4:20 PM

Nie jesteśmy zwyrolami.

Wczoraj w OA dowiedzieliśmy się, jak wypadliśmy w testach psychologicznych. Okazało się, że nie jesteśmy zwyrolami, jesteśmy "normalną" parą, której motywacja skierowana jest "na dziecko", mamy właściwą relację małżeńską i nasze predyspozycje do bycia rodzicami są w normie ( poza drobnymi wartościami granicznymi w zakresie autonomii dziecka w moim przypadku ;P). Zostaliśmy wstępnie zakwalifikowani do kursu i teraz czekamy na telefon i konkretny termin szkolenia.
Tym razem w OA było miło, ciepło, spokojnie. Byliśmy w pokoju z lustrem weneckim, zobaczyliśmy, gdzie bawią się dzieci, czekające na rodziców. Byłam poruszona. Łzy cisnęły mi się do oczu i odrobinę brakowało mi tchu, ale powstrzymałam się przed histerycznym wybuchem szlochu ( przecież w testach wypadłam jako zrównoważona :) ). Pytałam męża jak On się czuł i powiedział, że też czuł dziwne i duże emocje. Pani psycholog odpowiedziała na kilka naszych pytań, których nie zadałam wcześniej, a które urodziły się w poprzednim tygodniu w mojej głowie.
Czuję się trochę samotna, pomimo, że mój mąż jest wciąż blisko i zawsze wokół mnie. Moja przyjaciółka rodzi na dniach i będzie na macierzyńskim i nie mam się komu wyżalić, z kim się pocieszyć, albo z kim po prostu pogadać.
Potrzebuję teraz dużo pozytywnych wzmocnień, dużo ciepła i przyjaźni. Boję się, że jeżeli spotka mnie jakaś przykrość to padnę plackiem na twarz i będę wyć wniebogłosy.
I tak mi jakoś ciężko, tak mi jakoś duszno...
Mój mąż nigdy nie pokazuje emocji. Widziałam tylko 2-3 razy jak płakał i raz było to, gdy zmarł jego najbliższy kuzyn. To wszystko jest takie trudne, że ostatnio, gdy leżeliśmy w łóżku i zaczęłam się modlić - rozpłakał się.
No i nawet pisząc to...rozpłakałam się i ja...

10:39 PM

Dni lepsze...dni gorsze...

Cieszę się, że ostatnio odważyłam się napisać o naszych skrajnych emocjach, które wiążą się z przeżywanym przez nas okresem. Są dni lepsze - kiedy oboje z ogromną nadzieją i wiarą patrzymy w przyszłość, gdy nie możemy się już doczekać końca tej drogi, gdy gdzieś tam bujamy w obłokach... i są dni gorsze , gdy nie jesteśmy pewni czy podołamy, gdy irytuje nas entuzjazm drugiej osoby, gdy raczej widzimy wszystko w czarnych, szarych barwach niż w jasnych.
Uważam, że to jest ludzkie. Ludzkie jest zastanawianie się, czy na pewno jestem na właściwej drodze. Ludzkie jest analizowanie wszystkiego jeszcze raz. A nawet... ludzka jest czasem zmiana założeń i biegu działań.
Wiele, bardzo wiele wniosły do mojego myślenia wasze komentarze. Za wszystkie bardzo dziękuję. Przespałam się z tymi wszystkimi słowami i spojrzeniami na sytuacje i gdy się obudziłam, negatywne emocje znów odeszły.
Jestem sobą. Taką jaką jestem, trochę idealistką i marzycielką, ale jednocześnie jestem osobą bardzo świadomą swoich wyborów i ich konsekwencji. Wiem, że adopcja jest trudna, nie wiem, czy nie trudniejsza od biologicznego procesu (czyli ciąży). Wiem, że nigdy nie przeżywałam tylu skrajnych emocji, nigdy nie musiałam tak głęboko wnikać w zakamarki własnego "ja", choć jestem osobą bardzo autorefleksyjną. Mimo trudności, wahań, obaw - czuję, że to jest moja droga. Nie umiem z niej zrezygnować, nie umiem póki co wybrać innej. Nie widzę rozwidlenia dróg, nie widzę alternatywy, bo to właśnie ta droga jest moim marzeniem. Moim marzeniem nie jest in vitro, choć nie będę się zarzekać, że tego nie spróbuję kiedyś w przyszłości, bo nie wiem, jak potoczą się kiedyś moje losy i jak będę myśleć za kilka lat. Dziś chcę podążać za tym, co mówi mi serce.
Wiem jak to brzmi. Ale nie jestem świrniętą, nieogarniętą, nieodpowiedzialną, egzaltowaną panienką. Jestem dojrzałą kobietą, która słucha swego sumienia i swoich myśli.
Jest taki wiersz Osieckiej, którego fragment pozwolę sobie przytoczyć: "Pan widzi krzesło, ławkę, stół. A ja rozdarte drzewo".
Bo ludzie są różni. Nie gorsi i nie lepsi. Różni właśnie. Ja jestem taka i na potrzeby walki z niepłodnością przecież się nie zmienię. Nie oszukam się, nie zacznę robić nic na siłę, bo będzie to po prostu zgwałcenie mojego prawa do bycia indywidualną osobą. DO BYCIA SOBĄ WŁAŚNIE. Będę się leczyć, będę robiła co mi każą, by mieć biologiczne dziecko, ale nie na siłę i nie wbrew sobie.
Wierzę w to wszystko dlatego, bo w życiu przekonałam się nie raz, że szczęście to ciężka praca i nikt prócz nas samych nie może i nie uczyni naszego życia szczęśliwszym. Mam otwarte serce, mam gotowość do pracy nad sobą, mam emocje, które czasami nie dają się okiełznać, mam wiarę i chęci do działania, mam świadomość, że nie będzie idealnie, mam świadomość, że czasem będzie zupełnie do dupy, mam świadomość, że mogę czuć, że nie podołałam. I mam jednocześnie świadomość, że wszystkie dobre uczucia i wszystkie złe uczucia są po prostu ludzkie.
Jestem człowiekiem. Po przejściach i przed nimi. Jestem tym typem, który wierzył w przeznaczenie, w Boga, ale po wielu cierpieniach zwątpił, jednak jest w nim tląca się ciągle wiara w to, że nic nie dzieje się bez przyczyny.
Być może mam dziwne założenia i idylliczne spojrzenie na świat. Być może.
Ale to jest mój świat. Mój własny. I nikt inny nie spojrzy na niego moimi oczyma.

