Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moimokiem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moimokiem. Pokaż wszystkie posty

9:49 PM

Spontanicznie.

Do tego tekstu miałam zamiar zabrać się za jakiś czas. Gdy będę mieć możliwość uzewnętrznić się, opowiedzieć Wam, nie w kilku słowach, a w elaboracie - jak wiele się dzieje, działo, zmieniło, albo zostało bez zmian w moim życiu.
Dziś jednak nie jest taki dzień. Tonę w sryliardzie papierów, nie oddanych sesji zdjęciowych, czasu mam tyle co kot napłakał ( a bo, że kota mamy to chyba wiecie :) ) ale przypadkowo też - dziś dotarł do nas nowy przyjaciel - odkurzacz Xiaomi - który wymagał zalogowania się przez pocztę, na której nie byłam od...ROKU.
I to mnię popchnęło, by sprawdzić komentarze na blogu- nie widziałam ich wcześniej. Coś mnie zniechęcało, sprawiało, że nie mogłam tu wejść...  To moja przerwa od bloga, internetu  ( byłam zmęczona tym, co usilnie starałam się zrobić - pisać za wszelką cenę). Potrzebowałam, (a może wciąż potrzebuję, nie wiem jeszcze) zdystansować, złapać oddech, odzyskać wenę, by tu być.
Bo ten blog - to mój pamiętnik. Setki litrów wylanych łez. To mój powiernik w chwilach najgorszych. To mój przyjaciel, tak wierny i prawdziwy, jak prawdziwi jesteście Wy.
Ten rok oddalenia się od tego bloga i od Was, coś mi dał i coś mi zabrał. Już nigdy nie zdołam wypełnić wspomnieniami 3 i 4 roku życia moich dzieci. Może też kogoś z Was uraziłam tym nagłym zniknięciem, kogoś kto był ze mną w gorszym i lepszym czasie,być może poczuł się przeze mnie odtrącony, tego też już nie zdołam naprawić...
Coś sprawiło, że tu dziś zajrzałam. I cieszę się. I chcę tu być. Czuję jakbym przyszła na kawę do starej przyjaciółki...
Tak myślę, że powoli wracam. Nie będzie to jednak miejsce, jakim chciałam je sprawić rok, półtora roku temu. Będzie to mój azyl tak jak bardzo,bardzo dawno temu. Gdy postawiłam pierwszą literę internetowym świecie.

Jeśli jeszcze ktoś tu jest to witam ponownie.
Tak wyglądamy po roku przerwy :)




10:37 PM

Wszystko, czego dziś chcę...

Kiedy patrzę dziś w lustro widzę kobietę.  Mimo, że wciąż nie wyglądam na swoje 33 lata, nie da się ukryć, że jestem dorosła. Że jestem matką. Żoną. Częściej Panią Alą niż Alą. Zmierzam się z tym i zaczynam rozumieć, że mijający czas się nie powtórzy. Nie zatrzymam go. Więc chcę żyć jak najpełniej. Właśnie teraz. Tu.

W łóżeczkach nie śpią już niemowlaki, tylko dzieci, które rano przychodzą do mojego łóżka i mówią: "Mamo, już jest dzień. Nie ma nocy. Wstań."
Staż mojego małżeństwa wydłuża się i - choć trudno mi w to uwierzyć - za 2 lata będziemy świętować nasze dziesięciolecie.

Ile udało Ci się osiągnąć w życiu? Czy jesteś ( nie zawsze, ale przeważnie) dokładnie tam, gdzie chciałaś być?Czy wciąż chcesz tam być?

Zadaję sobie to pytanie i gdy patrzę na roześmianą buźkę mojej córci i figlarne spojrzenie synka ... rozlewa się w moim brzuchu to samo ciepło co 3,5 roku temu, gdy trzymałam i kołysałam w ramionach mojego syna. TAK, to moje miejsce na ziemi.

Ale... nie jestem tylko mamą. Mam wiele innych potrzeb, o które mam prawo i obowiązek zadbać, by być w pełni szczęśliwą. I, co może być dla jednych oczywiste, a dla drugich nie do ogarnięcia,  spełnienie na innych płaszczyznach uczyni mnie jeszcze bardziej szczęśliwą mamą.

