9:36 AM

Naprotechnologia w naszym wydaniu

Do ostatecznej wizyty - czyli do złożenia dokumentów w OA - zostało niecałe 5 miesięcy. Obiecałam mężowi, że ten czas poświęcimy na próby zajścia w biologiczną ciążę. Czy to źle? Chyba nie. Nikogo nie zdradzam, na adopcję nie ma to przecież wpływu, a wiem, że utwierdzi mojego męża w decyzji o adopcji.
Udaliśmy się, z polecenia lekarki, do Poradni Leczenia Niepłodności ( nie jest to typ klinik, o których można pomyśleć słysząc nazwę i o których zdanie mam już wyrobione...) - Naprocentrum. O naprotechnologii mówił mi na kolędzie ksiądz, ale patrzyłam na to z przymrużeniem oka. Jednak w połączeniu z dokładną analizą ginekologiczno/endokrynologiczną - może uda się im, mi pomóc. Nawet, jeśli nie zajdę w ciążę, to może przestanę mieć te ciągłe plamienia i pokrwawienia, które kompletnie wytrącają mnie z równowagi. Dostałam kartę, naklejki i system kodów. Lekarka zleciła mi badania ( wyniki: TSH 2, PRL 16, PRL po obciążeniu 300 ;/). Cieszę się, że tam trafiłam. Nie są łasi na kasę, wszystkie badania mam zlecane w przychodni, naprawdę czuję się podbudowana.
Nie możemy się kochać przez miesiąc ( masakra!! minął dopiero tydzień, a nas już nosi, mąż pogryzł mi dzisiaj uda i ciągle mnie podszczypuje, a ja ze śmiechu się posiusiałam :P ).
Jest dobrze. Coś się dzieje. Najgorzej jest wtedy, gdy nie dzieje się nic. Dlatego mam nowe przemyślenie odnośnie tlącej się iskierki...
Moje światełko w tunelu to albo nadzieja, albo pociąg... do mojego adoptusia :* :*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zasubskrybuj mnie :)

Klik!

TOP