Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczęście. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczęście. Pokaż wszystkie posty

8:48 PM

Odpowiedzialność za wybory i odczuwanie szczęścia.

Nie mogę przejść obojętnie obok cierpień bliskich. Czasem jednak bywa tak, że nie mogę nic zrobić. Czytam Wasze blogi, czytam komentarze. Czasem nie potrafię odpowiedzieć, czasem nie wiem jak.

Cierpienie jest wpisane w nasze życie. Możemy biernie czekać na zmiany, pielęgnując w sobie poczucie winy i krzywdy, trwając w nieustającym, nieutulonym żalu, pełnym frustracji gniewie, w niemocy. Możemy.
Ale jednocześnie możemy wybrać inną drogę. Trudniejszą, ale zdecydowanie przynoszącą lepsze efekty.

Po pierwsze trzeba sobie postawić pytanie: Czy chcę być szczęśliwy?
 Większość z nas uzna to pytanie za retoryczne. Ważne jednak, by je zadać.

Teraz będzie nieco trudniej. Kolejne pytanie brzmi:  Czego chcę, czego potrzebuję, by to szczęście osiągnąć?
Zadając sobie to pytanie należy mieć na względzie fakt, że nikt za nas nie kieruje naszym życiem, że podejmując jakąś walkę, dążąc do wymarzonego celu, będę musiał/a coś poświęcić. Dorosłość polega na tym, by brać odpowiedzialność za nasze życie i wybory. Czy czujesz się dorosły? Jeśli nie to może czas dojrzeć?
Jednak to nie wszystko.

Pytanie kolejne: Dlaczego obecnie odczuwam taką frustrację, zniechęcenie, brak sił, ciągłą irytację?
Czy nie jest tak dlatego, że skupiasz się na rzeczach, na które zupełnie nie masz wpływu? Na zachowanie teściów, męża, szefa, stan swojego zdrowia, stan zdrowia innych? Czy wiesz, że w ten sposób skutecznie obniżasz jakość swojego życia? Robisz sobie niedźwiedzią przysługę... Nieodwracalnie marnujesz swoją energię na pogłębianie swojego złego samopoczucia.

Czujesz, że nie potrafisz żyć? Że nie zasługujesz na szczęście? Skąd w Tobie takie przekonanie?
Zadaj sobie kolejne pytania:
1) Czy jesteś odpowiedzialna/y za swoje wybory i działania?
2) Czy jesteś odpowiedzialna/y za to, jak traktujesz innych, co do nich mówisz, czy ich słuchasz?
3) Czy dotrzymujesz obietnic?
4) Czy akceptujesz różność i odmienność innych ludzi? Czy dopuszczasz ich odrębność?
5) Czy jesteś odpowiedzialna/y za jakość swojej komunikacji z innymi?
6) Czy jesteś odpowiedzialna/y za to jak spędzasz czas?
7) Czy jesteś odpowiedzialna/y za wybory, których dokonujesz?
I najważniejsze: czy wiesz i pamiętasz, że tylko TY (!!!), jesteś odpowiedzialna/y za realizację swoich pragnień. Nikt nie ma obowiązku spełniać Twoich życzeń. Jeśli masz pragnienia to do Ciebie należy znalezienie sposobu jak je zaspokoić, musisz wziąć odpowiedzialność za sformułowanie planu działania i jego realizację.

Jeżeli czujesz się na bezdrożu - nie załamuj się. Jeżeli czujesz się na bezdrożu kilka miesięcy -  gruntownie przeanalizuj sytuację. Jeżeli czujesz się na bezdrożu kilka lat - weź się w garść. Weź odpowiedzialność za swoje życie. Za swoje wybory. Za siebie.
Już. Teraz. Natychmiast.

Żyjesz tu i teraz. Pomyśl, co byś zrobił/a, gdyby to był ostatni miesiąc Twojego życia?
Szanuj czas. Nie dostaniesz go jeszcze raz...

(Do napisania tego postu natchnęły mnie słowa mojej bliskiej koleżanki, która zajmuje się COACHINGIEM PERSONALNYM. )

10:05 PM

Tadam!

I jest, nowy wygląd, nowe opisy!
Czuję się wzruszona, trochę to głupie, ale czuję się wzruszona własnym blogiem. Jego nowym wyglądem utożsamiającym nasze życie. Tym zapisem naszej drogi. I szczęściem, które jest mi dane przeżywać.  
Udało się. Odnalazłam siebie, sens życia, szczęście.
 Wam też się uda.

