUsuń
  8. Nam 10 lat minelo w grudniu. Bywa raz lepiej, raz gorzej, ale ogolnie chyba wychodzi na plus. ;) Moj maz jest realista twardo stapajacym po ziemi, romantyzm jest mu zupelnie obcy. Ale za to wybornie gotuje i to on przejal paleczke w kuchni, wiec mu wybaczam. Cos za cos. ;)
    No i sa dzieci. Piekne, nieznosne, bystre, rozkapryszone, przytulasne i charakterne. Mieszanka wybuchowa, ale taka NASZA.
    Moj DOM wiec, to maz, syn i corka. Gdziekolwiek, byle razem. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja od kilku lat jestem w zawieszeniu i w ciągłym oczekiwaniu. Moje życie to przede wszystkim czekanie na dziecko. Tego mi tylko brak do pełni, do spełnienia... Mam 27 lat (jeszcze ;)) i od 7 miesięcy czekamy na dzieciątko z adopcji. W marcu minie dwa lata odkąd złożyliśmy dokumenty. Nic nie kupuję, nie urządzam...dopóki telefon nie zadzwoni, nie uwierzę, że będę mamą. Żyję i karmię się nadzieją... Chciałabym już w końcu zacząć żyć naprawdę... Wszystkiego najlepszego w nowej pracy. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Mam prawie 41 lat i dziecko w przedszkolu. Nigdy nie definiowałam siebie jako matki, przyszłej czy obecnej. Moje problemy z płodnością skwitowałam "to najwyżej nie będę mieć dzieci" i sam fakt nieoczekiwanej ciąży mnie mocno zaskoczył. Ale jest, mam uroczą chwilami i chwilami nieznośną córę, czasem się kochamy, czasem nienawidzimy, ale moje życie to odrębne królestwo, nie czerpię z posiadania dziecka siły do życia, bo miałam ją i bez dziecka. Ale fajnie jest coś robić nie tylko dla siebie, ale i dla potomstwa.

    OdpowiedzUsuń
  11. oj kochana dotknęłaś cięzkiego tematu... z jednej strony jestem spełniona bo dzieci, dom ale chwilami dochodzi do mnie jak bardzo musiałam w tym poświecić jednak siebie i na razie nie zapowiada się aby przez najbliższe kilka lat to się poprawiło - trójka maluchów to mocny temat :).
    Boję się tego ze wypadłam z pracy, że moje życie zawęża się coraz bardziej, ze ciągle ponownie włażę w te pieluchy. Co dalej będzie , czas pokaże. Chwilami się boję gdzie będę za parę lat ale pozostaje liczyć na zdrowie - jak będzie ono, to pewnie i praca się poukłada.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpisuje się dwoma rękami pod Pani słowami .

      Usuń
    2. Wszyscy mówią "Stara masz małe dziec to minie - dorosną"... pewnie minie tylko co wtedy ze mną :)
      Po pierwszym synu wróciłam do pracy na kilka miesięcy i zadzwonili że mamy drugie dziecko :).
      Nie zdążyłam zakończyć nawet macierzyńskiego na drugie (córę) i JEP! rodzeństwo :)
      No i kolejny macierzyński...
      ostatnie dwa maluchy są tak małe że czeka mnie jeszcze minimum 2-3 lata w domu aby choć najmłodszy poszedł do przedszkola, ale kurde... to wszystko jednak ogromnym kosztem mnie, mojej pracy... Także tak - to są moje obawy :)

      Usuń
  12. Ja chyba nigdy nie będę dokładnie tam, gdzie chcę. Taka już moja natura - że jak osiągnę jeden cel i dotrę na jeden upragniony szczyt - to nagle na horyzoncie wyłania mi się całe mnóstwo innych, również wartych zdobycia albo chociaż podjęcia próby wspinaczki. Coś takiego jak "pełnia szczęścia" raczej dla mnie nie istnieje...

    OdpowiedzUsuń
  13. mój dom to dzieci... mąż tak już się przyzwyczaiłam że go ciągle nie ma jak jest tez go nie ma... bo szykuje góre do zamieszkania... wiele awantur by rodzinie poświecił więcej czasu... tłumaczenie i mówinie czego sie pragnie w związku też nie daje efektów... też jestem romantyczką kocham sie przytulać głaskać itd... niestety mąż tego nie uważa czysty seks bez emocji gry wstępnej mu wystacza więc wole by go wogóle nie było...Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie moje małżeństwo... jedynie z tego to dzieci mam super... :D bo dzieci to udały się i moja praca nad nimi uczenie ich samodzielności itd. Co do małżeństwa przestałam walczyć... bo walka 7 lat mnie wykończyła jest jak jest inaczej nie będzie trudno...

    OdpowiedzUsuń

Zasubskrybuj mnie :)

Klik!

TOP