9:01 PM

Historia o tym, jak Leon został żłobkowiczem...

...na chwilę ;)

Czasem mam wrażenie, że prowadzenie tego bloga to udawanie tarczy, w którą wiem, że emocjonalny lud będzie celował. Mój mąż ostatnio przeczytał komentarze i kolejny raz pokłóciliśmy się o moje blogowanie. On twierdzi, że ponoszę za duże koszty emocjonalne, a on wkurza się, że jak zawsze, zachowuję się jak frajer. Ja jednak wiem, że wielu osobom ten blog się przydaje, wielu z Was dziękuje mi, a i mi często pomaga ten wirtualny świat.

Temat żłobka podejmowałam już jakiś czas temu. Już nawet nie miałam siły odpowiadać na niektóre komentarze, w których ( ja wiem, że generalnie z troski, za którą dziękuję) zarzucano mi, że traktuję Leosia jak starą zabawkę, że nie myślę o jego uczuciach itp... Decyzja zapadła po wielu moich przemyśleniach i po tym, jak widziałam, że nie jestem w stanie sobie poradzić ( np. w momencie, w którym w kuchni robiłam mleko, Leon wdrapał się do gondoli małej i zanim zdążyłam dobiec wstał w niej i przewalił się z wózkiem, wypadając z niego) . Oczywiście, byłam przekonana, że Leoś będzie się dobrze bawił w żłobku, a te 4h (bo na tyle zamierzałam go prowadzać) spędzi na wesołej zabawie w gronie rówieśników.
Do żłobka Leoś poszedł w połowie września. Przez pierwszy tydzień na godzinę dziennie. Płakał całą godzinę, a ja pod drzwiami wychodziłam z siebie i też nie raz płakałam.
W drugim tygodniu pochodził do żłobka dwa dni i zachorował na następne pięć dni. Czułam ulgę, że nie muszę się stresować jego pobytem w żłobku i jego smutkiem.
W nocy budził się po kilka razy, wołał mnie, wołał męża, ciągle przesiadywał mi na rękach i kolanach, tulił się jak nigdy wcześniej ( generalnie nie jest pieszczochem), a ja czułam się jak podła świnia i bardzo żałowałam swojej decyzji.
Z jednej strony chciałam go zabrać ze żłobka, a z drugiej chciałam nam dać choć miesiąc czasu, szczególnie, że nasz żłobek pobiera bezzwrotną opłatę wpisową w kwocie 450zł, więc trochę było mi żal ( pewnie w komentarzach przeczytam, że jestem podłą materialistką).
Po chorobie Leoś wrócił na 3 dni, jego adaptacja nadal wyglądała słabo. Do tego złapał rotawirusa, zaczął kaszleć i smarki wisiały mu do pasa. Zaraziła się też młoda. I ta kolejna choroba młodego + płacz i stres jego i mój -przeważyło - wypisałam go ze żłobka, olałam kasę i zdecydowałam, że moje dzieci do żłobka nie pójdą. Pójdą dopiero do przedszkola, jak będę wracać do pracy  lub nawet rok później ( czyli za ok. 2 lata).

Czuję ulgę. Żałuję, że zafundowałam młodemu takie emocje. Jestem na siebie zła, a jeszcze bardziej na mojego męża, który był pierwszym zwolennikiem wysłania młodego ( do momentu, jak nie zaczął go prowadzać). 

Młoda rozchorowała się na całego, przez ostatnie 6 dni byłyśmy w szpitalu z wirusowym zapaleniem płuc... :(:(:(
Myślę, że już zostałam ukarana za swoją głupotę.
Ale jak znam życie to jeszcze nie koniec, teraz czas na : "a nie mówiłam/em"? ;)

Z czasów żłobkowych pozostało nam kilka zdjęć. Tak przygotowany młody wędrował do dzieci.

PS. Dajcie mi trochę czasu, żeby odnieść się do komentarzy pod poprzednim postem. Jednocześnie wszystkim dziękuję za udział w dyskusji. Wszystkie opinie są niezwykle cenne nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla Was, i tych wśród Was, którzy drogą adopcji chcą podążać lub podążają.

10:00 PM

Adopcja vs. ciąża ?

Ufff...muszę odetchnąć zanim zacznę pisać ten post.  Jest  to dla mnie temat niezwykle ciężki, trudny i wymagający bardzo wielu przemyśleń. Chcę być  z Wami do końca, zupełnie, całkowicie szczera...i będę...

Kiedy jeszcze temat dziecka spinał we mnie każdy mięsień mojego ciała, a pojawiający się co miesiąc okres, doprowadzał mnie do granicy chęci do życia, wertowałam internet w poszukiwaniu odpowiedzi na rodzące się we mnie pytania. Oglądałam filmiki o tematyce adopcyjnej (z którymi zresztą dzieliłam się z Wami na blogu),  czytałam książki, artykuły, blogi. One dawały mi bardzo wiele, jak taki plaster na skołatane serce. Jednak tak naprawdę, ciągle coś w środku buntowało się we mnie,  chciałam przede wszystkim usłyszeć, że adopcja jest równa biologicznemu rodzicielstwu, że niczym się nie różni. W takim sensie, że miłość jest identyczna, taka sama, bezgraniczna i bezwarunkowa.
Nie przeczytałam tego. Tzn. nie dosłownie. To było dla mnie dobijające. Frustrujące. 
Nie wiem, czy byłam wtedy przy zdrowych zmysłach. Teraz, gdy patrzę na to z perspektywy czasu, wydaje mi się, że nie. Ale, jak wiecie, nie mogłam i nie umiałam inaczej.

Przeszłam różne etapy:
1) w niepłodności, podczas starań o dziecko - gdy pytanie postawione w tytule zadawałam sobie po kilkanaście razy dziennie
2)po odnalezieniu mojego kochanego syneczka - gdy stwierdziłam, że próżność zżarła mi mózg i pytanie postawione w tytule jest nie na miejscu, bo przecież nie da się kochać bardziej
3) po urodzeniu córki - gdy wiem, jak to jest i myślę, że ktoś z Was może być w 1 etapie i tak jak ja kiedyś szuka odpowiedzi, a ja mogę mu ją dać.

