W środku maja zaczęliśmy szukać niani. Najpierw po "znajomości",
potem przez ogłoszenia lokalne, na końcu przez portal niania.pl.
Wpłaciliśmy 50zł ( taka jest tam niestety minimalna wpłata, żeby mieć
dostęp do niań i żeby one miały dostęp do Twojego ogłoszenia). Wybrałam
kilka Pań spełniających moje kryteria ( wiek - nie chciałam młodej
dziewczyny, raczej kobietę po 35 roku życia, cena - tu nie ukrywam, że
10zł/h to był nasz max, bo na więcej nas po prostu nie stać, miejsce
zamieszkania - jak najbliżej naszego (wiadomo, że Trójmiasto jest dość
duże), i na końcu - referencje). Niestety, żadna z Pań, do których
zadzwoniłam nie chciała opiekować się dzieckiem na zmiany ( a takiej
niestety nam trzeba, bo mąż tak pracuje) i żadna nie zgodziła się
na weekendy, natomiast fakt, że ja jako matka będę obecna w domu
przyjmowały stanowczym: "Co to to nie." Byłam dość zrezygnowana. Ale
wtedy rozdzwoniły się telefony od niań, które zainteresowało moje
ogłoszenie. Umówiłam się z pierwszą. Zastanawiałam się, na co mam
zwrócić uwagę, jakie zadać jej pytania, jak się zachować, ale
jednocześnie nie chciałam być wścibska i natarczywa ( to przecież tylko
pierwsza rozmowa).
Pani przyjechała z okolicznej wsi. Mówiła, że dojazd ma świetny. Wzięłam Leonka i poszliśmy po Panią na przystanek, bo trafić do nas naprawdę nie jest łatwo. Zobaczyłam ok.60-letnią, zadbaną Panią. Przywitała się ze mną i od razu z moim maluchem. Podobało mi się jej podejście. A i Leo uśmiechał się do niej i był zadowolony. Dotarłyśmy do domu, postawiłam herbatę i zaczęłyśmy rozmawiać. Leoś w tym czasie bawił się zabawkami, albo podchodził do stołu i próbował ściągnąć herbatę, albo wdrapać się mi na kolana (wykrzykując apa,apa,apa,apa).
Miałam przygotowany zestaw pytań, głupio mi było czytać z kartki, więc zadałam tylko te, które zapamiętałam. W przygotowaniu takiego zestawu oczywiście pomógł mi google :)
Dla zainteresowanych wklejam przykładowy link:
O co pytać przyszłą nianię?
Niania okazało się, że nie ma doświadczenia w zawodzie. Ale wychowała trójkę synów i opiekowała się dwuletnią obecnie bratanicą. Zmianowość i praca w weekendy to dla niej nie problem. Z entuzjazmem przyjęła również fakt, że będę obecna w domu ( "To świetnie. Dla mnie to lepiej" - krzyknęła) - mogło mnie to zastanowić, ale po wcześniejszych rozmowach telefonicznych wzięłam tę jej radość za pozytyw... Umówiłam się z nią na próbny dzień.
Spóźniła się godzinę. W ogóle była zaskoczona godziną ( umówione byłyśmy na 13), bo gdy zadzwoniłam dzień wcześniej upewnić się, że będzie, ona potwierdziła, że będzie rano. Przyszła o 14 i już w drzwiach opowiadała, że musiała przecież pojechać do Gdańska opłaty zrobić... Nie ukrywam, że ja nie spóźniam się nigdy. Nigdy się nie spóźniałam. Wszędzie jestem przed czasem i byłam już tak wściekła, że myślałam, że ją po prostu wyproszę. Ale się ugięłam. A co tam, nie można ludzi skreślać na początku. Może mogłam dokładniej przedstawić jej moje oczekiwania. Na pewno! Teraz myślę, że to był mój podstawowy błąd... Ale, gdy mówiłam jej, że chcę by opiekowała się moim 15-miesięcznym dzieckiem i ogarniała przy nim - wydawało mi się, że naturalnie wpisane jest w to karmienie i sprzątnięcie po nim, zmienianie pieluszek, spacery, zabawa i zebranie zabawek.
