Kiedyś myślałam, że utknęłam. Na takim totalnym zadupiu. Czułam, jakby ktoś mi włożył nogi w beton, który zastygł. Użalałam się nad sobą, nie widząc rozwiązania mojej udręki.
"Spędzę resztę życia w tym cholernym miejscu, wśród tych samych uczuć, emocji, pragnień i marzeń" - myślałam.
Czas i chyba mój wewnętrzny bunt, i niezgoda na tkwienie w miejscu, powoli rozłupywała ten ciężki balast u moich stóp.
Na tym moim wspomnianym wcześniej zadupiu nie było zupełnie pusto. Co więcej, były też drogowskazy, gdzie iść, by dotrzeć dalej. Nie raz słyszałam też historie tych, którym udało się dojść w nowe miejsca. Ale wtedy nie chciałam widzieć, ale wtedy nie chciałam słyszeć. Wolałam gnić.
I gniłam.
Trochę podgnita rozłupałam cały beton. Słabsza i bardziej delikatna niż kiedykolwiek przetarłam oczy, wytężyłam słuch. Teraz nadszedł czas, bym ruszyła się z zadupia. Wtedy przyjrzałam się bliżej drogowskazowi. Był taki stabilny. Na ogromnym, dębowym pniu przytwierdzone były tabliczki, kierujące w zupełnie różne kierunki:
-in vitro
-adopcja
Te dwie przyciągnęły moją uwagę. Mój mąż już przyszykował nam kanapki i z zapakowanym plecakiem czekał na drodze wskazanej przez pierwszą z nich.
Skąd wziąć siłę, gdy sama byłam podejrzanie niepewna, że to ta druga opcja zaprowadzi nas do celu... ?
Usiadłam pod tym dębowym pniem. I powoli zaczęłam czuć się coraz bardziej wypoczęta, zrelaksowana, spokojna. Mój mąż spojrzał któregoś dnia w moje oczy i coś w nich zobaczył. Nie wiem co. Nie chce powiedzieć po dziś dzień. Ale wtedy skierował do mnie te słowa: "Zaufam Ci, pójdźmy tą drogą".
I ruszyliśmy do przodu.
Gdy odchodziliśmy od drogowskazu zobaczyłam, pierwszy raz, że na tym zadupiu nie byłam sama. Zobaczyłam ogromny tłum. Wśród tego tłumu, wielu ludzi miało wciąż zabetonowane nogi. Niektórzy wyglądali jak cienie, inni jak duchy... Jak to możliwe, że wcześniej ich nie dostrzegałam?
Znacie dalszą część tej historii. Wiecie, że droga, którą wybraliśmy zaprowadziła nas do wielkiej miłości. Do spełnienia marzenia o macierzyństwie. Do świata, o który walczyliśmy.
Ale to nie była jedyna droga. I nie był to wybór jeden z dwóch. Dróg jest wiele. Wystarczy przetrzeć oczy. Wystarczy się wsłuchać w siebie i w świat. I po prostu nie gnić w jednym miejscu. Nie pozwolić sobie na zabetonowanie nóg. Nieważne, czy chodzi o niepłodność...czy o zmianę pracy, miejsca zamieszkania, radykalny krok w chorym związku, czy inny wyniszczający problem. Ważne, by nie stać w miejscu.
I nawet, jeśli czujesz się tak strasznie samotny, i nawet jeśli myślisz, że jesteś w sytuacji bez wyjścia, to zawsze... obok Ciebie jest wielu w podobnej sytuacji, to zawsze przed Tobą stoi drogowskaz. Ty po prostu jesteś zbyt słaby, by to dostrzec. Zbyt zmęczony by skupić na tym swoje myśli. Zbyt obolały, by uwierzyć. Tylko Ty możesz zmienić swoje życie. Tylko Ty możesz przerwać stan, od którego chcesz się uwolnić.
