5:12 PM

Prawo do błędów.

Od dziecka bałam się zadań, które były dla mnie wyzwaniem. Takich, co do których nie miałam 100% pewności, że sobie z nimi poradzę. Na samą myśl o rzucaniu palantówką, skoku w dal, trafieniu do kosza na czas, dostawałam biegunki. Bo z w-fu zawsze byłam średniakiem. I to tym prawie najsłabszym.Egzamin na prawo jazdy? Dostawałam skoku ciśnienia i zlewnych potów, gdy tylko ktoś przypomniał mi, że skończyłam już 18 lat i że życie bez prawka jest o wiele trudniejsze, zwłaszcza, gdy mieszka się w dużym mieście.
Inne sfery mojego życia raczej pozostawały w radosnym uniesieniu grzanym odnoszonymi sukcesami. 
Dziś wiem, że to była moja mała tragedia. Nie to, że z w-fu byłam średniakiem. A to, że praktycznie za cokolwiek w życiu się nie chwyciłam, jakiejkolwiek inicjatywy nie podjęłam, udawało mi się ją doprowadzić do końca i stanąć gdzieś w świetle osobistych jupiterów ( bądź czasem lokalnych).
W ten sposób wyrobiłam sobie własną wizję siebie. Osoby utalentowanej, pracowitej, ambitnej, odnoszącej sukcesy. Takie stworzyłam sobie ramy. 
Te ramy, okazały się później, stety-niestety dla mnie, zbyt sztywne.
Osiągane sukcesy, nagrody, artykuły w gazecie, nie przynosiły mi długotrwałego szczęścia. Chwilowa radość z wygranej, zamieniała się bardzo szybko w ambitne oczekiwanie na więcej.
Byłam wtedy dzieckiem. Bo czas, który opisuję, zamyka się wraz z ukończeniem liceum. Studia mnie zmieniły. Najpierw nie dostałam się na medycynę. Bardzo szybko przeorganizowałam sobie w głowie, że tak miało najwidoczniej być. Mój drugi kierunek, na studiach w Trójmieście, okazał się pociągiem do mojej przyszłości. I choć nadal na uczelni "szło" mi w miarę gładko, to zaczęła mnie dopadać zmora znudzenia. Zniechęcenia. Wycofania nawet. Już nie błyszczałam jak wcześniej. Na najtrudniejszym kierunku na Polibudzie, razem ze mną, studiowały 2 setki takich "utalentowanych" jak ja. Mimo wszystko to zderzenie z codziennością przyjęłam dość spokojnie. 
Ale na kurs na prawo jazdy...nie poszłam.
Moje ambicje i lęki wróciły, gdy studia chyliły się ku końcowi, a moja laboratoryjna magistersko-inzynierska praca miała okazać się totalnym fiaskiem.  Musiałam obronić negatywne wyniki. Czyli wykazać, że to, co miałam osiągnąć, jest nie do osiągnięcia.  Zaczęły się nieprzespane noce, leki na uspokojenie, bezsenność, często irracjonalne lęki.
W tym samym dokładnie czasie, zmuszona poniekąd przez mojego ówczesnego chłopaka ( czyt. obecnego męża) zapisałam się na kurs na prawo jazdy. 
Zdałam za pierwszym razem. A pracę obroniłam na 5. Ale co z tego? 
Zostały we mnie rozchwiane, rozkołatane emocje, które wywołały moje pierwsze zaostrzenie Colitis ulcerosa.
Po diagnozie świat mi się rozsypał. Jeszcze nie zaczęłam pracować, a już coś mnie ogranicza. I to nie chwilowo, ogranicza na zawsze. 
Czy ja umrę? Czy się wykrwawię? Czy jeszcze kiedyś wyjdę na ulicę? Czy będę mieć stomię? Czy będę nosić pampersy? Czy On mnie nie zostawi? Czy ja na Niego zasługuję? Jakie będzie miał ze mną życie? Czy będę mogła mieć dzieci? Chcę mieć dzieci...
Miałam 23 lata. Jezu, jaka byłam inna. Jaka roztrzęsiona. Przerażona. Samotna.
Zaczęłam doktorat. Po roku zawiesiłam go, bo zdrowie uniemożliwiało mi wyjazdy zagraniczne, które były nieodłącznym elementem tej doktoranckiej układanki. Dziś myślę, że raczej ja sama i moje lęki o zdrowie i dostępność szpitali były głównym moim ograniczeniem...Zapadałam się i spadałam na emocjonalne dno. Czułam, że życie wymyka mi się spod kontroli. Byłam coraz słabsza. A życie dopiero miało zacząć mnie walić po pysku.
Do czerwca tego roku, miałam wrażenie, że z każdej ze stron dostaje kopniaki. Posiniaczona, ledwo żywa, czołgałam się w środku siebie, bo choć nogi już dawno nie były w stanie iść, pracowałam nad sobą, bo nie chciałam, nie mogłam się poddać. 
Brzmi to makabrycznie, nie?
Ale tak było. Przestałam dostrzegać dobro, piękno wokół. Utonęłam we własnej rozpaczy, bólu i lęku.
Dlaczego tak było? Dlaczego tak bałam się porażek? Dlaczego nie umiałam przyjmować krytyki? Dlaczego niepowodzenia i choroby odzierały mnie z poczucia własnej wartości? Dlaczego koncetrowałam się tylko na tym co we mnie "złe"?
Bo jestem tylko człowiekiem. Mam słabości. Trudności. Bo nie byłam nauczona, że może mi się nie udać. Że mogę przegrać. Moje ramy zakładały wygraną tam, gdzie mi na tym zależało.
Sztywne ramy. Związane ręce, związane nogi. Masz być taka. Dokładnie taka. Nie gorsza. Nie słabsza. Nie masz prawa być zazdrosna. Nie masz prawa powiedzieć czegoś od rzeczy, nie masz prawa zrobić błedu ortograficznego, nie masz prawa nie wiedzieć, kto jest Ministrem Sportu, nie masz prawa zapomnieć o urodzinach koleżanki, nie masz prawa wybuchnąć przy obcych, musisz taka dokładnie być, jaką sobie siebie wymyśliłam...itd. itd. w nieskończoność. Chciałam być lubiana przez wszystkich. Przecież ja lubiłam wszystkich ludzi. 
Dziś pytam się sama siebie - po co? Co da mi sympatia całego świata?
Odpowiedź jest banalna. Poczucie własnej wartości. Tyle że budowane na opinii innych. Czyli generalnie względne.
Nie wiem, kiedy wyleczyłam się z tej choroby mojej duszy. Dałam sobie prawo do błędów. Nie oceniam siebie na każdym kroku. Dziś czuję się silna, wartościowa, po ludzku nieidealna. Cieszę się, że taka jestem. Doceniam w sobie wiele cech. Niektóre staram się zmienić, ale nie brutalnie, nie na siłę. Akceptuję swoje słabości, gorsze chwile ( te zdarzają się przecież każdemu), ale swoje życie koncentruję na tym, co dobre i piękne. I może dlatego na moim blogu nie ma zbyt dużo frustracji, może dlatego jest on taki delikatnie przesłodzony.
To zadziwia mnie samą. Ale jest mi z tym, jest mi ze sobą, w tym moim życiu...po prostu DOBRZE.
 

