8:25 PM

Dzień za dniem.

Dwa dni temu skończyłam nowennę pompejańską. Zamierzałam nadrobić zaległości blogowe, zacząć więcej pisać, czytać, komentować. 
Rano Leoś wydawał mi się dziwnie ciepły. Zmierzyłam temperaturę - 39 stopni. Innych symptomów choroby brak. Zarejestrowaliśmy się do lekarza (chcieliśmy pójść jak najbliżej, więc umówiliśmy się na NFZ).  Pierwsza wizyta na 15.50. Czekaliśmy. Temperatura nie urosła wyżej i dała się zbić syropkiem z paracetamolem. Pojechaliśmy na wizytę. Pocałowaliśmy klamkę i przeczytaliśmy karteczkę - Przychodnia przeniesiona na ulicę XYZ. Gnaliśmy na złamanie karku, żeby zdążyć. A na koniec dowiedzieliśmy się, że pani doktor rozchorowała się i nie przyszła i najbliższa wizyta jest możliwa jutro. Krew mnie zalała.
Jak dobrze, że mamy abonament w LUXMEDZIE. Szybko znalazła się wizyta na godzinę później, ale trzeba było 30km pojechać. Niestety nie dowiedzieliśmy się, dlaczego mały gorączkuje. Osłuchowo ok, gardło ok, uszy ok... Kupka dobra, wysypki nie ma. Jedyne do czego można się przyczepić to zęby. Jakieś 4 dni temu zauważyliśmy, że u góry wyrżnęły mu się czwórki- obie. Musiały wyjść jakiś czas temu. Może to od nich. Dostaliśmy  jednak dla upewnienia się skierowanie na krew i mocz. Mam nadzieję, że wyniki będą dobre.
Nienawidzę, jak Mały choruje, zaraz chce mi się ryczeć i ogarnia mnie panika.
Jutro idę też do lekarza ze sobą. To już 20tydzień ciąży ( albo dopiero). W 19tc miałam USG, mała - 280g szczęścia - miała się dobrze. Od ok.17tc czuję ruchy dziecka. Ale od tygodnia dużo słabiej i są dni, że nie czuję wcale. Do tego od dwóch dni boli mnie lewy bok: jajnik? biodro? pęcherz? macica? Nie wiem. Ale ciężko mi się chodzi. I stresuje mnie to.... szczególnie ten brak ruchów. Więc znów podrepczę do ginekologa. Oby mnie uspokoił.
Chciałabym, żeby to już był 30 tydzień. Może wtedy przestałabym się tak bać i wymyślać. Może zaczęłabym się cieszyć tym stanem....
Jezus Maria, znów jestem lękowym człowiekiem. A przecież już nie byłam...

 A tak mój Szkrab tuli się do swojego nowego dywanu. A na rączce dumnie nosi "tik tak" odziedziczony po tatusiu :) Bez niego ani rusz! :)

4:51 PM

Synek tatusia.

Leoś nas rozbraja. Jest po prostu obłędny. Każdego dnia robi postępy. Dziś nauczył się gruchać jak gołąbek, kilka dni temu szczekać jak piesek, czasem przypomni mu się jak miauczy kotek i ryczy lew. Zmienia się. Uwielbiam na niego patrzeć, obserwować jego dziecięcy upór, ciekawość świata... Miłość do nas.
Okres lęków wciąż trwa. Obecnie nie mogę nawet wyjść siku. Trochę mnie to niepokoi, mały wszędzie drepcze ze mną, bo jak zostawię go choćby na chwilę ( zresztą nie muszę zostawiać, wystarczy, że np. powiem, że idę siusiu) zaczyna się taki ryk, jakby ktoś go ostro zlał. 
Syneczek wszedł też w okres wyrażania uczuć poprzez przytulanie. Tuli się średnio raz na 10 sekund. A to do mnie, a to do męża. 
Zrobiliśmy ostatnio z mężem eksperyment, zaczęliśmy się cmokać w usta na oczach Leosia. Najpierw ze śmiechem nas obserwował, ale po chwili podszedł do nas, złapał mnie za policzek, odepchnął z całej siły i dał TATUSIOWI soczystego buziaka. Hehe, przyjmuję na klatę to jawne odrzucenie. Rano też jest podobnie, Leoncjo wbiega do naszego wyrka i natychmiast jego mała główeczka ląduje na klacie tatusia. Gdy ten wraca z pracy, młody biegnie i tuli się do jego kolan. Gdy usłyszy dźwięk  podnoszącej się w garażu bramy,  już stoi przy drzwiach i krzyczy "tata, tata". 
Lubię podsłuchiwać ich "męskie" pogaduszki. 
Przeglądałam ostatnio swój telefon i zaskoczyło mnie, że mmsy od mojego męża, te wysyłane, gdy jest w pracy, to same zdjęcia Leosia. Tak bardzo za nim tęskni i ciągle mu powtarza, jak go kocha i że jest dla niego najważniejszy (jednak, gdy mąż zostaje z małym sam to już po 30 minutach słyszę w jego głosie irytację :) ).
Cieszę się ich więzią i naprawdę zupełnie nie jestem zazdrosna. Nie czuję się w ogóle na drugim miejscu. Myślę, że na tę chwilę udało nam się stworzyć szczęśliwą i naprawdę kochającą się rodzinę.
Nie myślcie, że się nie kłócimy. Przynajmniej raz dziennie jest ostra pyskówka. Taki nasz standard. Tyle, że teraz nie biorę tego tak mocno do siebie. I nawet przezwisko "cycata kulka", które mąż nadał mi 2 dni temu, zupełnie mnie nie bulwersuje.
Ten post dedykuję wszystkim tym kobietom, które stoją przed decyzją adopcji, ale boją się, że ich mężowie nie będą potrafili pokochać adoptowanego dziecka. Mój mąż nie jest tym wylewnym, uczuciowym, ciepłym, emocjonalnym typem - to powściągliwy, ważący słowa, rzadko wyrażający uczucia, chowający emocje mężczyzna ( kurczę, teraz mam wrażenie, że chyba taki był kiedyś...zanim był Leoś, bo teraz te słowa, brzmią jakoś nieprawdziwie...). 
Dziecko to dar. Naprawdę. Każde zasługuje na miłość. I każda kobieta, która tego pragnie - na macierzyństwo. I każdy facet, który o tym marzy, na tacierzyństwo.
Rodzicielstwo to nie biologia. Kto myśli inaczej, ten po prostu jeszcze nie zrozumiał, czym ono jest.

11:09 AM

Dziewucha.

