Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

10:37 PM

Wszystko, czego dziś chcę...

Kiedy patrzę dziś w lustro widzę kobietę.  Mimo, że wciąż nie wyglądam na swoje 33 lata, nie da się ukryć, że jestem dorosła. Że jestem matką. Żoną. Częściej Panią Alą niż Alą. Zmierzam się z tym i zaczynam rozumieć, że mijający czas się nie powtórzy. Nie zatrzymam go. Więc chcę żyć jak najpełniej. Właśnie teraz. Tu.

W łóżeczkach nie śpią już niemowlaki, tylko dzieci, które rano przychodzą do mojego łóżka i mówią: "Mamo, już jest dzień. Nie ma nocy. Wstań."
Staż mojego małżeństwa wydłuża się i - choć trudno mi w to uwierzyć - za 2 lata będziemy świętować nasze dziesięciolecie.

Ile udało Ci się osiągnąć w życiu? Czy jesteś ( nie zawsze, ale przeważnie) dokładnie tam, gdzie chciałaś być?Czy wciąż chcesz tam być?

Zadaję sobie to pytanie i gdy patrzę na roześmianą buźkę mojej córci i figlarne spojrzenie synka ... rozlewa się w moim brzuchu to samo ciepło co 3,5 roku temu, gdy trzymałam i kołysałam w ramionach mojego syna. TAK, to moje miejsce na ziemi.

Ale... nie jestem tylko mamą. Mam wiele innych potrzeb, o które mam prawo i obowiązek zadbać, by być w pełni szczęśliwą. I, co może być dla jednych oczywiste, a dla drugich nie do ogarnięcia,  spełnienie na innych płaszczyznach uczyni mnie jeszcze bardziej szczęśliwą mamą.

Prawie 10 lat pracowałam w szkole w Gdańsku, to była moja pierwsza praca, byłam młodziutka i pełna zapału i pasji. Oddałam się tej pracy bez reszty. Kochałam ją, bo kocham ludzi, zwłaszcza takich, którzy potrzebują pomocy, a ja mogłam im tę pomoc dać. Oczywiście, jak to w pracy, były wzloty i upadki, ale ostatecznie... byłam ceniona. Czułam się lubiana i niemal ze wszystkich stron otaczała mnie życzliwość. Jednak dzieląca mnie odległość ( 20 km przez centrum miasta Gdańsk) przy dwójce małych dzieci sprawiała, że czasami do domu wracałam po 19, a wychodziłam po 6 rano. I nigdy nie mogłam przewidzieć, kiedy akurat korki sprawią, że dojazd zamiast 40 minut zajmie mi 2h. Gdy dostałam propozycję pracy w szkole pod domem, byłam przerażona, ale niemal od razu wiedziałam, że nadszedł czas zmian. Bałam się. Cholernie . Ale stało się. W styczniu odeszłam z mojej szkoły matki. Tej, która mnie ukształtowała jako nauczyciela i wychowawcę, nauczyła uważności i empatii, cierpliwości i bardzo ciężkiej pracy w imię idei...
Przede mną nowe. I to "nowe" wywołuje we mnie przyjemny skurcz w brzuchu i ekscytację. Cofam się mentalnie w czasie o prawie dekadę...
Właśnie teraz widzę, jak bardzo potrzebowałam i potrzebuję nowych wyzwań, radości z odkrywania, zniecierpliwienia w oczekiwaniu. Jest mi z tym zabawnie, choć chwilami bywa trudno, ale...cieszę się. Czy ta nowa praca to będzie moje miejsce na ziemi? Nie wiem. Ale chcę spróbować. Chcę odbyć tę przygodę jeszcze raz. Odważyłam się. Nawet, jeśli ostatecznie przegram.

Czy oprócz dzieci i spełniania się w pasji i pracy, potrzebuję czegoś jeszcze?

Piszę to, a TEN o kim myślę, właśnie skręca soundbar ( spełnia się w swojej pasji). Ostatnio rozmawiając z niewiele starszą koleżanką z osłupieniem zrozumiałam, że ona chce mi powiedzieć, ze po latach związku nie ma co już liczyć na dawną namiętność. A ja się nie zgadzam i myślę, że trzeba o nią dbać, zabiegać. Może nie zawsze jest na to czas i ochota. Ale ja jestem szaloną romantyczką, wciąż lubię kolacje przy świecach, patrzenie w gwiazdy ( serio), przytulanie i głaskanie, wieczorne komedie romantyczne i dużo ciepłych słów, którymi przed snem mogłabym się otulić jak kocem. Nie ukrywam, że nie zawsze je dostaję. Czasami muszę o nie zawalczyć, czasami płacę słoną cenę za moje idylliczne wyobrażenie miłości, czasami muszę zrobić awanturę albo takowej wysłuchać, ale na szczęście taki mi się chłop trafił, co zawsze najpierw mówi "nie", a ostatecznie spełnia moje prośby ( czasem z kilkumiesięcznym poślizgiem, ale spełnia :)).
Czy to jest moje miejsce na ziemi? Czasem nie znam odpowiedzi na to pytanie. Ale właśnie wtedy, robię wszystko, by poczuć...że tak.

