10:26 PM
Mama idealna. baby blues, czuję się złą matką, czy jestem złą matką, depresja przedporodowa, jestem złą matką, matka idealna, zła matka
Rok temu mniej więcej zostałam pełnoetatową mamą. W naszym domu pojawił się mały człowiek, na którego przybycie czekaliśmy kilka długich i trudnych lat. Byłam pewna, że wszystko się zmieni. Byłam w pełni przekonana, że będę kochać moje dziecko do granic...Czytaj dalej
Rok temu mniej więcej zostałam pełnoetatową mamą. W naszym domu pojawił się mały człowiek, na którego przybycie czekaliśmy kilka długich i trudnych lat. Byłam pewna, że wszystko się zmieni. Byłam w pełni przekonana, że będę kochać moje dziecko do granic możliwości.
W tym samym czasie mamą adopcyjną została moja koleżanka z grupy z OA, mająca już córkę biologiczną.
Leoś odmienił moje życie. Z nieszczęśliwej i umęczonej starszej, choć niespełna trzydziestoletniej kobiety, zmieniłam się w młodą, szczęśliwą, pełną energii i motywacji mamę. Każdy dzień pełen był pomysłów na spędzenie czasu, na nowe zabawy, na stymulację rozwoju. Zaczytywałam się w książkach i poradnikach, tak by móc zaobserwować wszelkie ewentualne opóźnienia rozwojowe u synka i na bieżąco móc jakoś im zaradzić. Opóźnień nie było. Rozwój przebiegał i przebiega wzorcowo. To dawało mi ogromnego, pozytywnego kopa. Dawałam sobie ze wszystkim sama radę. Dziecko, sprzątanie, pranie, gotowanie, ogródek, blog, sesje zdjęciowe... wszystko mieściło się w moim zaplanowanym i sprawdzonym harmonogramie. Byłam naprawdę szczęśliwa. Czułam, jakbym wygrała na loterii życia. Wiem do dziś, że wygrałam :)
Dwa a może trzy tygodnie po naszej adopcji napisała do mnie wspomniana wcześniej koleżanka z grupy ( rozmawiałyśmy codziennie, ale ta rozmowa, o której piszę, była inna). Napisała mi, że jest jej ciężko, że dużo płacze. Mało rzeczy ją cieszy. Pamiętam, że była bardzo zmęczona i przytłoczona obowiązkami związanymi z dzieckiem ( w wieku wówczas mojego obecnie energicznego Leosia). Kiedy jej napisałam, że taki stan jest normalny i żeby nie wymagała od siebie zbyt wiele, a po prostu przyjęła swoje emocje, odpisała, że to trudne, że przecież ja tak nie mam.
Nie mogłam kłamać. Ja rzeczywiście tak nie miałam, tkwiłam na mojej bardzo szczęśliwej, spełnionej wyspie marzeń, opalając się w pierwszych uśmiechach mojego szkraba, tuląc go do piersi i wsłuchując się w jego miarowy, spokojny oddech. Czułam się wolna. Pamiętam, że myślałam - "Urodziłam się po to, by być mamą."
Nie wiedziałam wówczas, że można czuć się uwięzionym, mając dziecko.
Nie mogłam kłamać. Ja rzeczywiście tak nie miałam, tkwiłam na mojej bardzo szczęśliwej, spełnionej wyspie marzeń, opalając się w pierwszych uśmiechach mojego szkraba, tuląc go do piersi i wsłuchując się w jego miarowy, spokojny oddech. Czułam się wolna. Pamiętam, że myślałam - "Urodziłam się po to, by być mamą."
Nie wiedziałam wówczas, że można czuć się uwięzionym, mając dziecko.
No właśnie, uwięzionym? Co to znaczy?
