Najnowsze wpisy

10:37 PM

Wszystko, czego dziś chcę...

Kiedy patrzę dziś w lustro widzę kobietę.  Mimo, że wciąż nie wyglądam na swoje 33 lata, nie da się ukryć, że jestem dorosła. Że jestem matką. Żoną. Częściej Panią Alą niż Alą. Zmierzam się z tym i zaczynam rozumieć, że mijający czas się nie powtórzy. Nie zatrzymam go. Więc chcę żyć jak najpełniej. Właśnie teraz. Tu.

W łóżeczkach nie śpią już niemowlaki, tylko dzieci, które rano przychodzą do mojego łóżka i mówią: "Mamo, już jest dzień. Nie ma nocy. Wstań."
Staż mojego małżeństwa wydłuża się i - choć trudno mi w to uwierzyć - za 2 lata będziemy świętować nasze dziesięciolecie.

Ile udało Ci się osiągnąć w życiu? Czy jesteś ( nie zawsze, ale przeważnie) dokładnie tam, gdzie chciałaś być?Czy wciąż chcesz tam być?

Zadaję sobie to pytanie i gdy patrzę na roześmianą buźkę mojej córci i figlarne spojrzenie synka ... rozlewa się w moim brzuchu to samo ciepło co 3,5 roku temu, gdy trzymałam i kołysałam w ramionach mojego syna. TAK, to moje miejsce na ziemi.

Ale... nie jestem tylko mamą. Mam wiele innych potrzeb, o które mam prawo i obowiązek zadbać, by być w pełni szczęśliwą. I, co może być dla jednych oczywiste, a dla drugich nie do ogarnięcia,  spełnienie na innych płaszczyznach uczyni mnie jeszcze bardziej szczęśliwą mamą.

Prawie 10 lat pracowałam w szkole w Gdańsku, to była moja pierwsza praca, byłam młodziutka i pełna zapału i pasji. Oddałam się tej pracy bez reszty. Kochałam ją, bo kocham ludzi, zwłaszcza takich, którzy potrzebują pomocy, a ja mogłam im tę pomoc dać. Oczywiście, jak to w pracy, były wzloty i upadki, ale ostatecznie... byłam ceniona. Czułam się lubiana i niemal ze wszystkich stron otaczała mnie życzliwość. Jednak dzieląca mnie odległość ( 20 km przez centrum miasta Gdańsk) przy dwójce małych dzieci sprawiała, że czasami do domu wracałam po 19, a wychodziłam po 6 rano. I nigdy nie mogłam przewidzieć, kiedy akurat korki sprawią, że dojazd zamiast 40 minut zajmie mi 2h. Gdy dostałam propozycję pracy w szkole pod domem, byłam przerażona, ale niemal od razu wiedziałam, że nadszedł czas zmian. Bałam się. Cholernie . Ale stało się. W styczniu odeszłam z mojej szkoły matki. Tej, która mnie ukształtowała jako nauczyciela i wychowawcę, nauczyła uważności i empatii, cierpliwości i bardzo ciężkiej pracy w imię idei...
Przede mną nowe. I to "nowe" wywołuje we mnie przyjemny skurcz w brzuchu i ekscytację. Cofam się mentalnie w czasie o prawie dekadę...
Właśnie teraz widzę, jak bardzo potrzebowałam i potrzebuję nowych wyzwań, radości z odkrywania, zniecierpliwienia w oczekiwaniu. Jest mi z tym zabawnie, choć chwilami bywa trudno, ale...cieszę się. Czy ta nowa praca to będzie moje miejsce na ziemi? Nie wiem. Ale chcę spróbować. Chcę odbyć tę przygodę jeszcze raz. Odważyłam się. Nawet, jeśli ostatecznie przegram.

Czy oprócz dzieci i spełniania się w pasji i pracy, potrzebuję czegoś jeszcze?