A jak to jest u Was? Czy wciąż czujecie się jedynymi, najważniejszymi? Czy poddałyście się, czy nadal walczycie? Jakie musicie ponosić koszty? Uważacie, że warto?

Mam 33 lata... teraz inaczej niż 5 lat temu ( gdy zakładałam bloga) patrzę na swoje życie. Wiem, czego chcę i doceniam, ogromnie doceniam, to co mam. Chciałabym, żeby ta wdzięczność nie minęła, bo ona sprawia, że dopóki mam tę moją miłość - mam wszystko. I gdziekolwiek się nie znajdę, jeśli moja rodzina będzie ze mną, dokładnie tam będzie moje miejsce na ziemi, mój prawdziwy dom.

A Ty? Gdzie masz swój DOM?

Czy biernie czekasz, czy walczysz, by się w nim znaleźć?

Zgodnie z prośbą pod ostatnim postem, wklejam link do mojego instagrama, na którym nasze aktualne dzieje :)



10:00 PM

Miłość wg Leo.

"Kocham Cię mamusiu na selce"
 
"Kocham najbaldziej, ja Ciebie!!!"

"Baldzo Cię kocham mamusiu, całuj w usta!"

Te słodkie zdania od kilku tygodni mój synek wykrzykuje parę razy dziennie. Kruszy mi to serce i wywołuje motyle w brzuchu, nawet jak o tym myślę, ale... ktoś mi powiedział, że on nie rozumie jeszcze czym jest miłość. Po prostu powtarza to, co słyszy.
Pomyślałam sobie, że coś w tym jest. Ja mówię mu już trzy lata codziennie, że bardzo Go kocham i kojarzy mu się to z czymś przyjemnym i dobrym. Dlatego też tak do mnie mówi.
Postanowiłam to jednak sprawdzić.
 3 dni temu podczas kolejnego miłosnego wyznania, zapytałam Leo - a co to znaczy, że mnie tak bardzo, bardzo kocha?

Leoś:"Yyyyy eeeeee, emmmmm, eeeee, yyyy..... że...że...."
Ja: "No co to znaczy kochanie, że mnie tak bardzo kochasz?"
L:"Yyyyy, że mucha lata koło nosa i że ...i że....yyyy..emmm... że trzeba ją przegonić!!!"
Ja"Yyyyy eeeee, emmmm" ;)

Upewniałam się trzy razy. Za każdym odpowiedź była taka sama jak wyżej :)

Dziś pod wieczór znów zebrało się synkowi na miłosne wyznania ( a żadnej muchy obok! ;) )

L: "Kocham Cię mamusiu, wiesz?"
Ja: "Wiem, wiem kochanie, ale co to znaczy, że mnie kochasz synuś?"
L:"Yyy eeeee emmmmm, że Cię baldzo lubię. I że chcę Cię utulać. I że płaczę w przedszkolu, bo Cię nie ma. Bo tęsknię".
Ja:(pobeczałam się).

Miłość wg Leo zmienia się i dojrzewa każdego dnia. Ach Ci mężczyźni <3



7:59 AM

Czy warto celebrować Walentynki? (+ darmowe plakaty do ściągnięcia)


I jest! 14 luty <3


Facebook zasypał się memami w stylu: "Kocha się cały rok, a nie tylko 14 lutego." 
A ja?
Rozwiesiłam serduszkową girlandę w domu, porozwieszałam czerwone balony, na śniadanie przygotowałam dzieciom parówkowe serca, w planach mam jeszcze pizzę serce, bo w moim odczuciu... każdy pretekst, by dać z siebie więcej w imię miłości jest dobrym pretekstem. Poza tym, chcę nauczyć moje dzieci, że życie jest kolorowe, a różne inicjatywy są potrzebne, dlatego warto się mobilizować  i brać w nich udział.
Jako nauczycielka niezwykle często zderzam się ze ścianą "niechcenia" i sprzeciwu przeciwko jakimkolwiek formom wyrazu, które zmuszają do podjęcia pracy i wymagają zaangażowania. Z roku na rok dzieciakom po prostu coraz bardziej się nie chce i przyjmują bierne postawy, którymi zarażają się szybciej niż wirusem. Niestety, ale to bierze się w dużej mierze z domu. Więc zachęcam Was, by nie bojkotować świąt i szczególnych dni w kalendarzu, a wykorzystać je do urozmaicenia życia i potraktować jak ciekawy temat do pracy z dzieckiem.