Dziś Leoś nie mógł zasnąć, a ja tak chciałam dokończyć całodniową pracę nad tłem i nagłówkiem do bloga. Umęczony, po 1,5h lulania, usnął na moich rękach. Podczas usypiania co jakiś czas głaskał mnie łapką po policzku albo kręcił kosmyk moich włosów. "Odlatywał" dobre 10 minut, a gdy usnął ...mimo mdlejących rąk...trzymałam go dalej. I płakałam. Ze szczęścia i miłości. A w tle Turnau&Umer śpiewali...

"(...)Kiedyś tam, będziesz miał dorosłą duszę,
Kiedyś tam, kiedyś tam...
Ale dziś jesteś mały jak okruszek,
Który los rzucił nam.
(...)
Kiedyś tam będziesz spodnie miał na szelkach,
Kiedyś tam, kiedyś tam…
Ale dziś jesteś mały jak muszelka,
Którą Los rzucił nam."

Mój mały okruszek, moja maleńka muszelka... Mój mały wszechświat w tym małym, kruchym, ale jakże silnym ciałku.

A teraz kilka informacji z naszego życia:

Mówiłam Wam, jak Leoś uwielbia się tulić? Jeśli nie biorę go na rączki dłużej niż 20 minut, nawołuje mnie, zaczyna popłakiwać, podnoszę go, a on obtacza mnie natychmiast swoimi ramionkami za szyję i wsysa mi skórę, jakby robił malinkę. A potem chichra się w głos z radości.
Śmiech dziecka jest zaraźliwy. To prawda, że "gdy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat"...

Mój mały Szkrab zaczął sam stawać. Podciąga się w łóżeczku i próbuje wytrzymać w pionowej pozycji jak najdłużej - tańczy wówczas przy barierce, a ja zanoszę się od śmiechu. On wtedy zerka na mnie ze zdziwieniem i sprzedaje mi ten swój uśmiech łobuza - ten mój ulubiony!!!

Lubimy na siebie patrzeć. Czasem dla zabawy udaję, że nie patrzę na synka.
 "Eeee! Eeeee! Baba brrr!" - nawołuje.
Udaję, że nie słyszę. I Bóg mi świadkiem, że mój 7-miesięczny Szkrabuś próbuje zawołać mnie po imieniu:
"Ałaaa, Ałaaaaa" - krzyczy, gdy długo nie reaguję.
No wtedy muszę się odwrócić i mówię:
"Po imieniu do mamusi nie mówimy. Jestem mama! MA-MA".
Synuś interpretuje to na swój sposób, czyli w Leosiowym tłumaczeniu:
"Uśmiech łobuza, raz proszę!"
:)

Szarpanie za włosy, szczypanie twarzy mój synek stosuje wszędzie i zawsze. Strasznie mnie to boli i złości. Czasem muszę się ostro przyhamować, żeby na niego nie krzyknąć.

Podczas jedzenie muszę Leośkowi zakładać 3 śliniaki. Pierwszy to taka chustka pod samą szyjkę. Drugi to zwykły śliniak. Trzeci to śliniak plastikowy, żeby mały nie przemókł. Ale pomimo przygotowanej przeze mnie tarczy antybrudzeniu się - po jedzeniu musimy się całkowicie przebrać, a czasem nawet wykąpać. Bo rączka z rękawem zawsze ląduje w buzi, gdy jest w niej największa porcja obiadku. A na kichanie przychodzi ochota właśnie wówczas, gdy mamusia włoży do ust sporą porcję kaszki.
Ale, że dzieci dzielą się na dwie grupy - czyste i szczęśliwe - wszyscy przecież wiedzą :)

Mogłabym tak bez końca. Ale zostawiam sobie na kolejne posty ;)

A na zdjęciu poniżej mój tancerz ;) Trochę musiałam go ukryć obrabiając zdjęcie, dbając o jego anonimowość ;)



PS. Materacyk zostanie obniżony dziś lub jutro - nie martwcie się, też widzę, że jest niebezpiecznie.

9:41 AM

Miękkie serce.

