Pokazywanie postów oznaczonych etykietą in vitro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą in vitro. Pokaż wszystkie posty

11:17 PM

Niepłodność.

Niepłodność - dziś znów o niej przypominam, nawiązując do kampanii społecznej, w której brałam udział jakiś czas temu - TU
Niepłodność to nie znamię, które nas szpeci. To nie powód do wstydu i spuszczania wzroku w towarzystwie. To wyzwanie, któremu jesteśmy w stanie sprostać! A dróg jest wiele!


PS. Nie mam pojęcia dlaczego jakość filmiku jest taka do kitu, oryginał jest żyleta :)

6:50 AM

Czy można być dumnym z walki z niepłodnością?






Wchodzę do rzeki. Zanurzam się, jak to mam w zwyczaju, najpierw po pas, a potem szybko po szyję… we wspomnieniach.  Ubieram się w siebie sprzed kilkudziesięciu miesięcy. Delikatnie wsuwam dłonie i stopy, włosy rzucam na wiatr i znów jestem tam. Jak dawniej. Zmęczona, rozdarta i smutna. Stoję przed lustrem. Dotykam swojej twarzy. Ust. Odgarniam z czoła niezdarny kosmyk. Patrzę na siebie, trochę szczuplejszą, lecz mniej promienną, spoglądam na brzuch, a na nim nie ma śladu po cesarskim cięciu…

Znów nią jestem.
Na imię mam … NIEPŁODNA.

Wyglądam na przestraszoną. Przygarbiona i niepewna, przyglądam się sobie.

Prostuję plecy. TO JA. To przecież ja. Niepłodność dała mi tymczasowe imię, z którym, niemal wypisanym na czole, wędruję od specjalisty do specjalisty. Wierząc, że ktoś je zmyje z mojej twarzy. Zastąpi nowym imieniem, które z dumą przykleję na brzuch i będę się nazywać CIĘŻARNĄ/BRZEMIENNĄ/MAMĄ. Tyle we mnie determinacji. Potrafię na przekór wszystkiemu walczyć o swoje marzenia. Nie podejrzewałam nigdy wcześniej, że jestem taka silna… zapominam o tym, a przecież za każdym razem, gdy ten przeklęty test pokazuje tylko jedną kreskę, za każdym razem, gdy czuję, że znów się nie udało – podnoszę się i walczę dalej.

Unoszę brodę. Stoję nadal przed lustrem, ale na mojej twarzy pojawia się więcej światła. Przypominam sobie wczorajsze wyjście ze znajomymi i zmieszaną twarz koleżanki, gdy pytałam, czemu nie chce drinka. Nie musiała odpowiadać. Bolesny ucisk w brzuchu i suchość w gardle przywróciły mnie do rzeczywistości. Rzeczywistości, w której innym spełniają się moje marzenia. A ja…ja muszę wciąż na to patrzeć. Biernie patrzeć…

A gdyby tak odwrócić od nich wzrok? I zamiast z rozpaczliwą tęsknotą przyglądać się ich radości, spojrzeć na siebie? Wykorzystać ten czas, który daje mi niepłodność – poznać swoje potrzeby i oczekiwania. Rozwinąć się, otworzyć na świat, poszukać i zgłębić siebie. Bo przecież to w najtrudniejszych sytuacjach tak naprawdę jesteśmy w pełni sobą. Może, paradoksalnie, niepłodność to dar? Może jeszcze go nie zrozumiałam i nie potrafię przyjąć?

Nagle ogarnia mnie ciepło. Dziwne, bo nie czuję się już nieswojo. Znam przecież tę siebie doskonale, choć jest jakoś inaczej, coś się we mnie zmieniło. Nie ma we mnie lęku o jutro, strachu przed wykluczeniem, poczucia odrzucenia, straconych szans i nadziei. Nie słyszę złowieszczo tykającego zegarka odliczającego mi dni i lata do zmniejszenia rezerwy jajnikowej… Tym razem jest we mnie pewność, że wszystko ma sens, a ja potrafię ten sens odnaleźć.

Uśmiecham się. A z lustra patrzy na mnie ktoś nowy. Świadomy swojego położenia, czającej się niepewności i możliwości niepowodzeń. Ale gotowy, by podjąć wyzwanie. Ta nowa odsłona mnie pozwala sobie na gorsze i lepsze dni. Nie spisuje na kartce tego co złe, tylko skupia się na tym, co dobre. Wzbogaca się w doświadczenia i zaczyna kochać siebie. Ze wszystkimi niedoskonałościami, bo wie, że to właśnie one czynią ją niepodważalnie, unikalnie i bezsprzecznie piękną…

I kiedy plączę włosy w elegancki kok, z lustra patrzy na mnie pełna światła, promienna, dojrzała kobieta. Niepłodna. Ale jakże oryginalna, wyjątkowa i świadoma osoba. Dumna. Dumna, że doszła do takiego miejsca w swoim życiu. Wszystkie doświadczenia nauczyły ją, że jutro jest zagadką, a tylko dziś jest czasem wyborów, świadomych działań, walki, którą warto toczyć, by kiedyś nie żałować zmarnowanych szans.