Postaram się być bardzo ułożona i spróbuję schować moje emocje do szuflady, i podejść do tematu trochę sucho. Pozwolę sobie stawiać pytania i odpowiadać na nie z perspektywy mamy adopcyjnej i mamy biologicznej (ciśnie mi się tu wulgaryzm na usta, ale mam trzymać emocje na wodzy, przed chwilą przecież obiecałam...ufff...).

a) Dlaczego decydujesz się na dziecko?

W rodzicielstwie biologicznym, czyli tym bardziej powszechnym, decyzja o powiększeniu rodziny najczęściej (czyli nie zawsze) pojawia się w momencie, w którym odczuwamy stabilizację i spokój. Dziecko ma być kolejnym etapem życia. Takim zupełnie naturalnym.

No, z założenia tak to widzę. Moi kochani bliscy czytelnicy wiedzą, że Amelka raczej planowana nie była ;)

W rodzicielstwie adopcyjnym, decyzja o powiększeniu rodziny najczęściej (czyli nie zawsze) rodzi się w bólu, łzach, niepewności jutra, w poczuciu, że nasz spokój został zburzony. Pragnienie dziecka staje się coraz silniejsze. Czekamy na nie. Każdego dnia. Bo to dziecko ma być kolejnym etapem życia. Marzymy, by był to etap zupełnie naturalny.
Rodzicielstwo adopcyjne, w przeciwieństwie do biologicznego zawsze jest planowane. (No chyba, że niespodziewanie rodzi się rodzeństwo biologiczne naszego dziecka i wtedy z tym planowanie może być ciężko).

b) Jak reaguje otoczenie?

Niektórzy od razu informują najbliższych, że rozpoczęli starania o potomka, inny czekają na dwie kreski, lub 12 tydzień ciąży i dopiero dzielą się radosną nowiną. Otoczenie najczęściej przesyła gratulacje, uśmiechy, życzy zdrowia, cieszy się, na imprezach wznosi toasty i trzyma kciuki za "szybkie i bezbolesne rozwiązanie". Mówi, że to wspaniała wiadomość i że teraz wszystko się zmieni. 

W przypadku ciąży adopcyjnej bywa różnie. Niektórzy wolą nie mówić i milczą. Inni dzielą się tą radosną nowiną już po złożeniu dokumentów, albo nawet jeszcze w czasie samego rozważania adopcji ( ja tak zrobiłam). Otoczenie najczęściej jest totalnie skonsternowane. Może nawet lekko przerażone. Klepie po ramieniu, wzdycha i mówi" " Ehhh... będzie dobrze." Ktoś bardziej wścibski zapyta: "A co? Nie możecie mieć swoich?" Odnosi się wrażenie, że dominującą emocją pochodzącą od otoczenia jest współczucie. Otoczenie dzieli się również historiami na temat kryminalistów, alkoholików i morderców matek adopcyjnych. Na szczęście czasem znajdzie się dobra dusza, która szczerze gratuluje mówiąc, że to wspaniała wiadomość.
Ale ogólnie rzecz biorąc - otoczenie boi się tematu (i nie porusza go), albo jest zaciekawione przebiegiem i procesem adopcji. 

Wszystko co obce budzi lęk. Staram się rozumieć podejście otoczenia. Nie jest to łatwe, ale moja rada - w adopcji nie szukaj potwierdzenia w innych, że idziesz właściwą ścieżką. Szukaj go w sobie. To przecież w Tobie są drogowskazy, bo to Ty jesteś kierowcą swojego życia. Serce, serce, serce, a lękliwa głowa niech stawia pytania! Serce zna odpowiedzi.

c) Jakie uczucia dominują w ciąży?
Ciąża jest czasem pełnym lęków, ale i radosnego oczekiwania. Możesz maleństwo podejrzeć, możesz pogłaskać się po brzuchu, możesz czule przemawiać, czytać bajki czy śpiewać. Chodzisz z brzuchem i czujesz się wyjątkowo i jesteś wyjątkowo traktowana (w mniejszym bądź większym stopniu). Kompletujesz najmniejsze ubranka, a czas płynie tak szybko, że ani się obejrzysz, a to ostatni miesiąc, tydzień, godzina...
Myślisz sobie - o ja pierdzielę, czy ten wielgaśny brzuch mi nie pęknie? Czy zostanie mi flak czy jeszcze kiedyś wejdę w moje ulubione markowe jeansy?
Boisz się porodu a jednocześnie nie możesz się go doczekać. 
Zastanawiasz się jak będzie wyglądać Twoje dziecko. Czy będzie podobne do Ciebie albo do męża. A może do teściowej? 

Wypatrywanie  TEGO TELEFONU, czyli tzw. ciąża adopcyjna bądź papierowa, również jest czasem pełnym lęków i trudnego oczekiwania ( radosnym go jednak nazwać nie mogę ). Nie możesz maleństwa podejrzeć, nie czujesz jego ruchów, nie możesz z nim porozmawiać. Ale jest droga, którą da się z nim porozumieć (jeśli jesteś wierzący)  - możesz się modlić. Możesz poprosić Boga, by przekazał Waszej Iskierce Twoje najcieplejsze uczucia i myśli. 
Nikt nie traktuje Cię wyjątkowo. Ale możesz czuć się wyjątkowa. W Tobie, choć nie dojrzewa dziecko, dojrzewa miłość. Ten czas jest Ci potrzebny. Choć pragniesz, by skończył się jak najszybciej.
Kompletujesz ubranka. Kupujesz te większe i typu unisex. Kto wie, jak duży będzie Szkrab... Każda rzecz namacalnie uświadamia Ci, że KTOŚ, kto mieszka na razie w Waszych sercach, niedługo zamieszka w Waszym domu. Ta myśl powoduje wydzielenie szalonej dawki adrenaliny, endorfin i innych bardzo miłych hormonów i związków chemicznych.
Na szczęście nie tyjesz i Twoje ciało będzie w dobrej formie, gdy ciąża się skończy. Od razu pełna gotowość do podjęcia wszelkich czynności przy dziecku.
Boisz się TEGO TELEFONU a jednocześnie nie możesz się go doczekać.
Zastanawiasz się jak będzie wyglądać Twoje dziecko. Czy będzie podobne do Ciebie albo do męża. A może do teściowej? ( tak, tak. Dużo o tym myślisz! )

d) Jak przebiega poród?
Biologia ma to do siebie, że lubi zaskakiwać. Nastawiasz się na poród naturalny, ćwiczysz mięśnie Kegla, oddechy. Skaczesz na piłce, a i tak... kończy się cesarskim cięciem. Wszystkie opowieści o tym, jak cudownie czujesz się, gdy położą Ci dziecko na brzuchu, mogą pozostać jedynie w sferze wyobrażeń. Budzisz się po narkozie i czujesz przeogromny ból. Chcesz zobaczyć dziecko, ale jednocześnie marzysz, żeby spać i wziąć na raz 3 morfiny i 5 ketonali.
Gdy w końcu tulisz swoje wytęsknione maleństwo w ramionach - czujesz ulgę, radość, spełnienie, miłość, ciepło, bliskość. Czujesz, że to dziecko to sens Twojego życia. To część Ciebie.
Poród, jak dla mnie, to najpiękniejszy etap ciąży. I najpiękniejsza chwila w życiu matki.