Dni mijają tak szybko. Mój Szkrab skończył już 7 miesięcy. Te ostatnie incydenty były chyba związane ze skokiem rozwojowym, mały rozgadał się aż miło :)
Zębów jednak brak, choć w buziaczku ląduje wszystko,co aktualnie mały trzyma w dłoni.

Stwierdzam, że Leoś zmiękczył mi serce. Chcę być w dobrych relacjach z bliskimi. Napisałam nawet smsa do męża siostry, żebyśmy zaczęły od nowa, zapominając o tym, co było złe. Na razie nie odpisała, ale ja wiem, że zrobiłam coś dobrego. Dałam od siebie, ile mogłam.

Jak to mówią - jak ktoś ma miękkie serce, to musi mieć twardą d...ę.
Chyba poćwiczę więc wzmacnianie pośladków.

A na zdjęciu Leo w szufladzie pod drzewem ;)

11:34 PM

"Mamamamama"

Wczoraj wieczorem, gdy na przewijaku zmieniałam Leośkowi pieluchę, spojrzał na mnie i poruszył usteczkami, z których popłynęło najpiękniejsze gaworzenie świata..."mamamama"...!!!!!!!
Od razu się poryczałam! Mówię: "Synuś, Ty powiedziałeś "mama"?"
Na co on mówi: "Bu".

I tyle na ten temat :) Więcej już tego nie usłyszałam.

Dziś też gaworzył. Tym razem brzmiało ono "bababababababababa" :)

Ależ to wspaniałe chwile, gdy Twoje dziecko nagle zaczyna robić coś nowego. Jestem taka szczęśliwa i dumna!!! :)

Ale to głupie :)



8:37 PM

"Dzidzia w aucie".

Cieszą mnie takie błahe rzeczy. Tysiące. Tysiące rzeczy, o których marzyłam, które sobie wyobrażałam jako nie-matka, których zazdrościłam innym matkom. I nie mówię tu o rzeczach oczywistych, takich jak: oglądanie rzeczy w sklepie dziecięcym, mój synuś w wózku czy  spacery.... Cieszą mnie również bardziej przyziemnie rzeczy, każda z nich mnie roztkliwia, czasem do łez... 

Np. brudna od ulewania sukienka - przypomina mi chwile, gdy odwiedzałam moją koleżankę od bliźniaczek i ona zawsze narzekała, że ma wrażenie, że czuć od niej rzygami. Ja jej zazdrościłam. Nie myślcie sobie, że w związku z tym chodzę cały dzień w obrzyganej sukience, a ślady spawów Leo traktuję niczym najbardziej zjawiskowe tatuaże...ale...no po prostu to mnie cieszy. Uśmiecham się do przeszłości i myślę - nareszcie...

Niesprana marchewka - ojjj, jak trudno ją doprać :) Za każdym razem, gdy patrzę na kolejną niedopraną tetrową pieluchę, uświadamiam sobie na nowo, że Leo naprawdę jest. Tu przy mnie, właśnie mój...

Fotelik na tylnym siedzeniu samochodu - i wszystko jest inne... I widzę siebie jadącą do pracy moim autem i zatrzymującą spojrzenie na każdym samochodzie, w którym ulokowany był dziecięcy fotelik... przywołujący moją tęsknotę, pogłębiający moją ówczesną obsesję... Dzięki tamtym tęsknotom dziś, czuję bardziej!

Łóżeczko w naszej sypialni. Tak, nareszcie czuję tu takie ciepło!

Zmęczenie - gdy tylko zaczyna mi doskwierać, gdy padam trupem, a przede mną jeszcze masa pracy - przypominam sobie moją niemoc podczas tęsknoty za dzieckiem. Moje robienie na siłę i jakąś taką nieumiejętność czerpania radości z tworzenia... Dziś zmęczenie jest fragmentem życia, a mam wrażenie, że wcześniej  zmęczenie było życiem...

Kupa tuż po zmianie pampersiaka - standard :) Moje dziecko jest burżujem jak nic - w brudne pieluchy nie rąbie :) <3

Butelki do mleka na blacie w kuchni, mata edukacyjna i grzechotki w salonie, kaczuszki i żabka do kąpieli mojego synka na parapecie, przeglądanie gazetek w poszukiwaniu najtańszych pampersów,  wszystkie zrobione przeze mnie rzeczy (bo okazało się, że są użyteczne) - bo namacalnie uświadamiają mi, że w naszym domu jest DZIECKO. NASZE DZIECKO.

