Najnowsze wpisy

9:30 PM

Wszystko na chwilę.

Poświąteczne zapalenie zatok i uszu trzyma mnie w garści. Siedzę na zwolnieniu i staram się walczyć. Nie wiem, dlaczego czepiają się mnie tak choroby i głupio mi już nawet o tym pisać, ale...cholernie boli mnie lewa pięta. W środku. Nie bardzo mogę chodzić. Moja mama mówi, że to może być ostroga. W środę podejdę do ortopedy.

Myślałam, że wiosna przyniesie pogodę, słońce, radość...a tymczasem... Wokół dzieje się tak dużo trudnych rzeczy. Dwa tygodnie temu dowiedziałam się, że nagle...umarł mój kolega. Miał 32 lata. Nie wiem nawet, co mu się stało... Nie rozmawialiśmy od 4 lat, nie mamy wspólnych znajomych, jego konto zniknęło z fb... Ta wiadomość uderzyła mnie jak grom z jasnego nieba. Cały czas widzę jego uśmiechniętą twarz ( choć widzieliśmy się ostatnio 16 lat temu), pamiętam jego wyjątkowo pogodne usposobienie... Miał świetną pracę, młodą, piękną żonę, małe dziecko... :(
Czy to dlatego, że jestem już po 30-tce to zaczynam dostrzegać to, że wszystko ma kres? Czy to, że z lustra nie patrzy już na mnie dziewczyna, a spogląda dojrzała kobieta - to znak, że przemijam? Czy mam żyć tu i teraz i nie myśleć o tym, że jestem tu tylko na chwilę? I co mogę zrobić, by nie tracić żadnej z chwil?
Boję się. Tak jak  nigdy wcześniej ( przed 30-tką) bardzo chcę żyć. Chcę być z moimi dziećmi, pozwolić im dojrzewać w pełnym domu, patrzeć jak rosną, dorośleją. Chcę być radosną częścią ich wspomnień, ich domu, ich poczucia bezpieczeństwa...
Czuję, że czas to najcenniejsze, co mamy. Myślę sobie, że jak dzieci urosną to...przeczytam książkę, całą - od deski do deski, albo lepiej trzy, cztery...na plaży. Pójdę z dzieciakami na baseny i będziemy pływać goniąc się pod wodą...wyjedziemy w góry, w Bieszczady i będziemy siedzieć na łące pełnej kwiatów i jeść oscypki z żurawiną...a kilka lat później spełnimy nasze wielkie marzenie - pojedziemy do USA...zobaczę jak Leoś i Melka uczą się nowych rzeczy, zobaczę co będzie ich interesować i poznam ich pasje... będziemy jeździć na rowerach całą rodziną, zrobimy własną mapę naszych miejsc w okolicy... będę z Amelią chodzić na babskie zakupy i będziemy sobie wzajemnie malować paznokcie, będę jej zaplatać warkocze i robić upięcia na imprezy...poznam dziewczynę Leona, zobaczę jak mężnieje i dorasta... Zostanę babcią. Może nią zostanę, kto wie?
Jak czułabym się, mając świadomość, że to się nie stanie. Że mój zegar zatrzyma się szybciej niż przypuszczam...
Żyjemy, jakby końca miało nie być - prawda?

W sobotę była 1. rocznica śmierci mojej babci. To już rok. A ja nadal nie potrafię w to uwierzyć. Nadal wyrzucam sobie, że do niej nie zadzwoniłam dzień wcześniej, choć wiedziałam, że jest w szpitalu ( ale tata mówił, że wszystko już ok). Czasu nie cofnę...
Mogę być jedynie wdzięczna za to co mam, za czas, który już mi było dane przeżyć i mieć nadzieję, że moje marzenia się spełnią...

Przepraszam że zbombardowałam Was całym ładunkiem moich czarnych myśli. Nie służy mi aura tegorocznej "wiosny". Czekam, aż przyjdzie naprawdę. A Wy?




Ja i Melka na Wielkanocnym spacerze (Leoś pobiegł do przodu z moim bratem, a mąż robi zdjęcie).


6:19 PM

Niech miłość zwycięży zło!

Kochani!
Na te niezwykłe święta, niech pokój zamieszka w Waszych sercach i domach, niech radość i miłość zwycięży zło, a wiara przenosi góry.
Przesyłam ogrom ciepła i uśmiechu.
Niezmiennie dziękuję Wam z całego serca, że jesteście...
Ala <3

9:41 AM

Przemyślenia matki nauczycielki i wielkanocne DIY.