W grudniu Leoncjo skończył 10 miesięcy. A ja dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Jak wiecie, był to dla nas wszystkich ogromny szok i zaskoczenie. A jednocześnie, przynajmniej dla mnie, ogromny stres o życie dziecka i o dalsze losy tej ciąży. Grudzień, styczeń i luty upłynęły mi w atmosferze ogromnego lęku i paniki wręcz, kilku moich chorób, milionów badań, szpitala Leosia, braku sił, obrzydliwego samopoczucia i dodatkowo wyrzutów sumienia. Bo jak to? Nagle z tej wspaniałej matki, mającej siłę i energię do wszystkich działań, stałam się umęczoną, nieszczęśliwą i przerażoną mamą w ciąży? Miałam wrażenie, że mój synek przestanie mnie kochać, że odtrąci mnie, bo poświęcam mu mniej czasu, bo mam mniej energii, bo z nim nie biegam po podwórku, bo przestałam go kąpać...bo...bo...bo....
Każdy aspekt był dobry, by upodlić samą siebie. Czułam, że straciłam kontrolę nad swoim życiem i że muszę podporządkować się temu, co przyniósł mi los. Podporządkować z WDZIĘCZNOŚCIĄ. Wiedziałam, że muszę być ostrożna, by nie stracić tego nowego życia, małego cudu rosnącego pod moim sercem. Jednocześnie chciałam być jak najlepszą mamą dla Leosia. Taką jak wcześniej, przed ciążą. Ale nie byłam, bo nie miałam tylu sił, a i psychicznie bardzo podupadłam.
Jak to? Przecież spełniło się moje ogromne marzenie! Zaszłam w ciążę. W związku z całą historią niepłodnościową nie dawałam sobie przyzwolenia na narzekanie. Gdzieś w mojej głowie zrodziła się chora myśl, że jeśli będę narzekać, Bóg odbierze mi rodzące się życie. Odebrałam sobie do tego prawo. Nie akceptowałam tego. Ja przecież taka nie byłam. Ja przecież miałam być matką idealną.
Marzec i kwiecień były lepszymi miesiącami. Przestały mi dokuczać silne bóle w dole brzucha, poznaliśmy płeć maleństwa, Leoś zaczął mówić i stał się taki "dorosły" i rozumny. Spędzał coraz więcej czasu z tatą, bo pogoda za oknem była dość ładna. Jeździli na wycieczki rowerowe, zwiedzali wszystkie pobliskie place zabaw i parki, naprawiali razem samochód, obrabiali ogródek. A ja obserwowałam ich z czułością i miłością...i smutkiem, że nie mogę w pełni uczestniczyć w naszym życiu.
W maju było już gorzej. Bóle wróciły, zaczęły się skurcze, brzuch wyrósł jak grzyby po deszczu, zaczęły się trudności w spaniu, oddychaniu, codziennych czynnościach. Do tego doszło potworne zmęczenie i bardzo szybka męczliwość przy najdrobniejszych czynnościach. Okazało się, że nie jestem w stanie zrobić wielu rzeczy sama. Moje poczucie własnej wartości dramatycznie spadło.
"Nie jestem dobrą matką dla Leosia. Chciałabym być inna, zdrowa, silna. Nie jestem dobrą matką dla Amelki. Przecież powinnam się cieszyć z mojego stanu, a nie czuć się zmęczona i obolała. Nie zasługuję na moje dzieci" - takie myśli wciąż i wciąż zasiedlały moją głowę.
W czerwcu po rozmowie z mężem zdecydowaliśmy, że potrzebuję pomocy. Przede wszystkim dlatego, że grozi nam przedwczesny poród, a opieka nad Leosiem + obrobienie domu + ugotowanie obiadu to na tę chwilę dość sporo obowiązków i konieczność stałej aktywności. Zaczęliśmy szukać niani. Na 5h dziennie i to tylko na te dni, gdy mąż pracuje (a on pracuje na zmiany i nie jest to system od poniedziałku do piątku). Przygodę z nianią opisałam. A cała sytuacja jeszcze silniej pogłębiła mój zły stan psychiczny.
Zaczęłam się zastanawiać, czy nie mam pierwszych objawów depresji przedporodowej. To co wcześniej mnie cieszyło, zaczęło wzbudzać we mnie poczucie winy. Zaczęłam czuć się winna, że jestem w ciąży i nie mogę w pełni oddać się opiece nad Leo. Jednocześnie myślałam o sobie jak o wyrodnej, złej i egoistycznej flądrze, której przeszkadzają duszności, ciągnięcia i kłucia w kroczu, zamiast cieszyć się nadchodzącym wielkimi krokami porodem. Siadałam na skraju łóżka i płakałam. Czasem przez jakąś drobnostkę, czasem zupełnie bez powodu. Nadal, choć znacznie rzadziej, zdarza mi się siąść i płakać.