Prawie 10 lat pracowałam w szkole w Gdańsku, to była moja pierwsza praca, byłam młodziutka i pełna zapału i pasji. Oddałam się tej pracy bez reszty. Kochałam ją, bo kocham ludzi, zwłaszcza takich, którzy potrzebują pomocy, a ja mogłam im tę pomoc dać. Oczywiście, jak to w pracy, były wzloty i upadki, ale ostatecznie... byłam ceniona. Czułam się lubiana i niemal ze wszystkich stron otaczała mnie życzliwość. Jednak dzieląca mnie odległość ( 20 km przez centrum miasta Gdańsk) przy dwójce małych dzieci sprawiała, że czasami do domu wracałam po 19, a wychodziłam po 6 rano. I nigdy nie mogłam przewidzieć, kiedy akurat korki sprawią, że dojazd zamiast 40 minut zajmie mi 2h. Gdy dostałam propozycję pracy w szkole pod domem, byłam przerażona, ale niemal od razu wiedziałam, że nadszedł czas zmian. Bałam się. Cholernie . Ale stało się. W styczniu odeszłam z mojej szkoły matki. Tej, która mnie ukształtowała jako nauczyciela i wychowawcę, nauczyła uważności i empatii, cierpliwości i bardzo ciężkiej pracy w imię idei...
Przede mną nowe. I to "nowe" wywołuje we mnie przyjemny skurcz w brzuchu i ekscytację. Cofam się mentalnie w czasie o prawie dekadę...
Właśnie teraz widzę, jak bardzo potrzebowałam i potrzebuję nowych wyzwań, radości z odkrywania, zniecierpliwienia w oczekiwaniu. Jest mi z tym zabawnie, choć chwilami bywa trudno, ale...cieszę się. Czy ta nowa praca to będzie moje miejsce na ziemi? Nie wiem. Ale chcę spróbować. Chcę odbyć tę przygodę jeszcze raz. Odważyłam się. Nawet, jeśli ostatecznie przegram.

Czy oprócz dzieci i spełniania się w pasji i pracy, potrzebuję czegoś jeszcze?

Piszę to, a TEN o kim myślę, właśnie skręca soundbar ( spełnia się w swojej pasji). Ostatnio rozmawiając z niewiele starszą koleżanką z osłupieniem zrozumiałam, że ona chce mi powiedzieć, ze po latach związku nie ma co już liczyć na dawną namiętność. A ja się nie zgadzam i myślę, że trzeba o nią dbać, zabiegać. Może nie zawsze jest na to czas i ochota. Ale ja jestem szaloną romantyczką, wciąż lubię kolacje przy świecach, patrzenie w gwiazdy ( serio), przytulanie i głaskanie, wieczorne komedie romantyczne i dużo ciepłych słów, którymi przed snem mogłabym się otulić jak kocem. Nie ukrywam, że nie zawsze je dostaję. Czasami muszę o nie zawalczyć, czasami płacę słoną cenę za moje idylliczne wyobrażenie miłości, czasami muszę zrobić awanturę albo takowej wysłuchać, ale na szczęście taki mi się chłop trafił, co zawsze najpierw mówi "nie", a ostatecznie spełnia moje prośby ( czasem z kilkumiesięcznym poślizgiem, ale spełnia :)).
Czy to jest moje miejsce na ziemi? Czasem nie znam odpowiedzi na to pytanie. Ale właśnie wtedy, robię wszystko, by poczuć...że tak.

A jak to jest u Was? Czy wciąż czujecie się jedynymi, najważniejszymi? Czy poddałyście się, czy nadal walczycie? Jakie musicie ponosić koszty? Uważacie, że warto?

Mam 33 lata... teraz inaczej niż 5 lat temu ( gdy zakładałam bloga) patrzę na swoje życie. Wiem, czego chcę i doceniam, ogromnie doceniam, to co mam. Chciałabym, żeby ta wdzięczność nie minęła, bo ona sprawia, że dopóki mam tę moją miłość - mam wszystko. I gdziekolwiek się nie znajdę, jeśli moja rodzina będzie ze mną, dokładnie tam będzie moje miejsce na ziemi, mój prawdziwy dom.

A Ty? Gdzie masz swój DOM?

Czy biernie czekasz, czy walczysz, by się w nim znaleźć?

Zgodnie z prośbą pod ostatnim postem, wklejam link do mojego instagrama, na którym nasze aktualne dzieje :)



10:52 PM

Nie planuj matko, nie planuj ;)