Dzwoni TEN TELEFON. Emocje sięgają zenitu. Dowiadujesz się, że Twoje dziecko czeka. To chłopiec, to dziewczynka. Mała, duży. Zdrowy, z obciążeniami. Jest.
Kilka dni później jedziesz na spotkanie z tym małym Kimś. Strach, strach, strach. Droga dłuży się niemiłosiernie. Jesteś. 
Patrzysz na Wasze maleństwo. Serce klęczy. Nie wiesz, czy to się dzieje naprawdę. Świat wiruje. Bierzesz tego małego człowieka na ręce. Całujesz w czoło. Czujesz jego ciepło. Otwiera oczy. Zatracasz się w nich. Dotykasz paluszków. Gładzisz po włoskach. Wdychasz jego zapach - to nic, że pachnie tym domem, w którym teraz przebywa. Czujesz ulgę, radość, spełnienie, miłość, ciepło, bliskość. Czujesz, że to dziecko to sens Twojego życia. To sens Twojego cierpienia!!! To część Ciebie. ( Matko, ale się poryczałam, potrzebuję przerwy.)
Poród w adopcji, czyli pierwsze spotkanie z dzieckiem to dla mnie najpiękniejszy moment w moim życiu. Wtedy stałam się matką. Wtedy odzyskałam siebie. ( Mój syn odmienił mnie, uzdrowił).

e) Jak wyglądają pierwsze miesiące?

Po porodzie, w połogu jeszcze, ciężko Ci ogarnąć rzeczywistość. Nieprzespane noce tylko utrudniają powrót do pełni sił. Przybywają goście, wszyscy chcą poznać maleństwo. Dni są bardzo podobne. Szybko orientujesz się, że już minęły dwa, trzy miesiące. Zastanawiasz się - kiedy to zleciało? I smutno Ci, że czas tak szybko płynie.

Po TYM TELEFONIE, spotkaniach w DD (RZ lub pogotowiu opiekuńczym) zabierasz swoje ukochane dziecko do domu. Masz dużo sił i jesteś zdeterminowana. Mówisz do siebie - pokażę wszystkim, że jestem świetną matką, pokażę to swojemu dziecku. Niczego mi nie brakuje, jemu też nie będzie (niestety takie emocje pojawiają się, nie są one niczym złym. Są naturalną odpowiedzią na zachowanie otoczenia w trakcie naszego oczekiwania. Dobrze, jeśli umiemy być ponad tym, ponieważ "you don't have to be perfect to be a perfect parent".)
To również czas odwiedzin bliskich, którzy nie mogą się nadziwić, jak bardzo wasze dziecko jest podobne do was. Często też odwiedzasz różnych lekarzy, żeby rozwiać wątpliwości, dowiedzieć się więcej o stanie zdrowia itp.
Czekasz na rozprawę, która przypieczętuje formalnie Waszą rodzinę. Po niej ulga wznosi Cię na szczyty szczęścia i wzruszenia.


Starałam się porównać etapy pojawiające się w życiu rodzica (biologicznego i adopcyjnego) i radości oraz trudności z nich wynikające.  W ostatnim poście na blogu pisałam, że pracuję nad tematem, który kosztuje mnie mnóstwo sił i energii. I tak jest. Napisałam to porównanie wbrew sobie. Dlaczego? A no dlatego, że ja nie odczuwam obecnie żadnej różnicy w byciu mamą adopcyjną i biologiczną. ŻADNEJ! Najpierw zostałam mamą adopcyjną. Nie znoszę tego określenia : mama adopcyjna. Jest zimne i urzędowe. A życie przecież takie nie jest. Nie lubię też określenia: druga mama. Bo ta poprzednia, z całym szacunkiem do niej ( bo ten szacunek mam ), w moim odczuciu mamą nie była. Jestem jej wdzięczna, że urodziła moje dziecko i pozwoliła mu znaleźć rodzinę - mamę i tatę. Nie jestem jej wdzięczna natomiast za przebieg ciąży i możliwe powikłania z nią związane, którymi obarczyła mojego synka, a które na szczęście nie poczyniły spustoszenia w jego zdrowiu ( przynajmniej na tym etapie rozwoju ). Jeśli ktoś więc jest drugą mamą, to na pewno nie ja... Być może kogoś oburzy moje podejście - no cóż - widocznie mamy inne rozumienie słowa "mama". Jeżeli mamą stajemy się podczas porodu - to rzeczywiście, jestem "mamą adopcyjną". Ale dla mnie mama to osoba, która wierzy w swoje dziecko pomimo wszystko, troszczy się o nie, a gdy dzieje mu się krzywda, czuje jakby ktoś zranił ją 10x bardziej, całuje na dobranoc, czyta książeczki, z uśmiechem i miłością wyciera najbardziej śmierdzącą pupę po kupce, gdy krzyknie -  jest zła najbardziej na siebie a w każdej kryzysowej sytuacji potrafi zrozumieć swoje dziecko i stara się je ochronić. I jego dobro przedkłada ponad swoje, mimo wszystko...

W Polsce wciąż adopcja jest tematem tabu. A ja się z tym nie zgadzam. Nie zgadzam się! Adopcja to naprawdę coś pięknego, dojrzałego, świadomego i NORMALNEGO. Dzieci oddawane do adopcji to przecież normalne dzieci. Owszem, często ( jeśli nie zawsze) z obciążeniami, ale czy biologiczne dzieci tych obciążeń nie mają? Dziecko to dziecko. Pragnie mieć mamę i tatę. Miłość, bliskość, ciepły kąt. Pragnie, by je dostrzegano, by w nie wierzono.

