Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tęsknota za dzieckiem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tęsknota za dzieckiem. Pokaż wszystkie posty

7:26 PM

Zmienne niezmienne...

Wróciłam do pracy. W nocy ze stresu spać nie mogłam, w mojej łepetynce rodziły się coraz to nowe czarne scenariusze. A tymczasem przyjęli mnie ciepło, życzliwie, troskliwie nawet. Nikt nie miał do mnie pretensji, poczułam ulgę i...chyba wzruszenie.
W sobotę byliśmy na pierwszych urodzinkach u siostrzenicy mojego męża. Już minął rok. Jej... jak ten czas szybko płynie. Pamiętam jak się urodziła... Wyłam cały dzień... Nie mogłam się ogarnąć. Razem z siostrą męża zaszłyśmy w ciążę niemal identycznie. Ja jakieś 3 tygodnie później. Moja ciąża nie przetrwała. I przez całą Jej ciążę cierpiałam jak nigdy wcześniej. Ból i brak - dominowały u mnie każdego dnia, aż do Jej porodu.
Oczywiście, że czułam zazdrość. Ale też niesprawiedliwość, żal do losu, nienawiść do swojego ciała. Nie mogłam uciec - bo wszystkie święta i ważne uroczystości spędzaliśmy w gronie rodzinnym. Nie miałam się gdzie schować, bo jak można się schować przed samą sobą...? Przykro mi, przykro, że musiałam przez to przejść. Trudno jednak, tak musiało być.
Dziś nie czuję zazdrości. Nie boję się spotkań rodzinnych. Dziś po prostu czekam na swoją kolej. Najcudowniejsze jest to, że ona przyjdzie.
I choć dwie zmienne - brak i tęsknota - nadal niezmienne żyją we mnie, to wiem, że już niedługo, naprawdę niedługo, zamienią się w pełnię szczęścia i miłość.
Jestem cierpliwa, choć bardzo tęsknię.

2:38 PM

Wakacje? Urlop?

Dochodzę do siebie w dość ekspresowym tempie. Jedyne co mi dokucza obecnie to osłabienie. 5 minut w ruchu = 25 minut w pozycji plackowatej. Poza tym jest cudownie i super. Czy to zwolnienie lekarskie? A może to już wakacje? Urlop? Pogoda tak piękna, jakby chciała mi wynagrodzić ostatnie ciężkie dni, aura przecudowna, taras już prawie wybudowany i prawie wszystko jest w porządku. PRAWIE. Bo zawsze musi się wydarzyć coś, co zaburzy radość codzienności. Tym razem jest to ciężka choroba mojego teścia. Nie chcę tu ogłaszać jaka, ale niestety - ta najgorsza opcja :( Mąż chodzi jak struty, teściowa płacze, a ja nie umiem pomóc...
Co mi zostało, obrazek w dłoń i dalej prosić Tego na górze o pomoc. Tak też robię. Wierzę, że pomoże.
A'propos modlitw - ostatnio moja bliska kumpela, po wrzuceniu przeze mnie na fb obrazka Matki Boskiej rozwiązującej węzły, stwierdziła, że mnie nawiedziło i że mam przestać gadać tyle o Bogu, bo przestanie mnie lubić. Rozśmieszyło mnie to :) Przecież ja od zawsze byłam nawiedzona. Jak Ona mogła tego nie zauważyć? W domu przezywali mnie "kościelnik". Jako jedyna z całej rodziny chodziłam do kościoła. Takie przezwisko zobowiązuje. A jak.

A tak prezentuje się obecnie nasz taras:
A takie są punkty oświetleniowe :)
 Będzie ich pięć :)

Będzie pięknie. Już to czuję. Martwię się jednak ( jak zawsze muszę się czymś martwić). Nie wiem czy mąż nie dostanie udaru. Przed domem jest 56 stopni. Słońce naprawdę pali. A On rzuca się w ten tarasowy wir pracy, jakby chciał zapomnieć o całym świecie, albo przynajmniej o chorobie taty... :(

9:38 PM

Pieszczoch.

Ostatnie dni minęły szybko i pracowicie. Trochę szyłam ( głównie przerabiałam rzeczy z lumpeksu), w sobotę odwiedziliśmy chrześnicę męża, zjedliśmy też pierwszą w tym roku karkówkę i kiełbaskę z grilla. W piątek zjedliśmy pierwsze w naszym życiu sushi. Niestety kupione gotowe z marketu, więc szału nie było...
Niedzielę spędziliśmy z Państwem K. czyli moją Kasią i jej rodzinką. Fajnie było, choć nie obyło się bez przypałów ( do dziś nie wiemy, czy po mojej awanturze w knajpie nie zostaliśmy poczęstowani wytworem ślinianek kucharza).

Dostałam dziś bukiet goździków i słodkiego całusa od mężusia.