Kilka dni temu miałam USG w 16 tc. Byłam pewna, że poznam płeć. Ale dzidzia za Chiny nie chciała się przekręcić. Skuliła się w kłębek i przez 20 minut nie chciała się obrócić. Nie dało się jej zmierzyć, nie dało się określić masy. Wyszłam więc nie do końca usatysfakcjonowana. Dowiedziałam się też, że fragment ( niewielki) łożyska jest dość nisko, przy szyjce macicy. Dlatego wciąż seks jest zakazany ( sobie wyobrażacie - już 4 miesiące bez seksu ;) ). Szyjka macicy nie skraca się i nie otwiera - na szczęście. Co do bóli, które odczuwam, lekarz powiedział, że to może być od tego fragmentu łożyska, a może od rosnącej macicy. I że wszystko jest ok, o ile ból nie jest ciągły i zlokalizowany z przodu.  Zwiększył mi też luteinę (3 x 100 mg).
Uspokoiłam się trochę. 
Wczoraj jednak ból był nie do zniesienia i zlokalizował się z przodu, na dole macicy. Czułam, jakby ktoś wciskał mi widelec od środka i wyjmował. Po 1,5h zadzwoniłam do Luxmedu i od razu znalazł się termin do ginekologa. Pojechaliśmy czym prędzej.
Badał mnie bardzo młody lekarz - rok młodszy ode mnie. Ale był bardzo dokładny. Jeszcze raz oceniał szyjkę, łożysko i wymiary dziecka. Ale też nie znalazł nic niepokojącego. Łożysko, rzeczywiście maleńkim fragmencikiem nachodzi na szyjkę, ale powiedział, że za 2-3 tygodnie podciągnie się do góry. No i dzidzia tym razem się nie wstydziła i pokazała dokładnie, co ma między nóżkami. A ma pipeczkę :D!
Leoś będzie miał siostrzyczkę :) Fruwam nad ziemią - będziemy mieć parkę :) Moje marzenie - starszy synek i młodsza córeczka :) Zdjęcie z pamiętnej sesji "W oczekiwaniu", okazuje się obecnie aktualne :)

Moi chłopcy krążyli pod przychodnią i gdy wyszłam, i powiedziałam starszemu, że będziemy mieć córkę - to naprawdę widziałam wzruszenie, a młodszy - na wieść, że będzie miał siostrę - szyderczo się zaśmiał ("hyhyhy") :D
Skąd te bóle? Nie wiadomo. Być może od niskiego poziomu magnezu, a być może od moich jelit. Mam brać No-spę i zlecono mi kilka badań ( czy nie ma też jakiegoś ukrytego stanu zapalnego).
Wzięłam wczoraj jedną No-spę i ulga była niesamowita. Po 30 minutach wszystko mnie puściło i tak super nie spałam od dawna! 
Leoś od trzech dni też lepiej śpi. Do 7 :) Ale niestety, muszę się przyznać, że wróciłam do nocnego karmienia ( po Waszym OPR zaczęłam podawać mu wodę w nocy, ale była kiszka straszna...pobudka o 5, nocne płakanie, ja jeszcze bardziej nieprzytomna i obolała). Teraz rozrzedzam mleko i może uda nam się za jakiś czas przejść już na stałe na wodę.
Mój synek wszedł ostatnio w okres lęków. Boi się odkurzacza, pralki, suszarki, radia - jeśli po naciśnięciu przycisku nagle zacznie działać. Ucieka wtedy czym prędzej w moje objęcia i pokazuje paluszkiem na źródło lęku, mówiąc : "yyy yyy yyyy" ;P Boi się też obcych. Na jego urodziny przyszła bratowa z mężem, Leoś ostatnio widział ich na święta Bożego Narodzenia, i po prostu zwiał do mnie, wczepił się w moją kieckę i w ogóle nie chciał się obrócić. Dopiero po kilku minutach uspokoił się i nawet zaczął podchodzić do nich bliżej. Widzę też, może nie nasilony, ale jednak - lęk separacyjny.Synuś uwielbia swoich dziadków (moich teściów). Zostaje u nich prawie zawsze, jak jedziemy do lekarza. Ostatnio jednak, po Waszych namowach, poprosiłam teściową, żeby wzięła Leosia ot tak, na kilka godzin. Po 5h wrócił do domku. Tak się cieszył z mojego widoku, wytykał mnie paluszkiem, tulił się do mnie - niesamowite. Następnego dnia rano teściowie przyjechali złożyć życzenia mężowi (miał imieniny), a Leon co na to? Czym prędzej do mamy na ręce, jakby się bał, że znowu go oddam na tak długo. Jak ja go odłożyłam na ziemię - to poleciał do tatusia :)
Nie chciałam, żeby teściom było przykro, ale oni zaśmiali się tylko, mówiąc: "No rodzice są najważniejsi :)".
Weszliśmy też w okres pierwszych histerii. Jak mały nie dostanie czegoś, co właśnie wpadło mu do głowy - rzuca się na podłogę ( uderza przy tym, moim zdaniem solidnie, o panele) i wije się tak po niej przez jakieś 10 sekund. Wtedy mówię mu: jak się uspokoisz to porozmawiamy. I wychodzę. Jakaś jestem bezwzględna, bo nigdy, gdy histeryzuje, nie jest mi go żal. Za chwilę opuszczony przeze mnie maluch wstaje, podchodzi do mnie płacząc i chce się przytulić. No to się tulimy i bierzemy książeczkę, żeby odwrócić jego uwagę. Mam nadzieję, że to histeryzowanie nie będzie się pogłębiać ( choć wiem, że będzie :P).
Aaaa, zapomniałabym - mój Szkrab był pierwszy raz u fryzjera :) Był bardzo dzielny i wygląda teraz przeuroczo ( czyli jak zawsze :D). Kocham Go nad życie <3
Oto on w nowej fryzurce :)

 A co do mnie - zaczynam mieć widoczny brzuszek. Choć nie przytyłam znacząco. A właściwe...bardzo mało. Przed ciążą ważyłam 57kg. Teraz 57,7 kg. Zaczynam wierzyć, że urodzę to dziecko. Moją córeczkę. Modlę się o to co dzień. Odważyłam się też, pierwszy raz, na udokumentowanie rosnącego brzucha.

No to byle do lata :)

8:54 PM

Narzekadło.