Czy na co dzień czuję, że moje dzieci przybyły do mnie inną drogą? NIE. Zupełnie nie. Kocham je tak samo. Oddałabym im nerki, wątrobę i wszystko, co tylko mogę. Cieszę się jednakowo z ich sukcesów i jednakowo martwię się ich trudnościami.(Jedyna różnica, tak jak teraz analizuję, to mam wrażenie, że od Leosia mogę w przyszłości mniej wymagać. Ale nie wiem, czy nie dlatego, że jest chłopcem i że mam taki chory wzorzec z rodzinnego domu...)

ADOPCJA jest piękna. Jest drogą do dziecka, gdy inna droga zawiodła. Nie stajemy się dzięki niej bohaterami,  za to stajemy się RODZICAMI. Nie stajemy się wzorem cnót i tak jak wszyscy inni rodzice mamy prawo popełniać błędy i czasem mieć dość.
Zaś jeżeli chodzi o dzieci ...Naszym dzieciom nie trzeba współczuć, nie trzeba też myśleć - że się im udało ( bo np. trafiły do zamożnej rodziny...), to nie biedne sieroty - to nasze największe skarby.

Niech adopcja przestanie być tematem TABU!

Mam takie marzenie, że ludzie przestaną demonizować adopcję...że nie będzie ona czymś innym, tylko dlatego, że jest czymś niezrozumiałym i obcym. Wszystkim nam - i tym oczekującym, i tym doczekanym, i naszym dzieciom w przyszłości - lepiej by się żyło i swobodniej rozmawiało o naszym wielkim szczęściu, które uczyniło z nas rodzinę.

Cały ten post jest zlepkiem MOICH przemyśleń. Jest więc subiektywny. I niekoniecznie każdy czuje tak jak ja. Ale jeżeli się zgadzasz to proszę przyłącz się do mnie i na swoim blogu lub profilu na instagramie daj innym o tym znać: #adopcjaTOnieTABU


10:49 PM

Nowa twarz.

Moi kochani czytelnicy - serdecznie dziękuję Wam za udział w głosowaniu na zdjęcie nagłówkowe. Ogromną większością głosów wygrały kolorowe nóżki :)
Nowa twarz bloga prezentuję się następująco, dzięki Wam :)

A ja od kilku dni produkuję post, który kosztuje mnie bardzo, bardzo wiele przemyśleń, łez, wzruszeń i czasu. Do poczytania wkrótce.


A to zdjęcie z wczoraj. Tak jak pisałam na Instagramie - byliśmy na wycieczce w lesie. Leon - Włóczykij odkrył przed nami swoje nowe oblicze. Znalazł gąskę, szyszkę i zestaw kijków. No i okrzykami radości spłoszył zwierzynę w promieniu co najmniej 15 km ;)
"Duzie, duuuuzie!!!" - krzyczał, patrząc w górę na korony drzew.

Taka piękna jest jesień, gdy ma się dzieci.

10:27 PM

Zapraszam.

Jakiś czas temu polubiłam Instagram. Śledzę sobie tam fotografów, znanych i lubianych z telewizji, inspiruję się potrawami i zachwycam zdjęciami miejsc, które chciałabym kiedyś odwiedzić.
I dlatego stworzyłam tam profil bocianieczekamy. Ciężko mi teraz regularnie pisać posty, a tam będę mogła wrzucać fotki z naszej codzienności z jakimś krótkim komentarzem, zaledwie jednym kliknięciem.

Pracuję obecnie nad zmianą wizualną mojego bloga i dlatego chciałam prosić Was o radę. Tworzę nowe zdjęcie do nagłówka bloga. I mam dwa do wyboru. Wrzucam je na instagrama i jeśli macie ochotę to zalajkujcie to, które podoba Wam się bardziej, a jeśli nie, to napiszcie w komentarzu.
Wasze zdanie jest dla mnie bardzo ważne i liczę na Waszą pomoc :)

Nr 1

 Nr 2

 Nr 3

Jeśli chcecie znaleźć nas na instagramie (@bocianieczekamy) kliknijcie tu:

 

11:21 PM

Halo, halo!

Lubię rozmawiać przez telefon. Ale przy dwójce małych dzieci muszę mieć wolne obie ręce. Dlatego od kilku dni używam słuchawki pod bluetooth.

Jemy śniadanie. Leoś ma w miseczce bułeczkę pokrojoną w kwadraciki i paróweczki pokrojone w grubsze talarki.
"Ej, patrz na Leona"- mówi mąż.
Patrzę więc, a to co widzę jest doprawdy interesujące. Młody upycha sobie kawałek parówki do ucha...i mówi: "Hajo, hajo! Tatuś?"

Rozbawił nas do łez.



10:15 PM

Aktualizacja.