A co jeśli.... 

Walentynki... Restauracje pękają w szwach, czerwone koperty i kwiaty zalewają sklepowe półki. A Ty nie jesteś jednym z tych, do których puka dziś ukochany/ukochana...Z nadzieją czekasz, aż 14 luty się skończy...
Dla każdego z nas to może być wyjątkowy dzień. Hej, hej. Właśnie tak. Miłość niejedno ma oblicze, niejedno ma imię. Każdy z nas kogoś/ coś kocha. Mamę, brata, siostrę, dziecko, ukochanego zwierzaka. Mamy pasje i marzenia. Nasze mniejsze i większe miłości. Pomyśl dziś o nich. O tych, bez których trudniej jest żyć i o tych, którzy sprawiają, że czasem warto wstać z łóżka. Kochać to nie znaczy wręczyć dziś kwiaty czy zaprosić na kolację przecież. Kochanie to obecność, to pamięć, to wdzięczność.
Hej, uśmiechnij się. Chwyć z telefon, wyjdź w odwiedziny, napisz list albo e-mail. Pozwól sobie kochać. Niekoniecznie szablonowo-walentynkowo. Zrób to po swojemu!

 I dlatego, że nieszablonowo jest fajnie, przygotowałam dla Was wyjątkowe miłosne plakaty.



  Do pobrania w formie plików pdf  TUTAJ

Udanych Walentynek Kochani :* 





3:09 PM

(Po)świąteczna gorączka.

Co roku nie mogę się nadziwić, jak to możliwe, że oczekiwanie na święta trwa prawie kwartał, a same święta zanim się zaczną, to już się kończą? 
Obecnie jest identycznie, z jedną różnicą - tym razem dziwię się z zatkanym uchem, duszącym kaszlem, zawalonym nosem i głową wielką jak świąteczna choinka. Czekam właśnie na lekarza, bo musiałam zamówić wizytę domową ( dzieci też chore, na antybiotykach, zaraziły mnie).

Jak Wam minęły święta? Ja w tym roku cieszyłam się wyjątkowo, bo dwie pary, którym od lat kibicowałam, doczekały się swoich synków <3 Niezmiennie wzrusza mnie to i wprawia w fantastyczny nastrój. Cudownie nastrojona zatem, dzień przed Wigilią, udałam się do przychodni z duszącymi się dziećmi, z wizją skierowania do szpitala. Wizja się nie zrealizowała, dzięki Bogu. Z receptą na tonę leków, ale lżejsza o ciężar czarnej projekcji zbliżających się świąt, wróciłam do domu ( kłócąc się z mężem niemiłosiernie). 
Wigilię spędzaliśmy u teściów, Leoś przestraszył się Mikołaja (zwanego w moim rodzinnym domu Gwiazdorem), krzyczał: "Boję się, ten Mikołaj jest straszny!!!"- nie dziwię się, bo rzeczywiście miał przerażającą maskę. Na szczęście kilka chwil później zwariował ze szczęścia na widok nowego Duplo, garażu, drewnianego samochodu do składania i przywłaszczonej od Amelki kuchni, zwanej piekarnią :) Melka też zdecydowanie była nastrojona pozytywnie, choć raczej z powodu towarzystwa maluchów, które uwielbia niż prezentów ( choć uważam, że Mikołaj spisał się na medal).
W pierwszy dzień Świąt BN pojechaliśmy w moje strony, do mojego rodzinnego domu. Do ostatniej chwili myślałam, że się nie uda i zostaniemy u siebie. Jednak magia świąt, cudownym sposobem oczyściła oskrzela Meli i Leo, więc uwolnieni od trosk wyruszyliśmy w drogę. Na miejscu czekały na dzieciaki kolejne prezenty, m.in. Zygzak, o którego Leoś namiętnie prosił  Mikołaja i lala dla Meli ( dzięki Bogu! Kilka dni przed Wigilią dostałam paczkę od przyjaciółki, w której była lalka, tłukli się o nią i zalewali łzami. Teraz mają dwie ( ha! nawet trzy! :P) i przestali się o nie kłócić). 26 grudnia odwiedziliśmy mojego tatę i jego rodzinę. Kolejne prezenty sprawiły, że młody śmiał się jak pijany. A Mela, potknąwszy się o kawałek koca, rąbnęła o ziemię, rozwalając sobie coś w buzi i zalała się krwią, zostawiając na białym bodziaku plamy krwi, zresztą na mojej nowej kiecce też. Na szczęście, choć wyglądało to groźnie na tyle, że ugięły się pode mną nogi, córa szybko doszła do siebie i z entuzjazmem nadal biegała po domu dziadka. A! Zapomniałabym dodać, że przez całe święta towarzyszył nam niezwykle niegrzeczny, panoszący się, wtrącający się w najmniej oczekiwanym momencie, nieproszony gość - czyli po prostu sraczka. Była na tyle dokuczliwa, że tyłek Meli wygląda jak sparzony we wrzątku pomidor :( Na szczęście kryzys zażegnany.
To były pierwsze święta w moich rodzinnych stronach od kiedy mam dzieci. Fajnie było poczuć tę magię właśnie tam, gdzie dorastałam i dojrzewałam, jestem szczęśliwa, że udało nam się, pomimo przeciwieństw, tak intensywnie spędzić ten wyjątkowy czas .