Już pierwszego dnia zobaczyłam, że Leoś ma odwrotnie ubranego pampersa ( o zgrozo!), ale wydało mi się to nawet zabawne. Wytłumaczyłam pani, jak ubieramy pieluszki. Gdy zrobił pierwszą kupkę ostrzegłam ją, że zmienienie pieluszki nie będzie łatwe. Leoś nie znosi przebierania kupy. Mycia jej i ubierania ciuchów... Ucieka przy tym, piszczy, kopie. No kurczę, wiem, że to nieładnie, ale to 15-miesięczny dzieciak. Obecnie faktycznie, dla mnie jest to problem, bo jego kopniaki trafiają prosto w mój brzuch, dlatego przebiera go tatuś...no i miała niania... Przy pierwszej kupce, drugiej i trzeciej - niania mi tylko asystowała. Trzymała Leośka za nóżki, ja wycierałam pupkę i ewentualnie smarowałam sudocremem ( coś mu się ostatnio odparza, może dlatego, że ciepło jest) i wkładałam pampersa. Weszło jej w krew widać, bo od tamtej pory, jak tylko jest kupa to jestem wołana na pomoc. Dziś zdecydowanie powiedziałam, że musi sobie poradzić sama, bo przecież mnie może w domu nie być. Czasem muszę jechać do lekarza, czasem wyjść do sklepu czy apteki... Widziałam, że się wściekła. Jestem pewna, że ona się tej kupy brzydzi. Nie bardzo mogła sobie poradzić. Chustki po umyciu z kupą wylądowały na dywanie ( mamy taki jasny beżowy....), brudny pampers nie zapięty, Leon darł się wniebogłosy (mi też czasem się tak drze). Poza tym zaczęła ubierać mu czystą pieluchę na brudną pupę, tam jeszcze było mnóstwo kupy! Nie wiem, ale dla mnie to tragedia. Kto chciałby chodzić ze swędzącą pupą? Poprosiłam, żeby myła pupę jeszcze jedną chustką, nawet jeśli już jej się wydaje ta pupcia czysta... Ryk Leona był coraz głośniejszy. W końcu wycedziła do niego - "Ze skóry cię nie obdzieram". Smutne to. Jest u nas 5 raz i mały już ją wkurza? Zaczął krzyczeć:" mami, mami". I normalnie unikał jej dotyku, przybiegł i przytulił się do mnie... Uspokoiłam go, że niania jest dobra i fajna, i że pójdzie z nią na dwór się pobawić. Trochę pomogło.
Generalnie jednak Pani za Leosiem nie nadąża. Wczoraj chciałam pojechać kupić Leośkowi bluzy na lato, jakieś rozpinane, w środy w lumpach jest u nas 50%. Przy lumpeksach są place zabaw, więc zaproponowałam Pani, że wezmę ją i małego. Oni pobawią się na placu, a ja chcę się przejść chwilę po sklepach (to raptem 3 sklepy). "Fajnie, może też coś sobie kupię" - powiedziała niania.(WTF?)
Kto powinien ubrać i przygotować dziecko na spacer? Wydaje mi się, że niania. Ale ona stanęła w drzwiach w bucikach i okularkach przeciwsłonecznych na głowie, i już czeka na samochód. Leoś tylko w trampkach, bez czapki i szaliczka. Bez picia, chrupek, czy banana... Bez smoczka. Poprosiłam, by to przygotowała. Wzięła tylko połowę rzeczy. Dopakowałam.
Na miejscu to już był koszmar. Wiało i pani rozwiewało szalik, który ciągle poprawiała, a Leon w tym czasie biegał wzdłuż deptaka, po którym jeździły rowery. Nie wzięłyśmy wózka (szczerze mówiąc myślałam, że jest w bagażniku a i nie pomyślałam, bo wózkiem zawsze zajmuje się mój mąż) i Leoś nie chciał iść z Panią za rączki. Nie było to daleko, można było go wziąć na ręce i zanieść, ale jak się potem okazało, Panią bolą biodra... Współczuję, ale no co mam zrobić, do takiej pracy potrzeba kogoś sprawnego. Więc ja się wróciłam i wzięłam go za rękę, i poszliśmy.
