Wiedziałam, że ludzie są różni. Spodziewałam się rozmaitych komentarzy na temat mojej ciąży w odniesieniu do niedawnej adopcji. Tłumaczyłam sobie, że nie mogę obwiniać ludzi za to, co myślą, bo przede wszystkim jesteśmy stworzeniami ograniczonymi - często do własnych doświadczeń. Ale... sytuacja, którą Wam opiszę, spowodowała u mnie... niesamowity skok ciśnienia...
Ale najpierw chciałabym Wam podziękować. Za przepiękne komentarze pod ostatnim postem. Wiem, ze nie jedną z Was sporo kosztowały. Jak pięknymi jesteście ludźmi i jak bardzo Was podziwiam - nie jestem w stanie wyrazić. Ja... nie umiałam długo, bardzo długo cieszyć się z ciąż innych. Nawet w początkowym czasie po adopcji...Dopiero, gdy w pełni poczułam się mamą, gdy mój syn wypełnił moje serce miłością matki, gdy zatarł we mnie zupełnie ból i moją inność, wprowadzając w to miejsce...po prostu dumę i szczęście - do tematu ciąż podchodziłam z najprawdziwszą radością. A do siebie... z uśmiechem. Dlatego tym bardziej wiem, ile Was to kosztowało. Czytając Wasze życzenia płakałam, czułam ulgę, wzruszenie, wdzięczność... i wiarę, że pomimo lęków i mnóstwa możliwych przecież scenariuszy na świecie naprawdę są ludzie, którzy życzą nam dobrze. Bezinteresownie dobrze. Jesteście wspaniali, wiecie o tym? JESTEŚCIE.
A teraz trochę bardziej dołująca historia, pokazująca, że najciemniej jest gdzie? No pod latarnią oczywiście.
Godzina 16. Leoś nie chce spać, jest trochę marudny. Razem z moją mamą (która przyjechała mi pomóc) szykujemy się do kolędy. Mąż niestety jest w pracy. Dzwonią ministranci. Ksiądz zaraz przyjdzie. Pędzę na łeb na szyję, stroję Leośka, zmieniam kieckę. Na czas jesteśmy na dole, w salonie. Wchodzi ksiądz, staje obok mojej mamy trzymającej Leosia. Podnosi ręce do góry, zaczyna odmawiać "Ojcze nasz". Leoś unosi rączki identycznie jak on i próbuje złapać go za rękę. Ksiądz nie zwraca na niego uwagi. Ministranci uśmiechają się pod nosem, moja mama trzyma małego mocniej, ale on ma cel - dotknąć księdza. Siadamy do stołu. Ja idę dać ministrantom drobne. Wychodzą. A w międzyczasie ksiądz pyta jak dziecko ma na imię. "Leon" - mówi moja mama. "Pfffff" - z rozbawieniem prycha ksiądz.
Ok. Każdy ma prawo do swoich upodobań co do imion. Ale to prychnięcie było zbędne.
Szybka rozmowa, podczas której mówię, że synek jest adoptowany.
"Aaaa, nie możecie mieć SWOICH?" - rzecze zakonnik...
"Hmmm...(już nie chcę mu tłumaczyć, że to jest MOJE dziecko). Tak się okazało, że jestem teraz w ciąży." - odpowiadam.
"Och....no trudno... ( z rzeczywistym zmartwieniem wzdycha ksiądz!!!), to teraz będziecie musieli go i tak wychować...." - kiwa głową ze współczuciem ksiądz, patrząc na moje dziecko.
Wryło mnie w krzesło. Żałuję, że zareagowałam tak delikatnie.
"To moje największe szczęście, proszę księdza. Największy dar, za który jestem wdzięczna Panu Bogu i będę zawsze" - odpowiadam.
"Nie zapomnij podziękować za ciążę" - dodaje ksiądz.
"Dziękuję co dzień" - odpowiadam.
(Uwaga a teraz najlepsze!!!)
Już nie wiem nawet dlaczego, ale powiedziałam do księdza, że Leoś był chrzczony w naszej parafii 3 miesiące temu i że może go pamięta, bo płakał całą mszę
Na co ksiądz wziął kropidło, zmarszczył brwi, pokropił Leosia święconą wodą i dodał: " Hmmm. Nie syczy. To dobrze."
A ja nic nie odpowiedziałam. Czy mój mózg w tej ciąży zupełnie stracił swoją zdolność do riposty?
I jeszcze na koniec powiedziałam "Bóg zapłać". Tragifarsa. Jestem upośledzoną matką. Wybacz mi mój syneczku!
Muszę to powiedzieć głośno. Mój syn jest normalnym dzieckiem. Ma dwoje kochających rodziców.Wspaniałych dziadków. Cudowne ciocie i wujków. Jest wymodlony, wyczekany, wytęskniony, upragniony. Cieszy mnie każdy jego gest, każde słowo, każdy dzień z nim, mimo zmęczenia, jest piękniejszy niż mogłam przypuszczać. Cieszę się, że nie zaszłam w ciążę szybciej. Cieszę się, że Bóg z niespodziankami poczekał, aż odnalazłam moje dziecko. MOJE - bo nie mogę i nikt nie może powiedzieć, że to nie MOJE dziecko. On był nam przeznaczony. A w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny. Czekałam na tego chłopca. Wiem, bo pasował do dziury w moim życiu jak klucz do zamka. Dał mi wszystko to, co nie pozwalało mi poczuć się spełnioną. Przykre, że niektórzy ludzie mają tak płytkie i prymitywne myślenie, i odczuwanie. Współczuję. Tym bardziej przykre, gdy taką osobą jest ksiądz. Nie wiem, czy uda mi się donosić tę ciążę. Chciałabym, żeby tak było. Jest to dla mnie bardzo ważne. Ale równie ważne jest dla mnie dobro mojego Leosia. To cudowne dziecko. Wspaniałe. I każdy, absolutnie każdy, kto go poznaje, zachwyca się nim, jak my.
Kilka zdjęć z ostatniego miesiąca...
Bańki!
Chrupki :)
Pierwsza choinka Leosia. Malutka i poza zasięgiem rączek :)
"Siiii" - oglądamy ogień.
Białe tło fotograficzne to mój prezent od Gwiazdora :) Przydało się :)
Oglądamy wschód słońca w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia.



