Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bocianieczekamy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bocianieczekamy. Pokaż wszystkie posty

10:52 PM

Nie planuj matko, nie planuj ;)

Ehh, pewnie powinnam uderzyć się w pierś, albo choćby zaczerwienić. Mój #projekt24 miał mnie zobligować do wrzucania postów co kilka dni, a tymczasem życie popędziło tak, że nie zdołałam dotrzymać danego samej sobie słowa...
Takie posty czytane na innych blogach zawsze zwiastują koniec i klęskę ;)  Jak to będzie ze mną?
Niełatwo jest mi pogodzić bycie mamą, nauczycielką, fotografem (szczególnie w okresie przedświątecznym) z regularnym prowadzeniem bloga. Nawet moja mama powiedziała mi ostatnio, że muszę się ogarnąć i skupić się na tym, co dla mnie w tej chwili najważniejsze ( a są to bez dwóch zdań moje mordki kochane dwie) . Ale ilekroć pomyślę, by na jakiś czas zawiesić bloga, dostaję od kogoś wiadomość na fb, kto dziękuje mi, że jesteśmy,  kto pisze, że to wirtualne miejsce,  że nasza historia, pomogła mu w ciężkich chwilach i śledzi naszą codzienność i wtedy... myślę, że na razie nie mogę tego zrobić...
Jednocześnie też czuję, że potrzebuję się dookreślić, że potrzebuję czasu, by na nowo przemyśleć moje miejsce w sieci, bo to obecne nie do końca ... jest mną. Ale nie wiem, ile tego czasu potrzebuję i czy na pewno jestem gotowa, by Wasz wszystkich opuścić i z całą pewnością z częścią pożegnać się na zawsze...
Jeszcze nie wiem, co z tego wyniknie, może zmiana pracy ( która przecież już niedługo! Jestem bardzo podekscytowana!!!! :D), koniec studiów podyplomowych i mam nadzieje, że mniej chorób moich dzieci, sprawi, że zyskam więcej czasu, by tu wrócić z pełną pomysłów głową... może...
A może czas połączyć dwa moje blogi w jeden, by nie rozmieniać się na drobne i nie ciągnąć kilku srok za ogon ( prowadzę jeszcze jeden fanpage , fotograficzny). Na tę chwile jednak nie czuje tego tak do końca.
To nie jest moje pożegnanie, ale taki schyłek wieku, może zbliżający się koniec roku... chcę podziękować Wam za wszystkie lata, które tu ze mną spędziliście. Za historie opowiedziane w komentarzach, za moje za Was i Wasze za nas, trzymanie kciuków. Za pomysły, ciepło, wirtualne rozmowy i pełne nadziei oczekiwania słowa. To przez lata było moje intymne schronienie, do którego wpuszczałam Was , by wspólnie pośmiać się i popłakać. Bez Was, nie stworzyłabym tego, co nam się wspólnie udało. To Wy trzymaliście mnie za rękę w najtrudniejszych chwilach mojego życia. To Wy czekaliście razem ze mną na najważniejszy telefon, rozumieliście moje uczucie i potrzeby. Widzieliście, kiedy się smucę i kiedy cieszę. DZIĘKUJĘ WAM.
Cholercia, wzruszyłam się.

To co piszę nie oznacza, że odchodzę.  Nie jest to też usprawiedliwienie. Po prostu musiałam się podzielić moimi przemyśleniami, bo nie czuję się w porządku sama przed sobą.
Obiecałam sobie, że nawet jeśli zostanie jedna wierna dusza, która będzie naszym przyjacielem i będzie ciekawa co u nas, to nie przestanę pisać. A tą jedną wierną duszą..będę ja.

Dobra, koniec tego. #Projekt24, choć nie w pełni, wciąż jest przeze mnie realizowany :)
* dom świątecznie udekorowany
*choinka stoi
*podwórko ozdobione
*świąteczny wianek jest!
*świąteczny papier do pakowania prezentów - przygotowany
*świąteczny stroik zdobi stół
*świąteczne zdjęcia - zrobione
*pierników oczywiście aktualnie brak ( czyli idą święta!)
*prezenty kupione
*opłatek rodzinny ( taka pre-Wigilia z chrzestnymi dzieci, z którymi nie uda nam się spotkać do stycznia) - za nami
*świąteczny film - obejrzany
*świąteczna opowieść - przeczytana
*kolonoskopia i gastroskopia w świątecznej atmosferze - odbyta ;)
*włosy na święta- obcięte i "odżółcone" ;)!
* kiecka na Wigilię - kupiona ( nawet dwie :P)

