9:19 PM

Dzień Mamy.

26 maja. Taka data, która przez ostatnie kilka lat wprowadzała mnie w stan głębokiej psychofizycznej matni. Dzień Mamy, Matki, Mamusi, Matuleńki, Mamuni... Przez 29 lat nie mój dzień.
Z oczywistych względów ten rok jest inny. Wczoraj obchodziłam swój pierwszy Dzień Matki.
I choć widziałam mojego synka zaledwie 30 minut to zapamiętam ten dzień do końca życia.

Napisałam wierszyk dla mojego synka w podziękowaniu za to, że mogłam dzięki niemu przeżyć swój pierwszy Dzień Mamy i że moje życie jest inne, lepsze, prawdziwe. Może przeczyta go, jak będzie dorosły, gdy mnie może już zabraknie i może zrozumie, może będzie wiedział, jak bardzo go kochałam i kocham i że nigdy, nigdy nie przestanę...
No nie jest to wierszyk dla dzieci.

- Mama-

Wczoraj wiało.
Deszcz, śnieg, zima.
Ona serce swe owija
w ciepły koc.
Jeszcze raz.
Jeszcze raz.
Okno, drzewo, pole.
Pustka.
Ciemny księżyc, 
duszna noc.
Gdzie ten ciepły oddech?

Dziś już jest.
Jestem.
Słońcem, ciepłem, 
lustrem Ciebie,
kokosowym mlekiem
słów.
Tylko tu.
Tylko nam.
 Czujesz jak pachnie bez?

Jutro się pogoda zmieni.
Podaj rękę.
Schroń się we mnie.
Zawsze obok Ciebie. 
Deszczem, słońcem,
w porach roku.
Nawet, gdy mnie już 
nie będzie.



Dziś wyszłam ze szpitala.  Trafiłam do niego 25 maja ze skurczami co 5 minut. Skurcze nie były bolesne, napinał mi się brzuch, tzn. ponoć macica. Rytmicznie, przez kilka godzin. Akurat miałam wizytę u swojej Pani ginekolog, która po krótkim badaniu wypisała skierowanie do szpitala i kazała jechać do niego natychmiast. Przyjęli mnie na patologię ciąży. KTG potwierdziło skurcze. Leżałam plackiem przez kilka godzin. Napinanie zaczęło mijać. Myślałam tylko ciągle, że to dopiero początek 30 tygodnia, że to jeszcze nie czas... Mała chyba usłyszała. Siedzi sobie nadal grzecznie w brzuszku. Waży 1500g i wcale nie jest jakimś gigantem. Wszystko jest ok. Szyjka się nie skróciła, rozwarcia też nie ma. Mam więcej odpoczywać. Dużo leżeć. Wcinać NO-SPĘ jak cukierki...

Podczas pobytu w szpitalu nasłuchałam się strasznych historii rodem z moich koszmarów... Zresztą co chwilę odbywały się tam nagłe cesarskie cięcia poprzedzone dziwnymi alarmami, które słychać było na całym oddziale (a sala operacyjna była naprzeciwko sali, na której leżałam)... Opieka położnych to jakiś skandal ( w wypisie napisano mi, że dostałam leki rozkurczowe, dzięki którym uzyskano poprawę, a nie dostałam nawet pół tabletki), jedzenie gorsze niż na internie i gastroenterologii, a w łazienkach grzyb na ścianach, brak papieru toaletowego i deski z klapą. Nic dziwnego, że większość pacjentek po tygodniowym pobycie na oddziale ma bakterie w moczu i w szyjce...  Koszmar.
A to wszystko w najlepszym, ponoć, szpitalu położniczym w Gdańsku - czyli na Klinicznej.
Jestem zniesmaczona. Poziomem empatii lekarzy ( i nie mówię tu o sobie, choć mi też się oberwało, ale o stosunku do kobiet w bardzo trudnych i zagrożonych ciążach), tonem wypowiedzi, brakiem informacji i zerowym jej przepływem oraz totalną ignorancją lekarzy... 
Ten pobyt jakoś mnie utwierdził, że nie chcę tam rodzić. Pozostaje mi więc w Trójmieście - Szpital na Zaspie... Jeszcze się zastanowię, ale w tej chwili mam mini traumę.


A na zdjęciu, oczywiście, ja i ON. Mój Skarb. Moje Szczęście. Mój najpiękniejszy prezent od życia.

2:40 PM

Wybory.

Dziś tylko jedno napiszę :)

Idźcie na wybory. 
Zagłosujcie w zgodzie z własnym sumieniem.
Nawet, jeśli wybór nie jest dla Was łatwy i oczywisty.

My niedawno wróciliśmy :)


9:02 PM

W sieci.