 Leoś i Amelka w towarzystwie kuzyna, równolatka Leo, oglądają bajkę u dziadka.

 A może potańczymy? - czyli Leoś w akcji.

 Ja i Mela, i pół Leosia. Nadszedł czas, gdy mój syn absolutnie nie chce pozować do zdjęć :( Jestem załamana.
A to moje bombkowe selfie :)

10:08 PM

Maleńcy. (Przystań. Nie na chwilę.)

Nie wiem kim jesteś: moim znajomym, przyjacielem, siostrą, bratem, kimś poznanym w sieci, na blogu, szkoleniu, a może kimś zupełnie nieznajomym. Otwieram przed Tobą swoje serce, niczego nie udaję, piszę prosto i szczerze. Być może patrzysz jak się zmieniam, jak tworzę rodzinę, a być może dziś spotykamy się pierwszy raz.
Jesteś dla mnie ważny, współtworzysz to miejsce. Pamiętaj o tym - jesteś częścią mojego życia, ale zawsze patrzysz na nie tylko z boku...Proszę, nie bądź tu Anonimowy. Ja też nie jestem. Trudno mi nawiązywać rozmowę z kimś, kto nie podaje nawet imienia.
A jednak...ten post dedykuję Anonimowej, która pozostawiła komentarz pod poprzednim postem, jednocześnie kopnęła mnie ostro ku przemyśleniom, odnośnie mojego życia, potrzeb i postanowień.

Zanim przeczytacie dalej, proszę, wróćcie TU.

Powrót do tamtego posta przeniósł mnie gdzieś, gdzie nie spodziewałam się już znaleźć. Przybił mnie słowo po słowie do krzesła, na którym siedzę. Rozpuścił mnie i razem ze smarkami opuścił moją głowę...
Dziś nie jestem już ani Maleńką, ani Małą, ani nawet tamtą mną. Nadal, a może nawet pełniej, czuję się kobietą. Jestem mamą Maleńkich, którzy wypełniają moją przestrzeń po brzegi. Jestem też niezmiennie roztargnioną, przepełnioną marzeniami wariatką, ciągle wierzącą, że świat, życie i ludzie są dobrzy. Wierzę w miłość, macierzyństwo pokazało mi jej najpiękniejsze oblicze. Jestem wdzięczna za to,co mam. A mam...spełnione marzenia. Nie mogę o tym zapominać. Nie mogę znów zacząć biec. Byle jak i byle gdzie. Chcę tu zostać, jak najdłużej się da. Póki te cztery wpatrzone we mnie oczęta nie zmienią się w dorosłe, czasem pewnie kpiące spojrzenia... Póki te słodkie usteczka wykrzykujące co rano i co noc..."mamo, mamo"... nie powiedzą..." nie interesuj się". Póki o słowo "kocham" nie muszę prosić... Póki te słodkie rączki szukają nocą mojej bliskości...a największą radością dla  jest wspólne czytanie książek i śpiewanie piosenek. Póki jestem tu z nimi i możemy się bez ograniczeń przytulać, kiedy jestem odpowiedzią na ich potrzebę bliskości. Gdy w prozaicznych czynnościach jestem po prostu niezastąpiona, przecież tylko ja potrafię najlepiej wytrzeć noski, pocałować guza, pójść za rączkę do toalety, otulić kołderką, przegonić złe sny, wyszeptać do uszka, że wszystko jest dobrze. Póki trwa ten czas...póki trwa - muszę się zatrzymać. Być dla nich w pełni. Być też w pełni sobą. 
Moi Maleńcy - tacy wyczekiwani, wytęsknieni. Niezależnie od drogi, którą do nas przyszli są odbiciem lustrzanym Nas.