Trochę się wyrywał, no ale to norma. W sklepie byłam może z 5-10 min. Gdy wyszłam Leoś biegł prosto do pobliskiego rowu. Pojechałyśmy do domu. Z jazdą samochodem też jest moim zdaniem coś nie tak. Niania siadła z przodu, zamiast z tyłu z dzieckiem. Podczas jazdy ani razu na niego nie spojrzała... Ja, dopóki mój brzuch nie stał się większy ode mnie, zawsze siadałam z tyłu...
Dziś to już w ogóle była tragedia. Pani spóźniła się 10 minut (ostatnio 15 minut), gdy spytałam dlaczego, powiedziała, żebym nie przesadzała, to tylko 10 minut. I udała się do toalety, z której wyszła po kolejnych 10 minutach. Po domu chodzi w butach, choć prosiłam ją, żeby przywiozła sobie kapcie... Leoś nie miał najlepszego humoru. Nie chciał z nią iść na dwór, wołał mnie (jak mnie woła, to pani mu odpowiada: " mama poszła sobie poleżeć", nawet, gdy prasuję ciuchy dla małej...) Dziś czuję się źle, znów ma skurcze i kłucia w środku, muszę leżeć. Ale niania ani nie dała przez 3h dziecku jeść, ani nie zmieniła pampersa, tylko ciągle mu śpiewała... a on się nudził i płakał. Hitem dzisiejszego dnia była piosenka brzmiąca tak:
"Jedzie koń, jedzie koń podkówkami bije uciekaj Leonku bo cię koń zabije".
Po tych 3h zaniosłam mu jedzenie. Poprosiłam, żeby z nim wyszła na dwór, a nie siedziała w zamkniętym pokoiku. W końcu wyszłam z nią. Zaczęła szukać Leośka butów na dole, a przecież widziałam, że weszli w butach do góry i zostawiła je na górze przed pokojem. Gdy jej powiedziałam, że buciki są na górze stwierdziła, że ich tam nie zanosiła ( przedziwne!)... Zeszłyśmy, zrobiłam kolację ( pani je posiłki, tak się z nią umówiłam), ale po posiłku, jak co dzień, zostawiła naczynia gdzie popadnie... Później co chwilę (ale dosłownie do 5-7 minut!) zaglądała do domu na zegarek, bo nie może się spóźnić na busa. Godziny pracy były ustawiane pod jej dojazdy. Wiedziałam, że ma o 18.45, więc pracę kończy o 18.30, żeby spokojnie zdążyć. A to była dopiero 16... Powiedziałam jej, że nie chcę być nieuprzejma, ale jeśli praca u nas jest dla Pani zbyt ciężka nie ma sensu się wspólnie męczyć. Ale pani zaprzeczyła, wszystko jest w jak najlepszym porządku, ona traktuje Leosia jak swojego wnuka itp.
Dziś miała być też niani pierwsza kąpiel. Uczestniczyła wcześniej w kąpieli wraz z moim mężem, żeby zobaczyć co i jak. A dziś była normalnie zupełnie nierozgarnięta. Nie wiedziała, czym myć dziecko ( miała do wyboru mój Lactacyd i Nivea Baby...). Leon zachowywał się jak wariat. Zaczął chlapać i piszczeć. Ja już się do wanny nie schylę. W zeszłym miesiącu przyjeżdżała pomagać mi męża mama myć Leonka. Wyszłam z łazienki z tej kąpieli. Słyszałam, że mały szaleje. Gdy wróciłam Leoś wisiał na jednej ręce nad wanną trzymany przez tę babę za nadgarstek, cały był w czerwonych śladach, tak jakby ktoś go mocno ściskał... Nie było mnie może 45 sekund! Kazałam jej go wyjąć, zabrałam go do pokoju, ubrałam. Ona przyszła, stanęła obok łóżka. Leoś wstał i zaczął biegać po łóżku i nagle tuż przy niej - skoczył na główkę do swojego łóżeczka. Jego szyja wygięła się w łuk. A ja po prostu się wydarłam - "O Boże!" Zrobiło mi się słabo.
Nic mu się nie stało. Ale nie mogę zostawić więcej tej kobiecie mojego dziecka. Ono nie jest z nią bezpieczne. Chciało mi się ryczeć. Poprosiłam, żeby już sobie poszła. Przed chwilą napisałam jej smsa, że dziękuję jej za te 5 dni pracy i żeby więcej nie przychodziła. Wiecie co? Zaczynam się zastanawiać, czy ta kobieta nie jest czasem psychicznie chora, albo nie ma demencji... Boję się trochę, że jeszcze się tu pojawi.