W planach mam świąteczny filmik, który mi się marzy od lat. Chciałam, nagrać z dziećmi kolędę, ale Leoś nie jest urodzonym piosenkarzem...ale spróbujemy jeszcze. Może zainspiruję Was do tego. Wyobrażacie sobie taką tradycję? Co roku nagrywana kolęda? Za kilka lat wieczorem można by było usiąść po Wigilii i słuchać, oglądać te nagrane przez lata kolędy...
Aaaa! Aż mi ciepło w sercu na samą myśl <3

A na tę chwilę zapraszam Was na świąteczne zwiedzanie naszych grudniowych chwil :)



















8:10 AM

Etapy.

Jestem i żyję. Choć czasem się zastanawiam, czy tak jest ;) Brak mi czasu na cokolwiek.  Dzieci wypełniają mnie po brzegi. Kocham je całym sercem, są cudowne i prześmieszne. Starsze już i niezmiennie fascynujące. Ale czasem chciałabym, choć jeden wieczór spędzić z książką, koleżanką, ciszą. Może nie "choć jeden wieczór" co "jeden wieczór". Więcej mi nie potrzeba, bo tęsknię za maluchami już po dwóch godzinach ( czasem na tyle znikam do lekarza lub dentysty ;) ).
Różne są dni i tygodnie w moim życiu. Moje małżeństwo też jest zupełnie inne niż dwa lata temu, inne niż przed rokiem. Raczej nie poszliśmy w dobrym kierunku. Mamy kryzys. Trwa już kilka,a może kilkanaście tygodni. Wierzę, że to przejściowe. Przecież życie to sinusoida. Właśnie teraz mamy sinusoidalny "dołek". Oby to był tylko taki etap...

Leoś ma już 2,5 roku. Pięknie już mówi, choć jeszcze niezupełnie po polsku :)
                                                                   


Ja: Synku, co Ty robisz tym młotkiem?
L: Aklawiam auto mamusiu. Musię, tatuś aklawiał dzisiaj. Ja aklawiałem z tatusiem. Nie popsiułem ja.

                                                                       ***

Ja: Jak masz na imię synku?
L: Lechoś.
Ja: A ile masz lat?
L: Trzy. ( tyle ma odkąd skończył 1,5 ;D)

                                                                       ***

Ja: Jutro jest poniedziałek. Kończy się weekend i idziemy do żłobka.
L: Ja pójdę. Tatuś psijdzie, po obiadku. Nie będę płakał. Olafek będzie. Maciek będzie. Nie będę bił. Autem jeździć będę. Na dwórku. Nie spadnę.

                                                                       ***

L (nucąc pod nosem):Dadi figel, dadi figel łe a ju, hil aj em, hil aj em, hałuju.
Ja: Co Ty śpiewasz kochanie?
L: Figel!!! ( krzyczy młody pokazując paluszki) - dla tych co nie znają piosenki o paluszkach załączam piosenkę :)




                                                                       ***

Ja: Synku, śpij już proszę... Jest 20:30.
L: Usiądź mamusiu, usiądź obok!!!
Siadam.
L: Koła atobusu klęcą się, klęcą się, klęcą się.
Ja:Synuś już nie śpiewamy, imprezkę zrobimy jutro.
L: Jutlo. Póniej. Zlobimy jutlo implezkę.
Ja: Tak kochanie, już śpimy.
L( kładąc się na drugi bok): Jadą, jadą misie, psijechały do lasu, nalobiły hałasu...


                                                                       ***

L:Ja wsiądę na motol. Nie spadnę. 
Ja: Nie kochanie, to nie nasz motor i jesteś jeszcze za malutki.
L: Jutlo. Póniej, w poniedziałek.
Ja:Kiedyś kochanie na pewno.
L: Ja wsiądę. Na chwilkę, nie spadnę. Motolem jechałem z dziadkiem. Nie spadłem.
Ja: Tak synku, jechałeś. Ale to nie jest nasz motor.
Leo rzuca się na ziemię i rozpoczyna histerię ;) Niestety owy motor stoi obok naszego domu i histeria odbywa się za każdym razem, gdy obok przechodzimy.