Od jakiegoś czasu czuję, że zapala mi się czerwona lampka - rozładowuję się. Dosłownie tracę siły i energię do życia. Jestem fizycznie wykończona. Choć naprawdę za dużo nie robię. Mąż przejął większość domowych obowiązków: to on robi zakupy, pierze, na zmianę gotujemy, dużo czasu poświęca Leonkowi, zabiera go na spacery. A mimo takiego odciążenia, wieczorem, nie mam sił na nic. Czasem wyzwaniem jest dla mnie wzięcie się w garść i podreptanie do kuchni po wieczorną porcję leków.
Generalnie, zajmuję się tylko Leosiem. Ale i na to po prostu braknie mi wieczorami sił. Marzę, żeby się po prostu położyć i poleżeć kontemplując ciszę. To bardzo dziwne, jak na mnie. Do tej pory nie znosiłam ciszy. Kojarzyła mi się z samotnością, była mi obca, czułam się w jej obecności bardzo nieswojo.
Dziś ze zmęczenia i z bezsilności chce mi się płakać. Nie czuję się dobrą mamą ( i nie chodzi o to, żeby teraz usłyszeć, że nią jestem....), nie jestem, jak wcześniej kreatywna i pełna energii. Czuję się samotna. Leoś dopiero usypia ( już 1,5h). Mąż wraca z pracy dopiero po 22.
Myślałam o zatrudnieniu niani - ale niestety, w chwili obecnej nas na nią nie stać. A to dlatego, że w kwietniu zaczynamy remontować łazienkę na górze ( w tej chwili mamy brodzik na dole), żebym nie musiała z dwójką dzieci latać z góry na dół. Coś za coś - jak to mówi mój mąż.
Poza tym od grudnia praktycznie nie wychodzę z domu. Lekarka zabroniła mi przebywać w skupiskach ludzkich. W rodzinnym domu byłam ostatnio w październiku. Tęsknię za rodziną :( Wyglądam jak strach na wróble. Mam mega odrosty, ziemistą skórę i wory pod oczami. 
Ot, sobie ponarzekałam.
Musiałam.
Mam dziś zupełnie zwyczajnie - doła jakiegoś.
Nie ma co jednak mnie żałować. Ja naprawdę nie czuję się absolutnie skrzywdzona. Jestem szczęśliwa.
Jestem też cholernie zmęczona.
PS. Przepraszam, że już tak długo nie odpisuję na maile. Ja naprawdę nie mam nawet czasu wejść na pocztę.  Wkrótce nadrobię. Jak się trochę zregeneruję.


7:25 PM

Mam rok!!!

Mój synek skończył rok!
Waga: 10,5kg
Wzrost: ok. 82cm
Liczba zębów: 7

Umiejętności:
* samodzielnie chodzi
* wskazuje paluszkiem znane przedmioty ( sufit, lampę, nos, psa na rysunku, konika, ucho, tatę, jedzenie ( gdy jest głodny), co go boli ( powiedzmy ;) ), coś co go zaintryguje ( wtedy dołącza się do tego okrzyk "oooooo!!!!!"), radio, źródła światła)
*mówi: tata, baba, dziadzia, dada, mnam mnam, ała, brrrrrmmmm, mama ( rzadko), mne (smoczek), am (amen), aaaaaaaaa ( intonuje śpewanie "Aaaaa, kotki dwa").
* bije brawo
* bije również brawo na słowo "amen"
* pokazuje, gdzie sroczka kaszkę warzyła 
* pokazuje, jaki jest duży
* pije ze słomki i z bidonu
* je sam pokrojone w kostkę kanapeczki, kawałki banana itp.
* na czterech wchodzi po schodach
* wspina się na łóżko i schodzi z niego tyłem ( od kilku dni dopiero)
* przykłada sobie telefon do ucha na słowa "halo, halo"
* śmieje się, gdy ktoś się śmieje
* jak ma ochotę to naśladuje dźwięki, zdecydowanie chętniej te, w których są literki "d, t, p ,b"
* wrzuca krążki obok piramidki ;) ( mamy taką z IKEI) i cieszy się przy tym, tak jakby mu się udawało
* uwielbia zabawę w pokaż się - ukryj się ( kupiliśmy mu namiot z IKEI, który zdecydowanie stał się Leosiowym królestwem). Pokazuje łebek, a potem chowa się, za chwilę znów wysuwa główkę i radosnym piskiem chowa się z powrotem. I tak przez 5 minut :)
* uwielbia zabawę w "złapię cię, złapię cię", polegającą na uciekaniu na czterech przed goniącym rodzicem. Euforia podczas ucieczki bywa tak ogromna, że ściana, krzesło, stół pozostają niezauważone, a pamiątkami takiej zabawy są niezliczone siniaki na moim słodkim łebku
* od niedawna ( jakieś 2,3-tygodnie) w wielkim skupieniu ogląda książeczki, przerzuca karteczki, wyrywa je ( ku mojemu przerażeniu).
* na słowa "myju,myju" szoruje podłogę :D, czasem chusteczką nawilżaną, a czasem samą rączką.
*notorycznie wyrzuca wszystko z szaf ( nigdy nie wkłada)
* w dwie sekundy dobiega do toalety, podnosi klapę i zaczyna gmerać w wc ( zanim zdążę go złapać już trzyma w rękach kostkę toaletową). Masakra!

Mój synek jest niesamowicie energiczny, lubi zabawy, w których trzeba się ruszać. Obecnie ma bardzo silną potrzebę odkrywania i poznawania świata. Każdą zabawkę odwraca najpierw do góry nogami, ogląda, dotyka przez jakieś 5 minut i dopiero później odwraca i zaczyna bawić się we właściwej pozycji. Śmiejemy się z mężem, że rośnie nam mały mechanik. Interesują go zdecydowanie bardziej auta niż misie i lale. Choć lubi lalkom wyrywać włosy. Tulenie lubi, ale nie dłuższe niż 3 sekundy ;) Uwielbia spacerki. Jest na nich cichutki i wesoło rozgląda się dookoła.
Śpi dwa razy w dzień. Od 9.30 do 11. I od 15.30 do 17. Zasypia po kąpieli ok.20 i śpi do 6. Niestety wciąż budzi się w nocy raz lub dwa razy na mleko. Czasem uśpienie Leonka wymaga dłuższego miziania...

Od 10 miesiąca życia zmienił się niesamowicie! Stał się taki rozumny, niesamowite. Jak każda matka zachwycam się moim dzieckiem i wydaje mi się po prostu obłędny. Zdaję sobie sprawy, że nie jestem obiektywna, ale wybaczcie - nie umiem być.
A teraz oczami Leosia :)
 Fajne literki mama poprzyklejała. Najfajniej byłoby je zniszczyć.
 Tę jedyneczkę zdążyłem zepsuć jeszcze przed urodzinkami :)

 Idę, idę, idę!
 Mama uszyła mi kotka. Tu ma nos!
Zbieram okruszki. Ktoś musi.
 Taki wystrojony byłem.
 A taki miałem torcik.
Mama dziwnie zbladła, gdy wybrałem kieliszek...