I naprawdę, naprawdę - nie wiem co powinnam teraz zrobić. Po tym wszystkim mam znów skurcze i kłucia, mam kluchę w gardle. Uśpiłam Leonka, ale on się budzi co chwilę i płacze... Mam wyrzuty sumienia i jest we mnie ciągły niepokój o moje dziecko. Nie wiem, czy jestem w stanie zaufać jeszcze jakiejś kobiecie. Z całą pewnością żłobek byłby w naszym przypadku lepszym rozwiązaniem.
Wiem, ten post przepełniony jest emocjami. Pisałam go na gorąco. Muszę się do tego wszystkiego jakoś zdystansować.
Pani przyjechała z okolicznej wsi. Mówiła, że dojazd ma świetny. Wzięłam Leonka i poszliśmy po Panią na przystanek, bo trafić do nas naprawdę nie jest łatwo. Zobaczyłam ok.60-letnią, zadbaną Panią. Przywitała się ze mną i od razu z moim maluchem. Podobało mi się jej podejście. A i Leo uśmiechał się do niej i był zadowolony. Dotarłyśmy do domu, postawiłam herbatę i zaczęłyśmy rozmawiać. Leoś w tym czasie bawił się zabawkami, albo podchodził do stołu i próbował ściągnąć herbatę, albo wdrapać się mi na kolana (wykrzykując apa,apa,apa,apa).
Miałam przygotowany zestaw pytań, głupio mi było czytać z kartki, więc zadałam tylko te, które zapamiętałam. W przygotowaniu takiego zestawu oczywiście pomógł mi google :)
Dla zainteresowanych wklejam przykładowy link:
O co pytać przyszłą nianię?
Niania okazało się, że nie ma doświadczenia w zawodzie. Ale wychowała trójkę synów i opiekowała się dwuletnią obecnie bratanicą. Zmianowość i praca w weekendy to dla niej nie problem. Z entuzjazmem przyjęła również fakt, że będę obecna w domu ( "To świetnie. Dla mnie to lepiej" - krzyknęła) - mogło mnie to zastanowić, ale po wcześniejszych rozmowach telefonicznych wzięłam tę jej radość za pozytyw... Umówiłam się z nią na próbny dzień.
Spóźniła się godzinę. W ogóle była zaskoczona godziną ( umówione byłyśmy na 13), bo gdy zadzwoniłam dzień wcześniej upewnić się, że będzie, ona potwierdziła, że będzie rano. Przyszła o 14 i już w drzwiach opowiadała, że musiała przecież pojechać do Gdańska opłaty zrobić... Nie ukrywam, że ja nie spóźniam się nigdy. Nigdy się nie spóźniałam. Wszędzie jestem przed czasem i byłam już tak wściekła, że myślałam, że ją po prostu wyproszę. Ale się ugięłam. A co tam, nie można ludzi skreślać na początku. Może mogłam dokładniej przedstawić jej moje oczekiwania. Na pewno! Teraz myślę, że to był mój podstawowy błąd... Ale, gdy mówiłam jej, że chcę by opiekowała się moim 15-miesięcznym dzieckiem i ogarniała przy nim - wydawało mi się, że naturalnie wpisane jest w to karmienie i sprzątnięcie po nim, zmienianie pieluszek, spacery, zabawa i zebranie zabawek.