Amelka niedługo kończy roczek. Powoli szykuję jej urodzinki. Ale o tym w kolejnym poście 
( zamierzam powrócić na dobre ;), ale wszystko zależy od moich dzieci, a głównie ich zdrowia). Przez 12 miesięcy jej życia 8 razy byłyśmy w szpitalu. Za każdym razem obiecywałam sobie, że jeśli w końcu wyzdrowieje zacznę pisać jak dawniej, ale gdy już miałam nadzieję na lepsze czasy, znów jechałyśmy karetką, albo gnaliśmy na SOR z przerażeniem w oczach... Liczę, że teraz będzie lżej... Będzie zdrowiej i spokojniej.
Nasz ostatni pobyt miał miejsce miesiąc temu... Wyjechaliśmy na pierwszy weekend we 4. Melka była zdrowa przez miesiąc i odważyliśmy się. Już pierwszej nocy skoczyła jej temperatura do 38 i tak dziwnie popłakiwała przed snem. Następnego dnia miała 37,6. Miałam nadzieję, że przyczyną są zęby ( wciąż nie mamy żadnego!) , ale o 16 Mela zaczęła się trząść. Trzęsła się tak dziwnie. Wzięłam ją na balkon, do światła, żeby się przyjrzeć...i wtedy zobaczyłam, że sinieją jej usta. Spojrzałam jeszcze na palce, a tam... już całkiem sine paznokcie. Wzięłam ją pod pachę i krzyknęłam do męża, żeby brał Leo i że jedziemy do szpitala. Boże, sama się trzęsę jak o tym piszę. Nie wsadzałam jej nawet w fotelik. Gnaliśmy przez las do Kościerzyny, przed siebie...nie wiedząc tak naprawdę, gdzie jedziemy...gdzie jest szpital. Mała zasypiała mi na rękach. A ja błagałam ją, żeby nie zasypiała. Chyba nigdy się tak nie bałam. Na szczęście szpital był dosłownie 5 minut autem od hotelu. Wbiegłam na SOR, jak nas zobaczyli to zerwali się na równe nogi i o nic nie pytali tylko zwołali lekarzy. Wtedy Melka była już cała marmurkowata, miała sine usta, była apatyczna. Ja zaczęłam płakać, wiukać wręcz, błagałam, że podłączyli jej pulsoksymetr. Ale nie mieli dla takich maluszków... Pobrali jej krew. I podczas tego pobierania mała nagle rozpłakała się, zrobiła czerwona jak burak i gorąca jak piec. Temperatura skoczyła jej do 39 z hakiem, z 36,8. I ponoć ten gwałtowny skok temperatury wywołał taką reakcję jej organizmu.
Okazało się, że Melka miała zapalenie pęcherza E.coli. CRP przy przyjęciu 63, a po dobie, po podaniu leku 140. Na szczęście antybiotyk był trafiony w punkt i szybko mogliśmy wyjść do domu na leczenie doustne. Na nieszczęście okazało się, że moja rzygająca córka nie jest w stanie go przyjmować i musiałyśmy wrócić do szpitala ( plus, że już w Gdańsku) na cały cykl leczenia dożylnie.
Po wyjściu ze szpitala nie mogłam dojść do siebie. Sama nie wiem, czy przyczyną był stres i jakaś infekcja czy autoimmunologia. Miesiąc zdrowiałam. Nie mogłam jeść. Ciągle bolał mnie żołądek, kręciło mi się w głowie, zaczęły mnie boleć stawy. 
Do dziś dokuczają mi te ostatnie...
I też liczę, że to w końcu minie i że będzie lepiej.

I tak jak widzicie, ciągle na coś liczę. Na nowy dzień, na lepszy czas, łatwiejsze życie, bez chorób i tylu trosk... ale jednocześnie wiem, że teraz jest taki etap w moim życiu. Taki etap w małżeństwie. W karierze. W macierzyństwie. Etap, który minie.
I muszę cieszyć się tym co mam, bo nie raz jeszcze będę za tym tęsknić.
Próbuję więc. 

...i gdy patrzę na to zdjęcie sprzed kilku dni, czuję, że przecież na tym etapie, na którym jestem, mój świat to dwie małe wielkie istotki, moje serduszka, tak słodkie, że chciałoby się, mimo trudności, zamknąć się w tej pięknej chwili na zawsze.
Jak dobrze, że są. MOJE nieskończenie kochane dwie iskry szczęścia.

9:33 PM

Ja Ciebie chrzczę...