W końcu chwila oddechu, tydzień wolnego, który spędzam - standardowo - z chorymi dzieciaczkami :) I za to wolne, szczególnie kocham bycie nauczycielką, choć nie ukrywam, że również za możliwość poznawania nowych ludzi, za to, że namacalnie odczuwam, że praca i zaangażowanie przynoszą nie tylko pieniądze, ale też radość, uśmiech, a czasem wiarę młodym ludziom :)  Za to, że nieustannie uczę się - i wcale nie mówię tu o chemii, matmie czy biologii - a o tym, że uczę się siebie, pokory i pracy z ludźmi. Kocham moją pracę za to, że często po miesiącu, w którym mam wrażenie, że jestem totalnie do dupy, a moja praca to zwykłe bicie piany - jedno "dziękuję" młodego człowieka sprawia, że wszystko się odwraca, a ja dostaję skrzydeł.

Ale teraz, gdy jestem mamą, moje życie to przede wszystkim dom. I choć staram się ( ku niezadowoleniu mojego męża) w 110% wywiązywać się z powierzonych mi w szkole obowiązków, biegam z głową pełną pomysłów i inspiracji, angażuję się w dodatkowe projekty, to czas z dziećmi jest dla mnie bezcenny i najważniejszy. 

Dziś jest Wielki Czwartek, a ja miałam plan - posłać maluchy do przedszkola i żłobka - a sama zrobić wielkie porządki w domu, przygotować kilka prezentów na Wielkanoc DIY, nadrobić blogowe zaległości :) Oczywiście z planów nici, bo gile po pas i jakiś przybłąkał się kaszel, plus biegunka. Siedzę z Leo na kanapie, który układa z klocków wieżę i mówi do siebie :" Amelcia musisz mi pomóc, ale nie buduj tego. No! Co to może być mama? Może, może, może...chyba to spadnie...", w tej samej sekundzie podbiega do mnie Mel i ciągnie mnie za trzy palce lewej dłoni,"Misiu, misiu, misiu..." - już wiem, że jej ukochany miś został w łóżku. A faza na misia trwa niezmiennie od dwóch tygodni, je z nami, podróżuje, śpi, spaceruje, ogłada bajki i czyta :) Oto nierozłączni:

Tym samym muszę się zadowolić sprzątaniem po 21, wielkanocnym koncertem niezmiennie wspaniałej Beaty Bednarz na YT i wykonanym już w marcu świątecznym rękodziełem, czyli:

1) zestawem marchewek
Myślałam nad tutorialem na te marchewy, ale myślę, że jest zbędny. Wystarczy wyciąć trójkąty, kilka pasków filcu i pianki (dostępnej w arkuszach), dołączyłam też zielony tiul. Zszywałam na lewej stronie zostawiając małe otworki, przez które wpychałam wypełnienie silikonowe ( z najtańszych poduszek z IKEA). Na koniec markerem do tkanin ( też z IKEA) domalowałam czarne kreski - marchewki gotowe :) Wyglądają fajnie, szczególnie wrzucone do jednego kosza :) Ale dzieciom szczególnie podoba się rzucanie nimi w siebie i na odległość.

2) Wianek wielkanocny

Kupiłam na allegro gruby drelich bawełniany, szyłam już z niego poduszki, a tym razem powstały wianki. Właściwie wianki-jaja. Wycięłam obręcze, które zszywałam na zewnątrz, pozostawiając materiał z jednej ze stron ( lubię taki efekt, jakby braku wykończenia). A potem naklejałam klejem na gorąco jajeczka ( kupiłam w Pepco i Bricomarche), bazie i wstążeczki. Całość zawiesiłam na prostokącie z bawełny.

3) Palma wielkanocna z kolorowej krepy i bloku technicznego.

To nie moje dzieło. To sprawka naszej cudownej Pani z przedszkola, która swoją pomysłowością i zaangażowaniem zadziwia mnie co najmniej raz w tygodniu i ponoć mojego Leosia również ;)



A jak Wasze przygotowania do Świąt? Czy tak jak ja jesteście jeszcze w proszku? Czy może chaty czyste, okna i podłogi lśnią, lista zakupów przygotowana, a lodówka rozmrożona i umyta? :)

8:03 AM

Wiosna w sercu - kwietniowa kartka z kalendarza.

No i przyszła wiosna. Razem z nią antybiotyk u mnie i kaszel moich.



Ostatnie dwa tygodnie to był hardcore. Może to zabawne, bo pracuję dopiero od 2,5 miesiąca, ale czekam już z niecierpliwością na wakacje, żeby w końcu... odpocząć, przeczytać książkę, nie sprawdzać poczty i e-dziennika 5 razy dziennie, nie odbierać telefonów po nocach od często sfrustrowanych i agresywnych rodziców, usypiać spokojnie i najlepiej z dziećmi o 20.30... Choć raz w tygodniu.