To już. Wynurzam się z rzeki. Ubrana tylko w aktualną codzienność. Ale wciąż jest ze mną ona… nie jak cień, ale jak światło - moja niepłodność. To ona pokazała mi, że porażki uczą pokory, pokazała, że aby naprawdę wygrać, trzeba wiele razy przegrać. Udowodniła mi, jak silnym i zdeterminowanym człowiekiem jestem. Uświadomiła mi moją odwagę. Unaoczniła mi moje słabości i zalety. Aż w końcu uczyniła ze mnie matkę. Jeszcze zanim moje dzieci pojawiły się na świecie.
Jestem dumną kobietą. Dumną z mojej walki z niepłodnością. A teraz z jej owocu – z mojej rodziny.

Jeśli potrafisz, rozumiesz i chcesz - podziel się słowami wsparcia dla osób walczących z niepłodnością klikając TUTAJ


Tekst powstał w ramach akcji organizowanej przez kliniki leczenia niepłodności IniviMed, które od 16 lat każdego dnia wspierają Polaków w realizacji ich marzenia o dziecku.

Koniecznie obejrzyj:



8:43 PM

PIS off!

Nigdy nie wtrącałam się w politykę. Nawet w momencie wyborów, jedyne o czym wspomniałam na blogu, była zachęta do głosowania w zgodzie z własnym sumieniem. Gdy wygrała partia, której program był sprzeczny z moją wizją Polski, też postanowiłam milczeć i dać im mój kredyt zaufania. Nie należy przecież oceniać po pozorach czy skreślać na samym początku. Ale właśnie teraz nadszedł czas, gdy czara mojej wewnętrznej goryczy się przelała. Mam dość. Nie potrafię dłużej milczeć i w spokoju obserwować tego, co się dzieje w naszym kraju.
Zawsze byłam patriotką. Nie wyobrażałam sobie życia za granicą, dwa tygodnie na obczyźnie wystarczały mi, by tęsknić za tą naszą "normalnością". A teraz... pierwszy raz w życiu czuję, że w innym kraju żyłoby mi się lepiej.

Jestem wierząca. Nie jestem za aborcją. Nie podeszłam, mimo kwalifikacji i możliwości, do in vitro. Mam adoptowane dziecko. I jestem szczęśliwa. Czyż nie jest idealnym przykładem człowieka zgadzającego się z elektoratem PIS-u?
O ironio!

Wyobraźcie sobie sytuację, w której wszystkie moje decyzje podejmowane byłyby za mnie lub poza mną. Czy byłabym równie szczęśliwa?

Czy gdybym wiedziała, że dziecko, które mam urodzić, nie ma narządów wewnętrznych, ma głęboką deformację z rozszczepem kręgosłupa włącznie, byłabym w stanie nosić je pod sercem 9 miesięcy? Robić badania, słuchać bicia jego serca, badać długości i wielkości rączek, główki i nóżek. A potem byłabym je w stanie urodzić...pozwolić mu umrzeć...i żyć dalej? Czy byłabym w stanie podjąć decyzję o kolejnym dziecku? Czy miałabym siłę patrzeć na inne, szczęśliwe rodziny bez zazdrości, smutku i zawiści ( uczuć tak niechcianych, a które potęgowałyby poczucie mojego wyobcowania...)

Czy gdybym wracając do domu w wieku lat 15 została brutalnie pobita, zgwałcona przez 3 młodych, pijanych mężczyzn, przeżyłabym informację o tym, że poczęte w ten sposób dziecko ma się rozwijać w moim ciele i przypominać mi o tym dniu...? a potem miałabym je urodzić...? czy jako 15-latka udźwignęłabym taki ciężar, czy raczej targnęłabym się na swoje życie? Bo może to za dużo dla takiego, też przecież jeszcze, dziecka...? 

Czy gdybym dziś dowiedziała się, że jestem w ciąży, która realnie zagrażałaby mojemu życiu, a dziecko rozwijające się we mnie miałoby poważne wady wrodzone i niewielkie szanse na przeżycie pierwszego roku, nie czułabym się skazana na śmierć, a moje dzieci nie zostałyby skazane na pozostanie sierotami? Czy mój syn miałby dźwigać kolejny ciężar, choć przecież w swoim dorobku ma już kilka zerwanych więzi i ogromny bagaż, z którym przyjdzie mu się kiedyś zmierzyć?