A ja jestem obecnie w 16/17 tygodniu ciąży. Miewam uczucia ciągnięcia i kłucia brzucha, które mnie niepokoją. Byłam z tym u ginekologa w zeszły czwartek, zrobił USG i nic złego nie zauważył. Ponoć to fizjologiczne. Ale i tak się stresuję. Wciąż stresuję się za bardzo. Niestety.


7:57 PM

Walentynki.

Takie zupełnie inne te Walentynki...  Nie mieliśmy czasu, by skupiać się na sobie. Nie było kolacji, świeczek. Zrobiłam szybki obiad, dodałam wykwintnej szynki, żeby wyglądało bardziej wyszukanie... :P

Ale miłość, która wypełnia nasz dom, dzięki małemu Szkrabowi, powiększa nasze serca. Takiego ogromu czułości i ciepła, nie czułam przez 29 wcześniejszych lat mojego życia.
I gdy wracam do ---> Walentynki 2014 .... serce wyrywa mi się z piersi i chce mi się krzyczeć do tamtej, smutnej mnie... że moja nadzieja zrodziła cuda... Tylko jeszcze tego nie wiem...
A mój najwspanialszy CUD, moja miłość, spełnienie moich marzeń - to setki moich NIE wysłuchanych modlitw, odrzuconych błagań - w imię wyższego dobra. W imię niezwykłej teraźniejszości. W cudowne jedno imię - znacie je - brzmi przecież "Leon".





8:57 PM

Niepełnosprawna.

W zeszłym tygodniu stanęłam na komisji orzekającej niepełnosprawność. Wiedziałam, że jako osoba chorująca na wrzodziejące zapalenie jelit przysługuje mi takie orzeczenie. Diagnozę podano mi w 2008r. Ale wcześniej nie umiałam się z tym pogodzić, nie starałam się o orzeczenie, nie chciałam chodzić ze "stygmatem" osoby niepełnosprawnej.
Tak, tak wtedy czułam.
Chciałam wierzyć, że mogę wszystko. Mogę znaleźć ambitną pracę, mogę wyjechać na sympozja zagraniczne, mogę zrobić doktorat.... Świat ( ten z telewizora ) będzie należał do mnie.
Tak, tak sobie powtarzałam.

Życie zweryfikowało moje wyobrażenie o nim. Rzuciło mnie na kolana. Gdy wyjście z domu okazywało się niemożliwe, bo krew w toalecie tryskała ze mnie po 40 razy dziennie lub gdy zwolnienia przedłużały się z 2 tygodni do 2 miesięcy....a leki nie przynosiły poprawy... przestałam wierzyć, że mogę wszystko... Poczułam się więźniem swojego ciała. Znienawidziłam je. Znienawidziłam siebie.
Pamiętam dni, gdy patrzyłam przez balkonowe okno ( mieszkaliśmy na 8 piętrze w wieżowcu) i myślałam, że mogłabym skrócić ten koszmar. Wystarczy jedna chwila.
Wszystko mnie przerastało. Wszystko stanowiło problem. Bałam się jutra. Bałam się badań i wyników.
Współczułam mojemu mężowi, że ma taką żonę. Takiego kogoś, kto nie dość, że jest ciągle chory, to jeszcze ciągle ryczy, marudzi....
Bywały dni, że wracałam z pracy i leżałam na dywanie w przedpokoju, zwinięta w kłębek, zrozpaczona... godzinami. Wstawałam na kilka minut przed powrotem męża. Brałam prysznic, zakładałam maskę i udawałam, że żyję.
Mówiłam jednak bliskim każdego dnia, że nie mam już sił, że nie chcę żyć. Bo moje życie wydawało mi się zbyt trudne.
To było moje wołanie o pomoc. Ale wtedy nikt nie mógł mi pomóc. Nikt nie umiał.

Ja jednak bardzo chciałam żyć. W ten dziwny, depresyjny sposób wyrażałam mój sprzeciw, mój bunt.
Nie chciałam cierpieć. Nie chciałam dźwigać mojego krzyża.
Choć wielu ludzi obok, dźwigało cięższe, co więcej, szli z uśmiechem na ustach, pełni pokory i spokoju.
Ja nie miałam pokory, a już na pewno nie miałam spokoju w sobie.
Chciałam się uwolnić od mojego ciężaru. Wyzwolić się...od siebie samej.

Pracowałam nad sobą długo. Pomogła mi psychoterapia. Pomogli mi dobrzy ludzie, którzy byli obok. Pomogłam sobie sama ja. Bo mimo braku sił, postanowiłam się nie poddać. Walczyłam o życie. Normalne życie, mimo mojej odmienności. To nie było łatwe i trwało dobre dwa lata. Codziennie w głowie, układałam sobie cele, realne, mierzalne, określone w czasie. Co ciekawe, większość udawało mi się zrealizować. Powoli odzyskiwałam wiarę w sens. Godziłam się z chorobą. Ale wciąż nie do końca, bo...

...potem przyszła niepłodność. Jej widmo pojawiało się już wcześniej. Lekarze straszyli, że tak może być. I znów głaz codzienności przygniótł mnie wprost do ziemi. Leżałam plackiem rycząc.
Ale znów nie pozostałam bezczynna.

Wygrałam. Wygrałam nie dlatego, że pokazałam, że nie jestem niepełnosprawna. Wygrałam, bo pokazałam, że mimo niepełnosprawności mam prawo do szczęścia. Zawalczyłam o nie. Przestałam chcieć zmieniać rzeczywistość i ludzi, a zaczęłam zmieniać siebie. Nie raz bolało. Nie raz nie miałam siły walczyć. Ale nie poddałam się. I choć nie jestem Jaśkiem Melą, nie pokonałam granic, które mogłyby szokować, czuję się zwycięzcą.

Otwierałam wczoraj kopertę z orzeczeniem i czułam niepokój.
Przyznano mi: niepełnosprawność w stopniu umiarkowanym.
To nie wyrok.  Dziś nie traktuję tego orzeczenia jak stygmatu. Dziś wiem, że mi się należy. Po to, żebym mogła odliczać leki od podatku, mieć ochronę w pracy... albo dodatkowe punkty do żłobka.
Myślenie starymi kategoriami pozostawiłam daleko w tyle.
Jestem niepełnosprawna, ale mimo tego aktywna. Czasem słaba. Czasem totalnie bez sił. Nie jest to jednak powód do depresji.
Wszystko zaczyna się  i kończy w naszych głowach.