W tym tygodniu czeka mnie kolejny egzamin, tym razem z analizy matematycznej. Wyniki pierwszego egzaminu z algebry już mam, jest ok, więc odliczam do czerwca, żeby te zajęte przez studia weekendy znów mieć dla rodziny. Bo jak tak dalej pójdzie będę dumną matką 30+, z 2 studiami podyplomowymi z pedagogiki i matmy, do tego...rozwódką ;) I w sumie ten uśmiech na końcu jest zbędny..

A z rzeczy wspaniałych, radosnych i pięknych:

1) Pogoda jest CUDOWNA. 
Nie cały czas, ale bywa! W końcu wychodzimy na dwór. Wyjeżdżamy na wycieczki, wyciągnęliśmy zabawki przed domem, widzę taką radość na tych moich dziecięcych mordkach, że żyć się chce!


2) Mela rozgadała się na dobre! Czyli nieustannie mam stand up na żywo <3

Do 18 miesiąca gadała kilkanaście słów. Przy czym najczęściej : "dyda", "mama", "pepa". Teraz nagle zrobiła mega skok i z dnia na dzień zaczęła gadać...wszystko. No może naginam rzeczywistość, ale stara się nazywać każdą rzecz. Mówi proste zdania, np. "Mami!!! Popać tutam ! Kic kic" ( Mamo popatrz tutaj, królik).
Po powrocie ze żłobka opowiada więcej niż Leoś. Bo gdy jego pytam, jak było, odpowiada: "Dobrze".
A młoda: "Mama papa. Pani. Pupa. Tata placi. Mama." ( "Czyli pożegnałam się z mamą, bawiłam się z panią, zrobiłam kupę, tata był w pracy ( chyba, albo że wrócił i ich odebrał), wróciła mama" - niezłą mam kreatywność jako matka, nie? :D) 

Ostatnio np. poszliśmy we czwórkę do Rossmana. Mela siedziała w wózku i trzymała książeczkę. I nagle zaczyna z radością wykrzykiwać:
"Mam kuta! Mam kuta! Kuta! Kuta!"
Cały Rossman patrzy na nas. Ja patrzę na Melę.
"WTF?" - myślę sobie. "Co za kuta bez "s"".
"Mama! Mam kuta!".
Przyglądam się, patrzę o co jej chodzi, co się piętrzy w tej małej główce...a ona w książeczce znalazła kotka po prostu. I zamiast jak zawsze nazwać go "Mniau", to przeskoczyły jej w zwojach trybiki i powstał kuta. Jak ja Ją kocham!
No właśnie, ona mnie też. I Leona, i tatusia. Jest taką przylepą! Kopia mamuni :))) Co wieczór, gdy ją usypiam, ( a usypiamy razem w dużym łóżku), włazi na mnie, kładzie się na moich piersiach, robi mi pierdziawkę i mówi:" Mama, kokam, kokam." Uśmiecha się przy tym cudnie i całuje mnie rozkosznie. Także wszyscy się kochamy. Bo Leoś uskutecznia oznajmianie miłości od jakiegoś pół roku, co wieczór, przez piętnaście pierwszych minut :D

Dobra, ale żeby było skutecznie, sumiennie i klarownie:
Bobosłownik Melsona 19 miesięcy:

Mama, tata, babi i baba (babcia), dziadzia, dzidzia, Oci (Leoś!),Madzia, Malina (Malwina), Siś (Krzyś), Ola, dom, lala, Mela, ja, pić, popać (popatrz), maś(masz), pić, mniam mniam, pupa (kupa),sisiu (siusiu), bum bum, dada, opa, baja, wońć (włącz), daj, zwierzątka zna wszystkie, Misiu (jej obecnie ukochany przyjaciel), plunia (pielunia), kak (tak), nie, Ana i Eca (Anna i Elsa), tlaktol (traktor), myju myju, kokam (kocham), nódzia (nóżka), w placi ( w pracy), oko, noci (nos), budzia (buzia), wosi (włosy), uko (ucho), gowa (głowa),pajak (pająk), Lisynłe (Spiderman- bo Leoś ogląda Spidermana i tam jest piosenka po angielsku xD), kiakek (kwiatek),plasiaj (przepraszam), Kiti ( Hello Kitty), kuta (kot), a na Peppę mówi obecnie Pipa.  Więc czasem mamy kuta i pipę na raz :) ;) :D
Więcej teraz nie pamiętam :)



3) Leoś jest coraz bardziej samodzielny. Sam się rozbiera, częściowo ubiera, chodzi siku ( choć wciąż ma lęki i często musimy iść z nim). Coraz ładniej koloruje ( w końcu trafia w obszary do zamalowania, a nie zamazuje całą kartkę). Widzę też duży skok wiedzy, bardzo długo uczyłam go liczyć do 3. Żeby jako 3-latek to umiał. Czyli dwa miesiące temu po miesiącu powtarzania 1,2,3 - w końcu załapał. A wczoraj schodziliśmy ze schodów, ja jak zwykle liczyłam schodki, ale przestałam i poprosiłam Leosia, żeby liczył. Okazało się, że bardzo dobrze liczy do pięciu! :) Wiem, że są dzieci, które liczą w tym wieku do dwudziestu....i to po angielsku. Ale mnie to gila, cieszę się ogromnie z osiągnięć moich dzieci, jakoś dziwnie jak na mnie, bo generalnie cierpię na chorobliwą ambicję, nie spinam się i nie czuję, że mam potrzebę, żeby moje dzieci były genialne. Ponad wszystko chcę, żeby czuły się szczęśliwe i kochane.