"(...) powiedziano nam, że Maleńcy nie będą mieć oczu Małej, ani Jego inteligencji. Nie będą mieć Jej włosów o kolorze pszenicy i Jego dłoni miękkich i pracowitych. Powiedziano nam, że mogą potrzebować więcej miłości, czasu i szans, by funkcjonować w tym świecie. Powiedziano, że choć Maleńcy żyją kilka tylko chwil, to ich historia jest dłuższa i smutniejsza niż historia Małej. Ostrzeżono nas, że być może nasi Maleńcy nie będą tacy jak Maleńcy w innych rodzinach. Że nam będzie trudniej. Straszono nas na każdym kroku. Nadal się nas straszy. Mówi, że nasi Maleńcy będą źli, bo inni odnalezieni Maleńcy byli. Że będą kradli, bili, zabijali. Że będą pili.
Czasem patrzę, jak inne rodziny, te w których nie ma chorób, podążają swoją drogą po Maleńkich. Ich nikt nie straszy. A przecież statystycznie co n-ta ciąża to ciąża obciążona jakąś chorobą, Ciężką. Nieuleczalną. Genetyczną. Psychiczną. Ich się nie straszy. Im przesyła się uśmiechy- mówiąc - będzie dobrze.
Wiemy, że może być różnie. Naprawdę wiemy. Baliśmy się. Nadal się boimy. Ale czujemy, że Maleńcy czekają, aż w końcu ich znajdziemy. I dlatego mimo strachu, chwilowych zwątpień, idziemy po Maleńkich. Tyle przecież już przeszliśmy, by ich odnaleźć i im pomóc. "
 
Dziś chciałabym, bardzo chciałabym... odpowiedzieć tamtej sobie...
 
Czy wiesz, że Maleńki ma Twoje oczy? Ten sam niespotykany szary odcień. I gęste włosy, tak piękne, że nikt nie przechodzi obok nich obojętnie. Z wyglądu cały On. Bez przesady powiem, że w każdym nowym miejscu wszyscy podkreślają, że widać niezwykłe podobieństwo do tatusia. Tak jak On nie potrafi rysować, za to śruby przykręca jak stary mechanik, mrucząc pod nosem: "Jestem mechanikiem, będę mechanikiem, wies?" Tak jak Ty ma swoją wizję, jak dziś ma być ubrany i podobnie przebiera się 5 razy zanim wyjdzie do przedszkola.
Maleńki jest cudowny, mądry, pracowity, energiczny, radosny, pełen ciepła i miłości. Dałaś mu ją, a teraz ona się mnoży. W Maleńkim. Potrafi się dzielić, daje prezenty, pomaga słabszym. Umie przepraszać. 

Maleńka ma Twoje oczy. Identyczny kształt, ale Jego kolor. Wciąż toczy się spór o to, do kogo jest bardziej podobna i spór ten pozostaje nierozstrzygnięty. Z charakteru najbardziej podobna jest do Maleńkiego. Wciąż stara się go dogonić pod każdym względem. Czasem miękoli - wtedy Maleńki przytula ją i mówi:" Nie płacz, wszystko będzie dobrze". 
Maleńka jest z Tobą dzięki Maleńkiemu. Wiem to. 

Powiedziałabym jeszcze tamtej sobie:
Nie bój się. Maleńcy czekają, a gdy się odnajdziecie wasz świat już nie będzie maleńki. Będzie wielki. Tak wielki, jak wielka potrafi być miłość.









8:24 PM

Kolęda 2015.

Rok temu było tak...

No, nie całkiem rok, bo jak patrzeć bardziej skrupulatnie to już druga kolęda w 2015r. Tym razem odwiedził nas inny ksiądz ( dzięki Bogu!). Była godzina 19, Amelka właśnie usnęła, Leoś widząc księdza zaczął wykrzykiwać : "Siąc, siąc! Mami, mami..."
Tym razem nie wspomnieliśmy o adopcji, wiem już, że nie warto...i zresztą po co? Ksiądz dopisał Melkę do naszej parafialnej karty rodziny, zapytał o datę planowanego chrztu młodej ( koniec stycznia 2016) i z radością skwitował różnicę wieku między naszymi dziećmi ( obstaję przy tym, że lepsza różnica to min. 2 lata). Powiedział też, że serce mu się raduje, jak przychodzi do rodzin i widzi takie małe dzieci. I że u nas tak miło się patrzy, że wszyscy jesteśmy tacy podobni... że Leoś skóra zdjęta z nas. Uwielbiam takie chwile. Wiem, że to prawda. Leon coraz bardziej wygląda jak mój mąż. Mają odstające uszy, zęby wysunięte do przodu, piękne, ciemne, długie rzęsy, ten sam kolor włosów. No a po mnie Leoś ma kolor oczu. I temperament ( brudzi w zastraszającym tempie, chaos robi wszędzie, jedno zacznie, drugie złapie - żadnego nie skończy, potrafi gadać bez sensu 2 h z rzędu - nawet o 2 w nocy, aktor pierwsza klasa, wymuszacz i manipulant :) No czysta mama :) ).