Naklejka w samochodzie "Dzidzia w aucie" - bo marzyłam o tym, żeby w moim samochodzie zawisła. Bo nie jeden raz wyobrażałam sobie, że ją przyklejam. Z tego wszystkie mam aż dwie :) Jedną dostaliśmy w gratisie, drugą kupiłam taką wypasioną. Jest przepiękna.

Pisałam tego posta siedząc obok łóżeczka mojego synka, bo był marudny i nie mógł zasnąć. Post skończony, a mój synek słodko śpi... Minął miesiąc odkąd dostaliśmy pieczę... Niepodważalnie, niezaprzeczalnie, bezsprzecznie NAJWSPANIALSZY,  NAJPIĘKNIEJSZY, NAJPRAWDZIWSZY,  NAJWRAŻLIWSZY,  NAJGŁĘBSZY,  NAJWAŻNIEJSZY, NAJKRÓTSZY :) miesiąc mojego życia.

Ejjjj...Ty na górze, BOŻE...dziękuję!
DZIĘKUJĘ...dziękuję....dziękuję....






3:50 PM

Mężowóz.

Dziś będzie bardzo szczerze i bardzo intymnie. Dziś będzie o NIM. O moim mężu, czyli tacie. O tacie Leośka.

Pierwsze słowa o adopcji padły z moich ust jakieś 2 lata temu. Staraliśmy się o dziecko dość krótko, bo kilka miesięcy zaledwie. Ale innym udawało się od razu. A nam nie.

Ja wtedy patrzyłam na adopcję przez różowe i dość egoistyczne okulary. Jawiła mi się ona jako 100% pewna droga do osiągnięcia MOJEGO celu i spełnienia MOICH oczekiwań.
Bo przecież muszę mieć dziecko skoro chcę, już! Natychmiast! A każdy kolejny nieudany cykl sprowadzał mnie coraz niżej i coraz głębiej wkopywał pod ziemię. Uznałam, że to ratunek dla mojego "marnego" życia.

Mój mąż początkowo strasznie zirytował się moim pomysłem.
"Ja nie kocham wszystkich i wszystkiego" - powiedział - "może Tobie wydaje się to proste, ale mi nie. Niczego jeszcze nie spróbowaliśmy, przed nami dziesiątki różnych sposobów, inseminacje, in vitro...co Ty ze średniowiecza jesteś? Studia na politechnice skończyłaś, bioetykę miałaś,a zachowujesz się jak dewotka?"

"Daj mi spokój z tą adopcją".
"Nie chcę tego słuchać."
"Weź nie poruszaj przy mnie tego tematu, dołuje mnie."
"Przestań o tym gadać, nie masz ciekawszych tematów."
"Musisz być bardzo nieszczęśliwa ze mną, skoro Ci nie wystarczam, może się rozwiedź?"
"Przestań mnie zmuszać do rzeczy, których nie chcę. Dlaczego zawsze musi stanąć na Twoim?"
"To, że Tobie przychodzi to tak łatwo, to nie znaczy, że i mi przyjdzie. Może ja po prostu tego nie chcę, ok?"
"No i co ryczysz, nie wymuszaj na mnie."
"Weź się ogarnij, a co jak weźmiemy dziecko i dalej będziesz taka nieszczęśliwa? Kto wtedy będzie musiał się nim zajmować? Oczywiście ja."
"NIE, nie będę oglądał tych durnych amerykańskich łzawych filmików o adopcji, irytują mnie."
"Nie mam ochoty, żebyś czytała mi "Dzieci z chmur", mnie to nie dotyczy".