Siedzę na kanapie. Mąż zasnął usypiając Leosia. Melka śpi obok...i właśnie uświadomiłam sobie, że jest jej pora karmienia... 
Codziennie obiecuję sobie, że nadrobię blogowe zaległości i niemal codziennie okazuje się, że chwilę wytchnienia mam między 23-24 i zanim zdążę sięgnąć po komputer najzwyczajniej w świecie odpływam (...by za chwilę zbudzić się na dźwięk płaczącego Leośka lub Melki). Ale nie przestaję wierzyć, że już wkrótce będę pisać przynajmniej 3 razy w tygodniu. W mojej głowie zrodziło się wiele przemyśleń, które chcę tu wyrazić.
A tymczasem...dużo się u nas zmieniło. 
W czerwcu znalazłam nianię, która miała mi pomagać w opiece nad Leośkiem. Świetna, młoda dziewczyna. Wszystko jej odpowiadało. I mi też. Przychodziła na kilka godzin dziennie. Tak jak jej pasowały dojazdy. Leoś ją polubił.  Ja cieszyłam się, że tak fajnie się bawią. Niestety w lipcu zaczęła dużo wyjeżdżać ze znajomymi i stała się bardzo niedyspozycyjna. W sierpniu była tylko 8 razy. A 31 sierpnia powiedziała mi, że dostała lepiej płatną ofertę i od jutra nie przyjdzie. Dwa tygodnie szukaliśmy żłobka. I 14 wrześnie mój mały mężczyzna stał się żłobkowiczem. Przez pierwszy tydzień chodził na godzinkę dziennie. A w tym tygodniu na 3-4h. 
Powiem szczerze - adaptacja dziecka do żłobka to po prostu koszmar. Od wieczora już bolał mnie brzuch, w nocy ledwo spałam, latałam co chwilę do toalety w wiadomym celu, a rano normalnie trzęsłam się, że znów będę patrzeć na jego łzy. A mały płacze strasznie. Krzyczy i rozpacza. W zeszłym tygodniu przez cały pobyt krzyczał, nawet na chwilę nie przestawał. A w tym jest już lepiej. Raz nawet usnął na leżakowaniu. Je, ponoć nawet po trzy dokładki. Ale rozstania nadal są trudne ( nie wiem dla kogo trudniejsze, dla mnie, czy dla niego...). W domu już od rana mówi: "Dzeci nie,nie" - czyli nie chcę do dzieci. A w nocy budzi się nawet 4-5 razy i woła mnie i męża. Musimy przyjść oboje i upewnić, że wszystko jest dobrze. No i bez mleka niestety...nie obejdzie się.
Jest w starszej grupie, ale jako jedyny mówi. Jest też najwyższy. Generalnie moim zdaniem on się po prostu tam nudzi, bo tam są same maluszki jeszcze, a Leoś zachowuje się jak co najmniej 2 latek. Wcześniej nie widziałam takiej dysproporcji rozwojowej, ale to pewnie dlatego, że nie miałam porównania. 
Na razie jednak mamy przerwę w "żłobkowaniu" . Synuś ma chore gardełko i jest na antybiotyku.

Od ostatniego miesiąca Leoś bardzo rozwinął mowę. Obecnie mówi wszystko, ale nie jest to do końca zrozumiałe. Kilka najśmieszniejszych i najczęściej używanych:
otwórz - otu-otuś
odłóż - oduś
autobus - abobuś
Leoś - Jejo
Leona - Nenona ( na pytanie czyje to jest?)
traktor - tatoj
koparka - papapka
tir - ti
żłobek - obku
karty (obrazkowe do nauki słówek) - kati
halo - hajo
parasol - pajajon
odkurzacz - odkurzan
jeszcze - jecie, jecie
tygrys - tigiś
zebra - patata (od patataj)
słoń - łoń
plac zabaw - baba babaw
łopatka - papatka
grabki - abki
nóż - duśśś
widelec - wiwewec 
klucze - kucie

Młody jest też bardzo sprawny i coraz bardziej samodzielny. Wspina się na płot na placu zabaw, sam się huśta na takiej mini huśtawce,  stawia babki z piasku, rzuca piłkę przed siebie, podbiega i ją pięknie kopie (lewą nóżką). Nakłada krążki na kijek (takie z IKEA), "czyta" książeczki  i znajduje tam takie szczegóły, których ja wcześniej nie  dostrzegłam. Zaskakuje mnie.
No chwalę się, wiem. Ale jestem z niego taka dumna!!! I na pewno bardzo nieobiektywna w ocenie :))) Ale taka właśnie jest matczyna miłość. 

A Amelka rośnie. Waży już 4800g ... Czyli przez 6 tygodniu przytyła 1500g. No klopsik z niej, ale słodki klopsik :) Karmię ją mlekiem modyfikowanym, po porodzie miałam HGB 8 i sterydy na jelita, więc z karmieniem piersią pożegnałam się zanim jeszcze się przywitałam. Przez to młodą męczą kolki. Kupiłam Sub simplex i dodaję do każdego posiłku, jest trochę lepiej, ale nadal cierpi. 
Jest bardzo grzecznym dzieckiem ( gdy nie ma kolki ;) ). Noce przesypia ładnie, budzi się po 4-5h na karmienie i po ok.45min-1h usypia. Wodzi oczkami za przedmiotem, grzechotką, osobą. Uśmiecha się do motyla w kołysce i gdy stroi się do niej dziwne miny. Po porodzie była kopią mojego męża, ale teraz dostrzegam w niej również mnie. Ale wierzcie lub nie, Leoś jest do nas dużo bardziej podobny :D 
Martwię się tylko główką Melki. Od urodzenia była dziwna. Przypomina kształtem głowę E.T. Urodziła się z wielkością 37cm. Teraz ma już 41cm. W USG przezciemiączkowym było wszystko ok, więc nie martwiłam się zbytnio. Ale położna na wizycie patronażowej zwróciła uwagę na tę główkę i kazała monitorować... No i lęk zamieszkał w mojej głowie. Tym bardziej, że młoda bardzo słabo unosi główkę (gdy leży na mnie wychodzi jej to dobrze, ale na płaskim prawie wcale jej nie unosi). W poniedziałek mamy wizytę u neurologa.

A ja... wczoraj skończyłam połóg. Gdy przeczytałam ostatnio w komentarzu pytanie o to, jak się czuję, zdałam sobie sprawę...że nie wiem, jak się czuję. Nie mam czasu, żeby o tym pomyśleć, żeby zająć się sobą. Żyję moimi dziećmi... ale wiem, że na dłuższą metę tak się nie da. Ja przecież też jestem ważna. Na razie jednak najważniejsze są ich potrzeby...
Po cesarce bardzo szybko doszłam do siebie. Bolał mnie trochę brzuch, ale myślałam, że przejdzie. Po 3 tygodniach ból jednak stał się nie do zniesienia i okazało się, że mam zbiorniczek z ropą w okolicy jednego ze szwów. Rozdłubali mi trochę tę ranę i wycisnęli ropę. Ale się zebrała znowu i znowu. Potem blizna się sama otworzyła ( tzn. niewielki jej kawałek, ok.1,5cm) i miałam dwukrotnie zakładany sączek i usuwaną ziarninę, która narosła i wyglądała jak dzikie mięso, wystające z brzucha. Ostatecznie pożegnałam się z sączkami tydzień temu. I teraz jest już ok, choć wciąż mam trochę spuchnięte to miejsce.
Męczę się też z wagą. Na tę chwilę zostało mi 4,5 kg sprzed ciąży i choć to niewiele to wyglądam nadal jakbym była w ciąży. Nie wchodzę prawie w żadne rzeczy sprzed ciąży.
Za to z jelitami wszystko ok!