Z chorób się jeszcze nie wylizaliśmy do końca. Ale idzie ku lepszemu. Mam przynajmniej taką nadzieję. Znajduje ostatnio wieczorami krótką chwilę na diy :) Efekty i tutoriale wkrótce :)


10:49 PM

Nowa twarz.

Moi kochani czytelnicy - serdecznie dziękuję Wam za udział w głosowaniu na zdjęcie nagłówkowe. Ogromną większością głosów wygrały kolorowe nóżki :)
Nowa twarz bloga prezentuję się następująco, dzięki Wam :)

A ja od kilku dni produkuję post, który kosztuje mnie bardzo, bardzo wiele przemyśleń, łez, wzruszeń i czasu. Do poczytania wkrótce.


A to zdjęcie z wczoraj. Tak jak pisałam na Instagramie - byliśmy na wycieczce w lesie. Leon - Włóczykij odkrył przed nami swoje nowe oblicze. Znalazł gąskę, szyszkę i zestaw kijków. No i okrzykami radości spłoszył zwierzynę w promieniu co najmniej 15 km ;)
"Duzie, duuuuzie!!!" - krzyczał, patrząc w górę na korony drzew.

Taka piękna jest jesień, gdy ma się dzieci.

7:25 PM

Mam rok!!!

Mój synek skończył rok!
Waga: 10,5kg
Wzrost: ok. 82cm
Liczba zębów: 7

Umiejętności:
* samodzielnie chodzi
* wskazuje paluszkiem znane przedmioty ( sufit, lampę, nos, psa na rysunku, konika, ucho, tatę, jedzenie ( gdy jest głodny), co go boli ( powiedzmy ;) ), coś co go zaintryguje ( wtedy dołącza się do tego okrzyk "oooooo!!!!!"), radio, źródła światła)
*mówi: tata, baba, dziadzia, dada, mnam mnam, ała, brrrrrmmmm, mama ( rzadko), mne (smoczek), am (amen), aaaaaaaaa ( intonuje śpewanie "Aaaaa, kotki dwa").
* bije brawo
* bije również brawo na słowo "amen"
* pokazuje, gdzie sroczka kaszkę warzyła 
* pokazuje, jaki jest duży
* pije ze słomki i z bidonu
* je sam pokrojone w kostkę kanapeczki, kawałki banana itp.
* na czterech wchodzi po schodach
* wspina się na łóżko i schodzi z niego tyłem ( od kilku dni dopiero)
* przykłada sobie telefon do ucha na słowa "halo, halo"
* śmieje się, gdy ktoś się śmieje
* jak ma ochotę to naśladuje dźwięki, zdecydowanie chętniej te, w których są literki "d, t, p ,b"
* wrzuca krążki obok piramidki ;) ( mamy taką z IKEI) i cieszy się przy tym, tak jakby mu się udawało
* uwielbia zabawę w pokaż się - ukryj się ( kupiliśmy mu namiot z IKEI, który zdecydowanie stał się Leosiowym królestwem). Pokazuje łebek, a potem chowa się, za chwilę znów wysuwa główkę i radosnym piskiem chowa się z powrotem. I tak przez 5 minut :)
* uwielbia zabawę w "złapię cię, złapię cię", polegającą na uciekaniu na czterech przed goniącym rodzicem. Euforia podczas ucieczki bywa tak ogromna, że ściana, krzesło, stół pozostają niezauważone, a pamiątkami takiej zabawy są niezliczone siniaki na moim słodkim łebku
* od niedawna ( jakieś 2,3-tygodnie) w wielkim skupieniu ogląda książeczki, przerzuca karteczki, wyrywa je ( ku mojemu przerażeniu).
* na słowa "myju,myju" szoruje podłogę :D, czasem chusteczką nawilżaną, a czasem samą rączką.
*notorycznie wyrzuca wszystko z szaf ( nigdy nie wkłada)
* w dwie sekundy dobiega do toalety, podnosi klapę i zaczyna gmerać w wc ( zanim zdążę go złapać już trzyma w rękach kostkę toaletową). Masakra!

Mój synek jest niesamowicie energiczny, lubi zabawy, w których trzeba się ruszać. Obecnie ma bardzo silną potrzebę odkrywania i poznawania świata. Każdą zabawkę odwraca najpierw do góry nogami, ogląda, dotyka przez jakieś 5 minut i dopiero później odwraca i zaczyna bawić się we właściwej pozycji. Śmiejemy się z mężem, że rośnie nam mały mechanik. Interesują go zdecydowanie bardziej auta niż misie i lale. Choć lubi lalkom wyrywać włosy. Tulenie lubi, ale nie dłuższe niż 3 sekundy ;) Uwielbia spacerki. Jest na nich cichutki i wesoło rozgląda się dookoła.
Śpi dwa razy w dzień. Od 9.30 do 11. I od 15.30 do 17. Zasypia po kąpieli ok.20 i śpi do 6. Niestety wciąż budzi się w nocy raz lub dwa razy na mleko. Czasem uśpienie Leonka wymaga dłuższego miziania...