Na koniec chcę najserdeczniej pogratulować Julce - która dwa dni temu została mamą swojego maleńkiego synusia. Dziękuję, że byłaś ze mną, gdy ja walczyłam o Leosia. Dużo zdrówka kochana dla Ciebie ( mam nadzieję, że czujesz się dobrze!) i dwudniowego już Szkraba :)



15 komentarzy:

  1. Już dawno pisałam, ze jesteśmy do siebie bardzo podobne.. Nawet w sprawie popełniania błędów. Ja jako nastolatka panicznie bałam się porażek i oceny innych. Nigdy nie brałam się za coś, jeśli wiedziałam, że nie dam rady. Tak naprawdę, to nie do końca chodziło tu o opinię innych, tylko moje własne zdanie o sobie. Zawsze byłam dla siebie surowa. Gdy ponosiłam porażkę, chciałam zapaść się pod ziemię, sama sobie wymierzałam karę. Nie raz niewspółmierną do popełnionego "grzechu". Drugą sprawą było to, że nie umiałam uwierzyć, że ktoś mnie może pokochać. Choć zawsze pragnęłam miłości, to nie umiałam jej przyjąć. Zanim uwierzyłam Mężowi, testowałam go kilka miesięcy ;) I aż wstyd się znowu przyznawać, co ja wtedy wyrabiałam ;) Kiedyś pisałam o tym na blogu. Teraz już, tak jak i Ty, znam swoje lęki i ograniczenia. W przełamaniu strachu bardzo pomogła mi praca (mam ciągły kontakt z innymi ludźmi). Nadal w kilku sprawach jestem na dnie i boję się podjąć ryzyka. Uciekam od tego, jak tylko mogę. Może to jeszcze nie ten czas.. (wiem, głupie usprawiedliwienie.. :). Pamiętam, jak kiedyś napisałas, że strasznie się burzysz, gdy ktoś Cię skrytykuje w sprawie, w której wiesz, że masz racje.. Natomiast, gdy czegoś nie jesteś pewna, łatwiej Ci przyjąć krytykę. Jak dobrze Cię rozumiem! :) Aż dziw mnie bierze, że ktoś jeszcze czuje tak, jak ja :) Nawet z tym w-fem miałam tak samo. Nienawidziłam go z całych sił! Do tej pory mnie ciarki przechodzą, gdy przypomnę sobie te lekcje w szkole. Ale jest mała różnica - ja prawa jazdy nie zrobiłam do tej pory. Nawet brat dał mi już spokój i nie pyta, czy w końcu się zdecyduję ;) Nie nadaję się do tego i już! Tym bardziej jestem pełna podziwu dla Ciebie! :) Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Serdecznie dziekuję za gratulacje kochana!! :-* Droga do synka nie byla ani krótka, ani łatwa, ale sama to potwierdzisz, że warto było czekać!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha, no i jeszcze podkreślę, jaki to zaszczyt być wyróżnioną w ten sposób na Twoim blogu!! Baaardzo Ci dziękuję Alu :* Za bloga i za to, że jesteś :*