 W międzyczasie zaszłam w ciążę, którą poroniłam i po niej:

"Dobra, za rok pójdziemy do Ośrodka" ( rok wydawał się wiecznością, podczas której można zajść w ciążę kilka razy)
"No dobra mogę obejrzeć z Tobą te filmiki, ale tylko jeden."
"No za chwilę mi przeczytasz jedną kartkę "Dzieci z chmur"...no dobrze...to rozdział."
"Ok, możesz zadzwonić do Ośrodka, zapytać jak wygląda procedura."
"Po co Ty ślęczysz na tym blogu? Nie masz realnego życia?"
"Czuję się niepotrzebny. Skupiasz się tylko na myślach o dziecku. Do czego Ci w ogóle jestem?"
"Dla Ciebie nic się nie liczy poza dzieckiem. W ogóle się mną nie interesujesz, może Ty nie potrzebujesz męża?"
"Jak Cię poznałem to nie byłaś taka zdewociała, miałaś plany i ambicje, a teraz jakby Ci rozum odebrało".
"Tak, nie rozumiem Ciebie."
"Tak, boję się, że tego dziecka nie pokocham."
"Tak, mi nie przyjdzie tak łatwo pogodzenie się z tym, że jest chore, że ma FAS, albo jest upośledzone. Nie jestem Tobą Ala."

Jeszcze w trakcie trwania szkolenia wielokrotnie mąż się gdzieś wewnętrznie wahał.

"Nie wiedziałem, że to takie trudne. Nie wiem, czy dam radę. Dlaczego nie chcesz in vitro?"

Poszliśmy do kliniki. SPRÓBOWALIŚMY INSEMINACJI, nie pisałam o tym na blogu. Nie udało się. Ja wiedziałam, że się nie uda. Nie chciałam chyba nawet, żeby się udało. To były trudne uczucia, mieszane. Czułam, że zdradzam moje dziecko, to, o które tak bardzo walczę. Potem przyszły choroby i zakaz starań o dziecko. A potem przyszedł telefon. TEN telefon.
Byłam zdeterminowana w mojej walce o TO WŁAŚNIE dziecko. O żadne inne, uwierzcie mi... Czułam, że mnie do niego pcha coś magicznego. INSTYNKT...

Moi chłopcy właśnie śpią. Jeden po pracy, drugi po porannej zabawie. Ja mam oczy pełne łez, a w gardle grzęźnie mi głos...choć milczę.
Po Jego wielkim strachu i lęku przed adopcją...MIŁOŚĆ mojego męża do dziecka pojawiła się w nim szybciej niż we mnie. Mały skradł jego serce JEDNYM spojrzeniem. Ich zrodzona tak szybko, w okamgnieniu, miłość zapoczątkowała dopiero moją miłość. ONI są dla siebie stworzeni.
Wyglądają tak samo... 
Mam na komórce kilka takich zdjęć z pierwszego spotkania z Leo. Widać wózek,w którym jedzie Mały i wystające z niego nogi mojego męża. On po prostu siedział głową i tułowiem w gondoli, gadał do Bąbla i jechał równocześnie. Powstawał wówczas najpiękniejszy mężowóz świata <3!
To nie ja, a mój mąż wstaje nad ranem robić małemu mleczko, a gdy po nocnej zmianie wraca z pracy to On chce odbić małego po śniadaniu, zanim jeszcze pójdzie spać. I choć nie ma do Sancha takiej cierpliwości, jak ja... to wiem, że jest z NIEGO cholernie dumny.  W jego wyrazie twarzy coś się zmieniło, w jego posturze jest coś innego... Mój mąż dojrzał, jest ojcem. A ja jestem najdumniejszą ŻONĄ  mojego cudownego MĘŻA i najszczęśliwszą MAMĄ mojego najwspanialszego SYNKA.
I uwierzcie mi nie było łatwo. Nasze małżeństwo upadało i wstawało, kurczyło się i rozszerzało. Toczyliśmy zażartą batalię, wojnę chwilami, a nawet armagedon- ja byłam zdeterminowana, żeby wygrać.
I wiecie co?
Najlepsze jest to, że wygraliśmy...OBOJE.




3:55 PM

Sancho Pancho, synciu pinciu ;)

Oczywiście, nie pomyliłam się kilka miesięcy temu pisząc, że moje dziecko będzie miało tysiąc przezwisk ;) Ostatnio cały czas mówię do niego Sancho Pancho, synciu pinciu. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale tak samo wychodzi :) Mały jest też Kokoszniakiem, Pampersiakiem, Serduszkiem, Misiaczkiem, Myszką, Grubciem Pupciem, Smrodkiem (wiadomo kiedy), moim kochaniem, Słoneczkiem mamusi, Leoncjuszem Aktorzyną, Sówką, synkiem Muminkiem itp. itd.