Od 10 miesiąca życia zmienił się niesamowicie! Stał się taki rozumny, niesamowite. Jak każda matka zachwycam się moim dzieckiem i wydaje mi się po prostu obłędny. Zdaję sobie sprawy, że nie jestem obiektywna, ale wybaczcie - nie umiem być.
A teraz oczami Leosia :)
 Fajne literki mama poprzyklejała. Najfajniej byłoby je zniszczyć.
 Tę jedyneczkę zdążyłem zepsuć jeszcze przed urodzinkami :)

 Idę, idę, idę!
 Mama uszyła mi kotka. Tu ma nos!
Zbieram okruszki. Ktoś musi.
 Taki wystrojony byłem.
 A taki miałem torcik.
Mama dziwnie zbladła, gdy wybrałem kieliszek...

A ja jestem obecnie w 16/17 tygodniu ciąży. Miewam uczucia ciągnięcia i kłucia brzucha, które mnie niepokoją. Byłam z tym u ginekologa w zeszły czwartek, zrobił USG i nic złego nie zauważył. Ponoć to fizjologiczne. Ale i tak się stresuję. Wciąż stresuję się za bardzo. Niestety.


7:57 PM

Walentynki.

Takie zupełnie inne te Walentynki...  Nie mieliśmy czasu, by skupiać się na sobie. Nie było kolacji, świeczek. Zrobiłam szybki obiad, dodałam wykwintnej szynki, żeby wyglądało bardziej wyszukanie... :P

Ale miłość, która wypełnia nasz dom, dzięki małemu Szkrabowi, powiększa nasze serca. Takiego ogromu czułości i ciepła, nie czułam przez 29 wcześniejszych lat mojego życia.
I gdy wracam do ---> Walentynki 2014 .... serce wyrywa mi się z piersi i chce mi się krzyczeć do tamtej, smutnej mnie... że moja nadzieja zrodziła cuda... Tylko jeszcze tego nie wiem...
A mój najwspanialszy CUD, moja miłość, spełnienie moich marzeń - to setki moich NIE wysłuchanych modlitw, odrzuconych błagań - w imię wyższego dobra. W imię niezwykłej teraźniejszości. W cudowne jedno imię - znacie je - brzmi przecież "Leon".





11:33 AM

Już czas...

...czas zakończyć moje milczenie. Milczenie, spowodowane trzęsieniem ziemi w moim życiu.  Takim nieprzewidzianym i trudnym do okiełznania...

Dojrzewałam, żeby napisać tego posta. W myślach pisałam go setki razy. Nie chciałam tym postem nikogo zranić, skrzywdzić... Bałam się też tego, co przyniesie jutro. Cóż...nadal się boję... Ale mam też poczucie, że jestem Wam winna moją szczerość. Co z tego wyniknie, pewnie wkrótce się przekonam...

Zaczęło się na początku listopada. Niby niegroźny katar i kaszel Leosia. Kilka wizyt u pediatry ( w sumie chyba trzech). Badania krwi etc. Wszystko dobrze. Kaszleliśmy do początku grudnia. Do leków bez recepty dołączyłam inhalacje z Berodualu, soli i Nebbudu. Nie było łatwo, bo Leoś nie znosi inhalacji... ale działaliśmy.

Mimo męczącej nas choroby, w listopadzie dużo się modliłam. Byłam taka spokojna. Chyba pierwszy raz w życiu poczułam się naprawdę spełniona. Tak zupełnie. Któregoś listopadowego dnia podczas modlitwy, płakałam...że nie chcę podchodzić do in vitro, a nie umiem z mężem dojść w tej kwestii do porozumienia. Że adopcja jest cudowna i z niecierpliwością czekam na kolejną. I powiedziałam do Boga: "Zrobiłam wszystko co mogłam. Więcej nie mogę. Oddaję Ci tę sprawę. Weź ją w swoje ręce." To był też miesiąc, w którym stwierdziłam, że nie powinnam spieszyć się z kolejnym dzieckiem. Zrozumiałam, że mój synuś, mój Skarb, mój Leoś potrzebuje od nas wiele, wiele uwagi...

Potem przyszedł 8 grudnia. Wtedy zorientowałam się, że chyba powinnam już jakiś czas temu dostać okres. No i ...zrobiłam test. Ot tak. Nie patrząc na niego wyszłam z łazienki. Prawie o nim zapomniałam. Gdy wróciłam, by go wyrzucić, przeżyłam szok. Dwie grubaśne kreski.