I to jest chyba to, co niezmiennie zadziwia i kołysze mnie w macierzyństwie. Fala oksytocyny, która wciąż zalewa mnie...
... gdy wieczorem leżymy w łóżku i cztery małe łapki znienacka walą mnie w twarz, żeby sprawdzić, czy leżę obok. Gdy zamiast spać zaczynają opowiadać, co ich w danym dniu spotkało, gdy ciszę i mrok przerywa słodkie "Maaamoooo kocham!", "Kokam".
.... gdy obserwuję z radością skoki i rzut ciałem na odległość, gdy wracam z pracy.
...gdy patrzę na ich szczerość, radość życia, miłość do nas i do siebie.
...gdy pałaszują obiad po długim spacerze, a uszy naprawdę im się trzęsą.
...gdy pojawiają im się w oczach niezwykłe iskierki, bo właśnie na płocie siadł mały, uroczy ptaszek...
...gdy ktoś dzwoni do drzwi, a oni nie potrafią i nawet przecież nie starają się ukryć podekscytowania spotakniem z ...kimkolwiek :))
...gdy uczą mnie, nie robiąc nic nadzwyczajnego, szeregiem gestów, prostych słów, dotyków i potrzeb... że nie ma nic cenniejszego niż rodzina... I że ani pieniądze, ani świetna praca, ani wakacje w najurokliwszych kurortach, nie są warte więcej niż nasza bliskość, nasze chowanie się pod kołdrę i wymyślanie, że właśnie jesteśmy w kajucie, a obok na morzu trwa wielka burza, nasz wieczorny, do znudzenia powtarzalny rytuał usypiania i opowiadania bajek, nasze trzymanie się za rękę i głowa przy głowie... Moje uczucie wdzięczności, gdy myślę, że wszystko co mam to kwestia przypadku, wymodlonego cudu, łaski Boga...

I pomimo, że jestem zmęczona, że marudzę, miewam trudne i trudniejsze dni. Pomimo, że często ryję głową w ziemię, albo odbijam się od ścian....Gdybym mogła zatrzymać czas, to zrobiłabym to właśnie teraz.
 


8:33 PM

Power off.

Dziś krótko - bo niedawno wróciłam do domu dopiero i przede mną setki zdjęć do obróbki z sesji wielkanocnych - a czuję, że jestem Wam winna wyjaśnienie blogowej ciszy...
 
Zawsze ambitna - wymyśliłam sobie, że ogarnę wszystko - powrót do pracy, chorujące dzieci, studia podyplomowe, bloga, no i jeszcze fotografię...
Efekt jest taki - że od miesiąca, a nawet od dwóch, jestem ciągle chora. W zeszłym tygodniu chorował Leoś. Na szczęście - to był wirus, trzymał go w wysokiej gorączce prawie tydzień.  A gdy jemu przeszło - rozwaliło mnie... Dostałam takiego zapalenia zatok, jakiego w mojej 32-letniej historii życia nie doświadczyłam. Tydzień gorączki 39, ból mięśni, kości, zatkany totalnie nos, brak smaku, głodu, brak głosu i zatkane lewe ucho. Skutek? Obecnie pożeram drugi już antybiotyk w tym miesiącu... A trzeci w tym roku.
Ot - choruję jak dziecko, które poszło pierwszy raz do przedszkola. Nabywam na nowo odporność, a że w szkole wszystkie dzieciaki kaszlą - no to ja kaszlę podwójnie, a nawet poczwórnie. Do tego wszystko robię w biegu, chodzę z gorączką do pracy ( bo zużywam zwolnienia na chorujące dzieci), w weekendy z gorączką śmigam na studia ( bo jak opuszczę analizę matematyczną to nie poratuje mnie nawet google, youtube ani wolframalpha...), po nocach uczę się od egzaminów ( nie przypuszczałam, że na podyplomówce będzie tyle nauki, ile było na studiach...), nie poświęcam dzieciom tyle czasu, ile powinnam i czuję się jak stary, śmierdzący kapeć na dnie półki z butami. Nadający się na śmietnik. 
W czwartek, dzieci usnęły, a ja siadłam na schodach w domu i zaczęłam beczeć jak dziecko. Przyszedł mój mąż i wyjątkowo ( bo zawsze mnie opieprza, jak beczę) zaśmiał się i przytulił mnie po prostu. Wiem, że on też jest zmęczony...