Czy czuję się już mamą? Tak. Prawda jest taka, że nie miałam z tym większych problemów. Weszłam, a raczej wskoczyłam w tę nową rzeczywistość, jak wskakuje się "na bombę" do zimnego jeziora. I popłynęłam.

Czy jestem zmęczona? Tak. Bywam. Ale to takie dobre zmęczenie. Takie pozytywne.

Czy jestem spełniona? Tak. Naprawdę jestem. Jak już pisałam - niewyobrażalnie!

Czy tego oczekiwałam? No i to jest dobre pytanie. Nie wiem, czego oczekiwałam. Miałam jakieś wyobrażenia, ale na wszystkie brałam poprawkę. Bałam się marzyć za bardzo. Bałam się późniejszego rozczarowania. Wiem jedno, na pewno nie rozczarowałam się. Nawet, gdy nie wiem, jak pomóc Małemu,bo płacze, nie zamartwiam się. Nie spodziewałam się, że będę idealną matką. Staram się ze wszystkich sił nie zwariować. Pierwsze dni ciągle nosiłam go na rączkach, bałam się najmniejszego stęknięcia. Przez to on był przestymulowany. Z łóżeczka wyciągałam go, gdy tylko otworzył ślepka. Nie zdążył się jeszcze wybudzić. Teraz żyjemy bardziej na luzie, mamy czas dla siebie, ja mam czas dla siebie, rytm dnia codziennie jest zachowany w 80%. Kąpiel zawsze o 19.30, a potem sen. I o dziwo, mój synek potrafi bawić się sam :) Czasem nawet dobrą godzinę gada z zabawkami i turla się po kołdrze na podłodze niczym mały walec (mata edukacyjna jest już za mała). Trudno więc odpowiedzieć mi na pytanie, czy tego oczekiwałam. Wiem jednak, że nie śmiem chcieć więcej. Czuję się bogatym i szczęśliwym człowiekiem.

Czy przestałam myśleć o ciąży? Jeszcze nie. Taka jest prawda. Myślę, że mam nawyk wpatrywania się w swoje ciało. Gdzieś z tyłu głowy świeci mi się lampka z numerem dnia cyklu. Mam nadzieję, że to minie, albo, że przestanie mnie ten nawyk drażnić. Myślę, że drażni mnie dlatego, bo przypomina o bardzo ciężkim czasie mojego życia. Ale przecież ten etap minął! Już minął!!!

Czy chcę zajść w ciążę? Hmm... no ... prawda jest taka, że w tej chwili jestem w euforii, która pcha mnie ku niezliczonej gromadce dzieci. Macierzyństwo mnie porusza, wzrusza, wypełnia, uszczęśliwia, wynosi gdzieś na wyżyny mojej egzystencji, jest niesamowite. W tej chwili mogłabym zajść w ciążę. Mogłabym też w nią nie zajść. Chcę powiedzieć, że jest mi to obojętne, którą drogą przyjdzie do nas kolejne dziecko...Czy będzie to przez brzuszek, czy przez serduszko...nieważne... obie drogi są niezwykłe i obie drogi są prawdziwym cudem...Po prostu chciałabym mieć więcej dzieci. Ale to na tę chwilę... Później może się bardziej zmęczę i zmienię zdanie :) (od zawsze marzyłam o trójeczce dzieciaczków).

Czy zdecydujemy się na kolejną adopcję? Jest jeszcze za wcześnie na deklaracje. Nie wiem, jakie potrzeby będzie miał Leo. Ile będę musiała poświęcić mu czasu, uwagi itp. Na tę chwilę, jak pisałam powyżej, adoptowałabym nawet 5 takich Leośków. Jednak czas pokaże, jestem otwarta na to,co niesie nam los :)

Czy nasze małżeństwo się zmieniło? Bardzo. Wszystko jest inne. Mój mąż jest cudowny. Już mnie tak nie irytuje. Już od Niego nie uciekam wieczorem. I choć sił często brak na seks...to i ten dużo lepiej smakuje bez myśli, że robię to po coś, czego i tak nie osiągnę.
Wraca powoli kochanie się z kochania :) A już na pewno coś zmieniło się we mnie, chyba wyładniałam, bo nie mogę się od tego mojego Jedynego opędzić ;)

Jeśli chcecie wiedzieć coś więcej - pytajcie. Postaram się odpowiedzieć w komentarzach,albo w postach. I na pewno będę szczera.