Internet zaczyna mnie przerażać. Hejterstwo szerzy się jak zaraza. Nigdy nie moderowałam komentarzy na moim blogu. Nawet tych wyjątkowo niepochlebnych. I nadal nie będę tego robić.  Trochę mnie to fascynuje - ta różnorodność opinii, sposób ich przedstawiania, argumentacja.  I chyba lubię takie swoiste studium osobowości ludzkich. Jednak im dłużej aktywnie JESTEM w sieci i odkąd poniekąd identyfikuję się z nią, poprzez bycie sobą na blogu - zaczynam  odbierać komentarze bardziej emocjonalnie, często biorąc je do siebie.
Czynników zapalnych ostrych dyskusji jest wiele. Z racji, że mój blog opisuje głównie sferę niepłodności i macierzyństwa, są to tematy pokrewne tej tematyce.
Dopóki nie byłam mamą, lub inaczej, dopóki byłam nią jedynie w moich marzeniach i wyobrażeniach, nie widziałam tego, co dziś dostrzegam tak wyraźnie...
Hejterstwo na portalach dotyczących celebrytów już nikogo nie dziwi. Komentarze pełne zawiści, zazdrości lub zwyczajnie prowokujące, będące celem co niektórych naiwnych ( czyt. po prostu nieświadomych) stały się codziennością. Podobny trend ( albo nawet silniejszy!) można dostrzec w mediach społecznościowych, portalach typu wp czy onet, czy obecnie w  tak bardzo żywo omawianym temacie wyborów prezydenckich...
Ale najbardziej zaskakuje i szokuje mnie szalone grono matek ( i nie mówię tu właściwie o moim blogu), które w sieci zamieszczają tak ordynarne, chamskie, żenujące i tragikomiczne komentarze, że po prostu opadają ręce.
Często zaglądam na fora internetowe.  M.in. takie, które dotyczą macierzyństwa, rozwoju dziecka etc. Czasem jest to jedyne miejsce, gdzie kobiety mogą opowiedzieć o swoich problemach. Poszukać porady, oparcia....
I tak np. pewna matka, pisze o swoim niespełna rocznym dziecku, które od 5 miesiąca życia nie przespało więcej niż 3 godzin w nocy, prosi o radę, zastanawia się czy może podać dziecku syrop na uspokojenie, który przepisał lekarz. Jest przemęczona i wykończona, snuje się jak cień, nic jej nie cieszy itp. W odpowiedzi słyszy, że takim jak ona powinno się odbierać dzieci, skoro nie umie sobie poradzić, że chce zatruć swoje własne dziecko chemią, że jest niedojrzała do roli matki itp.

Inna matka opisuje sceny histerii swojego dziecka - w sklepie, kościele, na ulicy. Mówi, że powoli puszczają jej nerwy, że ciężko jej sobie poradzić z emocjami. Niemal nikt jej nie wspiera, wszyscy oczerniają i oceniają. Prowokując pytaniami: "To może niedługo po prostu ją zbijesz? Co z ciebie za matka!"

Pod moim ostatnim postem zawrzało po tym, jak napisałam, że zamierzałam posłać 1,5 rocznego synka do żłobka...  

 Pewna mama opisuje swoją trudną drogę w karmieniu piersią. Drogę, którą, jak sama przyznaje z widocznym bólem i wyrzutem do samej siebie, zakończyła niepowodzeniem. W odpowiedzi słyszy, że dobra matka karmi swoje dziecko tym, co dla niego najlepsze, że bycie matką to umiejętność wyrzeczenia się swoich potrzeb, że ona nie karmiąc - poległa, zawiodła swoje dziecko... I że będzie winna chorobom i alergiom swojego dziecka.

Nic, tylko się pociąć... a nie, też nie ;) Bo przecież poród przez cesarskie cięcie to nie jest prawdziwy poród!!! Istnieje tylko jeden prawdziwy sposób na zostanie matką i jest nim poród naturalny ( co więcej, przeczytałam ostatnio w artykule (!) a nie w komentarzu, że dopiero akt porodu naturalnego czyni z kobiety matkę, jak można się domyślać, artykuł pisała nawiedzona położna)...

Kto pisze takie brednie? Jakim trzeba być człowiekiem, żeby oceniać drugiego  i czynić mu wyrzuty w często tak obrzydliwy i pełen pogardy sposób? 
Moim zdaniem, trzeba być człowiekiem bardzo małym. Takim, który buduje swoje poczucie własnej wartości na krzywdzie innych, takim, który nie szanuje cudzej wolności i odmienności, takim, który zupełnie pozbawiony jest empatii i rości sobie prawa do mówienia innym jak żyć... Czy naprawdę należy się przejmować zdaniem takich ludzi?