Dobra koniec marudzenia. 

Cieszmy się, bo przyszła wiosna! A razem z nią - mam nadzieję, nowe pokłady energii, sił i zdrowie.

A Wy jak się macie?? Co u Was?



Widzicie wielką marchewę w dłoniach Meli? To ja ją szyłam :) Niedługo tutorial :)

11:17 PM

Niepłodność.

Niepłodność - dziś znów o niej przypominam, nawiązując do kampanii społecznej, w której brałam udział jakiś czas temu - TU
Niepłodność to nie znamię, które nas szpeci. To nie powód do wstydu i spuszczania wzroku w towarzystwie. To wyzwanie, któremu jesteśmy w stanie sprostać! A dróg jest wiele!

video

PS. Nie mam pojęcia dlaczego jakość filmiku jest taka do kitu, oryginał jest żyleta :)

11:56 AM

Handmade by mama.

Jestem na zwolnieniu. Na pierwszym odkąd wróciłam do pracy. Leoś gorączkuje już 6 dzień. Dziś byliśmy zrobić morfologię i CRP, i w zanadrzu mam antybiotyk. Zobaczymy, co wyjdzie z badań... Jak zwykle czarnowidztwo u mnie - level master.

Siedzimy w domu i spędzamy dużo czasu na wspólnej zabawie. Dziś szyliśmy opaski dla Meli. Przynajmniej taki był zamiar :) Oczywiście dzieciakom bardziej spodobało się roznoszenie po domu wstążeczek i koralików, rozwalanie wszystkiego, co tylko możliwe. I na tym pomoc się kończyła :) Ale jestem zadowolona, bo trzy nowe opaski powstały :) Gorzej, że Mela weszła w taki wiek, że niestety nie chce ich nosić. Mam nadzieję, że nie będą musiały leżeć miesiącami czekając na lepsze czasy, bo na wiosnę są jak znalazł :)






Czy warto się bawić w szycie opasek dla dzieci?

Jeśli nie lubicie takiej zabawy to nie, bo zakup gotowej np. w Pepco to podobny wydatek. Więc jeżeli dla Was rękodzieło jako takie nie jest cenniejsze niż masówka, to po co przepłacać? Wszystko zależy od Waszego punktu widzenia.
Koszt tych trzech opasek to ok. 5zł, ale nie ukrywam, że jak poszłam do pasmanterii to nie wydałam 5 zł, tylko 50 :) Bo przecież wszystko mi się przyda. I te tasiemki z kropeczkami, i te brudny róż, i te szare. Gumki wąskie, szersze. No i jeszcze koraliki , wiadomo. A no, przecież te nitki elastyczne też są niezbędne - co z tego, że mam już 5 kolorów ( skoro nie wiem, gdzie).
Myślę, że prawda jest jedna - rękodzieło jest tylko dla tych, którym sprawia przyjemność samo tworzenie :) A na mnie ono działa niczym najlepsza arteterapia :)

A tak moja modelka prezentuje się w opasce (złapana podczas szału rozwalania wszystkiego wkoło).



11:13 AM

Bilans 3-latka.


Bilans 3-latka? Czy coś takiego w ogóle istnieje? Nie wiem. Who cares? Chcę po prostu zapamiętać, jaki jest mój trzyletni Leoś.

1)Wzrost i waga: 103cm, 16kg (schudł biedaczek ostatnio prawie kilogram). Nosi ubranka na 104-110cm.


2)Zachowanie: Jest grzecznym i kochanym chłopcem. Lubi się przytulać, głaskać, gilać. Jest bardzo ruchliwy, ale potrafi już usiąść i pobawić się jedną zabawką max.15 minut. Od kilku miesięcy chętnie też rysuje. Koło wychodzi mu całkiem ładnie, głowonogi czasem przypominają głowonogi, ale częściej pajęczą sieć :)

Do przedszkola wciąż chodzi niechętnie, płacze przy rozstaniu, ale ponoć smutek mija wraz z zamknięciem przeze mnie drzwi do sali. Pracuję 3 dni w tygodniu - środa, czwartek, piątek - i tylko w te dni synek i córeczka chodzą do przedszkola.

Pani przedszkolanka bardzo chwali Leosia, szczególnie zwraca uwagę na jego więź z Amelką ( jest w tym samym miejscu, ale w innej sali, po 15 spotykają się na wspólnej zabawie). Leoś podpytuje Panią: "Czy Amelka zasnęła, czy nie płacze, czy zjadła obiadek?" A, gdy się po południu spotykają, ściskają się i całują na dywanie dobre 5 minut.