Dziś, gdy zastanawiam się, co zobaczył mój mąż w moich oczach... To jestem pewna, że zobaczył Boga. Zobaczył miłość.
"Spędzę resztę życia w tym cholernym miejscu, wśród tych samych uczuć, emocji, pragnień i marzeń" - myślałam.
Czas i chyba mój wewnętrzny bunt, i niezgoda na tkwienie w miejscu, powoli rozłupywała ten ciężki balast u moich stóp.
Na tym moim wspomnianym wcześniej zadupiu nie było zupełnie pusto. Co więcej, były też drogowskazy, gdzie iść, by dotrzeć dalej. Nie raz słyszałam też historie tych, którym udało się dojść w nowe miejsca. Ale wtedy nie chciałam widzieć, ale wtedy nie chciałam słyszeć. Wolałam gnić.
I gniłam.
Trochę podgnita rozłupałam cały beton. Słabsza i bardziej delikatna niż kiedykolwiek przetarłam oczy, wytężyłam słuch. Teraz nadszedł czas, bym ruszyła się z zadupia. Wtedy przyjrzałam się bliżej drogowskazowi. Był taki stabilny. Na ogromnym, dębowym pniu przytwierdzone były tabliczki, kierujące w zupełnie różne kierunki:
-in vitro
-adopcja
Te dwie przyciągnęły moją uwagę. Mój mąż już przyszykował nam kanapki i z zapakowanym plecakiem czekał na drodze wskazanej przez pierwszą z nich.
Skąd wziąć siłę, gdy sama byłam podejrzanie niepewna, że to ta druga opcja zaprowadzi nas do celu... ?
Usiadłam pod tym dębowym pniem. I powoli zaczęłam czuć się coraz bardziej wypoczęta, zrelaksowana, spokojna. Mój mąż spojrzał któregoś dnia w moje oczy i coś w nich zobaczył. Nie wiem co. Nie chce powiedzieć po dziś dzień. Ale wtedy skierował do mnie te słowa: "Zaufam Ci, pójdźmy tą drogą".
I ruszyliśmy do przodu.
Gdy odchodziliśmy od drogowskazu zobaczyłam, pierwszy raz, że na tym zadupiu nie byłam sama. Zobaczyłam ogromny tłum. Wśród tego tłumu, wielu ludzi miało wciąż zabetonowane nogi. Niektórzy wyglądali jak cienie, inni jak duchy... Jak to możliwe, że wcześniej ich nie dostrzegałam?
Znacie dalszą część tej historii. Wiecie, że droga, którą wybraliśmy zaprowadziła nas do wielkiej miłości. Do spełnienia marzenia o macierzyństwie. Do świata, o który walczyliśmy.
Ale to nie była jedyna droga. I nie był to wybór jeden z dwóch. Dróg jest wiele. Wystarczy przetrzeć oczy. Wystarczy się wsłuchać w siebie i w świat. I po prostu nie gnić w jednym miejscu. Nie pozwolić sobie na zabetonowanie nóg. Nieważne, czy chodzi o niepłodność...czy o zmianę pracy, miejsca zamieszkania, radykalny krok w chorym związku, czy inny wyniszczający problem. Ważne, by nie stać w miejscu.
I nawet, jeśli czujesz się tak strasznie samotny, i nawet jeśli myślisz, że jesteś w sytuacji bez wyjścia, to zawsze... obok Ciebie jest wielu w podobnej sytuacji, to zawsze przed Tobą stoi drogowskaz. Ty po prostu jesteś zbyt słaby, by to dostrzec. Zbyt zmęczony by skupić na tym swoje myśli. Zbyt obolały, by uwierzyć. Tylko Ty możesz zmienić swoje życie. Tylko Ty możesz przerwać stan, od którego chcesz się uwolnić.
Dziś, gdy zastanawiam się, co zobaczył mój mąż w moich oczach... To jestem pewna, że zobaczył Boga. Zobaczył miłość.