Jestem pieszczochem. Naprawdę. Mogłabym się tulić całe dnie. Tulić, głaskać, miziać. Nie wiem, czy to normalne w moim (!) wieku :) Mój mąż niestety w tej kwestii jest moim przeciwieństwem... Czasem też się pieszczę. Np. lecę w piżamie po kąpieli,do sypialni ( musicie to sobie dobrze wyobrazić - ja naprawdę nie chodzę po domu, ja biegam bądź latam), z rozpędu wskakuję na łóżko i wykrzykuję:
 "Cyyyy są tu jakieś inne pizamkowccce??? "
Na to pada odpowiedź mojego męża ( Jego mina wyraża bardziej zażenowanie niż rozbawienie).
"No i po co mi dziecko...?"
JA ( niespeszona): ""Cyyyy są tu jakieś inne pizamkowccce??? "
ON:(nadal spogląda z zażenowaniem milcząc)
JA:"Noo....sybko! syskie pizamkowce idą na łósko się tuliććććć!!!" 
ON:" Lepiej byś się pobzykała".
JA:(spoglądam z zażenowaniem milcząc)

Koniec pieszczot w moim wydaniu zapowiada początek pieszczot w wydaniu mojego męża.
Reszta posta została ocenzurowana ;)

9:54 PM

Adopcyjna, pierwsza książka mojego dziecka :)

Zawsze chciałam prowadzić kalendarz wspomnień mojej Kruszynki. Chodziłam po księgarniach, żeby kupić coś takiego.
"Pierwszy rok mojego dziecka", "Pierwszą książeczka mojego synka" itp. tytuły kusiły mnie bajkowymi okładkami. Gdy tylko jednak chwyciłam je w dłoń i zaczęłam wertować kartki, entuzjazm znacznie słabł. Już na pierwszej stronie należało wpisać datę zrobienia testu ciążowego, następnie jak na wieść o ciąży zareagowali bliscy, potem należało wkleić zdjęcie USG ( z każdego niemal miesiąca), a na koniec było jeszcze miejsce na płytkę z filmem USG...
Nie... to nie dla nas.
Ale... dlaczego mam pozbawiać mojego Malucha takiej fajnej rzeczy, jaką jest książeczka wspomnień?
O nie! Chciałam prowadzić taką książeczkę, to będę ją prowadzić! I właśnie dziś, przez niemal 7 godzin stworzyłam ją. Jeszcze nie puściłam jej do druku, bo może ktoś z Was mi coś jeszcze podpowie.
Na początku jest okładka:
Później jest nasza bajka o adopcji ( wklejam tylko dwie kartki z tej bajki, bo na pozostałych widać nasze twarze :P )
 Potem już typowo pod naszą Dzidzię :

 Później są strony dotyczące różnych przeżyć Malucha. A książka kończy się pierwszym dniem szkoły :)

 
Jestem zadowolona z efektu :)
PS. Nie mogę również nie nadmienić, że spłakałam się ze wzruszenia tworząc ją - jak nie wiem! Pierwszy raz pomyślałam o sobie tak naprawdę, jak o mamusi. Jakbym już nią tak o włos... niemal o włos...była...

5:44 PM

Jestem nudna.

Zanudzam otoczenie. Mogę mówić tylko o oczekiwaniu. O adopcji. O niepłodności. O bólu.
Dziś już zaczęłam ferie.  Zero radości w sobie mam. Smutne.
Piję więc smutną herbatę i odkładam na podstawkę, którą mąż kupił mi na Gwiazdkę...
 A ja jemu kupiłam taką:
Muszę się wziąć za jakąś robotę. W przyszłym tygodniu zamierzam namalować drzewo na ścianie. Jak się czymś zajmę to nie będę marudzić.

7:01 PM

Pomiędzy.

Pomiędzy bytem a niebytem.
Pomiędzy tęsknotą a spełnieniem.
Pomiędzy pragnieniem a celem.
Pomiędzy wdechem a wydechem.
Pomiędzy słów wypowiedzeniem.
Pomiędzy smutkiem a radością.
Pomiędzy startem a metą.
Pomiędzy goryczą a wyzwoleniem.
Trwam.

Nie umiem wyrazić inaczej mojej niecierpliwości i żalu. Znów wraca do mnie złość i zazdrość. Moja siostra rodzi na dniach... Nie chcę się tak czuć. Nie mogę pozwolić, by to mnie zdominowało...
Czytam "Pałac Samotności" Księżniczki Sorayi. Nasuwa mi się pewne przemyślenie. Wszyscy tęsknią za wolnością. Każdy za inną. Każdy za swoją własną.


7:47 PM

"List od Boga"

Wróciłam do pracy. Chyba popadam w jakiś dołek. Nic mnie nie cieszy...
Włączyłam sobie pieśni kościelne ( śpiewałam kilka lat w chórku kościelnym ), siedzę i ryczę. Zaczynam się modlić i przestaję za chwilę. Boję się prosić. Boję się zaufać, aby potem się rozczarować. To mi zostało chyba od dziecka - modlę się i wydaje mi się, że coś się na 100% spełni dokładnie wtedy, kiedy tego zapragnę. Taki mam dziś Boży wieczór. Szukałam jakiś piosenek i nagle wyskoczył mi filmik:

Nie poddaję się, nie poddaję się Boże... Nie wiem tylko, ile jeszcze jestem w stanie wytrzymać... i nie zwariować...

Klik!

TOP