7:30 PM

Poproszę spadochron.

Spadam. Kurczę, spadam. Lecę sobie w dołek. Uciszam różne negatywne myśli, ale niestety, nieustannie jestem coraz bliżej dna. Dlaczego? A no właśnie dlatego, że ostatnio mój mąż zaczął przebąkiwać o moim leczeniu. O tym, że nie leczą mnie jak trzeba ( tu ma 100% rację), że nie spróbowaliśmy jeszcze tylu rzeczy, m.in. inseminacji, in vitro (którego nie chcę). On twierdzi, że możemy starać się o Dzidzię dwutorowo - i drogą adopcji, i drogą medycyny (ta mnie do tej pory zawiodła). Mąż sugeruje zmianę lekarza, ale przecież to już mój kolejny lekarz. Dopiero od 5 miesięcy... Co prawda nic mi nie pomógł. Nic nie wymyślił. Niczym nie leczył. Jedynie stwierdził, że mam nadżerkę. Chciałam mu zaufać, oddałam mu wszystkie moje marzenia, a teraz czuję się trochę...hmmm... wydymana...przepraszam za stwierdzenie, ale pasuje mi w tym kontekście jak ulał.
Pokłóciliśmy się. Wyszłam na 10 minut :P do drugiego pokoju spać. Zapłakana wróciłam sprawdzić, czy On czasem nie usnął ( gdyby tak było od razu bym go budziła, jak cierpieć to przynajmniej razem :P). Nie spał. Kazał mi się uspokoić i spokojnie mi powiedział, że chce adopcji, ale nie chce mieć kiedyś pretensji do siebie, że nie wykorzystał wszystkich możliwości. Spytał mnie - dlaczego ja nie chcę? Pytanie czy nie chcę? Czy się boję?
Tak - boję się. BOJĘ SIĘ. Boję się, że się nie uda. Boję się czekania. Boję się powrotu do depresji. Boję się, że nie będę panowała nad uczuciami. Boję się, że zajdę w ciążę, bo boję się, że ją stracę. Czy zdołam się podnieść jeszcze raz?
Zresztą - inseminacja...-super rzecz. Tylko najpierw trzeba mieć owulację, której u mnie od poronienia brak. I nikt nie potrafi powiedzieć dlaczego... Przed ciążą też była tylko po stymulacji...
A adopcja... adopcja to moja droga do rodzicielstwa, macierzyństwa, do Niej albo do Niego.
Wierzę, że dziecko, które pojawi się w naszym domu doda mi sił. Może wtedy zdobędę się na odwagę, by spróbować innych metod leczenia niepłodności. Teraz nie chcę. Nie chcę dwutorowo. Chcę się skupić na tej jednej drodze. Chcę się dobrze przygotować. Żeby Dzidzi nie skrzywdzić. Żeby nie skrzywdzić siebie.Mam 29 lat. Jeszcze trochę czasu... Tak mi się zdaje...
Ale mam poczucie winy. Mam to cholerne poczucie winy... że to przeze mnie, że gdyby nie ja, On mógłby mieć biologiczne dziecko, bo przecież teraz, gdy męża wyniki są rewelacyjne, to już pewne, że to ja. To we mnie nie chce wzrosnąć życie. I choć pogodziłam się z tym - nie płaczę, gdy to piszę, a jeszcze kilka miesięcy temu zalewałam się łzami opisując takie sprawy - widzę, że On się chyba nie pogodził.
Znów pojawiły się we mnie pytania:
1) czy z kimś innym byłby szczęśliwszy?
2) czy On zdecydował się na tą adopcję dla mnie?
3) czy odbieram mu szansę na lepsze życie?
4) czy On pokocha nasze maleństwo tak jak ja?