Naprawdę, jesteśmy normalną rodzinką z trochę nietypowym startem. Są tego dobre i złe strony, jak wszystkiego.

Wczoraj mieliśmy gości. Była moja Kasia z rodzinką. Nasze dzieci się poznały. To było naprawdę wzruszające spotkanie! Dostaliśmy przepiękne prezenty i mamy piękne zdjęcia.

To my!

 A tak się witali nasi chłopcy :)


2:18 PM

Pan Parówka.

Dni mijają jeden za drugim. Są do siebie podobne, ale jednak inne. Moje serce jest chyba z gumy, bo choć wydaje mi się, że jest już przepełnione miłością to każdego dnia kocham bardziej, mocniej, silniej.
Mój synek jest wspaniały. Ma swój rytm dnia, który zachowujemy i dzięki temu wszyscy są zadowoleni i wypoczęci, a i w domu powoli staram się zachować porządek.
Dziś mieliśmy wizytę z OA, było bardzo przyjemnie :) Mały gaworzył, pierdział, ślinił się i śmiał. Szczęście w czystej postaci.
Wczoraj mieliśmy ciężki dzień. Moi chłopcy ledwo ten dzień przeżyli...I nie wiem, szczerze, który miał się gorzej... A wszystko  za sprawą...planowego szczepienia... 3 w życiu Leo, ale naszego wspólnego - pierwszego. Dzień był upalny i mały nie usnął podczas swojej przepołudniowej drzemki. Zapakowaliśmy Go w samochód i pojechaliśmy do przychodni. Droga trwała jakieś 5 min, ale Misiol usnął od razu. Już w gabinecie - na śpiocha - rozbierałam Go, a mąż trzymał synusiową ulubioną zabawkę - piszczącą ważkę, albo motyla - w naszym domu nazywaną Panem Parówką. Po rozebraniu i zważeniu ( 7590g) przystąpiliśmy do kłucia.
Jestem chyba podłą matką - podeszłam do tego zadaniowo. Mnie zresztą nigdy nie przerażały igły, pobierania krwi i inne. Od dziecka znosiłam je z uniesioną głową i z uśmiechem. Może dlatego nie rozczulałam się nad małym. Gdy pielęgniarka kłuła Leo, on aż cofnął się cały i rozdarł dziabarkę na całą przychodnię. Ja go trzymałam, a mąż namiętnie dusił Pana Parówkę, który piszczał niemiłosiernie. Po wszystkim i mąż, i synuś byli cali mokrzy. A ja spokojna i trochę ubawiona postawą mojego męża. Cały wieczór, aż do nocy, przed oczami miał "krewkę", która wypłynęła po ukłuciu synusiowej nózi.
Po powrocie do domu synuś odpadł. Spał 4h, aż zaczęłam się martwić i poszłam zmierzyć mu temperaturę. Była podwyższona - 37,5st., ale stwierdziłam, że nie ma się czym martwić, to normalne po szczepieniu. Jednak po kilku godzinach temperatura wzrosła do 38,6 i podałam mu dawkę paracetamolu w syropku. Wtedy nie było mi już do śmiechu. Przepłakałam pół wieczora, a w nocy co godzinę wstawałam mierzyć małemu temperaturę... Na szczęście spadła i teraz wszystko jest ok. Przez te upały udało mi się nauczyć Brzdąca zasypiać w swoim łóżeczku i uważam to za mój pierwszy wychowawczy sukces! :)
A...wracając do wspomnianego Pana Parówki... Po powrocie ze szczepienia próbowaliśmy rozbawić naszego Smyka. Tak jak zawsze piszcząc Panem Parówką. Jednak syn patrzył na swoją zabawkę z niekłamanym oburzeniem i z rozmachem odwracał głowę, tak jakby chciał powiedzieć:
"I Ty, przyjacielu, przeciwko mnie? Nie ochroniłeś mnie przed piku piku oszuście!"
 Tak teraz śpi mój Skarb.
 Standardowo - nóżka się chłodzi :)

10:31 PM

Mam skrzydła.