Już pierwszego dnia zobaczyłam, że Leoś ma odwrotnie ubranego pampersa ( o zgrozo!), ale wydało mi się to nawet zabawne. Wytłumaczyłam pani, jak ubieramy pieluszki. Gdy zrobił pierwszą kupkę ostrzegłam ją, że zmienienie pieluszki nie będzie łatwe. Leoś nie znosi przebierania kupy. Mycia jej i ubierania ciuchów... Ucieka przy tym, piszczy, kopie. No kurczę, wiem, że to nieładnie, ale to 15-miesięczny dzieciak. Obecnie faktycznie, dla mnie jest to problem, bo jego kopniaki trafiają prosto w mój brzuch, dlatego przebiera go tatuś...no i miała niania... Przy pierwszej kupce, drugiej i trzeciej - niania mi tylko asystowała. Trzymała Leośka za nóżki, ja wycierałam pupkę i ewentualnie smarowałam sudocremem ( coś mu się ostatnio odparza, może dlatego, że ciepło jest) i wkładałam pampersa. Weszło jej w krew widać, bo od tamtej pory, jak tylko jest kupa to jestem wołana na pomoc. Dziś zdecydowanie powiedziałam, że musi sobie poradzić sama, bo przecież mnie może w domu nie być. Czasem muszę jechać do lekarza, czasem wyjść do sklepu czy apteki... Widziałam, że się wściekła. Jestem pewna, że ona się tej kupy brzydzi. Nie bardzo mogła sobie poradzić. Chustki po umyciu z kupą wylądowały na dywanie ( mamy taki jasny beżowy....), brudny pampers nie zapięty, Leon darł się wniebogłosy (mi też czasem się tak drze). Poza tym zaczęła ubierać mu czystą pieluchę na brudną pupę, tam jeszcze było mnóstwo kupy! Nie wiem, ale dla mnie to tragedia. Kto chciałby chodzić ze swędzącą pupą? Poprosiłam, żeby myła pupę jeszcze jedną chustką, nawet jeśli już jej się wydaje ta pupcia czysta... Ryk Leona był coraz głośniejszy. W końcu wycedziła do niego - "Ze skóry cię nie obdzieram". Smutne to. Jest u nas 5 raz i mały już ją wkurza? Zaczął krzyczeć:" mami, mami". I normalnie unikał jej dotyku, przybiegł i przytulił się do mnie... Uspokoiłam go, że niania jest dobra i fajna, i że pójdzie z nią na dwór się pobawić. Trochę pomogło.
Generalnie jednak Pani za Leosiem nie nadąża. Wczoraj chciałam pojechać kupić Leośkowi bluzy na lato, jakieś rozpinane, w środy w lumpach jest u nas 50%. Przy lumpeksach są place zabaw, więc zaproponowałam Pani, że wezmę ją i małego. Oni pobawią się na placu, a ja chcę się przejść chwilę po sklepach (to raptem 3 sklepy). "Fajnie, może też coś sobie kupię" - powiedziała niania.(WTF?)
Kto powinien ubrać i przygotować dziecko na spacer? Wydaje mi się, że niania. Ale ona stanęła w drzwiach w bucikach i okularkach przeciwsłonecznych na głowie, i już czeka na samochód. Leoś tylko w trampkach, bez czapki i szaliczka. Bez picia, chrupek, czy banana... Bez smoczka. Poprosiłam, by to przygotowała. Wzięła tylko połowę rzeczy. Dopakowałam.
Na miejscu to już był koszmar. Wiało i pani rozwiewało szalik, który ciągle poprawiała, a Leon w tym czasie biegał wzdłuż deptaka, po którym jeździły rowery. Nie wzięłyśmy wózka (szczerze mówiąc myślałam, że jest w bagażniku a i nie pomyślałam, bo wózkiem zawsze zajmuje się mój mąż) i Leoś nie chciał iść z Panią za rączki. Nie było to daleko, można było go wziąć na ręce i zanieść, ale jak się potem okazało, Panią bolą biodra... Współczuję, ale no co mam zrobić, do takiej pracy potrzeba kogoś sprawnego. Więc ja się wróciłam i wzięłam go za rękę, i poszliśmy.
Trochę się wyrywał, no ale to norma. W sklepie byłam może z 5-10 min. Gdy wyszłam Leoś biegł prosto do pobliskiego rowu. Pojechałyśmy do domu. Z jazdą samochodem też jest moim zdaniem coś nie tak. Niania siadła z przodu, zamiast z tyłu z dzieckiem. Podczas jazdy ani razu na niego nie spojrzała... Ja, dopóki mój brzuch nie stał się większy ode mnie, zawsze siadałam z tyłu...