Czasem tęsknię za tym, by żyć "szybciej", by działo się więcej, by życie, jak kiedyś było wycieczką na mój własny szczyt ambicji. Ale wtedy staram się stanąć obok siebie samej, patrzę na swoje życie i widzę, że choć nie jest wycieczką...to jest wspaniałą podróżą, dzięki której mogę odkrywać lądy, o których nie miałam pojęcia, o których nawet nie śmiałam marzyć... I nie jest to samotna wycieczka, bo obok mnie są wspaniali chłopcy...
Czasem warto zweryfikować nasze plany i ambicje...

Kimkolwiek jesteśmy, jakiekolwiek ograniczenia mamy - jesteśmy w stanie im sprostać. Ja może nie jestem najlepszym przykładem, bo moje "ułomności" w obliczu tragedii innych są niewielkie... Ale jest naprawdę wiele historii tych, którzy pomimo ogromnych przeciwności losu zrealizowali swoje marzenia.

Nie wiem, co Wy o tym sądzicie, ale Leoś jest za :) Podnosi paluszki ku górze :) 




11:21 AM

Nt, nb i test Pappa.

Ostatnie tygodnie minęły mi pod patronatem trzech, wymienionych w tytule wartości. Ze względu na chorobę autoimmunologiczną, lata leczenia niepłodności ( w sumie 4) i  poronienie  - dostałam skierowanie na badania prenatalne na NFZ. Między 11 a 13 tygodniem miałam się zgłosić do placówki ( wybraliśmy Invictę w Gdańsku, tam leczyliśmy się na niepłodność). Termin, który mi wyznaczono, przypadał mniej więcej w 11 tyg 4dniu ciąży.
Pierwsze dane:
CRL ( tzw. długość ciemieniowo-siedzeniowa) 45,4 mm
Nt 1,2mm
Przepływy w sercu w normie.
Uwidoczniono żołądek.
Nie udało się uwidocznić pęcherza moczowego.
Mózgowie widoczne, ale jeszcze słabo.
Ale... kość nosowa coś nie do oceny. Nie bardzo orientowałam się, co to oznacza. Ale na moją radość z właściwego wyniku Nt padł cień.
"Proszę przyjść za tydzień, podejść pod gabinet, ja szybciutko zajrzę, już wtedy powinno być lepiej widać co i jak. A teraz zapraszam na badanie krwi - test Pappa."
Nie chciałam robić tego testu. Wiem, że wyniki są dość często fałszywe. Znam osobiście 3 takie przypadki. Ale ze względu na skierowanie, musiałam te wyniki zrobić.
Obiecywałam sobie, że absolutnie nie będę pytać o radę i opinię doktora Google. Ale... słowa nie dotrzymałam.
Pierwszy tydzień oczekiwania na powtórne badanie upłynął w miarę spokojnie. Dr Google powiedział mi nawet, że brak pęcherza w pierwszym trymestrze może świadczyć o płci dziecka i sugeruje dziewczynkę.
Tydzień minął, a my znów wylądowaliśmy pod drzwiami gabinetu pana doktora. Na początku mnie nie pamiętał, ale po chwili pamięć powróciła. Czułam, że się pocę. Nogi latały mi jak galareta. Po 1,5h weszliśmy do gabinetu.
Drugie dane:
CRL 57mm
Nt 1,2mm
Uwidoczniono żołądek.
Uwidoczniono pęcherz moczowy.
Mózgowie dobrze wykształcone.
Ale... kość nosowa wciąż nie do oceny.
"Proszę przyjść za tydzień, na dwa dni przed wizytą u genetyka".

Ten tydzień oczekiwania był okropny. W mojej głowie rodziły się setki czarnych scenariuszy. Ze strachem  (jak idiotka) wertowałam informacje o braku kości nosowej ( choć doktor ciągle powtarzał, że kość jest, ale słabo widoczna i nie może jej ocenić). Zastanawiałam się, co będzie jeśli moje dziecko będzie miało wysokie ryzyko wad genetycznych. Co zrobię? Czy podejdę do amniopunkcji?
Znalazłam informację o bezinwazyjnych badaniach prenatalnych, które izolują DNA dziecka z krwi matki. Test NIFTY i HARMONY. Cena, choć nie mała, 2500zł, mieści się w granicach, na które możemy sobie pozwolić. Taką opcję, jaką jedyną, zaczęłam brać pod uwagę celem ewentualnej dalszej diagnostyki.
W tym czasie na moim blogu, w komentarzach, pisaliście, że jestem taką dobrą matką. A ja... czułam wstyd. Wstyd za siebie, za mój strach, za to, że tak panicznie ( miałam jeden atak paniki) boję się choroby mojego dziecka. I zastanawiałam się nad tym, czy udałoby mi się pogodzić z taką chorobą. Czy umiałabym je kochać tak, jak kocham Leosia? Czy umiałabym być szczęśliwa...?

Dziś byłam na trzecim, ostatnim w tym okresie badaniu prenatalnym.
CRL 75mm
Kość nosowa widoczna... Wszystko jest dobrze. Wyniki testu Pappa potwierdzają niskie ryzyko wystąpienia wad genetycznych.  Dość wysokie jest ryzyko urodzenia przed 34 tyg ciąży ( ale doktor kazał się tym nie sugerować i nie martwić). A dzidzia w brzuchu... wygląda panu doktorowi na dziewczynkę!

Siedzę na łóżku i ryczę. Czuję tak przeogromną ulgę, taką radość, takie szczęście... jak wtedy, gdy dowiedziałam się, że Leoś na nas czeka. Chyba dopiero teraz jestem w stanie uwierzyć, że będziemy mieć drugie dziecko, że to nie okrutny żart...Że to dar. Leosiowy, wiem to, dar...

I tylko grzechocze w mojej głowie, jak grzech, myśl, skąd we mnie tak ogromny lęk przed chorobami genetycznymi? I po części znam odpowiedź, i po części się usprawiedliwiam, i rozumiem. I przyjmuję fakt, że nie jestem idealna...
Wiem, że ze wszystkim człowiek jest w stanie sobie poradzić. Wiele może przepracować. Ważne, by zdać sobie sprawę z własnych ułomności.
No cóż, widzę, że w kwestii macierzyństwa, przede mną wciąż jeszcze sporo pracy...

A na zdjęciu mój słodki paluszek rozdziubał makaron,brokuły i kurczaka, a następnie powędrował do jeszcze słodszej buźki ( tak, to w nosku to są glutki).






10:08 PM

Gdy się we mnie wtulasz, synku...