Czy to znaczy, że należy pisać o wyborach innych tylko pozytywnie? Absolutnie nie. Jestem za tym, by być szczerym, prawdziwym i autentycznym. I myślę, że kwestią kultury jest, by swoją opinię skonstruować w taki sposób, by nie obrażała tych, którzy tę opinię mają inną... Bo przecież każdy ma prawo do swojego zdania i właśnie to czyni nas, jako ludzkość, wyjątkowymi...

Macierzyństwo to nie tylko lukier. To czasem też łyżka dziegciu, odrobina goryczy. I myślę, że wielu z nas  zadaje sobie pytanie - czy jestem dobrym rodzicem? I sam fakt, że o tym myślimy sprawia, że stajemy się tym rodzicem jeszcze lepszym.  W moim odczuciu i postrzeganiu świata to nie fakt sposobu przyjścia na świat,  sposobu karmienia, posłania dziecka do żłobka czyni nas dobrym rodzicem. Dobry rodzić chce dać swoim dzieciom to, co najlepsze. Dlatego daje im miłość. Dlatego przyznaje się do błędów. Dlatego przeprasza i wybacza. 
Czy uda mi się sprostać temu wyzwaniu, jakie stawia mi życie? Czy ja będę takim dobrym rodzicem, o którym piszę?  Pewnie czas pokaże. A ocenią mnie, wiem to, za kilkanaście lat - moje dzieci.

Mam nadzieję, że nie będą hejterami ;)

 A to ja w 28 tc :)

8:06 PM

Tę pszczółkę, którą tu widzicie, zowią Leoś...

Jestem zmęczona. Brzuch mam już naprawdę wielki. Ciągnie mnie dość mocno. Często mam wrażenie, że brak mi powietrza. Pod żebrami czuję małe nóżki. Uciskają mnie niczym wsadzone tam kawałki drewna. Kopniaczki nie przypominają już muśnięć motylka... Nie mogę zawiązać sobie butów, a ubranie Leosia  na dwór sprawia mi okropny problem. Ciężko mi się schylać po prostu...

Szukam niani. Kogoś, kto przyjdzie mi pomóc w 9 miesiącu ciąży i zostanie ze mną przez najbliższy rok.. a może dłużej. Myślałam, że może synuś dostanie żłobek, który jest po drugiej stronie ulicy, ale niestety nie udało się, więc nie mam innego wyjścia. Ja ledwo już ogarniam naszą dwójkę. A gdy pojawi się mała, na pewno przyda mi się pomoc. Myślę, że właściwie to dobrze się stało, że Leoś nie dostał się do tego żłobka. Termin porodu mam na 6 sierpnia, a grupa rusza we wrześniu. To by było za dużo zmian, zbyt wiele stresu dla takiego maleństwa, jakim jest mój Szkrabik. A tak, mam nadzieję, znajdę kogoś już na lipiec, oswoimy się z nową Panią, ja będę mogła więcej czasu poświęcić synkowi, gdy opiekunka będzie w domu i mam nadzieję, że przejdziemy do tej naszej nowej codzienności w miarę bez większego szwanku. Bo że nie będzie lekko to oczywiście wiem :)

W łazience płytki już położone. Pozostaje gładź, malowanie i biały montaż. W przyszłym tygodniu koniec :) Już nie mogę się doczekać :)

Hormony mi buzują. Mąż mnie wkurza na każdym kroku. Kłócimy się przez 1/3 dnia. A potem nagle śmiejemy się, jak nigdy przedtem, z jakiś totalnych głupot. 
Zjadłabym wszystko co widzę - w telewizji, gazetach, w necie - a gdy nie mam w domu choćby substytutu tego przysmaku, robię się wściekła jak rozjuszony pies.

Leoś też jakiś rozdrażniony. Płacze i histeryzuje, i najchętniej nie wracałby do domu z podwórka. Dobrze, że mamy dom i ogródek. Gorzej, że synalek upodobał sobie zjadanie piasku, kamyków, keramzytu i innych nie do końca jadalnych rzeczy. A...no i w ogóle mam wrażenie, że Leoś w poprzednim wcieleniu był pszczołą. Do dziś siada we wszystkie kwiaty, które zakwitły nam w tym roku w ogródku, jakby chciał je zapylić...
:) :) :) :) :) :) :)






8:48 PM

Odpowiedzialność za wybory i odczuwanie szczęścia.

Nie mogę przejść obojętnie obok cierpień bliskich. Czasem jednak bywa tak, że nie mogę nic zrobić. Czytam Wasze blogi, czytam komentarze. Czasem nie potrafię odpowiedzieć, czasem nie wiem jak.