      Usuń
  3. To chyba kwestia nastawienia. Mam 37 lat, większość życia przesiedziałam w stolicy i ani trochę nie potrzebuję prawa jazdy. Bo i do czego ono mi, do stania w korkach i jęczenia, że pod blokiem nie ma gdzie zaparkować? Albo ktoś mi zajął moje miejsce na parkingu podziemnym? Eee. Na wsi zabitej dechami to i owszem, samochód jest niezbędny. Do lekarza, do sklepu, do znajomych - dziesiątki kilometrów. Ale w mieście, gdzie wszędzie da się dojechać rowerem czy zbiorkomem? Szkoda nerwów i pieniędzy na samochód.

    Gdzieś tam w środku trzeba sobie powiedzieć "stop", nie muszę jak inni, nie uda się, to też nie tragedia, może uda się innym razem albo wcale. Przeciwności losu uczą człowieka pokory, uczą szacunku do trudów innego człowieka i też trochę uczą doceniać to, co się wreszcie zdobędzie czy czego człowiek się nauczy. Nauka za młodu za łatwo mi przychodziła, nigdy mi się niczego nie chciało uczyć w związku z tym. W ogóle pod wieloma względami było mi za łatwo w życiu. Paradoksalnie doceniam to, o co mi w życiu było najtrudniej, czyli o znalezienie prawdziwego przyjaciela :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Alu, trochę nie w temacie, dostałaś mojego maila??? Pozdrawiam Martyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak,dostałam.Przepraszam,że nie odpisałam. Mam spore zaległości mailowe,postaram się odpisac na dniach. Pozdrawiam.

      Usuń
  5. Alla, czasem-często myślę, jaka jestem wyjątkowa i inna od wszystkich w kwestii swojego cierpienia. Boże...jak bardzo wydałaś mi się do mnie podobna, pisząc o sobie w tym poście.
    Pozdrawiam Cię. Anna-Róża

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj, czytam Twojego bloga od dawna, jest dla mnie...odbiciem mojej osoby, mojego życia. Znalazłam w nim coś na wzór ukojenia i wsparcia. Czytając dzisiejszy post, popłakałam się, tak zwyczajnie...zobaczyłam w tym co piszesz siebie. Do zakończenia studiów zawsze idealna prumuska a potem dopadła mnie proza życia i lęki, które w tym momencie tak zaburzają moje funkcjonowanie, że nie potrafię podjąć pracy, a zdane za pierwszym razem prawo jazdy leży w końcie bo boję się jeździć. Dodatkowo bezpłodność moja i męża, nieudane in vitro, nieudane podejście w ośrodku adopcyjnym, w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że wszystko i wszyscy zamykają mi dorgi do bycia mamą. Nie wiem co będzie dalej...juz nie marudzę:). Czekam na Twoje wpisy, które są dla mnie budujące, pozdrawiam ciepło. A.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jak wiele nas łączy, chciałoby się rzec...Ja również szkolna prymuska, zgarniająca świadectwa z czerwonym paskiem i naukowe stypendia, wygrywająca olimpiady językowe, pierwsza na listach przyjętych do najlepszego liceum i na studia. Mimo to zawsze zakompleksiona, niepewna swojej wartości, ze zbyt małą siłą przebicia, by rozwinąć swój potencjał, nadać mu odpowiedni kierunek i wykorzystać w późniejszym, dorosłym życiu...Obawiająca się wręcz panicznie wyzwań, które mogą okazać się ponad moje siły, którym mogę nie sprostać i skompromitować się - nawet przed samą sobą. Nadal bez prawa jazdy, nadal bez świetnie płatnej i prestiżowej pracy. Nadal pozbawiona odwagi, by grać główną rolę we własnym życiu, chowająca się za kulisami i czekająca nieśmiało, aż widownia opustoszeje. I nadal na samą siebie niesamowicie wściekła z tego powodu...