Chyba tak. Bo fruwam nad ziemią. Każdego dnia wyżej. Z moim Maleństwem sobie fruwamy. Bo, że On jest aniołkiem to już wiecie.
Dostrajamy się i gramy razem coraz piękniej.
Ostatnio u mnie było za dużo łzawych postów, a że wylewa się ze mnie żar miłości, ale nie chcę Was ciągle rozczulać (bo będzie zbyt nudno i powtarzalnie :P), to dziś krótko :)
Mały torcik dla dziadków był :)
 A tak śpi w upalny dzień mój Synuś.
 I dziś zjedliśmy pierwszą marchewkę! Ależ smakowała :) Aż piszczał :)

Z niecierpliwością czekam na kolejny dzień :)

10:03 PM

Pod powiekami.

     Kiedy zamykam oczy pod powiekami wciąż czai się ból. Wracają cienie przeszłości, tak bliskiej, wciąż tak niedalekiej... Nie zapomniałam cierpienia niepłodności, nie zapomniałam smaku tęsknoty za dzieckiem, nie zapomniałam, jak ciężko znosić poczucie bycia inną, gorszą...nawet jeśli jest się świadomym, że się gorszym nie jest. 
Nasze dziecko przyszło do nas tak niespodziewanie, zmieniło wszystko tak z dnia na dzień, intensywność zdarzeń nie pozwoliła nawet tego wszystkiego przemyśleć. Ja - tak bardzo wzruszająca się, płacząca wszędzie i zawsze - nie wypłakałam jeszcze tych wszystkich emocji i teraz powoli czuję, jak wzbiera we mnie ich ogrom.

Mój synek jest piękny. Piękniejszy od wszystkich innych synków i córeczek. Piękniejszy od moich marzeń, piękniejszy od wyobrażeń. Wiem, że każda mama czuje w taki sposób. Jestem więc najnormalniejszą mamą świata.
Jestem nią od 2 tygodni.
2 tygodnie. A dokładnie 15 dni znam mojego synka. 15 dni odkąd Go przytuliłam pierwszy raz... 
Nie umiem wyrazić słowami euforii, szaleństwa, fali miłości, która mnie zalała. Nie czuję się w najmniejszym stopniu gorsza od biologicznych matek, mam najwspanialszego synusia świata. KOCHAM GO. Nie zamieniłabym Go na żadnego innego... Jest idealny.

Bóg. Wciąż wraca do mnie to uczucie i wciąż jeszcze we mnie trwa... Tyle, że dziś zmienia swą barwę... Ty Boże słyszałeś moje prośby, Ty Boże kazałeś mu czekać, Ty Boże kazałeś czekać nam.
Miałeś swój cel. Dziś wiem, że Leoś jest naszym brakującym elementem. Tak po prostu. Tym fragmentem, bez którego moje życie wyciekało ze mnie... kapiąc powolnym strumieniem żalu,bólu, tęsknoty i rozczarowania.
Dziś Boże, chciałabym Cię przeprosić, podziękować i prosić o jeszcze jedno... chroń mojego synka od złego...

     Pod powiekami wciąż, jak łza, drży tamten czas. Powiem to, ten czas gorszy, najgorszy w moim życiu. Ta droga, która była bardziej wyboista, niż miałam siłę znieść. Ta droga, która była cięższa niż moje ramiona mogły unieść. Ta droga, która zaprowadziła mnie do SYNKA. 
I dlatego, gdy podnoszę powieki, otwieram oczy...i widzę moje szczęście - to wyśnione, wymarzone, wymodlone - to pragnę patrzeć, pragnę czuć, pragnę kochać jeszcze bardziej i nie chcę już zamykać oczu. I nie chcę już przesypiać nocy i dni. I nie chcę już pod powiekami szukać schronienia przed codziennością. Teraz chcę żyć. Mam po co, mam dla kogo. Znów jestem ciekawa i głodna jutra. A chwila, która trwa, to chwila, na którą czekałam całe życie. 
I nie ma w tych słowach zbędnego patosu.
I tak, tak... moje życie to film.
I niech słowa mojej ukochanej poetki przekażą wszystkim to, co czuję otwierając o 5 rano oczy i słysząc szelest kołdry budzącego się mojego szczęścia...

"Więc jesteś? 
Prosto z uchylonej jeszcze chwili? 
Sieć była jednooka, a ty przez to oko? 
Nie umiem się nadziwić, namilczeć się temu. 
Posłuchaj. jak mi prędko bije twoje serce."



 

Klik!

TOP