Cierpienie jest wpisane w nasze życie. Możemy biernie czekać na zmiany, pielęgnując w sobie poczucie winy i krzywdy, trwając w nieustającym, nieutulonym żalu, pełnym frustracji gniewie, w niemocy. Możemy.
Ale jednocześnie możemy wybrać inną drogę. Trudniejszą, ale zdecydowanie przynoszącą lepsze efekty.

Po pierwsze trzeba sobie postawić pytanie: Czy chcę być szczęśliwy?
 Większość z nas uzna to pytanie za retoryczne. Ważne jednak, by je zadać.

Teraz będzie nieco trudniej. Kolejne pytanie brzmi:  Czego chcę, czego potrzebuję, by to szczęście osiągnąć?
Zadając sobie to pytanie należy mieć na względzie fakt, że nikt za nas nie kieruje naszym życiem, że podejmując jakąś walkę, dążąc do wymarzonego celu, będę musiał/a coś poświęcić. Dorosłość polega na tym, by brać odpowiedzialność za nasze życie i wybory. Czy czujesz się dorosły? Jeśli nie to może czas dojrzeć?
Jednak to nie wszystko.

Pytanie kolejne: Dlaczego obecnie odczuwam taką frustrację, zniechęcenie, brak sił, ciągłą irytację?
Czy nie jest tak dlatego, że skupiasz się na rzeczach, na które zupełnie nie masz wpływu? Na zachowanie teściów, męża, szefa, stan swojego zdrowia, stan zdrowia innych? Czy wiesz, że w ten sposób skutecznie obniżasz jakość swojego życia? Robisz sobie niedźwiedzią przysługę... Nieodwracalnie marnujesz swoją energię na pogłębianie swojego złego samopoczucia.

Czujesz, że nie potrafisz żyć? Że nie zasługujesz na szczęście? Skąd w Tobie takie przekonanie?
Zadaj sobie kolejne pytania:
1) Czy jesteś odpowiedzialna/y za swoje wybory i działania?
2) Czy jesteś odpowiedzialna/y za to, jak traktujesz innych, co do nich mówisz, czy ich słuchasz?
3) Czy dotrzymujesz obietnic?
4) Czy akceptujesz różność i odmienność innych ludzi? Czy dopuszczasz ich odrębność?
5) Czy jesteś odpowiedzialna/y za jakość swojej komunikacji z innymi?
6) Czy jesteś odpowiedzialna/y za to jak spędzasz czas?
7) Czy jesteś odpowiedzialna/y za wybory, których dokonujesz?
I najważniejsze: czy wiesz i pamiętasz, że tylko TY (!!!), jesteś odpowiedzialna/y za realizację swoich pragnień. Nikt nie ma obowiązku spełniać Twoich życzeń. Jeśli masz pragnienia to do Ciebie należy znalezienie sposobu jak je zaspokoić, musisz wziąć odpowiedzialność za sformułowanie planu działania i jego realizację.

Jeżeli czujesz się na bezdrożu - nie załamuj się. Jeżeli czujesz się na bezdrożu kilka miesięcy -  gruntownie przeanalizuj sytuację. Jeżeli czujesz się na bezdrożu kilka lat - weź się w garść. Weź odpowiedzialność za swoje życie. Za swoje wybory. Za siebie.
Już. Teraz. Natychmiast.

Żyjesz tu i teraz. Pomyśl, co byś zrobił/a, gdyby to był ostatni miesiąc Twojego życia?
Szanuj czas. Nie dostaniesz go jeszcze raz...

(Do napisania tego postu natchnęły mnie słowa mojej bliskiej koleżanki, która zajmuje się COACHINGIEM PERSONALNYM. )

9:00 PM

27 tc

Czas mija tak szybko :) To już początek 3 trymestru. Dziś mieliśmy wizytę u znanego profesora w związku z domniemaną dziurką w serduszku małej. Niunia rzeczywiście dziurkę ma. Między przedsionkami. Ale w tej chwili dziurka zmalała o połowę i ma zaledwie 0,5 mm, więc są duże szanse, że zarośnie zupełnie, samoistnie przed porodem. Nie jest to wada zagrażająca zdrowiu. Poza tym z malutką wszystko dobrze. Rośnie, rośnie, rośnie. Ma 1200g. Lekarz poradził odstawić słodycze. Bo dziecko ponoć duże... Ale ja naprawdę nie jem jakoś szczególnie obficie. Na pewno mniej niż przed ciążą. Do tej pory przytyłam jakieś 7-8kg. 
Cieszę się strasznie, że wszystko z córeczką w porządku. Cieszę się też, że to już 7 miesiąc. I zaczynam się naprawdę bać porodu. Początkowo planowana była cesarka ( ze względu na chore jelita), ale obecnie na tapecie jest poród naturalny. Nie mam czasu i możliwości, żeby pójść do szkoły rodzenia. Mam nadzieję, że poradzę sobie z oddechem bez treningu ;)
Wybraliśmy imię - będzie Amelia :) ( Leon Zawodowiec już jest to do kompletu Amelia jak nic :)) Leoś uczy się imienia siostry. W jego języku brzmi: " Ama". (Tak samo brzmi słowo "amen" ;) )
Dziś rozpoczęliśmy remont łazienki. Długo, długo planowany. Ekipa pojawiła się z 3-tygodniowym poślizgiem. W końcu będę miała kibelek przy sypialni na górze, bo bieganie z dzieckiem, aby je umyć piętro niżej jest słabe, a w zaawansowanej ciąży - bardzo słabe ;) To samo dotyczy kilku nocnych przechadzek "na siku" ;)  
Tak prezentuje się "Ama" w 27 tc :)
 A tak domek "Amy" :)