...zawsze stałam z tyłu, za ostatnią ławką. A w gardle czułam ścisk. W tych białych szatkach, w pierwszych rzędach przed ołtarzem, na kolanach wystrojonych matek, w objęciach dumnych ojców...leżały moje niespełnione marzenia. Nienawidziłam chrztów. Stałam 1h pytając Boga za co, za co każe mi to przeżywać. Czy mnie karze? Pod powiekami czułam piekący, wylewający się potokiem wstrzymywanych łez... ból. Żal. Niezgodę i nienawiść. Zawiść i samotność.
Marzyłam. Że kiedyś będę tam ja. Dumna, szczęśliwa, spełniona. Wyobrażałam sobie jak podchodzę z moją Kruszyną do ołtarza, ksiądz polewa jej małą główkę, a onz słodko uśmiecha się do niego.

A jak było?

Zaczęło się od spowiedzi. Jak mogłam w 3 minuty opowiedzieć księdzu o grzechach, które zatruwały mnie od kilku lat? Nie mogłam. Spowiadałam się długo, płakałam, mówiłam szczerze, wybaczyłam sobie, bo wiem, że ból niepłodności wypalił mnie, to on determinował moje uczucia i zachowania. Próbowałam je odrzucać. Popełniając ogromny błąd. Dopiero, gdy je przyjęłam zrozumiałam, że mam do nich prawo. Mąż mi powiedział, że podczas mojej spowiedzi, ludzie podchodzili do konfesjonału sprawdzać, czy nadal tam jestem, czy nie zemdlałam... Nie zemdlałam. Oczyściłam się. Choć nie czuję się zupełnie wolna. Nie "fruwam" jak kiedyś... Może problemem jest to, że choć wybaczyłam sobie...nie do końca wybaczyłam Bogu? Nie wiem. Wciąż jeszcze nie znam odpowiedzi na to pytanie.

A potem...

Tym razem w kościele stałam z przodu. Wystrojona i...chciałabym napisać dumna...ale raczej napiszę... przerażona. Patos tej opowieści w tej chwili zmienia się w opis walki z płaczem Leośka. Od początku mszy, aż do ogłoszeń parafialnych moje dziecko wyło i wiło się. Dosłownie. Uciekało przed księdzem wdrapując się po mnie jak mały zwierzak. Dopiero na 10 minut przed końcem mszy poprosiłam moją Kasię o nosidło, wsadziłam w nie moje zaryczane i oglucone dziecko i na szpilkach popylałam po kościele...Współczujący i skrywający uśmiech wzrok obcych ludzi nie robił już na mnie wrażenia...

Impreza się udała.Tak myślę, choć to nie mi oceniać.

A tu Leoś  już w domku, w sankach, które dostał od męża siostry w prezencie.
 I przy traktorze od chrzestnego rolnika :)

Leoś ochrzczony. O dziwo lepiej śpi. Może wypędziliśmy diabełka?

Mój synek jest piękny. Gdy na niego patrzę w sercu czuję żar (szczególnie teraz, gdy śpi). Muszę się Wam przyznać, że zapominam, że go adoptowaliśmy. On jest po prostu moim dzieckiem. Moim synem. Owocem naszej miłości, determinacji, siły i walki.

Cały zeszły tydzień walczyliśmy z gilami, nadal walczymy. Doszło nam jeszcze zapalenie spojówek. Jąderko póki co w normie, chirurg mówi, że to może być wodniaczek i że mam obserwować. Zębów nadal brak, ale za to mały Leoś raczkuje, robi "kosi, kosi" i "taki duży, taki duży". Zmienia się. Jest taki rozumny, kontaktowy, radosny, ciekawy świata. Wspaniały po prostu. I idealny.

A co do naszej imprezy z okazji ukończenia trzech dekad życia - też się generalnie udała, choć większość ludzi, ze mną na czele - po niej rzygała i rąbała w kibel ;P



Nie wiem, czy już Wam mówiłam, że uwielbiam być Leosiową mamą?

11:00 PM

Odgłosy.

Mój synuś wydaje różne dźwięki. Od dwóch tygodni np. nauczył się kasłać i namiętnie kaszle, żeby zwrócić na siebie uwagę. Na początku martwiłam się, że jest przeziębiony, ale nic z tych rzeczy. Od jakiegoś czasu również piszczy, czasem tak głośno, że aż bolą bębenki. Poza tym miauczy od dwóch dni - zastanawiam się, czy to nie efekt moich wieczornych okrzyków: "Co robi kotek? Miauuu, miaaaaauuuu, miauuuuu"...
Biegałam dziś troszkę za małym z dyktafonem, złożyłam to w całość i możecie posłuchać, co tam u nas słychać klikając na poniższy link :)
Odgłosy synusia - 6 miesięcy.