Piszę to, a TEN o kim myślę, właśnie skręca soundbar ( spełnia się w swojej pasji). Ostatnio rozmawiając z niewiele starszą koleżanką z osłupieniem zrozumiałam, że ona chce mi powiedzieć, ze po latach związku nie ma co już liczyć na dawną namiętność. A ja się nie zgadzam i myślę, że trzeba o nią dbać, zabiegać. Może nie zawsze jest na to czas i ochota. Ale ja jestem szaloną romantyczką, wciąż lubię kolacje przy świecach, patrzenie w gwiazdy ( serio), przytulanie i głaskanie, wieczorne komedie romantyczne i dużo ciepłych słów, którymi przed snem mogłabym się otulić jak kocem. Nie ukrywam, że nie zawsze je dostaję. Czasami muszę o nie zawalczyć, czasami płacę słoną cenę za moje idylliczne wyobrażenie miłości, czasami muszę zrobić awanturę albo takowej wysłuchać, ale na szczęście taki mi się chłop trafił, co zawsze najpierw mówi "nie", a ostatecznie spełnia moje prośby ( czasem z kilkumiesięcznym poślizgiem, ale spełnia :)).
Czy to jest moje miejsce na ziemi? Czasem nie znam odpowiedzi na to pytanie. Ale właśnie wtedy, robię wszystko, by poczuć...że tak.

A jak to jest u Was? Czy wciąż czujecie się jedynymi, najważniejszymi? Czy poddałyście się, czy nadal walczycie? Jakie musicie ponosić koszty? Uważacie, że warto?

Mam 33 lata... teraz inaczej niż 5 lat temu ( gdy zakładałam bloga) patrzę na swoje życie. Wiem, czego chcę i doceniam, ogromnie doceniam, to co mam. Chciałabym, żeby ta wdzięczność nie minęła, bo ona sprawia, że dopóki mam tę moją miłość - mam wszystko. I gdziekolwiek się nie znajdę, jeśli moja rodzina będzie ze mną, dokładnie tam będzie moje miejsce na ziemi, mój prawdziwy dom.

A Ty? Gdzie masz swój DOM?

Czy biernie czekasz, czy walczysz, by się w nim znaleźć?

Zgodnie z prośbą pod ostatnim postem, wklejam link do mojego instagrama, na którym nasze aktualne dzieje :)



10:52 PM

Nie planuj matko, nie planuj ;)

Ehh, pewnie powinnam uderzyć się w pierś, albo choćby zaczerwienić. Mój #projekt24 miał mnie zobligować do wrzucania postów co kilka dni, a tymczasem życie popędziło tak, że nie zdołałam dotrzymać danego samej sobie słowa...
Takie posty czytane na innych blogach zawsze zwiastują koniec i klęskę ;)  Jak to będzie ze mną?
Niełatwo jest mi pogodzić bycie mamą, nauczycielką, fotografem (szczególnie w okresie przedświątecznym) z regularnym prowadzeniem bloga. Nawet moja mama powiedziała mi ostatnio, że muszę się ogarnąć i skupić się na tym, co dla mnie w tej chwili najważniejsze ( a są to bez dwóch zdań moje mordki kochane dwie) . Ale ilekroć pomyślę, by na jakiś czas zawiesić bloga, dostaję od kogoś wiadomość na fb, kto dziękuje mi, że jesteśmy,  kto pisze, że to wirtualne miejsce,  że nasza historia, pomogła mu w ciężkich chwilach i śledzi naszą codzienność i wtedy... myślę, że na razie nie mogę tego zrobić...
Jednocześnie też czuję, że potrzebuję się dookreślić, że potrzebuję czasu, by na nowo przemyśleć moje miejsce w sieci, bo to obecne nie do końca ... jest mną. Ale nie wiem, ile tego czasu potrzebuję i czy na pewno jestem gotowa, by Wasz wszystkich opuścić i z całą pewnością z częścią pożegnać się na zawsze...
Jeszcze nie wiem, co z tego wyniknie, może zmiana pracy ( która przecież już niedługo! Jestem bardzo podekscytowana!!!! :D), koniec studiów podyplomowych i mam nadzieje, że mniej chorób moich dzieci, sprawi, że zyskam więcej czasu, by tu wrócić z pełną pomysłów głową... może...
A może czas połączyć dwa moje blogi w jeden, by nie rozmieniać się na drobne i nie ciągnąć kilku srok za ogon ( prowadzę jeszcze jeden fanpage , fotograficzny). Na tę chwile jednak nie czuje tego tak do końca.
To nie jest moje pożegnanie, ale taki schyłek wieku, może zbliżający się koniec roku... chcę podziękować Wam za wszystkie lata, które tu ze mną spędziliście. Za historie opowiedziane w komentarzach, za moje za Was i Wasze za nas, trzymanie kciuków. Za pomysły, ciepło, wirtualne rozmowy i pełne nadziei oczekiwania słowa. To przez lata było moje intymne schronienie, do którego wpuszczałam Was , by wspólnie pośmiać się i popłakać. Bez Was, nie stworzyłabym tego, co nam się wspólnie udało. To Wy trzymaliście mnie za rękę w najtrudniejszych chwilach mojego życia. To Wy czekaliście razem ze mną na najważniejszy telefon, rozumieliście moje uczucie i potrzeby. Widzieliście, kiedy się smucę i kiedy cieszę. DZIĘKUJĘ WAM.
Cholercia, wzruszyłam się.