    OdpowiedzUsuń
  8. Świadectwa z czerwonymi paskami były i u mnie. Na studiach bez problemów. Szybko zaraz po maturze udało się znaleźć pracę, w której z małymi przerwami jestem do dziś (choć nie jest to szczyt moich marzeń, to jednak boję się nowego, boję się zmiany). A kompleksów było sporo i nadal są. Podobnie jak mało wiary w siebie. Niby wszystko przyszło bez większych problemów. Zdawało się, że dalej będzie mi iść podobnie dobrze. Do czasu... Prawko nie zdane. Na kursie szło bardzo dobrze, a na egzaminie taki stres, że nie byłam w stanie się skupić. Kolejne zderzenie z rzeczywistością - niepłodność. Nawet przez myśl mi nie przeszło wcześniej, że możemy mieć takie problemy z zajściem w ciążę. Kolejni lekarze, kolejne diagnozy, leki. Są niestety rzeczy na które wpływu się nie ma. Niestety.

    OdpowiedzUsuń
  9. To prawo do popełniania błędów u mnie przyszło z wiekiem, Musiałam do tego dojrzeć. Zawsze starałam się być naj, czasem ponad swoje możliwości. Zastanawiam się dlaczego? Może, żeby zadowolić rodziców. Dowartościować się. Zwrócić na siebie uwagę. Teraz wiem, że nie muszę być naj w każdej dziedzinie, że mam prawo do błędów. Ale ciągle brakuje mi pewności siebie. Niestety

    OdpowiedzUsuń
  10. Najważniejsze, że się odnalazłaś :) niektórzy błądzą całe życie...

    OdpowiedzUsuń
  11. Wiesz, Ala, wydaje mi sie, ze gdzies blad popelnili Twoi rodzice. Jestes niewatpliwie bardzo wrazliwa osoba, a przy tym potwornie ambitna, a to nie jest dobre polaczenie... To ze strony rodzicow powinnas dostac zapewnienie, ze nie zawsze sie w zyciu wygrywa, ale jest to zupelnie OK. A przegrana nie umniejsza Twojej wartosci jako czlowieka. Wydaje mi sie bowiem, ze Twoja reakcja na problemy z praca dyplomowa (w sumie tylko ten przyklad podalas) jest wrecz ekstremalna. Ja rowniez musialam w pracy magisterskej "wybronic" kilka dziwnych, nie pasujacych wynikow. Moja siostra, podobnie jak Ty, musiala pisac o eksperymencie, ktory kompletnie nie wyszedl. Ale zadna z nas nie musiala brac lekow na uspokojenie, wrecz przeciwnie, byl to powod do zartow, no moze lekkiej irytacji. ;)

    Wlasciwie to Twoj post uswiadomil mi poraz kolejny raz w zyciu, ze czasem dobrze byc "szarakiem". Cale zycie bylam przecietniakiem i w nauce i w sporcie. I przynajmniej zawsze podejmujac sie czegos wiedzialam, ze albo mi wyjdzie, albo nie. A kiedy nie wychodzi, nie ma tragedii. ;)

    A co do prawa jazdy, to cale dziecinstwo i mlodosc spedzilam w Trojmiescie i zupelnie go nie potrzebowalam. Dopiero wizja wyjazdu za ocean, gdzie bez auta ani rusz,zmotywowala mnie do zapisania sie na kurs. Tyle, ze zdalam za 3 razem, tu tez musialam najpierw dostac po tylku. ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Wydaje mi się, że prawo do błędów przychodzi z wiekiem. W młodości idealizujemy siebie, ludzi, świat. Chcemy być niepowtarzalni, najlepsi, bezkrytyczni. Zależy nam na akceptacji naszej osoby wśród znajomych, nauczycieli. A potem życie weryfikuje nasze wyobrażenia. Stajemy się bardziej wyrozumiali wobec siebie, ludzi. Dajemy sobie i innym prawo do błędów. Już nie muszą nas wszyscy lubić.
    Dobrze, że wraz z upływem lat stajemy się mądrzejsi i łagodniej patrzymy na siebie;-)))
    Pozdrawiam-Patrycja

    OdpowiedzUsuń

Zasubskrybuj mnie :)

Klik!

TOP