8:17 PM

Ile mnie we mnie...

Wracam myślami do przeszłości. 
Kim byłam jeszcze rok temu? Co mnie definiowało? Kim jestem obecnie?
Choć wydawało mi się, że odpowiedzi są tak oczywiste... to jednak dziś jestem zdecydowanie zdziwiona zmianami, które zaszły...
Tak było rok temu - przeczytałam zeszłoroczne, kwietniowe posty... 
Uderzyły mnie. Wzruszyły. 
Minęło 365 dni. Nie czuję tamtych emocji. Nie jestem taka jak wtedy.  I choć je pamiętam, zatarły się we mnie. 
Wiem, że były mi potrzebne... Wiem, że były darem, dłońmi, które kształtowały moje ja, przygotowywały mnie do jednej z życiowych ról - do bycia matką.
Czuję dumę. Może to dziwne...ale dziś jestem z siebie dumna. Pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna... widzę w sobie z tamtych dni...światło, dobro, pewną mądrość... one zaprowadziły mnie w miejsce, w którym jestem obecnie. W moją codzienność, która dziś, wciąż, niezmiennie, wydaje mi się olbrzymim darem, nagrodą, ukojeniem i moją siłą...
Czy nadal mam w sobie to światło, o którym piszę? Czy nie zagubiłam mądrości, którą teraz dostrzegam we mnie z tamtych dni, czy nie straciłam jej żyjąc w chaosie codzienności, czy nie umknęła mi pomiędzy zmianą pieluszek, porami karmienia, albo czytaniem dziecięcych książeczek?
Myślę o tym wszystkim i z pewną rezerwą wysuwam odpowiedź. O wiele bardziej czuję, że jestem. Paradoksalnie, mniej mnie. Odnajduję się w roli matki, poznaję tę rolę, chłonę ją, zachwycam, a czasem...mam jej dość. Wcześniej takiej mnie nie było. 
Z jakiej siebie musiałam zrezygnować? I czy wywołało to we mnie jakieś dotkliwe uczucie braku, pustki?
Nie wiem do końca. Jestem jakby mniej wrażliwa. Mniej porusza mnie świat. Mocniej stąpam po ziemi. Mam często przyziemne potrzeby. Ale z całą pewnością - nie odczuwam pustki.

Mniej mnie we mnie. Mniej tamtej mnie. Ale mimo wszystko więcej  mnie. Jestem innym człowiekiem. Nową kobietą. Noszę w sobie stare rany, ale są one coraz mniej widoczne.
Tych zmian nie uczyniła we mnie ciąża. Te zmiany zrodziły się we mnie dzięki miłości. Byłam na nią gotowa. Wiedziałam, że muszę z czegoś zrezygnować, aby zyskać coś innego. Coś większego. Prawdziwe dzieło Boga - macierzyństwo.

Myśli o adopcji często rodzą się w człowieku spontanicznie. Czasem przychodzą po kilkunastu miesiącach nieskutecznych prób zajścia w ciążę. Czasem są wymarzoną drogą, pragnieniem z dzieciństwa. Czasem wydają się ostatecznością. Czasem karą. Czasem przyznaniem się do klęski. Czasem apelem o pomoc, wyrazem niemocy. Nie będę nikogo namawiać do adopcji - bo wydaje mi się, że nie tędy droga. Tak jak nikogo nie namawiam do tego, by wziął ślub, ani do tego, by zachodził w ciążę...

Wiem na pewno, że człowiek, którym zamieszkał 10 miesięcy temu w naszym domu jest moim synem. Nie mam najmniejszego problemu z faktem, że go nie urodziłam. Co więcej - to dzięki niemu urodziłam się ja. Nowa ja.

Dziękuję Ci z całego serca za mojego synka, Boże.
Dziękuję Ci z całego serca za nowe życie, Synku. Za nasze życie.