To co piszę nie oznacza, że odchodzę.  Nie jest to też usprawiedliwienie. Po prostu musiałam się podzielić moimi przemyśleniami, bo nie czuję się w porządku sama przed sobą.
Obiecałam sobie, że nawet jeśli zostanie jedna wierna dusza, która będzie naszym przyjacielem i będzie ciekawa co u nas, to nie przestanę pisać. A tą jedną wierną duszą..będę ja.

Dobra, koniec tego. #Projekt24, choć nie w pełni, wciąż jest przeze mnie realizowany :)
* dom świątecznie udekorowany
*choinka stoi
*podwórko ozdobione
*świąteczny wianek jest!
*świąteczny papier do pakowania prezentów - przygotowany
*świąteczny stroik zdobi stół
*świąteczne zdjęcia - zrobione
*pierników oczywiście aktualnie brak ( czyli idą święta!)
*prezenty kupione
*opłatek rodzinny ( taka pre-Wigilia z chrzestnymi dzieci, z którymi nie uda nam się spotkać do stycznia) - za nami
*świąteczny film - obejrzany
*świąteczna opowieść - przeczytana
*kolonoskopia i gastroskopia w świątecznej atmosferze - odbyta ;)
*włosy na święta- obcięte i "odżółcone" ;)!
* kiecka na Wigilię - kupiona ( nawet dwie :P)

W planach mam świąteczny filmik, który mi się marzy od lat. Chciałam, nagrać z dziećmi kolędę, ale Leoś nie jest urodzonym piosenkarzem...ale spróbujemy jeszcze. Może zainspiruję Was do tego. Wyobrażacie sobie taką tradycję? Co roku nagrywana kolęda? Za kilka lat wieczorem można by było usiąść po Wigilii i słuchać, oglądać te nagrane przez lata kolędy...
Aaaa! Aż mi ciepło w sercu na samą myśl <3

A na tę chwilę zapraszam Was na świąteczne zwiedzanie naszych grudniowych chwil :)



















10:22 PM

Radość dzielenia, łańcuchy i renifery - czyli dzień czwarty i piąty #projektu24.


Wczorajszy dzień spędziłam z moimi uczniami w Hospicjum ( dla dorosłych). Cały zeszły tydzień moja klasa piekła ciasta i sprzedawała je, a za uzyskane pieniądze zakupiliśmy potrzebne hospicjum rzeczy, m.in. dezodoranty, chusteczki nawilżane, mydła w płynie itp.

Nie był to może typowy DIY łączący się z #projektem24, ale na pewno przyniesie owoce cenniejsze niż kolejny kurzołap ;)
Spotkanie w hospicjum... to dla mnie spotkanie z lękiem...wytrąciło mnie totalnie z równowagi, przytłoczyło, ale i dało kopniaka, by żyć tu i teraz, nie od jutra, od dziś...
Złapało mnie boleśnie za gardło, bo przecież właśnie teraz mam totalnie wszystko o czym marzyłam. Mam dzieci, męża, dom, pracę... Jesteśmy zdrowi ( choć chorowici), możemy spełniać marzenia, może marzyć, bez strachu o jutro. O dziś. BEZ STRACHU.
Dziękuję Bogu za ten czas i proszę, by nie mijał tak szybko...