Ta zaciśnięta mała piąstka z lewej należy do mojego synka.

11:55 AM

Pół roczku.

Nasza Kruszynka skończyła pół roku. Jest absolutnie najsłodszym dzieckiem wszechświata :)!
Nie dość, że jest śliczny to jeszcze na maksa kochany :)
Waży 8,5 kg, ma ok.74cm. Nosi ubranka na 74-80cm.
W menu mojego malca znajduje się ziemniaczek, marchewka, króliczek, brokuł, kalafior, cielęcinka, jabłko, gruszka, śliwka, masełko, kaszka bananowa i malinowa, sinlac, mleko Bebiko 1 (dziś zaczynamy wprowadzanie Bebiko 2)
Sam trzyma butlę podczas karmienia, choć jeszcze zdarza mu się ją wypuścić z rąk pod koniec mleka.
Umie mówić: "grrrrr..., brrrr.... ( to tylko raz :) ), giiiiii..., ełooooo..., eooooo....", a jak płacze, a ja jestem w kuchni to słyszę : "mymymymymy..."
Jeszcze sam nie siada, ale posadzony utrzymuje się w tej pozycji nawet minutę i prostuje plecy. Pełza bardzo sprawnie, ale ostatnio tak wysoko zaczął unosić pupę, że zamiast przeć na głowie do przodu to traci równowagę i upada na boczek.
Na słowa "daj buzi"- otwiera buźkę i dziobie mnie i męża jak mały dzięciołek. Wieczorem wtula się we mnie i liże mi twarz :D Jest to naprawdę śmieszne :)
Jak tylko pojawię się na horyzoncie Leo uśmiecha się od ucha do ucha.
Śmieje się w głos. Najczęściej, gdy gilamy go wieczorem piórkami, albo miziamy pod paszkami i pod kolankami. Zanosi się również śmiechem, gdy odwracam głowę i czasem wykrzykuję "mama Cię kocha!", "tata Cię kocha", "babcia Cię kocha"...itp.itd. Wyczekuje za każdym moim obrotem głowy, czy tym razem usłyszy okrzyk, czy też nie.
Kosi kosi łapci zaczyna go interesować. Niestety nadal robimy kosi kosi piąstkami zamiast otwartymi dłońmi. Choć ostatnio lewa rączka jest otwarta i uderza w prawą piąstkę.
Kupkę robi codziennie. Ostatnio zieloną, bo mądra mamusia nie zauważyła, że zakupiła kaszkę mleczno-ryżową, a nie ryżową i wprowadziła dziecku w ten sposób nowe mleko... Po spostrzeżeniu tego błędu od razu przestałam mu je tę kaszkę podawać, ale w kupce nadal są jakby niestrawione kuleczki mleka...(oglądanie kupy małego stało się moją obsesją).
 Leo w dzień śpi nadal 3 razy. Zasypia na noc koło 20 (je kaszkę 210ml) i przesypia do 5, wtedy dostaje mleczko 150ml i śpimy sobie aż do 8.30- 9.00 :) Później drzemka 0,5h-1h ok. 11. A potem ok. 13-14 sen 1h-2h.
O 17 mamy 20-40min. drzemkę.W kąpieli dostaje świra z radości. Nogi pędzą i chlapią niemiłosiernie, a rączki klepią wodę, aż cała nie zniknie. Kąpiel została więc z pokoju przeniesiona do brodzika, bo po kąpieli w sypialni mieliśmy basen :)
Po kąpieli natomiast jest wrzask, ryk, płacz nie z tej ziemi...bo przecież mógłby się kąpać cały dzień. Ubieranie się w śpiochy też nie należy do najprzyjemniejszych.
Niczym nakręcony czubek wykrzykuję wówczas: "A jak robi piesek? hau, hau, hau", "A jak robi kotek? miau, miau,miau".  Moje okrzyki przynoszą rezultaty (uspokojenie chwilowe) tylko, jeśli są niemal identyczne do rzeczywistych odgłosów tych zwierząt. Szczekanie synka straszy, robi olbrzymie oczy, a miauczenie synkowi bardzo się podoba.
Po kąpieli jedzonko i odkładamy Leosia do łóżeczka. Ja biorę laptopa i kładę się na łóżko, a Kotuś odplątuje przyczepiony do szczebelków ochraniacz. Czasem zapłacze, wtedy wstaję, kładę go na boczek, masuję chwileczkę splot słoneczny i po ok.10 minutach synuś śpi :)
Wtedy mamy z mężem czas dla siebie. Oglądamy film,a potem przed 23 już śpimy.
Życie jest piękne.
Warto było czekać.
Kochane moje dziewczyny, wspaniali mężczyźni - ból niepłodności minie - uwierzcie mi. Kiedy ten mały KTOŚ zamieszka w waszym życiu, wszystko się zmieni. Wszystko, co złe, zacznie się zacierać.
Pomyślcie sobie - ten mały KTOŚ, gdzieś czeka. Może już czeka... I nie ma mamy, która go przytuli i będzie się cieszyć z Jego pierwszych uśmiechów i słów. I nie ma taty, który mu zrobi pierdziawki w brzuszek. I ta Istotka malutka nie myśli o genach i o tym, kto GO urodził.
Pragnie być kochany, bo jako człowiek na to zasługuje.A nie może zrobić nic, jak tylko czekać.