Od początku mojej macierzyńskiej drogi usypianie Leosia sprawiało mi ogromną radość. Zalewała mnie fala oksytocyny, gdy odkładałam go, takiego niewinnego, delikatnego, boskiego maluszka, do łóżeczka. A on oddychał i wzdychał wtulając się we mnie, a we mnie wybuchał wulkan miłości.
Teraz Leoś jest już sporym chłopcem. Waży ponad 10 kg, a ja nie mogę dźwigać :( Przyzwyczaił się już do tego, że usypia sam w łóżeczku, a ja obok śpiewam mu kołysanki i gilam go po pleckach, i po rączce. Mam mniej cierpliwości niż na początku, o co oczywiście miewam do siebie pretensje. Czasem, gdy ręka już mi zdrętwieje, a mały dalej nie śpi, zaczyna mnie nawet dopadać irytacja.
Ale na szczęście wtedy są takie chwile, jak dzisiejsza...
Godz. 20:20. Jakieś 50 minut trwało wstawanie, uśmiechanie, płakanie, ciumkanie itp. i odkładanie na podusię. Mimo tak długiego czasu , Leoś postanowił nie zasypiać. Siedziałam obok i śpiewałam kołysanki razem z Turnauem, ale zdecydowanie go to denerwowało. W końcu wstał i zaczął puszczać mi buziaczki. Rozbraja mnie tym, bo nauczył się tak całować powietrze jakieś 3 dni temu dopiero. Oczywiście, zaczęłam się śmiać i odesłałam mu buziaczka. Odłożyłam go po raz 40 na poduszkę i wtedy...on chwycił moją dłoń i sam zaczął mnie gilać. Tak delikatnie gładził moją rękę, że aż mnie zamurowało. Potem wsunął ją sobie pod buźkę i zaczął przysypiać z uśmiechem na ustach. Powieki mu opadały, a ja utonęłam w magii bliskości z moim dzieckiem.

Bałam się, że mój mały nie będzie mnie kochał. Bałam się, że nie będzie mnie potrzebował. Bałam się, że mimo wielu starań, nie odwzajemni moich uczuć. Że nie będzie lubił dotyku, że nie będzie zwracał na mnie uwagi, że będę inną mamą.

A mój synek...po prostu potrzebuje mojego ciepła, bliskości. Ona daje mu poczucie bezpieczeństwa. Jest dobrze, bo mama jest obok.

A tak naprawdę synku, jest dobrze, bo Ty jesteś przy mnie. Dzięki Tobie jestem lepszym człowiekiem. 

PS. Leoś zaczął chodzić :) Przemierza 2-3m samodzielnie. Krzyczy przy tym: "idę, de, de, idę".
A dziś wyrósł mu 7 ząbek. Dolna dwójeczka z lewej strony.

8:07 PM

Drogi.

Kiedyś myślałam, że utknęłam. Na takim totalnym zadupiu. Czułam, jakby ktoś mi włożył nogi w beton, który zastygł. Użalałam się nad sobą, nie widząc rozwiązania mojej udręki.
"Spędzę resztę życia w tym cholernym miejscu, wśród tych samych uczuć, emocji, pragnień i marzeń" - myślałam.
Czas i chyba mój wewnętrzny bunt, i niezgoda na tkwienie w miejscu, powoli rozłupywała ten ciężki balast u moich stóp.
Na tym moim wspomnianym wcześniej zadupiu nie było zupełnie pusto. Co więcej, były też drogowskazy, gdzie iść, by dotrzeć dalej. Nie raz słyszałam też historie tych, którym udało się dojść w nowe miejsca. Ale wtedy nie chciałam widzieć, ale wtedy nie chciałam słyszeć. Wolałam gnić.
I gniłam.
Trochę podgnita rozłupałam cały beton. Słabsza i bardziej delikatna niż kiedykolwiek przetarłam oczy, wytężyłam słuch. Teraz nadszedł czas, bym ruszyła się z zadupia. Wtedy przyjrzałam się bliżej drogowskazowi. Był taki stabilny. Na ogromnym, dębowym pniu przytwierdzone były tabliczki, kierujące w zupełnie różne kierunki:
-in vitro
-adopcja
Te dwie przyciągnęły moją uwagę. Mój mąż już przyszykował nam kanapki i z zapakowanym plecakiem czekał na drodze wskazanej przez pierwszą z nich.
Skąd wziąć siłę, gdy sama byłam podejrzanie niepewna, że to ta druga opcja zaprowadzi nas do celu... ?
Usiadłam pod tym dębowym pniem. I powoli zaczęłam czuć się coraz bardziej wypoczęta, zrelaksowana, spokojna. Mój mąż spojrzał któregoś dnia w moje oczy i coś w nich zobaczył. Nie wiem co. Nie chce powiedzieć po dziś dzień. Ale wtedy skierował do mnie te słowa: "Zaufam Ci, pójdźmy tą drogą".
I ruszyliśmy do przodu.
Gdy odchodziliśmy od drogowskazu zobaczyłam, pierwszy raz, że na tym zadupiu nie byłam sama. Zobaczyłam ogromny tłum. Wśród tego tłumu, wielu ludzi miało wciąż zabetonowane nogi. Niektórzy wyglądali jak cienie, inni jak duchy... Jak to możliwe, że wcześniej ich nie dostrzegałam?
Znacie dalszą część tej historii. Wiecie, że droga, którą wybraliśmy zaprowadziła nas do wielkiej miłości. Do spełnienia marzenia o macierzyństwie. Do świata, o który walczyliśmy.

Ale to nie była jedyna droga. I nie był to wybór jeden z dwóch. Dróg jest wiele.  Wystarczy przetrzeć oczy. Wystarczy się wsłuchać w siebie i w świat. I po prostu nie gnić w jednym miejscu. Nie pozwolić sobie na zabetonowanie nóg. Nieważne, czy chodzi o niepłodność...czy o zmianę pracy, miejsca zamieszkania, radykalny krok w chorym związku, czy inny wyniszczający problem. Ważne, by nie stać w miejscu.
I nawet, jeśli czujesz się tak strasznie samotny, i nawet jeśli myślisz, że jesteś w sytuacji bez wyjścia, to zawsze... obok Ciebie jest wielu w podobnej sytuacji, to zawsze przed Tobą stoi drogowskaz. Ty po prostu jesteś zbyt słaby, by to dostrzec. Zbyt zmęczony by skupić na tym swoje myśli. Zbyt obolały, by uwierzyć. Tylko Ty możesz zmienić swoje życie. Tylko Ty możesz przerwać stan, od którego chcesz się uwolnić.

Dziś, gdy zastanawiam się, co zobaczył mój mąż w moich oczach... To jestem pewna, że zobaczył Boga. Zobaczył miłość.

8:47 PM

Bóg zapłać?