No ...tak było wczoraj...a dziś... jesteśmy już na zwolnieniu, ja mam zapalenie zatok, Mela zapalenie płuc ( słowo dla hejterów: WYBACZCIE, ŻE MOJE ŻYCIE I CHOROBY, KTÓRE NAS DOTYKAJĄ, ROZCZAROWAŁY WAS ;) ).
Po batalii stoczonej u lekarzy wróciliśmy do domu i zaczęliśmy sprzątać dla Św. M.
Dom, powiedzmy, wygląda znośnie, ale zdecydowanie bliżej mi do ch....j Pani Domu niż do Perfekcyjnej ( skłamałabym jednak, gdybym się nie przyznała, że szkoda mi, że nie umiem tego zmienić). Gdy już posprzątaliśmy, to zgodnie ze zwyczajem moim i moich dzieci - trzeba było nasyfić.
Poczyniliśmy ( tonąc w brudzie ku nieszczęściu moje męża - żałujcie, że nie widzieliście jego miny):

1) łańcuch ( ale nie na choinkę, na okno w dziecięcym pokoju)
Jeżeli też chcecie taki to możecie pobrać czarno-białe grafiki od ARCHISTACJA.PL,  pociąć na paski i posklejać :)






 2) karteczki reniferki


Kartka Leona wyszła najpiękniej. Zgadniecie która to :)?

Odliczanie do świąt włączone! Czas przyspiesza :)


8:18 PM

O Cię Piernik! Czyli #projekt24 - dzień trzeci :)

Dziś piekliśmy pierniczki. To już drugie w tym sezonie i nie ostatnie. W planie mieliśmy również dekorowanie, ale dekorować okruszków nie ma sensu :D

Zostały z nich tylko zdjęcia :)



Anegdotki dnia:

Nr 1
Pieczemy pierniczki. Leoś przyciska niestarannie foremkę:
Ja: "Synku, musisz starać się dokładniej przykładać te foremki, inaczej kształt się nie uda".
Mela: "Leoś, zachowywuj się!"

Nr 2
Przez pokój biegnie Melson z przerażoną miną!
"Co to???? Co to takie plastikowe z nosa!!!!???? Tatusiu!!!!???"
Tata ogląda. Ogląda. Parska.
"To gil. Zeschnięty gil Meluś".

7:32 PM

#Projekt24 - dzień drugi.

Zadanie wykonane :)

Choć dziś rozkłada mnie przeziębienie, nie poddałam się :) Kalendarz adwentowy to mój numer dwa w adwentowym projekcie. Wykonany z półproduktów, które miałam w domu ( koperty, gałąź)
W kopertach znajdują się zadania, które wymyśliłam w zeszłym roku ( znajdziecie je TU ) .






Po zawieszeniu kalendarza wybraliśmy się do Fabryki Elfów ( podobnie jak w zeszłym roku). Uwielbiam tę magię, która tam panuje. W tym roku dzieciaki wszystko już rozumiały i były niezwykle podekscytowane :)

CUDOWNIE być mamą, nie tylko w święta... ale szczególnie w ten czas <3

A poniżej moje Elfy w akcji <3



11:27 AM

#Projekt24 - czyli 24 DIY na 24 dni adwentu.

Grudzień!!! 

Jestem zaskoczona, że właśnie rozpoczął się ostatni miesiąc roku.  Nie wyrabiam się z niczym, ale przyzwyczaiłam się już do tego i mówię sama do siebie: "Spoko, odpuść, nie musisz być zawsze prymuskiem, i tak jesteś fajna" :) 
I dobrze mi. Dobrze mi z tym, że... nie muszę. Że mogę, jeśli tylko nic nie pokrzyżuje mi planów i jeśli... chcę. 
Np. chciałam zrobić nowy kalendarz adwentowy, ale nie zdążyłam.  W związku z tym skorzystam z zeszłorocznego, troszkę go może zmodyfikuję, ale tylko wizualnie :) Jeśli jesteście w podobnej sytuacji, to Was też zachęcam, znajdziecie go tu: KALENDARZ ADWENTOWY DIY