Jestem w ciąży.

Tak. Obecnie w 12 tygodniu. Taka magiczna data, bo mówią, że najgorsze za Tobą.
Przeżyłam kilka pierwszych USG, bicie serca, badania prenatalne... Naprawdę siostra albo brat Leosia mieszka w moim brzuchu. To dość dziwne. Choć powoli do mnie dociera.
Nie jest jednak super kolorowo. Jestem już po jednym antybiotyku, po zapaleniu oskrzeli, obecnie mam zapalenie zatok, biorę luteinę na podtrzymanie ciąży, codziennie strzelam sobie zastrzyki w brzuch na rozrzedzenie krwi.. W międzyczasie byłam tydzień z Leosiem w szpitalu, bo jak już pisałam w komentarzach, miał zapalenie płuc. W piątek opuściliśmy szpital,ale przywlekliśmy do domu rota wirusa.  Leoś i mąż rąbali - jeden w pieluchę, drugi do wc. Ja wymiotowałam dalej niż widziałam. Do tego podkrwawiam z jelit - powinnam bezwzględnie leżeć przez najbliższe 3 tyg. Pani doktor powiedziała, że jak jelita się rozkręcą to stracę tę ciążę...
Ale jak leżeć, gdy ma się  w domu maleńkiego synka potrzebującego uwagi non stop?
Żyję w strachu. Choć staram się być spokojna. Każdy ból brzucha mnie przeraża. Każdy napad kaszlu straszy. Do tego jestem tak zmęczona, że najchętniej zasnęłabym na najbliższe kilka miesięcy.
Może to okropne, co napiszę, ale stan ciąży jest przereklamowany. Czuję się fatalnie. Do tego łapię wszystkie infekcje ( zapomniałam dodać, że miałam już infekcję bakteryjną i drożdżakową tam, gdzie wciskam luteinę ;P). Może to się zmieni w kolejnych trymestrach. Mam nadzieję, że do nich dotrwam.

Czy czuję się inaczej, bo udało nam się zajść w ciążę? Będę zupełnie szczera - nie.
Jestem taka sama jak dawniej, tylko teraz czuję ciążącą na mnie odpowiedzialność za drugie życie. Jeszcze bardziej dotkliwie odczuwam piętno mojej autoimmunologicznej choroby.

A mój synek... Słodycz mojego życia - skończył 11 miesięcy. Umie już samodzielnie przejść kilka kroków. Choć po powrocie ze szpitala przeżywa jakiś regres pod tym kątem. Na słowa "OoooJEJ" kładzie główkę i wtula się w osobę, która stoi najbliżej ( gdy nikt nie stoi przytula się do stołu, albo kanapy). Sygnalizuje, gdy jest głodny wyraźnym mlaskaniem i słowami "mnam, mnam".
Po pobudce mówi "teć" - interpretuję to jak "cześć" :)  "Mama" na stałe zagościło w jego słowniku i w sytuacjach zagrożenia jest wykrzykiwane z wyjątkowo wysoką częstotliwością :)
Uśmiecha się rozbrajająco swoim 6-zębnym uśmiechem. Włosy przycinałam mu już dwa, czy nawet trzy razy. Waży 10 kg ( trochę schudł po chorobie :( ) i ma 80cm ( tak go w szpitalu wymierzyli). Ale ciuszki nosi zdecydowanie większe - 86-92cm.
Jest cudowny. I taki piękny. Buźkę ma jak dorosły chłopczyk. Naprawdę, no już ładniejszy to nie mógłby być. (Zapewne myślę tak, bo patrzę na niego oczami matki.)
Chyba w końcu, po 2 miesiącach walki, wyzdrowieliśmy. Wczorajsza wizyta u pediatry potwierdziła, że płucka już brzmią dobrze. Niestety mój synek, zawsze odważny, nie płaczący nawet podczas pobrania krwi w szpitalu, ufnie przyglądający się lekarzom podczas szpitalnych obchodów... wczoraj tak bardzo wystraszył się lekarza, że płakał, wył właściwie, aż do powrotu do domu ( 1,5h). W domu płakałam już razem z nim, gdy wtulony we mnie powtarzał "mama, mama"....

Mamy dość chorób. Chcemy być zdrowi. Wierzę, że nam się uda. Że w sierpniu będziemy zdrową i szczęśliwą jak dawniej, tym razem już 4-osobową rodzinką.

Jestem wciąż z Wami, taka sama. I rozumiem, i wciąż pamiętam,a nawet czuję, Wasz ból. Dlatego na osłodę wklejam zdjęcie najcenniejszego daru w moim życiu.

I spróbujcie się nie uśmiechnąć :)

Wiecie co? Po napisaniu tego posta ( a trwało to kilka dni) czuję ulgę.

Klik!

TOP