Moje życie rozkwitło. Dzięki małemu komuś, kto czekał na miłość, a tym samym nauczył mnie miłości.
Miłości nowej, niezwykłej, prawdziwej, unikalnej, słodkiej, pięknej, prostej.







6:05 PM

Zapominam...

...jak to jest być niepłodną. Naprawdę. Nie myślę już prawie o tym. Powoli zapominam. Ból odchodzi na dobre... Moje myślenie jest bystre, ukierunkowane, okiełznane.
Lubię siebie. Coraz bardziej. Dostrzegam w sobie potencjał i chcę go rozwijać.
Jestem całkiem fajna okazuje się.
Dobrze czuć się dobrze z samą sobą.
Jakie to banalne. Jakie to proste. Jakie to głupie, że choć nie chciałam, postrzegałam siebie przez pryzmat jednej sprawy, choć byłam zupełnie świadoma, że takie postrzeganie jest chore.
Uczucie ulgi, którego doświadczam można porównać do ...hmmm... rozpuszczenia włosów wieczorem po całodziennym dobieranym :P Taką ulgę na duszy teraz odczuwam...
A  wszystkiemu winien jest:

 Mój synuś potrafi już zrobić takie oto akrobacje:


Dzięki tym umiejętnościom 22 lipca pierwszy raz zaczął pełzać :) Potrafi ruchem dżdżownicy "przejść" nawet 3 metry. Wkurza się przy tym niemiłosiernie, trwa to czasem pół godziny, ale jest zawzięty i zazwyczaj dopełznie do swojego celu (zabawka, panele za kocykiem).
Mówię Wam, takiej kochanej dżdżownicy to ja nawet w snach sobie nie wymarzyłam! :)

PS. Mam pytanie i zarazem prośbę - zniknęły mi polskie znaki w tytułach postów i w dacie. Próbowałam przeorganizować czcionki, ale okazuje się, że wszystkie czcionki z wyjątkiem Ariala i Times New Roman nie mają polskich znaków. Wcześniej wszystko działało. Nie wiem, czy to czasem nie kwestia mojej przeglądarki - czy u was wyświetlają się moje tytuły poprawnie? Np. w tym poście: http://bocianieczekamy.blogspot.com/2014/07/jestes-lekiem-na-cae-zo.html
Będę bardzo wdzięczna za pomoc :) Męczy mnie to jak natrętna mucha ;)

7:47 PM

"List od Boga"

Wróciłam do pracy. Chyba popadam w jakiś dołek. Nic mnie nie cieszy...
Włączyłam sobie pieśni kościelne ( śpiewałam kilka lat w chórku kościelnym ), siedzę i ryczę. Zaczynam się modlić i przestaję za chwilę. Boję się prosić. Boję się zaufać, aby potem się rozczarować. To mi zostało chyba od dziecka - modlę się i wydaje mi się, że coś się na 100% spełni dokładnie wtedy, kiedy tego zapragnę. Taki mam dziś Boży wieczór. Szukałam jakiś piosenek i nagle wyskoczył mi filmik:

Nie poddaję się, nie poddaję się Boże... Nie wiem tylko, ile jeszcze jestem w stanie wytrzymać... i nie zwariować...

12:49 PM

W poczekalni.