Rozpoczynam przedostatni miesiąc pracy w mojej obecnej szkole. W połowie stycznia mam zaplanowaną operację usunięcia endometriozy, więc już  nie wrócę do ferii, a nowy semestr rozpocznę w szkole publicznej. W moim mieście. Jestem mega podekscytowana i ciekawa, jak będzie... 
Za dwa miesiące kończę też studia, z czego cieszę się jak wariatka...w końcu odzyskam wolne weekendy i może uda mi się więcej pisać. ;) 

Dzieciaki rosną, Leo za 3 miesiące skończy 4 lata, a Mela 2,5. Tegoroczne święta są dla synka ogromnym przeżyciem. Widzę, że wydoroślał i zmienił się. Zadziwia mnie jego rysowanie. Zaczął kolorować jak 5-latek. Jak pokazał mi pokolorowany pociąg, to aż się pobeczałam ze wzruszenia. Ale spokojnie, liczyć do trzech dalej nie umie ;) Koledzy zaczynają zajmować w jego życiu coraz ważniejszą rolę. Jak choruje to beczy, że nie idzie do przedszkola, bo "Olek i Olaf będą się tak dobrze bawić". Mela wciąż najbardziej kocha... MNIE ;) Wiem już z doświadczenia, że to się zmieni, hehe. Więc staram się korzystać z tego, co jest tu i teraz. 
Mela jest urodzoną stand-up'erką. Ale serio serio. Nie wiem skąd ona bierze swoje teksty, ale rozwala nas codziennie. Gada jak stara, takie też ma rozkminy. Muszę zacząć te teksty zapisywać, bo aktualnie nic nie pamiętam, żeby tu Wam napisać ;)

 Nie wiem, czy tak macie, ale ja niezmiennie, gdy wieczorem przytulam się z dziećmi do snu, to mam motyle w brzuchu. Szczególnie, że oni też niezmiennie patrząc mi w oczy w ciemności mówią: "Kocham Cię najbaldziej mamusiu".

I właśnie dla tej miłości - postanowiłam jednak coś świątecznego  w domu zrobić. Wymyśliłam sobie projekt:
24 DIY NA 24 DNI ADWENTU i rozpoczęłam już dziś :) 
Pod hasłem DIY kryje się oczywiście wiele rzeczy, m.in. pieczenie pierniczków, szycie ozdób na choinke, robienie świątecznych zdjęć, lepienie pierogów, robienie świątecznych kartek, przygotowanie własnoręcznych prezentów etc. etc.

Ten projekt oznacza też, że codziennie do Wigilii wrzucę coś na bloga. No.... ciekawa jestem czy sprostam :))) I czy Wy sprostacie, jeśli w to wejdziecie...

Wchodzicie w to? ;)

Jeśli tak to wklejajcie zdjęcia swoich rękodzieł pod postami na fb, albo linki do swoich blogów pod tym postem :) A na instagramie dodajcie do zdjęć hasztag #projekt24  :) 

 Niech świąteczna magia wypełni naszą codzienność, aż do świąt :)))

Mój dzień 1  - ŚWIĄTECZNE SPINKI DLA MELI :) 

Wykonane z pianki, wstążek, koralików, starych spinek. Sklejane klejem na gorąco :)

















7:42 PM

O zmianach, skrzatach i świętach.

Potrzebuję zmiany :)

Jezu, powiedzcie, że też tak macie ;) Jak nie przestawię czegoś w domu przez miesiąc - to jestem chora. Najchętniej obcinałabym włosy 6 razy do roku, tylko, że po miesiącu zaczynam żałować, więc zamiast obcinać, farbuję. Byłam już blondynką, rudą ( krótko, gdy znów przychodzi mi ochota - spoglądam na zdjęcia i natychmiast ochota mi mija ;) ), powiedzmy, że brunetką ( ale to przez przypadek, który następnego dnia został zniwelowany przez fryzjerkę), byłam też pomarańczowa ( kto się przefarbował sam z ciemnego na blond, może wiedzieć o czym mówię), byłam też zielona :)
Moje włosy przeszły długą drogę. I są obecnie trochę...ehmm.. zdechłe.
A mnie się zachciało moich loków sprzed lat. A w związku z tym - w poniedziałek obcinam włosy!!!! :) I farbuję. Żegnam ombre i wracam do pasemek. Trzymajcie kciuki :)