Dużo chciałabym jeszcze napisać, ale padam już na twarz, a za 2 godziny karmienie młodej.

Zdjęcie z naszego spaceru z zeszłego tygodnia. Dwa dni później obcięłam włosy i teraz mam do ramion.

9:45 PM

I kto to mówi...? cz.3

Część III (czyli oczami mamy) 

Alicja.
Cofam się w czasie. Pokonuję meandry wspomnień...

Jest jesień 2014r. Moje serce rozpiera duma. Wypełniona miłością zaczynam i kończę dzień. Moje światło, mój syn, rozgrzesza mnie, oczyszcza z win. Uwalnia.  Nie marnuję czasu na analizowanie swoich uczuć, nie patrzę kolejną zapłakaną, bezsenną nocą w sufit, myśląc - co dalej? Żyję i kocham prosto, bez zbędnych uprzedzeń i lęków. Dzień za dniem uczę się bycia mamą i zapominam, jak to było wcześniej - bez tego małego, uroczego chłopczyka, mojego synka.
Już nie zastanawiam się, dlaczego nie mogę urodzić dziecka. Po pierwsze, nie mam na to czasu, po drugie, już tego nie potrzebuję. ON - mój syn - jest odpowiedzią na wszystkie pytania mojej przeszłości. Jest rozwiązaniem równania, z którym borykałam się przez wiele, wiele lat.
Modlę się. Dużo i inaczej. Pozbawiona żalu i gniewu, pierwszy raz od lat, szczerze i prawdziwie dziękuję. Wybaczam. Wybaczam sobie, wybaczam Bogu... Czuję, że to jest mój czas. Moje największe w życiu szczęście. Opatulam się nim, jak ciepłym kocem, w oczekiwaniu na naszą pierwszą wspólną zimę.
Jestem wolna. Spokojna. Ufna. Taka szczęśliwa.
Jestem mamą.

Spóźnia mi się okres. Trochę mi też niedobrze. "Może to ciąża?" - myślę, ale karcę się szybko, nie pierwszy to przecież raz. W Rossmannie jednak sięgam po test ciążowy, a mój mąż, dumnie kroczący obok z wózkiem, puka się w czoło. Odkładam więc test głęboko do szuflady w łazience. Mija kilka dni i przy rannej toalecie zużywam go, odkładam na 3 minuty, ale nie przywiązuję do niego zbyt dużej wagi i zapominam po tym czasie sprawdzić ilość kresek. Wracam po dłuższym czasie, a to co widzę zaskakuje mnie. Dwie wielgaśne kreski. Ta testowa nawet grubsza.
Nie ma euforii, nie ma szczęścia, jest strach. Strach towarzyszy mi przez pierwsze 4 miesiące.
Modlę się codziennie, odmawiam nowennę pompejańską, by ten cud trwał. Ale czy w niego wierzę?
Raczej nie.
Moja skrzywiona niepłodnością psychika przysyła mi do podświadomości najokrutniejsze obrazy. Najstraszniejsze. Przez pierwsze pół roku ciąży nie jestem w stanie wyobrazić sobie, że rzeczywiście zostanę mamą po raz drugi. Myśląc o przyszłości nie widzę naszej rodziny w powiększonym składzie... Nie umiem uwierzyć, że tym razem będzie inaczej. Tak, jakbym nie zasłużyła na szczęście. Nie umiem się cieszyć moim stanem. Lęk, który mi towarzyszy jest konsekwencją moich wcześniejszych przeżyć. Tych, które wstrząsały moim życiem i zakopywały mnie w gruzowisku smutku, depresji i tęsknoty.

A jednak... tym razem jest inaczej.

Gdy mija termin porodu, a moja córcia ciągle siedzi w brzuchu, do tego zaczyna jej spadać tętno, decyzja o cesarskim cięciu jest dla mnie wybawieniem.
Całą noc z 10/11 sierpnia spędzam na sali porodowej podpięta pod KTG. O godzinie 8 rano wpada lekarz i informuje mnie, że cesarka odbędzie się dzisiaj. "Dzisiaj?"- pytam- "O której godzinie?".
"Za chwilę" - odpowiada- "Tylko sprzątną salę i przygotują na pani cięcie".
Serce łomocze mi jak szalone. Pierwszą osobą, która dowiaduje się o tym fakcie jest Marysia, moja bliska koleżanka poznana przez bloga, a z którą akurat rozmawiam na fb. Dzwonię też natychmiast po męża. Przełykam ślinę i mam wrażenie, że serce siedzi między migdałkami. Dziwnie też drżę. Patrzę na swój brzuch wielkości piłki lekarskiej i nie mogę uwierzyć, że za chwilę go nie będzie ( o naiwności!). Przyjeżdża mąż, jest zielony z przerażenia, robi mi ostatnią, ciążową fotkę telefonem :)
Oto ona:

Każą mi się rozebrać. Naga, przykryta zielonym prześcieradłem, jadę na salę. Boję się. Ale zgrywam twardą, wiem, że mąż boi się bardziej.
Kiedy kładę się na stole operacyjnym, czuję tylko przeszywające mnie zimno i cała drżę. Polewają mnie lodowatą cieczą do odkażania i szczypie mnie to strasznie. Za chwilę anestezjolog informuje, że ze względu na moje obciążenia, cięcie odbędzie się w pełnej narkozie. Nakładają mi maskę i zaczynam odpływać. To co dzieje się dalej znam z opowieści pielęgniarki asystującej przy operacji i męża ( który czekał na nas przed salą operacyjną). Mała rodzi się o godzinie 10. Waży 3320g, obwód główki: 37cm, długość: 53cm. Dostaje 10 pktów w skali Apgar. Po zważeniu i ocenie stanu zdrowia trafia w objęcia męża. Ja jednak nie budzę się od razu. Lekarze próbują wyjąć mi rurkę intubacyjną, ale trwa to jakąś dłuższą chwilę ( mój mąż już zastanawia się, jak poradzi sobie sam z dwójką dzieci). W końcu się budzę, ale nie kontaktuję jeszcze i krzyczę, żeby uważali na mój brzuch. "Ale pani już nie ma brzucha" - mówią. " Nie?"- pytam -"Urodziłam synka?"
Następnie dowiaduję się, że dziewczynkę i zaczynam dziękować wszystkim na sali -"Dziękuję, dziękuję, dziękuję..." - krzyczę- "Czekałam na to dziecko tyle lat"..."Jesteście wspaniali, dziękuję.."
Świadomie budzę się ok. 13 na sali pooperacyjnej. Przede mną siedzi mąż. Boleśnie kurczy mi się macica. To ona wybudza mnie z półprzytomnego stanu.
"Urodziłam? Co z małą?" - pytam. Mąż opowiada pokrótce.
O 14 wchodzi położna i wyprasza męża. Zostaję sama. Nie mogę się ruszać. Nie mam też telefonu, bo oczywiście się rozładował, a ładowarka leży gdzieś w czeluściach torby, pod łóżkiem. Przywożą mi małą. To jedna z najtrudniejszych chwil w moim życiu. Zostawiają ją płaczącą, a ja, działająca w jakimś zwolnionym tempie nie reaguję od razu (wcześniej ktoś wyciąga mi ładowarkę i podłącza telefon przy łóżku).