Ja nie odpowiadam. Niech każdy odpowie na te pytania sam. W moim odczuciu nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Wszystko zależy od człowieka i musi rozegrać się w jego sumieniu.
Wszelkie nakazy i zakazy, które brutalnie wpijają się w sferę osobistą i odbierają prawo wyboru i decydowania o sobie, będą budziły bunt i frustrację.  Nawet Bóg dał człowiekowi wolną wolę. Nawet On. Ale w naszym kraju, nawet Boga należy co nieco poprawić, zmienić, taka przecież "dobra zmiana"... Właśnie dlatego kościół przestaje być miejscem mojego azylu. Moją przystanią i schronieniem. Odebrano mi coś bardzo cennego. Chciałabym zapytać - jakim prawem?

(zmanipulowane) Media, których nie da się słuchać. Internet przesiąknięty hejtem, wyzwiskami, negatywnymi i chamskimi komentarzami dotyczącymi zwolenników i przeciwników różnych partii. Napędzająca się spirala nienawiści. Wchłaniamy ją, chcąc nie chcąc, jak gąbka dzień po dniu.

Jesteśmy tylko szarymi ludźmi i nasz głos zawsze był niczym szelest, niesłyszany przez ludzi na górze. To się nie zmieniło. Teraz jednak chcą nam odebrać nawet ten nasz szelest. Wiążąc usta przeróżnymi ustawami. Pokazując, że prawo wyboru istnieje tylko w sejmowej ławie. Najpierw decyzja o zamknięciu refundacji in vitro, teraz zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej. I wszystko to w sposób tak strasznie nieludzki, chory, patologiczny wręcz. 
W mojej głowie codziennie w odpowiedzi na bieżącą sytuację polityczną brzmią nuty dwóch piosenek. Są jak mantra, która wypełnia przestrzeń moich myśli...

"Wolność, kocham i rozumiem, wolności, oddać nie umiem..." To przykre, że tak wielu z nas tej wolności nie potrzebuje. Tak, właśnie tak to odbieram. Jak można zgadzać się na uwięzienie w klatce - wyznania, przekonań, milczenia,służalczości, "norm"...  Stąd już jest krok do szeroko pojętego rasizmu, ksenofobii... 
Uwięzieni w klatce Polacy, niby większość ( bo przecież obecny rząd wybrała "większość", a przynajmniej ta większość, której chciało się ruszyć tyłek na wybory), dlaczego czujecie tak silną potrzebę podporządkowania się, wejścia w sztywne ramy - czy nie ufacie własnemu sumieniu i sumieniu innych ludzi?
Ciekawe jest to, że najwięcej do powiedzenia w sprawie in vitro mają osoby, których niepłodność nie dotknęła. Ciekawe, że w sprawie zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, prawdę jedyną wygłaszają kobiety po menopauzie i księża...

Jestem za ochroną życia. Żeby to było jasne. Za ochroną życia. Ale nie za poświęceniem życia... 
Nie wolno nam wrzucać wszystkich do jednego worka. Nie wolno! Każdy przypadek i każdy człowiek to odrębna historia pełna wątków pobocznych, którym należy się przyjrzeć. Nie wolno nam wyrokować na wyrost w cudzych tragediach. Nie wolno nam.

"Wolnoć Tomku w swoim domku", jak mówi stare przysłowie. Stare...a jakże współczesne.








1:41 PM

Miłość.

Stojąc przed wyborem między adopcją a in vitro, czułam się zagubiona. Stawiałam sobie różne pytania... Uzyskiwałam często sprzeczne odpowiedzi.
Nie ukrywam, że nie potępiam in vitro. Co więcej jestem skłonna myśleć, że za jakiś czas wybierzemy się z mężem w tę drogę, aby Leoś nie był sam. Nie boję się już, że się nie uda...znamy przecież inne drogi do naszych dzieci... a dziś wiem, że macierzyństwo to nie kwestia biologii ( zapożyczam słowa od Joanny, wyryły mi się pewnego dnia w pamięci).
Wszystkie drogi, które umożliwiają zostanie rodzicem w moim odczuciu są dobre ( nie mówię tu o kradzieżach itp.) . Każdy powinien w kwestii wyboru tej drogi wsłuchać się w siebie... Dla mnie natomiast nieważne, jaką drogą przyjdą kolejne dzieci - wiem, że najważniejsze jest jedno - MIŁOŚĆ.