Dziś to już w ogóle była tragedia. Pani spóźniła się 10 minut (ostatnio 15 minut), gdy spytałam dlaczego, powiedziała, żebym nie przesadzała, to tylko 10 minut. I udała się do toalety, z której wyszła po kolejnych 10 minutach. Po domu chodzi w butach, choć prosiłam ją, żeby przywiozła sobie kapcie... Leoś nie miał najlepszego humoru. Nie chciał z nią iść na dwór, wołał mnie (jak mnie woła, to pani mu odpowiada: " mama poszła sobie poleżeć", nawet, gdy prasuję ciuchy dla małej...) Dziś czuję się źle, znów ma skurcze i kłucia w środku, muszę leżeć. Ale niania ani nie dała przez 3h dziecku jeść, ani nie zmieniła pampersa, tylko ciągle mu śpiewała... a on się nudził i płakał. Hitem dzisiejszego dnia była piosenka brzmiąca tak:
"Jedzie koń, jedzie koń podkówkami bije uciekaj Leonku bo cię koń zabije".
Po tych 3h zaniosłam mu jedzenie. Poprosiłam, żeby z nim wyszła na dwór, a nie siedziała w zamkniętym pokoiku. W końcu wyszłam z nią. Zaczęła szukać Leośka butów na dole, a przecież widziałam, że weszli w butach do góry i zostawiła je na górze przed pokojem. Gdy jej powiedziałam, że buciki są na górze stwierdziła, że ich tam nie zanosiła ( przedziwne!)... Zeszłyśmy, zrobiłam kolację ( pani je posiłki, tak się z nią umówiłam), ale po posiłku, jak co dzień, zostawiła naczynia gdzie popadnie... Później co chwilę (ale dosłownie do 5-7 minut!) zaglądała do domu na zegarek, bo nie może się spóźnić na busa. Godziny pracy były ustawiane pod jej dojazdy. Wiedziałam, że ma o 18.45, więc pracę kończy o 18.30, żeby spokojnie zdążyć. A to była dopiero 16... Powiedziałam jej, że nie chcę być nieuprzejma, ale jeśli praca u nas jest dla Pani zbyt ciężka nie ma sensu się wspólnie męczyć. Ale pani zaprzeczyła, wszystko jest w jak najlepszym porządku, ona traktuje Leosia jak swojego wnuka itp.
Dziś miała być też niani pierwsza kąpiel. Uczestniczyła wcześniej w kąpieli wraz z moim mężem, żeby zobaczyć co i jak. A dziś była normalnie zupełnie nierozgarnięta. Nie wiedziała, czym myć dziecko ( miała do wyboru mój Lactacyd i Nivea Baby...). Leon zachowywał się jak wariat. Zaczął chlapać i piszczeć. Ja już się do wanny nie schylę. W zeszłym miesiącu przyjeżdżała pomagać mi męża mama myć Leonka. Wyszłam z łazienki z tej kąpieli. Słyszałam, że mały szaleje. Gdy wróciłam Leoś wisiał na jednej ręce nad wanną trzymany przez tę babę za nadgarstek, cały był w czerwonych śladach, tak jakby ktoś go mocno ściskał... Nie było mnie może 45 sekund! Kazałam jej go wyjąć, zabrałam go do pokoju, ubrałam. Ona przyszła, stanęła obok łóżka. Leoś wstał i zaczął biegać po łóżku i nagle tuż przy niej - skoczył na główkę do swojego łóżeczka. Jego szyja wygięła się w łuk. A ja po prostu się wydarłam - "O Boże!" Zrobiło mi się słabo.
Nic mu się nie stało. Ale nie mogę zostawić więcej tej kobiecie mojego dziecka. Ono nie jest z nią bezpieczne. Chciało mi się ryczeć. Poprosiłam, żeby już sobie poszła. Przed chwilą napisałam jej smsa, że dziękuję jej za te 5 dni pracy i żeby więcej nie przychodziła. Wiecie co? Zaczynam się zastanawiać, czy ta kobieta nie jest czasem psychicznie chora, albo nie ma demencji... Boję się trochę, że jeszcze się tu pojawi.
I naprawdę, naprawdę - nie wiem co powinnam teraz zrobić. Po tym wszystkim mam znów skurcze i kłucia, mam kluchę w gardle. Uśpiłam Leonka, ale on się budzi co chwilę i płacze... Mam wyrzuty sumienia i jest we mnie ciągły niepokój o moje dziecko. Nie wiem, czy jestem w stanie zaufać jeszcze jakiejś kobiecie. Z całą pewnością żłobek byłby w naszym przypadku lepszym rozwiązaniem.
Wiem, ten post przepełniony jest emocjami. Pisałam go na gorąco. Muszę się do tego wszystkiego jakoś zdystansować.