Wiedziałam, że ludzie są różni.  Spodziewałam się rozmaitych komentarzy na temat mojej ciąży w odniesieniu do niedawnej adopcji. Tłumaczyłam sobie, że nie mogę obwiniać ludzi za to, co myślą, bo przede wszystkim jesteśmy stworzeniami ograniczonymi - często do własnych doświadczeń. Ale... sytuacja, którą Wam opiszę, spowodowała u mnie... niesamowity skok ciśnienia...

Ale najpierw chciałabym Wam podziękować. Za przepiękne komentarze pod ostatnim postem. Wiem, ze nie jedną z Was sporo kosztowały. Jak pięknymi jesteście ludźmi i jak bardzo Was podziwiam - nie jestem w stanie wyrazić. Ja... nie umiałam długo, bardzo długo cieszyć się z ciąż innych. Nawet w początkowym czasie po adopcji...Dopiero, gdy w pełni poczułam się mamą, gdy mój syn wypełnił moje serce miłością matki, gdy zatarł we mnie zupełnie ból i moją inność, wprowadzając w to miejsce...po prostu dumę i szczęście - do tematu ciąż podchodziłam z najprawdziwszą radością. A do siebie... z uśmiechem. Dlatego tym bardziej wiem, ile Was to kosztowało. Czytając Wasze życzenia płakałam, czułam ulgę, wzruszenie, wdzięczność... i wiarę, że pomimo lęków i mnóstwa możliwych przecież scenariuszy na świecie naprawdę są ludzie, którzy życzą nam dobrze. Bezinteresownie dobrze. Jesteście wspaniali, wiecie o tym? JESTEŚCIE.

A teraz trochę bardziej dołująca historia, pokazująca, że najciemniej jest gdzie? No pod latarnią oczywiście.

Godzina 16. Leoś nie chce spać, jest trochę marudny. Razem z moją mamą (która przyjechała mi pomóc) szykujemy się do kolędy.  Mąż niestety jest w pracy. Dzwonią ministranci. Ksiądz zaraz przyjdzie. Pędzę na łeb na szyję, stroję Leośka, zmieniam kieckę. Na czas jesteśmy na dole, w salonie. Wchodzi ksiądz, staje obok mojej mamy trzymającej Leosia. Podnosi ręce do góry, zaczyna odmawiać "Ojcze nasz". Leoś unosi rączki identycznie jak on i próbuje złapać go za rękę. Ksiądz nie zwraca na niego uwagi. Ministranci uśmiechają się pod nosem, moja mama trzyma małego mocniej, ale on ma cel - dotknąć księdza. Siadamy do stołu. Ja idę dać ministrantom drobne. Wychodzą. A w międzyczasie ksiądz pyta jak dziecko ma na imię. "Leon" - mówi moja mama. "Pfffff" - z rozbawieniem prycha ksiądz.
Ok. Każdy ma prawo do swoich upodobań co do imion. Ale to prychnięcie było zbędne.
Szybka rozmowa, podczas której mówię, że synek jest adoptowany.
"Aaaa, nie możecie mieć SWOICH?" - rzecze zakonnik...
"Hmmm...(już nie chcę mu tłumaczyć, że to jest MOJE dziecko). Tak się okazało, że jestem teraz w ciąży." - odpowiadam.
"Och....no trudno... ( z rzeczywistym zmartwieniem wzdycha ksiądz!!!), to teraz będziecie musieli go i tak wychować...." - kiwa  głową ze współczuciem ksiądz, patrząc na moje dziecko.
Wryło mnie w krzesło. Żałuję, że zareagowałam tak delikatnie.
"To moje największe szczęście, proszę księdza. Największy dar, za który jestem wdzięczna Panu Bogu i będę zawsze" - odpowiadam.
"Nie zapomnij podziękować za ciążę" - dodaje ksiądz.
"Dziękuję co dzień" - odpowiadam.
(Uwaga a teraz najlepsze!!!)
Już nie wiem nawet dlaczego, ale powiedziałam do księdza, że Leoś był chrzczony w naszej parafii 3 miesiące temu i że może go pamięta, bo płakał całą mszę
Na co ksiądz wziął kropidło, zmarszczył brwi, pokropił Leosia święconą wodą i dodał: " Hmmm. Nie syczy. To dobrze."
A ja nic nie odpowiedziałam. Czy mój mózg w tej ciąży zupełnie stracił swoją zdolność do riposty? 
I jeszcze na koniec powiedziałam "Bóg zapłać". Tragifarsa. Jestem upośledzoną matką. Wybacz mi mój syneczku!

Muszę to powiedzieć głośno. Mój syn jest normalnym dzieckiem. Ma dwoje kochających rodziców.Wspaniałych dziadków. Cudowne ciocie i wujków. Jest wymodlony, wyczekany, wytęskniony, upragniony. Cieszy mnie każdy jego gest, każde słowo, każdy dzień z nim, mimo zmęczenia, jest piękniejszy niż mogłam przypuszczać. Cieszę się, że nie zaszłam w ciążę szybciej. Cieszę się, że Bóg z niespodziankami poczekał, aż odnalazłam moje dziecko. MOJE - bo nie mogę i nikt nie może powiedzieć, że to nie MOJE dziecko. On był nam przeznaczony. A w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny. Czekałam na tego chłopca. Wiem, bo pasował do dziury w moim życiu jak klucz do zamka. Dał mi wszystko to, co nie pozwalało mi poczuć się spełnioną. Przykre, że niektórzy ludzie mają tak płytkie i prymitywne myślenie, i odczuwanie. Współczuję. Tym bardziej przykre, gdy taką osobą jest ksiądz. Nie wiem, czy uda mi się donosić tę ciążę. Chciałabym, żeby tak było. Jest to dla mnie bardzo ważne. Ale równie ważne jest dla mnie dobro mojego Leosia. To cudowne dziecko. Wspaniałe. I każdy, absolutnie każdy, kto go poznaje, zachwyca się nim, jak my.


Kilka zdjęć z ostatniego miesiąca...
 Bańki!
 Chrupki :)
 Pierwsza choinka Leosia. Malutka i poza zasięgiem rączek :)
 "Siiii" - oglądamy ogień.

 Białe tło fotograficzne to mój prezent od Gwiazdora :) Przydało się :)
Oglądamy wschód słońca w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia.


11:33 AM

Już czas...

...czas zakończyć moje milczenie. Milczenie, spowodowane trzęsieniem ziemi w moim życiu.  Takim nieprzewidzianym i trudnym do okiełznania...