Leoś w zeszłym roku, pod koniec lata, nauczył się jeździć na dużym rowerze z dodatkowymi kółkami. Teraz podjęliśmy próbę - na razie Leoś zapomniał jak to się jeździ. Więc szaleje na hulajnodze i rowerku biegowym. Razem z Melką stanowią wspaniały duet psów podwórkowych. Czytaj: powrót do domu z dworu skutkuje histerią jednego i drugiego. Zbieranie ich z podłogi z przedpokoju zajmuje dobre 10 minut.



2) Mowa: Leoś ciągle gada. Non stop. "Mogę zelka? Zielonego jak klawa?"

Zadałam mu kilka pytań i zamierzam to powtarzać w każde jego urodziny :) Chcę widzieć, jak się zmienia, dorasta, dojrzewa <3 Może też się skusicie?


a) Kim jesteś?


"Jestem Lechoś. Dinozaur. Jestem oklopnym misiem. I takie mam logi. I takie ocy stlasne! ( ma na sobie bluzę z misiem i czułkami) Raaaarrr. Rarrrr. Raarrrr. (5 minut później)   Raaarrr. Idę do taty."



b) A ile masz lat?

 Jeden, dwa, trzy.


c) A jaka jest Twoja najlepsza zabawa?

 Pobiegł podrzucać dinazaura. Po pewnym czasie wrócił z pilotem i mówi:

"Poploszę Peppę."


Próbowałam dowiedzieć się jeszcze kilka razy, w co synek najbardziej lubi się bawić i za każdym razem odpowiedź była inna. Ale moja ulubiona brzmiała:

"Z mamą cały dzień" <3

 c) Masz przyjaciela? Jak ma na imię?

 
"Mam, Tyglysa. (Tygryska, maskotkę)"

A w przedszkolu synku, masz tam przyjaciela?

"Nie mam."

 A z kim się tam bawisz?

"Z Olafem, a nie z Panią." 

A w co się bawicie w przedszkolu? 

"Że mój tata po mnie przyjdzie." (synka, odkąd wróciłam do pracy, odbiera codziennie mąż)



d) A co lubisz robić z tatusiem?

 "Ja go kocham baldzo. Lubię się z nim bawić tym dźwigiem (pokazał przy tym dźwig, który zbudował z klocków z tatą dzień wcześniej) I jak zabiela mnie do Jasia ( kuzyna) i na plac zabaw. Ale ja nie mam tam zabawek."

 A co lubisz robić z mamusią?

"Bawić się."

 A w co?

 "Chcę coś nalysować, tego dinozaula!"

e) A Ty masz siostrę?

"Tak, taką, tu (wskazał na Amelkę i od razu do niej podbiegł, położył główkę na jej kolanach). Kocham ją najbaldziej. (pocałował ją w policzek) To moja siostla, Amelka".

 f) A teraz czas na bajkę.

 Codziennie wieczorem, zanim zaśniemy, opowiadamy sobie wspólną bajkę. Ja zaczynam, a Leoś dopowiada dalszy ciąg. Choć bajka codziennie zaczyna się od tych samych słów, to jeszcze nigdy nie brzmiała tak samo. Czasem jej bohaterem jest Leoś, czasem Amelka, czasem Zygzak albo traktor. Dzisiejszą bajkę zapisałam, żeby została ku pamięci :), zachęcam Was też do  takich wymyślanych opowieści na dobranoc, bo to świetnie rozwija wyobraźnię, mowę, ale też pokazuje, jakie emocje drzemią w naszych dzieciach :)



(To co mówiłam ja, jest napisane zwykłą czcionką, to co mówił Leoś wytłuszczoną).



Leoś, opowiesz mi bajkę?



...Dawno, dawno temu był sobie  Lechoś,... który miał... dźwiga,... lubił też samolot, a razem z nim była mama. Pewnego dnia poszli do samolotu i polecieli z tatą baldzo wysoko. I zobaczyli tam dźwig, a w dźwigu siedziała : Ja, mama, tata i Amelka.  Ale super! Wszyscy świetnie się ... siedziały ... co robili? siedzieli.  Mama miała na sobie Amelkę, a ja jechałem nim i wróciliśmy. Gdzie wróciliśmy? Do domu. A było już późno i poszliśmy do domu. A w domu był? Jasiu, był Jaś . I Ola. I jeszcze kto był mamo? No kto jeszcze synku? Janek. I...mama. I byliśmy na urodzinach.  Ach, były to urodziny tak? I co śpiewaliśmy? Sto lat, sto lat!!! A czyje to były urodziny? Moje! Z dinozaulem! I poszliśmy na koniec dnia do kapieli. I kto się kąpał? Ja z Amelką. I mieliście piękne sny. I co Ci się śniło? Nie mogłem się wyspać. A czemu nie mogłeś się wyspać? Cisza..... I wszyscy byli bardzo szczęśliwi. I jak się cieszyli? Nic. Nic. Nic? Nie byłeś szczęśliwy? Byłem. A z czego najbardziej się cieszyłeś? Z taty!!!