Tymczasem zmieniam klimat w domu :) Jesienne ozdoby powędrowały na strych, a przywędrowały i powoli zajmują swoje miejsca - świąteczne cuda.
Kilka nawet postanowiłam, wraz z dzieciakami zrobić własnoręcznie ( no bo co to by były za Święta bez handmade'u???!!! ;) )
I tak powstała, znana już niektórym z IG , wielka trójca: Mela, Kubek i Hałabała. Moje kochane dwa Elfy nadały im imiona i oczywiście, że dziewczyny krasnale mają brody! (Tak przynajmniej twierdzi MELA) ;)



 A tego wielkoluda uszyła moja mama :) Dzieci się go bały przez pierwsze dwa dni, teraz przywykły i mówią, że jest królem, a małe skrzaty to poddani :)


Jeśli podobają się Wam skrzaty wykonane przez nas, to możecie skorzystać z tutoriala, który znajdziecie TU.

A jak Wasze przygotowania do świąt? Ruszyły?

9:42 PM

Kochaj, kochaj, kochaj!

Kilka lat temu, kiedy macierzyństwo było jeszcze tylko w obszarze moich niespełnionych marzeń, a depresja, niczym pętla, odbierała mi dopływ powietrza...trafiłam w księgarni na książkę.

( Warto tutaj wspomnieć, że wydawanie pieniędzy na książki nigdy nie było moim hobby. Wolałam biblioteki. Ale coś do mnie mówiło: "Kup mnie, kup mnie". No i kupiłam. )

To była książka Reginy Brett "Bóg nigdy nie mruga", 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu. Byłam oczarowana, miałam wrażenie, że ta książka trafiła w moje ręce nie przez przypadek, że to była boska interwencja. Bez kitu.
Wtedy miałam naprawdę ciężki czas. Taki najgorszy, jak do tej pory, w życiu. Połowę dnia przepłakiwałam, a drugą połowę spędzałam nad zastanawianiem się - Dlaczego ja? Dlaczego, Boże, tak mnie karzesz? 
Ta książka dała mi siłę. Zamiast wyć w poduszkę, zaczynałam czytać. 

Czekałam z utęsknieniem na kolejne książki Reginy. Gdy pojawiła się druga część - "Jesteś cudem", napisałam o moich przemyśleniach na blogu ( O TU ). 
Wyobraźcie sobie, że ten wpis przeczytała Pani redaktor z wydawnictwa INSIGNIS, które wydaje książki Reginy Brett. Poznała z bloga moją historię i wysłała mi książkę z podpisem autorki, takim specjalnie dla mnie :)  Byłam w totalnym szoku. Taki bezinteresowny prezent, dla mnie?

Dziś ta Pani redaktor to moja przyjaciółka, okazało się, że oprócz miłości do Reginy Brett, łączy nas milion innych spraw. Przemyślenia, doświadczenia, spojrzenie na życie, rodzinę i miłość :)
I jestem pewna, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Bo przecież...czy to mógł być czysty przypadek? Nie sądzę! :)

Wczoraj w Gdańsku, Regina Brett miała swoje autorskie spotkanie, dotyczące jej najnowszej książki "Kochaj". A ja miałam możliwość spędzić z Reginą 15 minut na osobności <3 Podczas całego spotkania robiłam zdjęcia czytelnikom. A na koniec, dostałam nawet od Reginy kwiaty. ( Ale nie, żeby je dla mnie kupiła ;) Po prostu dostała ich tak wiele, że nie miała jak się z nimi zabrać :) )


To dopiero szok! 
Psychologia mówi, że nigdy nie powinno się czuć, że się na coś nie zasłużyło - ale ja tak czułam. Jakby trafił się mi skarb, który się mi nie należy... I dziś, aż trudno mi uwierzyć, że rzeczywiście wczoraj siedziałam z Reginą przy jednym biurku w kanciapie w Empiku ;)




Zastanawiacie się, jaka Ona jest?

Jest wspanialsza niż sobie wyobrażałam. Ciepła, pełna dobra i uważności. Ludzie, podchodzący do niej po autograf, opowiadali jej często bardzo intymne historie, dziękowali za pomoc w najtrudniejszych chwilach, niektórzy płakali. A Regina, autentycznie się wzruszała. Każdego przytulała. Z każdym robiła sobie zdjęcie.