Dojrzewałam, żeby napisać tego posta. W myślach pisałam go setki razy. Nie chciałam tym postem nikogo zranić, skrzywdzić... Bałam się też tego, co przyniesie jutro. Cóż...nadal się boję... Ale mam też poczucie, że jestem Wam winna moją szczerość. Co z tego wyniknie, pewnie wkrótce się przekonam...

Zaczęło się na początku listopada. Niby niegroźny katar i kaszel Leosia. Kilka wizyt u pediatry ( w sumie chyba trzech). Badania krwi etc. Wszystko dobrze. Kaszleliśmy do początku grudnia. Do leków bez recepty dołączyłam inhalacje z Berodualu, soli i Nebbudu. Nie było łatwo, bo Leoś nie znosi inhalacji... ale działaliśmy.

Mimo męczącej nas choroby, w listopadzie dużo się modliłam. Byłam taka spokojna. Chyba pierwszy raz w życiu poczułam się naprawdę spełniona. Tak zupełnie. Któregoś listopadowego dnia podczas modlitwy, płakałam...że nie chcę podchodzić do in vitro, a nie umiem z mężem dojść w tej kwestii do porozumienia. Że adopcja jest cudowna i z niecierpliwością czekam na kolejną. I powiedziałam do Boga: "Zrobiłam wszystko co mogłam. Więcej nie mogę. Oddaję Ci tę sprawę. Weź ją w swoje ręce." To był też miesiąc, w którym stwierdziłam, że nie powinnam spieszyć się z kolejnym dzieckiem. Zrozumiałam, że mój synuś, mój Skarb, mój Leoś potrzebuje od nas wiele, wiele uwagi...

Potem przyszedł 8 grudnia. Wtedy zorientowałam się, że chyba powinnam już jakiś czas temu dostać okres. No i ...zrobiłam test. Ot tak. Nie patrząc na niego wyszłam z łazienki. Prawie o nim zapomniałam. Gdy wróciłam, by go wyrzucić, przeżyłam szok. Dwie grubaśne kreski.

Jestem w ciąży.

Tak. Obecnie w 12 tygodniu. Taka magiczna data, bo mówią, że najgorsze za Tobą.
Przeżyłam kilka pierwszych USG, bicie serca, badania prenatalne... Naprawdę siostra albo brat Leosia mieszka w moim brzuchu. To dość dziwne. Choć powoli do mnie dociera.
Nie jest jednak super kolorowo. Jestem już po jednym antybiotyku, po zapaleniu oskrzeli, obecnie mam zapalenie zatok, biorę luteinę na podtrzymanie ciąży, codziennie strzelam sobie zastrzyki w brzuch na rozrzedzenie krwi.. W międzyczasie byłam tydzień z Leosiem w szpitalu, bo jak już pisałam w komentarzach, miał zapalenie płuc. W piątek opuściliśmy szpital,ale przywlekliśmy do domu rota wirusa.  Leoś i mąż rąbali - jeden w pieluchę, drugi do wc. Ja wymiotowałam dalej niż widziałam. Do tego podkrwawiam z jelit - powinnam bezwzględnie leżeć przez najbliższe 3 tyg. Pani doktor powiedziała, że jak jelita się rozkręcą to stracę tę ciążę...
Ale jak leżeć, gdy ma się  w domu maleńkiego synka potrzebującego uwagi non stop?
Żyję w strachu. Choć staram się być spokojna. Każdy ból brzucha mnie przeraża. Każdy napad kaszlu straszy. Do tego jestem tak zmęczona, że najchętniej zasnęłabym na najbliższe kilka miesięcy.
Może to okropne, co napiszę, ale stan ciąży jest przereklamowany. Czuję się fatalnie. Do tego łapię wszystkie infekcje ( zapomniałam dodać, że miałam już infekcję bakteryjną i drożdżakową tam, gdzie wciskam luteinę ;P). Może to się zmieni w kolejnych trymestrach. Mam nadzieję, że do nich dotrwam.

Czy czuję się inaczej, bo udało nam się zajść w ciążę? Będę zupełnie szczera - nie.
Jestem taka sama jak dawniej, tylko teraz czuję ciążącą na mnie odpowiedzialność za drugie życie. Jeszcze bardziej dotkliwie odczuwam piętno mojej autoimmunologicznej choroby.

A mój synek... Słodycz mojego życia - skończył 11 miesięcy. Umie już samodzielnie przejść kilka kroków. Choć po powrocie ze szpitala przeżywa jakiś regres pod tym kątem. Na słowa "OoooJEJ" kładzie główkę i wtula się w osobę, która stoi najbliżej ( gdy nikt nie stoi przytula się do stołu, albo kanapy). Sygnalizuje, gdy jest głodny wyraźnym mlaskaniem i słowami "mnam, mnam".
Po pobudce mówi "teć" - interpretuję to jak "cześć" :)  "Mama" na stałe zagościło w jego słowniku i w sytuacjach zagrożenia jest wykrzykiwane z wyjątkowo wysoką częstotliwością :)
Uśmiecha się rozbrajająco swoim 6-zębnym uśmiechem. Włosy przycinałam mu już dwa, czy nawet trzy razy. Waży 10 kg ( trochę schudł po chorobie :( ) i ma 80cm ( tak go w szpitalu wymierzyli). Ale ciuszki nosi zdecydowanie większe - 86-92cm.
Jest cudowny. I taki piękny. Buźkę ma jak dorosły chłopczyk. Naprawdę, no już ładniejszy to nie mógłby być. (Zapewne myślę tak, bo patrzę na niego oczami matki.)
Chyba w końcu, po 2 miesiącach walki, wyzdrowieliśmy. Wczorajsza wizyta u pediatry potwierdziła, że płucka już brzmią dobrze. Niestety mój synek, zawsze odważny, nie płaczący nawet podczas pobrania krwi w szpitalu, ufnie przyglądający się lekarzom podczas szpitalnych obchodów... wczoraj tak bardzo wystraszył się lekarza, że płakał, wył właściwie, aż do powrotu do domu ( 1,5h). W domu płakałam już razem z nim, gdy wtulony we mnie powtarzał "mama, mama"....

Mamy dość chorób. Chcemy być zdrowi. Wierzę, że nam się uda. Że w sierpniu będziemy zdrową i szczęśliwą jak dawniej, tym razem już 4-osobową rodzinką.

Jestem wciąż z Wami, taka sama. I rozumiem, i wciąż pamiętam,a nawet czuję, Wasz ból. Dlatego na osłodę wklejam zdjęcie najcenniejszego daru w moim życiu.

I spróbujcie się nie uśmiechnąć :)

Wiecie co? Po napisaniu tego posta ( a trwało to kilka dni) czuję ulgę.

Klik!

TOP