8:37 PM

Uwaga! Gryzę!

Leonek ma już 10 zębów. 4 kolejne w drodze. Nie da się tego nie zauważyć...tzn. chciałam powiedzieć, nie poczuć. Młody -  nauczony przytulania i całowania - już od jakiegoś czasu po całusku (czyli dotknięciu rodziców otwartą na maksa buźką), wykańcza całusek mocnym gryzem. I ok, jeśli całuje policzek, wystarczy się wtedy wysunąć i na twarzy pozostaje tylko delikatnie szczypiący, czerwony ślad. Gorzej, gdy obiektem całowania staje się nos...albo...
No właśnie - opowiem Wam historię ostatniego wieczoru - rodem z telewizyjnego programu 'Trudne sprawy'...
Zbliża się dobranocka. Mąż  wziął prysznic, ubrał się w czystą koszulkę i bokserki. Leoś bawi się autkiem na dywanie. Leżymy sobie przed telewizorem. W pewnym momencie synuś zapragnął przytulić się do nas i wdrapał się na kanapę. Położył się mężowi na nogi i zaczął razem z nami oglądać telewizję. Nagle, zupełnie niespodziewanie, mój mąż zaczął drzeć się jak poparzony. Leoś z przerażeniem spojrzał na tatę i szybkim susem skoczył w moje ramiona z miną zapowiadającą zbliżającą się rozpacz. Mój mąż umilkł i skulił się jak embrion. Trochę się przestraszyłam. Zaczęłam pytać, co się dzieje. Ale mąż, z grymasem bólu na twarzy, milczał.
Po dobrych kilku minutach, gdy Leoś, choć wtulony we mnie, rączką zaczął robić tatusiowi "cacy,cacy", mąż wycedził przez zaciśnięte zęby..."Leoś...ugryzł...mnie...w ... jądro...."

:) No cóż, nasz synek zaskakuje nas pomysłowością każdego dnia.

8:26 PM

Szyjemy króliczka.

Dziś wstawię tutorial, który przygotowywałam jeszcze przed świętami. Inspiracją do uszycia przedstawionego przeze mnie króliczka jest moja bliska koleżanka Ania, która niedawno została mamą i uszyła podobnego dla swojej córeczki ( tyle, że ona uszyła ręcznie, wielki szacun dla niej!!!).

1.Pierwszą rzeczą jest wykrój. W sieci takich jest mnóstwo. Ja korzystałam z wykrojów przedstawionych na blogu Ceramikowanie, czyli ceramika Gosi ---> Link do wykrojów
Wykroje zapisałam, wkleiłam do Worda, powiększyłam obrazek do wielkości strony A4 i wydrukowałam.
2. Następnie odrysowałam wykrój na materiale ( w moim przypadku materiał był prześwitujący i pozwalał odrysować linie z wykroju po podłożeniu wydrukowanych kartek pod spód materiału). Nie wycinałam poszczególnych elementów, tylko szyłam maszyną po narysowanych liniach.
 3. Dopiero po przeszyciu wszystkich elementów składowych króliczka, wycięłam je.
 3. Po wycięciu przeprasowałam wszystkie części i przewróciłam na prawą stronę przy użyciu grubych drutów (widoczne na zdjęciu).
 4.Wypychanie poszczególnych części ciała zwierzątka okazało się bardzo łatwe i szybkie. Użyłam do tego starych, dość tępych nożyczek. Chwytałam nimi skrawek waty i wciskałam nawet w najwęższe rączki i nóżki.

 5.Ostatnim zadaniem było zszycie wszystkiego do kupy. Chyba najwięcej problemów miałam z rączkami. Ostatecznie wycięłam dziurki w tułowiu i wszyłam rączki na lewej stronie. Wówczas ścieg nie był widoczny na zewnątrz. Dodatkowo można ozdobić króliczkowi twarz wyszywając nos i oczy.'Tak prezentuje się uszyty zwierzaczek.
Takich królików uszyłam sporo. Najpierw uszycie jednego zajmowało mi dwa dni,ale z biegiem czasu nabierałam wprawy i udawało mi się całość skończyć w mniej więcej 2h + czas na szycie ewentualnych ubranek.
Najnowszy Kicuś (na zdjęciach poniżej) został ubrany wczoraj i już w poniedziałek poleci pocztą wprost w ramiona słodkiego Antosia, synka bliskiej mi osoby :)



 Lubię szyć. Zachęcam i Was :)
Spójrzcie, czy dla takiego widoku nie warto poświęcić tych kilku godzin nad maszyną?


8:37 PM

Tęskniłam.