Patrzę na nią i chłonę każdy centymetr jej maleńkiego ciała (przypomina trochę Ryszarda Kalisza i zastanawiam się, kto w naszej rodzinie ma jego geny). Płaczemy obie. Włączam alarm, położna podaje mi małą... Ta chwila przypomina moment, gdy zobaczyłam pierwszy raz Leonka.
Cały mój ból, też ten z dalekiej przeszłości, stłumiony gdzieś w moim wnętrzu, jak wulkan wybucha  razem z moim szlochem.
To koniec. To początek. Nareszcie.
Ciepło mojej córeczki to najpiękniejsza pieszczota, nagroda za cały trud ciąży. Czuję ogromną ulgę. Oddycham, jak dawno nie mogłam oddychać.Czuję, jak dawno nie czułam. Żyjemy obie.
Nasza rodzina powiększyła się. Najpiękniejsze równanie urzeczywistniło się.
2+2 = szczęście

Nothing else matters.


9:10 PM

I kto to mówi...? cz.2

Część II (czyli oczami młodszej siostry)

Amelia.
To już lipiec? Jej, ale ten czas leci. Strasznie tu ciasno i wyczuwam nerwy mamy.  Ale dźwięk jej serduszka jest taki kojący...Nie zamierzam się spieszyć z wyjściem na zewnątrz. Tak miło tu buja...

Słyszałam, że zaczął się sierpień. Co wieczór mama ma dla mnie nowe atrakcje. Bardzo je lubię. Podskakuje sobie na piłce, a ja się świetnie bawię. Czasem uderzam główką w coś twardego, mama wtedy mówi: "ała!". To skakanie jest takie fajne, czekam na więcej.

Mama ciągle płacze i przykłada coś zimnego do brzucha, nasłuchuje, a potem liczy uderzenia mojego serduszka. Martwi się, że się mniej ruszam, a ja przecież po prostu sobie śpię. Jestem już całkiem duża. Lekarze mówią, że moja głowa wygląda na 42 tc.

Dziś położyli mamusię do szpitala. Nie za bardzo smakuje mi to szpitalne jedzenie. Jakoś tu cicho i nie słyszę krzyków mojego brata. Mamie smutno, to mi też! Ale to nie znaczy, że zamierzam opuścić to moje przytulne mieszkanko. Co to - to nie!

Trochę gorzej się czuję. Mam niższe tętno. Słabiej się ruszam. I sama nie wiem, może powinnam już stąd wyjść?
Spróbuję!
Ehhh...Nie dam rady. Przy skurczach tego mojego mieszkanka spada mi bardzo tętno serduszka ( słyszałam jak mówiła to mamie jakaś pani). Czy zostanę tu już na zawsze?

Ejjj, co robicie? Ratunku! Nie ruszajcie mnie! Ała!!! To moja głowa, moja szyjka! Tu jest bardzo zimno!!! Mojeeee oczy!!!!!!! To światło boli!
"Leeeee, leeeeee, leeeee"
Gdzie jest moja mamusia? Gdzie mój przytulny, ciepły domek???
To nie jest fajne :((

Oooo, w końcu jakiś znajomy głos. To tatuś? Ledwo go widzę. Przytulił mnie. Jest ciepły. Miły.
Ale wpatruje się gdzieś dalej. Patrzy na mamusię, ona śpi i jacyś panowie próbują ją obudzić, coś im nie wychodzi...

Chcę do mamy!
"Leeee, leeeee, leeeee"

Dobra, może być i tatuś. Oddajcie tatusia! Gdzie mnie zabieracie? Nie znam was. Boję się!
"Leeee, leeeee, leeee"

Co to? Co to za niebieska  nadmuchana rękawiczka?
Nieważne, zamierzam ją possać.

Jestem już na świecie 4h. Wiozą mnie gdzieś. Znów się boję...

To ona!!! Mamusia. Jest w łóżku. Leży. Patrzy na mnie i bardzo płacze. Nie może wstać po mnie, zostawili mnie w tym szklanym łóżeczku i nie może mnie dosięgnąć... Mamusiu!!!! Przytul mnie!!!
"Leeee, leeeee, leeee"

 Co to? Jakiś alarm? Mamusia włączyła. Przyszła jakaś pani i niesie mnie do mamy.

MAMA! W końcu...

Mamo? Czemu płaczesz? Nie płacz! Ja już przestałam. Miło tu na Twojej piersi. Dobrze mi.

Czujesz ten spokój mamusiu?

Ciąg dalszy nastąpi...