10:16 PM

Czarno to widzę.

Dziś miałam wkleić post pt."Bilans 3-latka". Miał to być radosny post o tym, jak zmienił się Leoś i jaki jest przezajebiaszczy, ale takie postu nie będzie.

Dzisiejszy dzień to jakaś masakra. A było to tak...
Najpierw mąż zawieszał nowy kinkiet, bo tak mu trułam tyłek, że przecież ciemno w garderobie ( jest przy naszej sypialni)... Ale, że wziął się za to 20 minut po swoim powrocie z pracy, to stęsknione dzieci stały przy furtce na schodach i płakały, że chcą do tatusia. No i zabrałam je na górę... Leoś był zafascynowany sprawnością taty. Oglądał śrubki i wkrętarkę. Przyniósł nawet swoją, zabawkową. Aż tu nagle...niezauważenie przez wszystkich...włączył światło. A że mąż nie spodziewał się, że my w ogóle przyjdziemy - to nie wyłączył bezpieczników... :( Jak go pieprznęło... to aż iskry poszły, na ziemię spadły jakieś czarne kawałki, słyszałam tylko jak krzyczy i sama też zaczęłam krzyczeć. Mela natomiast zaczęła płakać. Wystraszyła się maksymalnie i wpadła w histerię. Rzuciła się na mnie i krzyczała "Mama, mama!" Jezus Maria - koszmar.
Mąż żyje. Ma spaloną skórę na dłoni. Serce mu nie stanęło, mam nadzieję, że będzie dobrze... 

Ale to nie koniec tej historii.

Wieczorem mąż odpoczywał na kanapie, a ja wzięłam dzieci do kąpieli. No tak cudnie się bawiły i śmiały, że pobiegłam po aparat, żeby to uwiecznić. Po kąpieli wyjęłam najpierw Melę, która zarzuciła sobie ręcznik na głowę i zaczęła biegać z nim po łazience. Mąż przyszedł pomóc mi przy ubieraniu w piżamki, więc chwyciłam za aparat, a Mela jak nie walnęła w wannę... (a mamy taką na złotych nóżkach z zawijanymi bokami...), odbiła się od niej i złapałam ją w locie. Ma rozcięty nos i skórę tuż przy oku. Wygląda jak mini zawodnik MMA chwilę po walce.

KOSZMAR.
Ratunku.
Idę spać.
Ale wcześniej wezmę coś na spokojność...
A tak wyglądały moje szkraby dziś w południe... Czyli jeszcze zanim doszło do walki Mela vs wanna...

8:20 PM

Hello March!

Nareszcie. Nareszcie marzec. Zima i ja w tym roku nie jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. Tolerujemy się licząc, że już niedługo nie będziemy musiały na siebie patrzeć. Bo tegoroczna zima to nie tylko chłód, krótkie dni, brak owoców i warzyw, to jeszcze choroby, popołudnia z dwoma naspidowanymi króliczkami zamkniętymi w czterech ścianach, to 20 minutowe ubieranie tychże na dwór, a co za tym idzie wstawanie do pracy z półgodzinnym zapasem. 
I oto po długich tygodniach oczekiwania i wypatrywania...widzę ją!!!! Wisi biała flaga. Powiewa, powiewa na chłodnym jeszcze wietrze. To zima kapituluje pomalutku. Wooooohooooooo!!!!!!! 
No radość. RADOŚĆ :)


Trochę mniej niż widok za oknem raduje mnie widok w lustrze. Ostatnio nie mogę na siebie patrzeć. Ale dosłownie. Prawie nie mam zdjęć z tego roku, bo jak tylko widzę swoją twarz to zastanawiam się, dlaczego tak źle wyszłam.  Po prostu się postarzałam. Jestem szara. Taka bez koloru. Nie mam już tak jędrnej skóry, jak kiedyś ( w ogóle nie jestem pewna, czy po ukończeniu 8 lat taką miałam). Mam bardzo widoczne zmarszczki mimiczne i niestety sine worki pod oczami. Używam kremów przeciwzmarszkowych 35+, chociaż mam 32. Ale na badaniu skóry, w grudniu 2015, Pani kosmetyczka była tak miła, że nie zawahała się, by mnie poinformować, że mam skórę gorszą niż u niejednej 70-latki. Więc chcąc nie chcąc - wciąż o tym pamiętam. Szczególnie w drogerii.
Zamówiłam sobie suplementy,  tabletki z kolagenem i witaminami, myślę nad zakupem Derma Rollera do mezoterapii ( stosował ktoś? zna?) dziś zaczęłam stosować maseczkę z Perfecty z Biedronki. No zobaczymy, czy moje odbicie w lustrze zacznie się do mnie uśmiechać ;) Macie jakieś naprawdę sprawdzone sposoby, najlepiej naturalne, na nawilżenie cery i utrzymanie jej w dobrej kondycji?
Mam też plan powrotu do ćwiczeń i bardziej fit odżywianie - ale coś czuję, że termin realizacji przesunie się na kwiecień. Na swoje usprawiedliwienie w tej materii: To wszystko wina mojego męża, który przywiózł dziś Leośkowi i Melce 2 zestawy Happy Meal. Mądre dzieci zjadły tylko mus jakbłkowy i wypiły soczek. No a przecież reszta  nie mogła się zmarnować , nie? 