Coś się ze mną dzieje. Dopada mnie jakaś smętna melancholia. Kilka razy chciałam napisać posta, ale brakowało mi sił. Nie umiałam skupić myśli. Wolałam milczeć.
Początkiem mojego obecnego stanu była kłótnia z bliskimi, która w efekcie doprowadziła do tego, że nie pojechaliśmy do mojej rodziny na Wielkanoc, zostaliśmy w domu. To nie były złe święta. Były inne... nasze, ciepłe, rodzinne, ale gdzieś w środku mnie tlił się ból. Jakaś część mnie bardzo dobitnie domagała się innego rodzaju ciepła, czułam się samotna. Niesprawiedliwie potraktowana i okrutnie osądzona.

Zdałam sobie sprawę, że nie jestem studnią bez dna, że nie mogę tylko dawać, że nie mogę tylko słuchać... że chciałabym czasem też dostać trochę miłości, że czasem potrzebuję po ludzku pomocy, że chciałabym, żeby rodzina chciała mnie słuchać, żeby próbowali mnie zrozumieć... zamiast osądzać.
Tymczasem widzę, że moje życie, rozterki, problemy, bardziej obchodzą zupełnie obcych mi ludzi niż moją najbliższą rodzinę...

Czy to egoizm? Nie sądzę.

W pewnym momencie poczułam się skrajnie pusta w środku. Moje poczucie własnej wartości drastycznie spadło i zaczęło sięgać dna. Zrobiło się niebezpiecznie smutno i szaro.

Wiem, że to nie czas na wiosenną depresję. Do niej mi bardzo daleko. Dlatego automatycznie skierowałam moje myśli na to, co już osiągnęłam i mam. A przecież mam bardzo wiele. Ale jednak... coś wciąż mnie gniecie. Coś wciąż powoduje ucisk w moim gardle... Wciąż jest we mnie żal.
Nie zmienię przeszłości, nikt nie zwróci mi dzieciństwa i nie zamieni go w jasne wspomnienie, jedyne co mi pozostaje, to potraktować wszystkie smutne chwile w moim życiu jako dar. Jako coś, co ukształtowało mnie i sprawiło, że dziś jestem taka, jaka jestem.
Tylko, czy to jaka jestem to powód do dumy? Czy taka chciałam być? I czy jestem w stanie się zmienić?

Potrzebuję przyjaciela. Potrzebuję mamy. A przecież sama jestem mamą. Niedługo stanę się nią dla kolejnej małej osóbki. Nie czas na takie rozterki... Teraz jest czas, by stawać się silną, by tę siłę móc dawać moim dzieciom.

Nie będę układać tego postu w logiczną całość. Wybaczcie mi chaos myśli. Wybaczcie nadmierną szczerość i żal. Musiałam to z siebie wyrzucić.

Dopiszę tylko, że...
1) Leoś rośnie jak na drożdżach. Jest światłem mojego życia. Codzienną radością, powodem do uśmiechu i sensem życia. W jego pięknych oczach widzę sens mojego cierpienia sprzed kilkunastu miesięcy. Najcudowniejszy z cudnych - jedyny taki, mój, mój syn. Jest najpiękniejszym darem jaki kiedykolwiek otrzymałam. Niewypowiedzianym szczęściem. ( na zdjęciu w czapce i chustce, które mu uszyłam ze starej koszulki)


2) Dziś miałam drugie badanie prenatalne. W brzuchu jest na 100% dziewczyneczka o wadze ok.660g. Wygląda na zdrową,  przepływy maciczne mam w normie ( badane, bo codziennie przyjmuję zastrzyki z heparyny). Jedynie w serduszku małej, pomiędzy przegrodami, być może jest 1mm dziurka. Wymaga to dalszej diagnostyki za ok.6 tyg. Musimy się zgłosić na echo serca.
Oto nasza druga gwiazda. Mówią, że podobna do mnie :) Ale ja tam widzę męża usta i śmieszną pieczarkę <3

3) A ja coraz grubsza. Ale na szczęście tyję głównie w brzuchu ( który mam już całkiem spory). Ważę 62 kg. W nic już nie wchodzę. Poszyłam sobie ciążowe getry i spodnie. Trochę spadają, bo jak zwykle się nie przyłożyłam do roboty tak, jakbym mogła.

 A teraz dość użalania. Stęskniłam się za Wami.