Zaczynam czytać tę nową książkę. Za mną dopiero kilka lekcji, ale już wiem, że znów potrzebuję tych słów. I że pojawiły się... w idealnym dla mnie momencie.
Jak zwykle.

Przypadek?
Nie sądzę.








1:37 PM

Nerwica i jesień w pełni.

Jestem i żyję. Wiem, że czasem tu jeszcze zaglądacie, nawet, gdy dłużej milczę... Ostatnio wspominałam mój projekt :"Zapamiętaj każdy dzień" ( znajdziecie go TU), niesamowite...ile ja miałam wtedy czasu ;)
Wrzesień i październik dość ostro dały mi się we znaki. Mimo, że pracę mam ustawioną na 3 dni w tygodniu ( ale pracuję po 9-10h dziennie, a jestem poza domem ponad 12), to nie mam po prostu na nic czasu. Już we wrześniu zaczęłam mieć problemy ze snem, pogorszyły mi się też jelita ( i to bardzo). Sterydy biorę już ponad pół roku i choć nie przytyłam znacznie, to moja buzia bardzo się zniekształciła. I nie miałam z tym problemu np. w wakacje, gdy czułam się naprawdę dobrze. Myślałam sobie wtedy - a co tam, to tylko buzia, liczy się zdrowie...to obecnie, gdy moja buzia wygląda jak księżyc w pełni,a jelita robią co chcą - to wkurzam się, ilekroć spojrzę w lustro. Unikam zdjęć jak ognia... ;/
W pracy zaczęłam dostawać nowe obowiązki  - jest ich tak wiele, że żeby ze wszystkich się wywiązać, siedzę codziennie do 23-24 przy laptopie...a i tak nie wyrabiam... A ja nie potrafię robić niczego na pół gwizdka... I to jest chyba mój problem. Nie potrafię odpuścić i dać sobie luzu. Nie muszę wszystkiego zrobić na 100%... Moj bezsenność się nasiliła, wszystko zaczęło mnie irytować i frustrować. W szkole zamiast kubka z kawą ( której i tak nigdy nie piję) robiłam sobie napar z potrojnej melisy. I nic. Nic, cholera jasna, nie pomagało.
A gdzie miejsce na bloga? No właśnie - zabrakło...

W zeszłym tygodniu moje życie nagle sprawiło mi małą rewolucję. Na drugiej wtorkowej przerwie odebrałam telefon. Dzwoniła Pani dyrektor ze szkoły w moim mieście, zaproponowała mi pracę od nowego semestru ( dzięki czemu zachowuję okres wypowiedzenia)... To nie była prosta decyzja. W mojej obecnej szkole pracuję prawie 10 lat. To tu nauczyłam się wszystkiego, ukierunkowałam to, kim chcę być w mojej nauczycielskiej drodze... poza tym teraz czuję się bardzo doceniania i szefostwo jest dla mnie wyrozumiałe. Ale mam dość dojeżdżania po 1,5h w jedną stronę, stresu, że jeśli zadzwonią z przedszkola czy żłobka, że któreś rzyga albo ma temperaturę... to dotrę po dzieci dopiero za 2,3h... I podjęłam decyzję. Zmieniam pracę.
Nadchodzi nowe, nieznane i nie wiem czy bardziej się cieszę, czy bardziej boję. Ale na pewno, mimo wszystko, taka zmiania jest mi potrzebna. Czuję, jakbym odmłodniała. Jakbym miała znowu prawo do błędów. I choć rozmowa z moim obecnym dyrektorem nie była łatwa, ani dla mnie, ani dla niego,choć przede mną więcej niewiadomych niż pewniaków, choć wszystko może nie pójść po mojej myśli i mogę żałować swojej decyzji... to śpię dużo lepiej...

 W wolnych chwilach, dla relaksu i w ramach hobby - wciąż fotografuję i to na coraz większą skalę.
Zapraszam Was na wspólny jesienny spacer.











A co u Was kochani? Jesień daje Wam popalić, czy raczej jest przyjaźnie do Was nastawiona?

Zasubskrybuj mnie :)

Klik!

TOP