9:17 AM

Olej oregano.

Wypowiedziałam wojnę chorobom w moim domu. Ponieważ lekarskie i apteczne sposoby na nas nie działają - wyciągnęłam rękę po zioła. Szukając pomocnych informacji i czytając liczne artykuły, trafiłam na wiadomości o oleju oregano. Pomyślałam sobie - no tak, kolejny czystek ( bez obrazy dla niego, ale nam nie pomógł), tylko sporo droższy. Albo kolejna czarnuszka ( która jeszcze nadal jest na topie)... Siadłam więc do komputera i zaczęłam czytać.

1. Olej oregano - co to takiego?
Olej oregano to destylowany parą wodną olejek eteryczny z oregano. Uzyskiwany w tym procesie produkt jest silnie stężony i należy go używać w rozcieńczeniu. Znalazłam różne produkty - olejki 100% i rozcieńczone w oliwie, dużo tańsze oliwy oregano. Wszelkie badania, które czytałam w internecie, dotyczą konkretnie olejku 100%. Taki też zamówiłam i teraz czekam z niecierpliwością na dostawę.

2. Jakie właściwości posiada olej oregano?
Okazuje się, że moja wiedza na temat medycyny naturalnej jest żadna. Ta smutna prawda pojawiła się we mnie, gdy przeczytałam, że olej oregano działa:

 *przeciwzapalnie, 

*przeciwpasożytniczo,

*przeciwirusowo, 

* ma silne właściwości antyoksydacyjne,

* wspomaga trawienie,

*hamuje procesy gnilne w przewodzie pokarmowym,

*wspomaga leczenie zapaleń o podłożu reumatycznym,

*wspomaga leczenie łupieżu,

*wspomaga leczenie alergii różnego pochodzenia,

*zwalcza oznaki starzenia. :D


Całkiem sporo, hę?  A to i tak nie wszystko, co udało mi się znaleźć....

A fenomen oleju opiera się na dwóch jego składnikach: karwakrolu i tymolu. 



Są to dwie substancje organiczne, fenole ( już mnie kusi, żeby jako chemik zrobić wykład, ale postaram się Wam oszczędzić ;P ), które różnią się między sobą jedynie położeniem grupy hydroksylowej ( -OH), są więc izomerami, ale to głównie od zawartości tego pierwszego składnika zależy lecznicza moc oleju z oregano. Dlatego przy zakupie tak ważne jest, by wybierać taki produkt, który zawiera jak najwięcej karwakrolu ( najlepiej ok. 80%).

Podsumowując - olej oregano posiada silne właściwości antyoksydacyjne, działa jak antybiotyk, dlatego należy używać go rozważnie i w odpowiednich ilościach. Trzeba pamiętać, że antybiotyki, nawet naturalne, oprócz niszczenia drobnoustrojów chorobotwórczych, zabijają również naszą mikroflorę bakteryjną, która jest niezbędna do ochrony naszego organizmu.  



3. Jak stosować olej oregano? 

Stosowanie oleju oregano jest ściśle związane z produktem, który zakupimy. Jeśli kupimy czysty, 100% olej z oregano o zawartości karwakrolu ok.80% to używamy takiego preparatu dopiero po rozcieńczeniu. Można dodać kroplę do oliwy przed posiłkiem i po prostu zjeść, można dodawać do maści i nacierać bolące miejsce, można nawet przygotowywać rozcieńczenia i używać do inhalacji czy aromatyzacji pomieszczeń. Jednak nigdy nie stosować nierozcieńczonego preparatu, gdyż można silnie podrażnić błonę śluzową,  wywołać alergię a nawet poparzenia. Natomiast, jeśli kupimy preparat rozcieńczony w oliwie to rozcieńczanie jest niepotrzebne, a dawkowanie znajduje się na opakowaniu :)
 
Ja na swoje naturalne lekarstwo już czekam  i jestem niezwykle ciekawa, czy na nas zadziała.  Będę na bieżąco Was informować. Zobaczymy, czy wszystkie te informacje są prawdziwe. Liczę na spektakularne efekty, szczególnie biorą pod uwagę tych dwoje:





 

Zasubskrybuj mnie :)

Klik!

TOP