Gdy długo siedzę w poczekalni u lekarza zawsze jestem wkurzona i zirytowana. Wszystko mnie drażni. Mam wrażenie, że ludzie włażą bez kolejki i czuję się jak frajer, bo ja grzecznie siedzę i czekam. Gdy nadchodzi moja kolej zrywam się co chwila, bo wydaje mi się, że już...już z gabinetu wyjdzie człowiek, ale to jeszcze nie tym razem... Próbuję wówczas zająć swoje myśli czymś optymistycznym, np. co zjem albo zrobię na kolację. Ewentualnie gram w gierki na telefonie.
Tak właśnie obecnie wygląda moje życie. Siedzę w życiowej poczekalni licząc, że za chwilę otworzą się drzwi, zrywając się na każdy dźwięk (telefonu) i opadając z powrotem na dobrze znane, wygrzane już przecież miejsce.
To były jedne z najsmutniejszych świąt w moim życiu. W wigilię spotkałam Panią z OA, szła przy piekarni. Przywitałyśmy się i złożyłyśmy sobie życzenia. Spytałam oczywiście, czy czasem nie odnalazła się moja dzidzia, ale... nic z tego. Dzieci nie ma :(((((((((((((((((((((
Wróciłam tak zdołowana do domu mojej mamy, że nie byłam w stanie już wcale cieszyć się atmosferą świąt.  Wigilia była dziwna, bo moje przyrodnie rodzeństwo się skłóciło i przyjechała tylko siostra, a brat nie, bo nie chciał się spotkać z Nią i jej mężem. Było bardzo drętwo. Nieswojo.
Mój mąż był Gwiazdorem :) Przykleiliśmy mu poduszkę do brzucha taśmą malarską, hehe. Najbardziej ucieszony był nasz chrześniak ( na zdjęciu ). "Kto był grzeczny w tym roku?" - zapytał Gwiazdor. "Ja,ja,ja!!!!" - krzyczał mały wymachując rączkami :) Nasz 4-latek :)
W pierwsze święto byliśmy u mojego taty i jego rodziny. Moja siostra jest już w zaawansowanej ciąży (za miesiąc termin), robiłam jej zdjęcia ciążowe.

Tego dnia też późnym wieczorem wróciliśmy do domu. Mąż na rano szedł do pracy, a ja leniuchowałam w piżamie (prezent od mamy :) ) do 12. Na 14 poszłam do teściów, gdzie spotkaliśmy się z męża siostrą i jej mężem, i dzieckiem. Nie mamy najlepszych stosunków i w związku z tym też było drętwo i sztucznie. Chciało mi się płakać, ale się powstrzymałam. Wieczorem poszliśmy na mszę, zobaczyłam szopkę ustawioną pod ołtarzem i wtedy mi się przypomniało...jak rok temu też na nią patrzyłam i marzyłam, że za rok się coś zmieni, że będzie inaczej, że nie będę czuła tego bólu w sobie, zazdrości i tęsknoty... Nic się nie zmieniło. Wciąż dotkliwie odczuwam brak dziecka. Co więcej czuję się samotna z tym bólem i niezrozumiana.
Dziś pierwszy raz zadzwoniłam do OA, pod pretekstem złożenia życzeń noworocznych...no i się przypomnieć...
Rozmowa była bardzo miła, a nawet zachęcająca do częstszego dzwonienia. Lepiej niech mnie nie zachęcają, bo się mnie nie pozbędą... Za dwa tygodnie znów zadzwonię. A może za miesiąc... Nie wiem. Nie chcę być nachalna, ale lepiej mi po tym telefonie.
Podsumowując - cieszę się, że już po świętach. Mam w sobie żal, którego nie lubię i chcę, żeby uleciał ze mnie, bo jest niczym trucizna, która zatruwa mi życie. I po części innym też. Chcę być radosna i szczęśliwa.
Pragnę być mamą. Tak bardzo.
Tylko tyle. I aż tyle.

9:02 AM

Zapach jabłek.