Czemu bałam się adopcji? Czemu dziś nie boję się kolejnej?
Odpowiedź okazała się dla mnie tak banalna, że aż oczywista. Bo w rodzicielstwie nie chodzi przede wszystkim o Twoje potrzeby. O to, czy chcesz w tym małym człowieku dostrzegać cechy Twoje, małżonka, rodzica, dziadka, cioci, babci... Nie chodzi o to, żeby być dumnym z osiągnięć szkolnych czy sportowych. W rodzicielstwie małe znaczenie ma, czy nosiłam dziecko w moim brzuchu.
Dlatego w moim odczuciu rodzicielstwo adopcyjne ( przynajmniej przy adopcji tak małego dziecka, jak nasze...) niewiele różni się od rodzicielstwa biologicznego. Jest więcej lęków? Może. Ale czy każde rodzicielstwo biologiczne jest takie usłane różami? Tak wiele biednych dzieci rodzi się chorych,  tak wiele cierpi... Czy taki los wybierają dla siebie i dla swoich maleństw ich rodzice...? A jednak to właśnie w rodzicielstwie biologicznym, tym tak bardzo trudnym, gdy pomiędzy życiem a śmiercią jest cienka granica..ja najbardziej widzę to co najcenniejsze - widzę MIŁOŚĆ.

Ten mały-wielki człowiek, któremu daliśmy dom...również w naszych sercach, otworzył mi oczy na mój egoizm. Na myślenie, które miałam wcześniej, na prostotę moich pierwotnych instynktów.  Instynktów - których nie sposób się przecież pozbyć.
Przekazanie genów. Czy to o to chodzi w rodzicielstwie? O przetrwanie "gatunku"? 
Coś w tym na pewno jest.  Znam to z autopsji. Ale to jest niuans. Pierdoła. Głupstwo. Banał. Frazes. 
To wszystko nieważne, bo przecież, czym to jest, gdy chodzi o coś większego, najważniejszego...gdy chodzi o MIŁOŚĆ?

Gdy myślę o tym, co mnie spotkało, z perspektywy kobiety jeszcze nie trzydziestoletniej, żal mi siebie. Wciąż jest mi siebie żal... Nie zasłużyłam na te 3 lata cierpień. Nie zasłużyłam na te wszystkie choroby. Na te porażki, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że nie zasługuję na więcej...
Ale gdy myślę o moim synku, nie mam takich odczuć. Owszem, żal mi, że nie mogłam Go urodzić, ale raczej dlatego, żeby to on nie był, albo kiedyś nie czuł się INNY.  I myślę często, patrząc w jego niewinne, dziecięce oczka, że nie mógłby być piękniejszy i wspanialszy, i szczerze - nie zamieniłabym dziś go na dziecko biologiczne. Gdyby można było cofnąć czas i ktoś zagwarantowałby mi "złotą tabletkę" płodności, a ja miałabym nie mieć Leosia... NIGDY!
Nie zasłużyłam na cierpienie, ale zrobię wszystko, by zasłużyć na mojego synka. Bo nie ma nic większego niż to, co do niego czuję. Nie ma nic większego ponad MIŁOŚĆ.

Wszystko można widzieć z różnych perspektyw. Szklanka do połowy pusta, szklanka do połowy pełna... Wybieram drugą opcję. Bo w życiu nie ma gwarancji na szczęście. I ani rodzicielstwo biologiczne, ani rodzicielstwo adopcyjne samo w sobie szczęścia nie daje. Szczęście każdy z nas ma w sobie. I jest ono często ciężką pracą nad swoimi potrzebami, myślami, pragnieniami, odczuciami.
Dziś, dla mnie, przede wszystkim liczy się szczęście mojej rodziny. Mojego synka, męża i moje.
I jak kiedyś pisała Monika na blogu bocian fajtłapa - szczęście nie jest dla wybranych.

Ale na pewno jest dla tych, którzy umieją KOCHAĆ.
Nie tylko siebie.



7:51 PM

Cierpliwość i in vitro.