1) bo boję się porodu
2) bo boję się, że coś stanie się Małej
3) bo boję się, że nie będę samowystarczalna
4) bo chciałabym mieć kogoś, na kogo mogę liczyć, kto mnie nie oceni, a po prostu wesprze
5) bo chciałabym wszystko zrobić jak najlepiej
6) bo czuję się samotna i niezrozumiana
I dlatego od jakiegoś czasu energię, której mi ostatnio przybyło kieruję w swoją stronę. Skupiam się więcej na sobie, bo oprócz bycia matką jestem też kobietą, dziewczyną, osobą, która ma prawo do własnych uczuć i obaw, indywidualną jednostką z własnym charakterem i potrzebami, z taką a nie inną psychiką i historią.
Nie muszę być mamą idealną. Ale jedno wiem na pewno, takich mam...nie ma :)
Bezsprzecznie kocham moje dzieci najbardziej jak umiem. I to starsze, której śpi obok w łóżeczku, i to młodsze, które siedzi ściśnięte głową w dół w moim brzuchu i wypycha nóżki waląc w żebra. Chcę im dać jak najwięcej. Nie mogę jednak w tym wszystkim zapomnieć o sobie. Mam prawo do własnych radości, smutków, a nawet łez. Paradoksalnie - w momencie, w którym dałam sobie prawo do tych wszystkich uczuć, które mną miotają, bez oceniania siebie jako matki i osoby, wiele z tych uczuć wyparowało lub zbladło.
I jeszcze jedno wiem na pewno, tak łatwo przychodzi nam ocenianie innych, a jeszcze łatwiej przychodzi nam ocenianie samych siebie. Zawsze porównujemy się do kogoś... koleżanki, kolegi...zazwyczaj do tych, co mają lepiej. Wówczas my wypadamy gorzej, a to rodzi w nas poczucie niskiej wartości, jesteśmy po prostu gorsi.
Istnieją też takie typy ludzkie, które porównują innych do siebie. Ociekają dumą, gdy w swoich oczach wypadają lepiej ( skoro ja potrafię tak czuć i robić, a on/a nie = przekonanie o własnej zajebistości).Takie porównywanie naprawdę pozbawione jest totalnie sensu, bo:
1) nie znamy w pełni życia i trudności tej drugiej osoby
2) każdy z nas ma inny charakter, inne potrzeby, inne cele
Jestem sobą. I zrobię wszystko, by być pewną siebie i własnej wartości osobą. Właśnie dlatego, że wiem, że potrafię. Taka już byłam, gdy odnalazłam Leo. Porównuję siebie dziś i siebie wtedy. Tylko takie porównywanie ma sens :) To daje siłę i motywację :) A jak wszystkim wiadomo - szczęśliwa mama to szczęśliwe dzieci :)))
Czego chcieć więcej?
EDIT: Pytacie w komentarzach o koleżankę, o której pisałam w poście. Oczywiście, że dziś jest szczęśliwa! I kocha swoje dziecko najbardziej na świecie. Jest ich oczkiem w głowie i wielką radością :) Podałam jej przykład, żeby pokazać, że początki bywają różne, że nie należy od siebie wiele wymagać i porównywać do innych. Ja z Leosiem nie miałam baby bluesa, ale z Amelką widzę już, że będzie inaczej.
EDIT: Pytacie w komentarzach o koleżankę, o której pisałam w poście. Oczywiście, że dziś jest szczęśliwa! I kocha swoje dziecko najbardziej na świecie. Jest ich oczkiem w głowie i wielką radością :) Podałam jej przykład, żeby pokazać, że początki bywają różne, że nie należy od siebie wiele wymagać i porównywać do innych. Ja z Leosiem nie miałam baby bluesa, ale z Amelką widzę już, że będzie inaczej.