10:46 PM

I kto to mówi...? ( czyli oczami dziecka)

Część I ( czyli oczami starszego brata)

Leoś.
Lipiec był super. Mama w końcu zaczęła się ze mną bawić na podwórku. Robiliśmy babki z piasku, jeździliśmy rowerkiem, chodziliśmy na spacerki, ganialiśmy się. Nareszcie kąpałem się w basenie.  Było pięknie.
Tylko brzuszek mamy był coraz większy. Chyba ją bardzo bolał. Do tego zachowywała się bardzo dziwnie, pokazywała na niego i mówiła: "Dzidzia".  Wiem jak wyglądają dzidzie, coś musiało się jej pomylić...
W sierpniu mamusia była już bardzo nerwowa. Widziałem raz jak płakała i też zacząłem płakać. Złościłem się trochę, bo chciałem się bawić i biegać, a ona tak często jeździła do lekarza, w domu skakała na dużej piłce pożyczonej od dziadzi. Biegała co chwilę siusiu, szczególnie w nocy, raz mnie nawet obudziła, tak hałasowała. A ja jak się nie wyśpię, to cały dzień jest jakiś nie taki... Tatuś mówi wtedy: "Chyba wstałeś lewą nogą" - śmiesznie to brzmi, ale jakoś nie wiem, co to znaczy.
Pewnego dnia mamusia ukochała mnie mocno, głaskała po buzi i całowała po włoskach, ciągle powtarzając: "Kocham Cię synuś, kocham Cię - pamiętaj. Wszystko będzie dobrze". Wtedy byłem pewien, że oszalała. Zniosła z sypialni małą torbę, a tatuś przyniósł dużą i pojechaliśmy do dziadków. Fajnie, bo bardzo lubię tam jeździć. Rodzice pojechali. Byłem pewien, że do lekarza z mamusi brzuszkiem i że wrócą jak zwykle za 2 godzinki. Wrócił sam tatuś. Trochę się zmartwiłem, ale nie bardzo, bo tata powiedział mi, że wszystko jest dobrze i że jutro pojedziemy do mami.  W nocy płakałem, nie dałem tatusiowi spać, a rano wstałem z gorączką i opuchniętymi dziąsłami. Pan doktor powiedział, że trzeba czekać, jak po trzech dniach nie przejdzie to mamy wrócić do niego. Tylko nie to!!! Nie znoszę panów doktorów, pań też!!! Nie chciałem wcale jeść całą sobotę i niedzielę. Chciałem do mamy, a nie pojechaliśmy do niej. Tatuś przecież obiecał... Płakałem.
Mama dzwoniła i mówiła, że wróci do domu bez brzuszka. Dobrze, może będzie szybciej biegać (ostatnio była najwolniejsza na placu zabaw - trochę siara). Cały weekend gorączkowałem, ale w poniedziałek odwiedziłem mamę w szpitalu. Spotkaliśmy się w parku przed budynkiem i poczułem się trochę oszukany. Ten duży brzuch wciąż był na miejscu. Dziwnie mi było i nie od razu podszedłem do mamy. Ale po chwili biegaliśmy wśród brzózek i na zmianę krzyczeliśmy: "a kuku!" ( "atutu" w moim języku). Gdy odjeżdżaliśmy ze szpitala byłem pewien, że zabierzemy ze sobą mamę. Ale ona nie wsiadła. Byłem taki smutny :( Wołałem ją aż do stadionu. Potem usnąłem...
We wtorek tatuś znów zawiózł mnie do dziadków i to z samego rana. Nie chciałem u nich zostać. Chciałem być z tatusiem. Czułem, że dzieje się coś złego. Bałem się. Na szczęście wrócił na obiad. Był szczęśliwy i ja jakiś spokojniejszy się zrobiłem. Wszyscy mówili, że mam siostrę i zostałem starszym bratem. Cieszyli się bardzo i czułem, że stało się coś ważnego. Mamusia nie ma już brzuszka, zamiast niego ma dzidzię i przywiezie ją do domu.
Kilka dni musiałem czekać na powitanie siostry. Odwiedziłem niestety znowu lekarza i dostałem lekarstwa ( nie smakowały mi). Tatuś mówił, że dzidzia też dostaje takie lekarstwa, ale w zastrzykach. Biedna dzidzia!
W końcu się doczekałem i pojechałem poznać małą Amelkę. Weszliśmy do wielkiego budynku, bardzo ciekawiły mnie jeżdżące pokoje, które dorośli nazywają windami. Mama czekała w dużym holu i przed nią stał biały wózek z szybkami. W środku leżała lala. Dzidzia. Ama.
Fajna - pomyślałem - mogę się nią pobawić? Ale rodzice mi nie pozwolili. A ja chciałem przecież ją tylko pogłaskać, podotykać paluszki... Mówili, że za mocno robię "cacy, cacy"... Zdenerwowałem się. Skoro tak jest, to wolałem jeździć windą. "Łinda, Łinda" - krzyczałem :)
Po kilku dniach mamunia wróciła do domu. Bardzo, bardzo się cieszyłem. Tuliliśmy się i bawiliśmy cały wieczór. Dzidzia wróciła z mamą. Miła jest i ładnie pachnie. Wącham jej pieluszki i ciuszki. Podbiegam do jej łóżeczka i obserwuję ją. Lubię ją głaskać i całować w stópki i choć czasem z emocji klepnę ją za mocno i ona płacze, rodzice mówią, że jestem najlepszym starszym bratem!
Fajnie jest mieć siostrę, jest już w domku dwa tygodnie! W międzyczasie wróciłem do picia mleka z butli ( bo dzidzia tak pije cały czas, to ja też chcę), domagam się też smoczka w ciągu dnia ( bo dzidzia też ma), wdrapuję się na rączki rodziców i chcę być tulony jak młodsza siostra ( przecież też jestem jeszcze mały) i zasypiam godzinę ( a nie jak wcześniej 5 minut) i to najlepiej, gdy mamusia mnie gila po pleckach... I choć czasem złoszczę się, że mama poświęca dzidzi tak dużo czasu i nie pozwala mi jej karmić to jestem pewien, że kiedyś z dzidzią będziemy się dobrze bawić!
Takie zmiany w ciągu miesiąca u mnie, że szok!

Ciąg dalszy nastąpi...


6:10 PM

Nasza tygodniowa Ami.

Jesteśmy w domu. Od wczoraj.
Leoś stęskniony, aż ściska za serce. Ale ja bardziej.
Nie mam czasu pisać.
Wklejam obiecane zdjęcia.
Napiszę wkrótce.


8:16 PM

5 lat.

Dziś mamy 5 rocznicę ślubu.
I choć ja i Meli wciąż w szpitalu (mała ma infekcję,antybiotyk 5 dni ) to czuję się spełnioną żoną.
Mam wspaniałego męża. Zbyt często tego nie doceniam.
💗💗💗

3:13 PM

Córeńka.

3320 g, 53 cm.
Ur. 11.08.2015r. przez cc o godz. 10.00
niestety nie umiem dodac zdjęcia,pisze na komórce.
Moja slodka Amelka juz jest przy mnie.
Dziękuję!!!!!!

Klik!

TOP