Gdyby można było kupować cierpliwość to zdecydowanie byłby to towar deficytowy. Mój dzisiejszy dzień cierpi na syndrom "przepraszamalejajużniemogęczekać". Zdecydowanie mam dość czekania.  Nie płaczę, nie złoszczę się ani nic z tych rzeczy, ale po prostu to wszystko stało się nieprawdziwe. Czasami zastanawiam się, czy to się kiedyś skończy, czy będę mogła mieć normalne plany, będę czuła, że coś wiem i mam na coś wpływ, bo teraz przecież nie wiem nic. Minęło 7 miesięcy od naszej pierwszej propozycji. Kurczę, trochę długo. Mogłoby się coś wydarzyć. 
Haloooo? Kochany Ośrodku słyszysz mnie? Czekam :)
W piątek odwiedzili nas goście i zostali do soboty :) W końcu nagadałam się trochę z moją A., no i ochrzciliśmy taras pierwszym grillem. Fajnie było. Dzięki ich uprzejmości i sile mięśni męża A.  (i sile mięśni mojego męża :P) białe meble, które odrestaurowałam rok temu, trafiły na właściwe miejsce (czyli do przyszłego pokoiku dziecięcego). Prezentują się tam o niebo lepiej niż w mojej szwalni, gdzie były do tej pory... Ale dotarło do mnie też, że wszystko już czeka. Pokój też...  Nie ma tam co prawda łóżeczka dziecięcego, ale wszystko jest takie...takie... jak sobie wymarzyłam i brakuje TEGO kogoś. Którego wymarzyłam najmocniej... Ehhh... 
Nie miałam jednak czasu rozkminiać tego zbyt długo, bo po zamianie mebli w pokojach zrobił się taki syfo-burdel, że nie dałam rady tego ogarnąć!
Wczoraj pojechaliśmy jeszcze nad morze do Sobieszewa, czułam się na tyle dobrze, że postanowiliśmy spróbować wyrwać się z domu. Wchodzimy na plażę, a tam...nasi sąsiedzi zza płotu. Umawialiśmy się na pogaduchy od pół roku i nigdy nie mogliśmy zgrać terminu. No i sam się zgrał. Było przyjemnie do momentu, aż nie nastało załamanie pogody. Pędziliśmy na złamanie karku do samochodu. Padało ostro. Podlało przynajmniej nasz ogródek (wczoraj przed tarasem wyrosły tuje :)) i świeżą trawkę. Wieczorem pojechaliśmy do teściów na grilla. O 21 wróciliśmy do domu.
Dziś też mieliśmy gości. Więc od 8 sprzątałam ( wiem, że jest niedziela, ale wczoraj, jak już pisałam, nie miałam już sił ogarnąć wszystkiego), upiekłam ciasto i przygotowałam obiad. Po budowie tarasu w całym domu był pył, więc było co sprzątać! O 11 przyjechali teściowie z ciocią męża, a o 13 odwiedziła mnie koleżanka, od której dostałam obrazek Matki Boskiej w szpitalu. Zjadłyśmy obiad i długo rozmawiałyśmy. Ona jest katechetką. Zaczęłyśmy rozmawiać o in vitro i trochę się nasza rozmowa zmiętoliła. Okazało się, że moje stanowisko bardzo nie podoba się mojej koleżance. To, że nie zdecydowaliśmy się na in vitro, a na adopcję jest moją świadomą decyzją. Decyzją mojego sumienia. Ale absolutnie nie jestem przeciwnikiem in vitro. Jedno z mojego rodzeństwa ma dziecko z in vitro. Wspaniałe, cudowne dziecko. Wiem, że dziś dostanę od niej maila na temat in vitro i tego, dlaczego kościół jest przeciwny. Już się boję. Nie chcę wchodzić w polemikę. Każdy ma prawo do swojego zdania. 
Sama nie zdecydowałam się na zabieg. Jeszcze nie. Nie wiem, co będzie później, za kilka lat. Czy nie zechcę wykorzystać wszystkich opcji? Nie wiem. Teraz czuję całą sobą, że woła mnie dziecko, które już na mnie czeka. Przeszłam to wszystko dla NIEGO. 
Ale szanuję decyzje innych. Podziwiam każdą. I tę o adopcji, i tę o adopcji prenatalnej, i tę o in vitro, i każdą inną, która prowadzi do zostania rodzicem. Nie chcę tego rozdrabniać na drobne. Nie z kimś, kto nigdy nie borykał się z niepłodnością i nie czuł przez lata rozdzierającego bólu, palącej tęsknoty, comiesięcznych porażek, upadków i trudności w podniesieniu się z nich, pełnego niezrozumienia żalu, niesprawiedliwości i rozpaczy... Ja rozumiem decyzje o in vitro. Ja rozumiem decyzje o adopcji. Rozumiem je dopiero teraz. Po latach walki z niepłodnością. Nie jestem przez to lepsza i nie twierdzę, że moje podejście jest dobre. Ja po prostu nikogo nie oceniam i nie jestem 100% pewna tego, że nigdy moje myślenie nie wejdzie na tory in vitro. Nie wiem jak będzie. 
Skąd mam wiedzieć, co przyniesie mi los?


Klik!

TOP