PS. Detektor tętna AngelSounds to dla mnie wynalazek CUD. Uspokoił mnie bardzo. Szczerze polecam. A dziewczynom, które mi go poleciły, serdecznie dziękuję <3

10:42 AM

Bobosłownik 13-miesięczniaka :)

Odkąd Leoś pojawił się w naszym życiu marzyłam, że będzie komunikatywny. Wszystkie odgłosy zapisywałam skrzętnie w jego albumie...
Odkąd mały skończył 10 miesięcy zauważyłam, że rozumie niemal wszystko co do niego mówię. Obecnie potrafi przynieść i zanieść rzecz, o którą go proszę. Odnaleźć zabawkę, której wspólnie szukamy. Na słowa: "idziemy na dwór", biegnie i staje przy szafie z ubraniami i butami. No generalnie, jeśli ma dobry humor to reaguje na wszystkie polecenia.
Coraz więcej mówi, a słowa brzmią prześmiesznie :)
mama - mama
tata - tata
tatuś - tatu
babcia - baba
babciuś - baciu
dziadzia - dziadzia
lampa - bampa
smaczne - mnam mnam
smoczek - niania, nan
piesek - łałałał
kotek - maaaa
gołąbek - grrrrrrgrrr
krowa - maaaaaa (a czasem nawet mam lub mama, hahahaha)
lew - raaaaar
mleko - niamde ;)
wujek - łuła
bułka - be
dwór - dada
papa - papa
Hania - Aaaaawa
auto - brmmm, brrmmm
nie- nie,nie
gorące - fffffyyy (przykłada łapkę do buźki)

Jak widać, choć słownik nie jest bogaty, bo synuś używa kilkunastu słów - to są to dla mnie najpiękniejsze słowa świata :) I nawet nie wyobrażacie sobie jak często przyprawiają mnie o niepohamowany atak śmiechu. Dla przykładu sytuacja z zeszłego tygodnia.

Do Leosia przyjechała 1,5-roczna kuzynka Zuzia. Gdy mały ją zobaczył, na jego słodkim buziaku wyrósł uśmiech od ucha do ucha. Natychmiast chciał ją ukochać ( przytula wszystko, co wyzwala w nim pozytywne emocje, ma to po mnie :) ). Zuzia do "tulaśnych" nie należy. Więc w moim salonie rozpoczęła się zabawa w "złapię Cię, złapię Cię". Zuzia okazała się szybsza. Jednak w końcu się zmęczyła, oparła o kanapę. Tę krótką chwilę wykorzystał Leoncjo. Podbiegł do niej i złapał ją za pupę, a następnie przytulił się do jej pleców. Wyglądało to komicznie. Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.
A mój mąż mówi do synka:
"Leoś, ale z Ciebie pies na baby".
"Łałałałałał łałałałał" - zaszczekał w odpowiedzi Leoś.

Jezu, jak ja kocham to moje dziecko :)





8:07 AM

Wiosna!

W końcu wiosna. Od dawna marzą mi się spacerki z Leosiem, pikniki w parku, słońce i temperatura w granicach 20 stopni :)
Zagalopowałam się, co? Pewnie na ten czas muszę jeszcze trochę poczekać. Ale 21 marca zawsze kojarzy mi się z początkiem najpiękniejszego okresu w roku.
Leoś dziś pierwszy raz od 4 dni nie miał gorączki w nocy. Wyniki krwi i moczu małego - w normie. Stawiamy na trzydniówkę. Poza tym Szkrab - jeszcze śpi, a to już 8! Już nie pamiętam dnia, w którym wstałam przed synkiem. No a dziś - jest ten dzień :) Ja nie mogłam spać już od 5...
Ból lewego boku minął. Lekarka ( z przypadku, nie moja prowadząca) nie zrobiła mi usg (bo miałam robione 11 marca), ale oceniła szyjkę macicy i jej napięcie. Stwierdziła, że nie widzi powodów do niepokoju i że jej zdaniem ból pochodzi od jelit ( na jelita obecnie najłatwiej im zgonić...).
A co do ruchów - to zamiast mnie uspokoić to mnie jeszcze bardziej nakręciła. I chyba przez te jej słowa tak słabo śpię. Powiedziała, że słabe ruchy są powodem do niepokoju, ale że nie mam się tym przejmować, bo i tak nic nie mogę zrobić. Dziecko nie przeżyje jeszcze przez najbliższe 4 tygodnie.
Za 4 tygodnie będzie można ewentualnie ingerować...
Wyszłam od niej z jeszcze cięższym sercem...
Mała się rusza. Codziennie. Ale nieregularnie. Czasem dość intensywnie ( w dzień jak byłam u lekarki), czasem bardzo słabo. Łożysko mam na przedniej ścianie macicy, wiem, że to może trochę zmniejszać odczucia ruchów płodu. W komentarzach poleciłyście mi - detektor tętna płodu. Czy rzeczywiście jest on przydatnym narzędziem i czy takiemu laikowi jak ja - uda się odszukać tętno dziecka i nie pomylić z własnym ( o połowę mniejszym) tętnem?
A to mój 20 tygodniowy brzuch.

Klik!

TOP