I jest jesień. Dookoła domu mamy z 10 jabłoni. Zapach jabłek dopada mnie, gdy tylko uchylę okno. Lubię to! :)
Z rzeczy ważnych:
1.MOJA KASIA URODZIŁA!!! Mały jest przepiękny, do zjedzenia. Zalała mnie miłość. Boże, a jaki miała trudny poród... Drobna dziewczyna a naturalnie urodziła małego klopsa- 4300g.
W końcu jest po wszystkim, bo już mnie stresowało to czekanie.
2. Dziś chrzciny męża siostrzenicy.
3. Mam skierowanie do szpitala w Warszawie ze względu na ciągłe krwawienia śródcykliczne ( obecnie krwawię non stop z przerwami ok.3 dni), ale termin przyjęcia - styczeń...
4. Wpadłam w szał rękodzieła :) Przygotowuję prezenty dla wszystkich nowonarodzonych dzieci w naszej rodzinie (a trochę ich jest ;) ).
Dla córki kuzynki:

Dla przystojniaka Kasi:


    Dla siostrzenicy męża:
W trakcie tworzenia literek dla synka kuzynki:
Poza tym namalowałam dwa obrazy, kupiłam wrzosy i zasadziłam przy domu ( najładniejszy się nie przyjął).
Do zrobienia jeszcze:
*kartka na dzisiejszy chrzest
*kartka gratulacyjna z okazji urodzenia synka dla Kasi
A na razie idę suszyć włosy ;)

1:30 PM

Katastrofalny dół i pogłebiająca się obsesja.

Chce mi się kląć. Wrzeszczeć. Na siebie, na cały świat. Chce mi się wyć. Czuję się jak stary kapeć, znoszony i śmierdzący. Jest mi smutno, przykro, mam huśtawkę emocjonalną, jestem po okresie, a nadal bolą mnie cycki, jestem zirytowana i chyba coś rozwalę. Mam dość myślenia o dzieciach, dziecku.
Mam dość!
Chcę odzyskać swoje życie, swoje myśli, swoją kreatywność, swój spokój.
Nie chcę ciągle, nieustanie, bez przerwy, myśleć o dzieciach, adopcji itp. itd. Chcę się uwolnić od siebie samej. To jakaś cholerna obsesja. Nie obsesja zajścia w ciążę, ale obsesja posiadania dziecka.
Codziennie wyobrażam sobie, że jest z nami dziecko.Wizualizuję dni, wakacje, wieczory, noce... Codziennie walczę ze sobą, gdy ktoś mnie nietaktownie zapyta o dziecko, albo usłyszę jakąś nietaktowną uwagę. Codziennie zmuszam się do miliona myśli, które nie należą do mnie, codziennie się kontroluję, żeby nie pokazać jak bardzo w środku jestem zmieniona, jak bardzo różnię się od tej Ali, którą pamiętają znajomi. Jak bardzo cierpię. Przecież muszę żyć. A gdybym pozwoliła sobie na ekspresję swojego bólu to byłoby nie do zniesienie zarówno dla mnie jak i dla innych. Ale skąd mam brać na to siły??? Czuję się samotna. Samotna wśród ludzi. Bardzo.
Mam dość słuchania o pieluchach, sruchach, USG, ciążach, poronieniach, owulacjach, okresach... Odbija mi!
Naprawdę odbija.
Ja przecież wcale nie żyję naprawdę. Wszystko co robię, gdzieś w podtekście ma pragnienie, potrzebę posiadania dziecka. Nie ma wolności. Nie ma spokoju. Jest zadanie. Zadanie do wykonania, któremu nie umiem sprostać lub które wymaga ode mnie nakładów cierpliwości, której zapas się skończył. Co miesiąc niby odpuszczam, ale ciągle, może nie natarczywie, może nie z niepokojem, ale bardzo sumiennie obserwuję swoje ciało.
Mam tego dość. A nie umiem się uwolnić od tego. Nie pomoże mi psycholog, a może i pomoże, ale nie mam już sił znów spotykać się z całym tabunem różnych ludzi, którzy pierdzielą takie bzdury czasem, że sama mam ochotę zaprosić ich na psychoterapię.
Wiem, co mi jest. Umiem nazwać swoje uczucia, nie wstydzę się ich, mam do nich prawo. Ale nie umiem się ich wyzbyć. Próbowałam na wiele sposobów. Żadna technika nie działa...
Idzie jesień, będzie coraz gorzej, potem przyjdą święta. Kolejne.
To nie jest normalne. To nie jest zdrowe.
Wpadłam w błędne koło. Zataczam je miesiąc w miesiąc. Dzień w dzień.
Chcę być sobą. Gdzie jestem? Jak mam się odnaleźć? Czyje myśli tak uporczywie grzechoczą w mojej głowie? Przecież nie moje!!??!!
Idę dziś na masaż relaksacyjny. Staję się kłębkiem nerwów, kłębkiem nieszczęść, kłębkiem smutku.
Nie chcę. Nie chcę tak.

Klik!

TOP