Bardzo kocham mojego męża. Chciałabym, bardzo chciałabym dać mu dziecko. W mojej głowie obecnie jest to nasze dziecko z OA. Nie myślę w ogóle w kategoriach porodu. (No, może raz ostatnio, gdy koleżanka opowiadała mi o porodzie rodzinnym wyobraziłam sobie, jak mężuś mdleje na widok krwi. Ale zaraz przerywam takie projekcje, bo mnie trochę dołują.) Martwię się jednak, bo mój mąż tak nie myśli... Powiedział, że gdyby to on mógł pójść na in vitro, to już leżałby na stole ginekologicznym...

Ehhh...

Wczoraj byliśmy na kolejnym spotkaniu w OA. Tym razem wypełnialiśmy testy psychologiczne. Za tydzień wyniki.

Ostatnio zabijam czas i smętne myśli sesjami foto. Spotkałam się na jednej z koleżanką z czasów liceum, która odkryła tego bloga i wiedziała o wszystkim. Mówiła, że czuje, że dostaniemy dziewczynkę. Dostałam od Niej malutkie, dziewczęce skarpetki. Oczywiście się wzruszyłam ;)
Teściowa natomiast, ostatnio dała mi malutką muszkę z chrzcin mojego męża. Trzymam te dwa skarby i wiem, że któryś z nich na pewno będzie mi służył już niedługo.

10:30 AM

3 lata.

Dziś mijają 3 lata odkąd powiedzieliśmy sobie: "TAK!"
To były trudne lata, piękne lata... Gdy patrzę na ślubne zdjęcia, nie mogę uwierzyć, że na nich jestem ja... Taka beztroska zamknięta jest w moich oczach, że aż sobie zazdroszczę... Jednak myślę, że ten czas był nam potrzebny, wiele zmienił, wiele nas nauczył.
Każdy rok wniósł coś w moje życie, w moje myślenie. Coś też zabrał. Pozostawił mnie o coś uboższą i o coś bogatszą.
Nasz pierwszy rok małżeństwa - rok strachu. I słowa mojego męża:
"Kto nie ma odwagi do marzeń, nie ma siły do walki".
Nasz drugi rok małżeństwa - rok rozczarowań, upadków, łez, cierpienia. I słowa mojego męża:
"Nie narzekaj, że masz pod górę, skoro zmierzasz na szczyt".
Nasz trzeci rok małżeństwa - rok wyciszenia, rozmowy, odkrywania nowych prawd, nowego sensu, eksplozji wzajemnej miłości i dojrzałych, trudnych decyzji. I nasza wspólne słowa: "Przyszłość należy do tych, którzy wierzą w piękno swoich marzeń".
Z niecierpliwością czekam na więcej.
Mam nadzieję, że nasza kolejna rocznica będzie już w większym gronie. Bardzo tego pragnę.
Zdjęcie pochodzi z naszej ślubnej sesji, przerobiłam je i razem z kompletem dwóch innych (opisanych w tym poście) sprezentuję mężowi, jak nad ranem wróci z pracy.
Dobranoc :*

7:58 PM

Lato w pełni :)

Chyba w całej Polsce trwa upalne lato. Ostatnie dni spędziliśmy u rodziny na żniwach. Fajnie było odciąć się zupełnie od codzienności. W międzyczasie mieliśmy kolejne spotkanie w OA. Nie było już tak strasznie :P Jakoś bardziej łagodnie do nas podeszli tym razem, wyszliśmy mniej zdołowani. Usłyszeliśmy nawet, że "bywają udane adopcje". Hehe... Mężowi to było naprawdę potrzebne po tym gradzie pesymistycznych wizji, którymi na wcześniejszych spotkaniach nas zasypano.
Zdecydowaliśmy się trochę zweryfikować kwestionariusz dotyczący dziecka, bo pewne informacje, na które się ostatnio zgodziliśmy nie dawały nam po prostu spokojnie spać. Teraz czuję, że wypełniliśmy wszystko w zgodzie ze sobą. Przecież najgorsze co możemy zrobić to oszukiwać samych siebie po to, by ... No właśnie... po co?
Mam torbiel krwotoczną w jajniku i ciągle pobolewa mnie brzuch i plamię. Ciekawe, czy zamiast do znachorów trafię w końcu w ręce jakiegoś dobrego lekarza. Powoli wątpię.


Zasubskrybuj mnie :)

Klik!

TOP