Ehh, pewnie powinnam uderzyć się w pierś, albo choćby zaczerwienić. Mój #projekt24 miał mnie zobligować do wrzucania postów co kilka dni, a tymczasem życie popędziło tak, że nie zdołałam dotrzymać danego samej sobie słowa...
Takie posty czytane na innych blogach zawsze zwiastują koniec i klęskę ;)  Jak to będzie ze mną?
Niełatwo jest mi pogodzić bycie mamą, nauczycielką, fotografem (szczególnie w okresie przedświątecznym) z regularnym prowadzeniem bloga. Nawet moja mama powiedziała mi ostatnio, że muszę się ogarnąć i skupić się na tym, co dla mnie w tej chwili najważniejsze ( a są to bez dwóch zdań moje mordki kochane dwie) . Ale ilekroć pomyślę, by na jakiś czas zawiesić bloga, dostaję od kogoś wiadomość na fb, kto dziękuje mi, że jesteśmy,  kto pisze, że to wirtualne miejsce,  że nasza historia, pomogła mu w ciężkich chwilach i śledzi naszą codzienność i wtedy... myślę, że na razie nie mogę tego zrobić...
Jednocześnie też czuję, że potrzebuję się dookreślić, że potrzebuję czasu, by na nowo przemyśleć moje miejsce w sieci, bo to obecne nie do końca ... jest mną. Ale nie wiem, ile tego czasu potrzebuję i czy na pewno jestem gotowa, by Wasz wszystkich opuścić i z całą pewnością z częścią pożegnać się na zawsze...
Jeszcze nie wiem, co z tego wyniknie, może zmiana pracy ( która przecież już niedługo! Jestem bardzo podekscytowana!!!! :D), koniec studiów podyplomowych i mam nadzieje, że mniej chorób moich dzieci, sprawi, że zyskam więcej czasu, by tu wrócić z pełną pomysłów głową... może...
A może czas połączyć dwa moje blogi w jeden, by nie rozmieniać się na drobne i nie ciągnąć kilku srok za ogon ( prowadzę jeszcze jeden fanpage , fotograficzny). Na tę chwile jednak nie czuje tego tak do końca.
To nie jest moje pożegnanie, ale taki schyłek wieku, może zbliżający się koniec roku... chcę podziękować Wam za wszystkie lata, które tu ze mną spędziliście. Za historie opowiedziane w komentarzach, za moje za Was i Wasze za nas, trzymanie kciuków. Za pomysły, ciepło, wirtualne rozmowy i pełne nadziei oczekiwania słowa. To przez lata było moje intymne schronienie, do którego wpuszczałam Was , by wspólnie pośmiać się i popłakać. Bez Was, nie stworzyłabym tego, co nam się wspólnie udało. To Wy trzymaliście mnie za rękę w najtrudniejszych chwilach mojego życia. To Wy czekaliście razem ze mną na najważniejszy telefon, rozumieliście moje uczucie i potrzeby. Widzieliście, kiedy się smucę i kiedy cieszę. DZIĘKUJĘ WAM.
Cholercia, wzruszyłam się.

To co piszę nie oznacza, że odchodzę.  Nie jest to też usprawiedliwienie. Po prostu musiałam się podzielić moimi przemyśleniami, bo nie czuję się w porządku sama przed sobą.
Obiecałam sobie, że nawet jeśli zostanie jedna wierna dusza, która będzie naszym przyjacielem i będzie ciekawa co u nas, to nie przestanę pisać. A tą jedną wierną duszą..będę ja.

Dobra, koniec tego. #Projekt24, choć nie w pełni, wciąż jest przeze mnie realizowany :)
* dom świątecznie udekorowany
*choinka stoi
*podwórko ozdobione
*świąteczny wianek jest!
*świąteczny papier do pakowania prezentów - przygotowany
*świąteczny stroik zdobi stół
*świąteczne zdjęcia - zrobione
*pierników oczywiście aktualnie brak ( czyli idą święta!)
*prezenty kupione
*opłatek rodzinny ( taka pre-Wigilia z chrzestnymi dzieci, z którymi nie uda nam się spotkać do stycznia) - za nami
*świąteczny film - obejrzany
*świąteczna opowieść - przeczytana
*kolonoskopia i gastroskopia w świątecznej atmosferze - odbyta ;)
*włosy na święta- obcięte i "odżółcone" ;)!
* kiecka na Wigilię - kupiona ( nawet dwie :P)

W planach mam świąteczny filmik, który mi się marzy od lat. Chciałam, nagrać z dziećmi kolędę, ale Leoś nie jest urodzonym piosenkarzem...ale spróbujemy jeszcze. Może zainspiruję Was do tego. Wyobrażacie sobie taką tradycję? Co roku nagrywana kolęda? Za kilka lat wieczorem można by było usiąść po Wigilii i słuchać, oglądać te nagrane przez lata kolędy...
Aaaa! Aż mi ciepło w sercu na samą myśl <3

A na tę chwilę zapraszam Was na świąteczne zwiedzanie naszych grudniowych chwil :)



















1:37 PM

Nerwica i jesień w pełni.

Jestem i żyję. Wiem, że czasem tu jeszcze zaglądacie, nawet, gdy dłużej milczę... Ostatnio wspominałam mój projekt :"Zapamiętaj każdy dzień" ( znajdziecie go TU), niesamowite...ile ja miałam wtedy czasu ;)
Wrzesień i październik dość ostro dały mi się we znaki. Mimo, że pracę mam ustawioną na 3 dni w tygodniu ( ale pracuję po 9-10h dziennie, a jestem poza domem ponad 12), to nie mam po prostu na nic czasu. Już we wrześniu zaczęłam mieć problemy ze snem, pogorszyły mi się też jelita ( i to bardzo). Sterydy biorę już ponad pół roku i choć nie przytyłam znacznie, to moja buzia bardzo się zniekształciła. I nie miałam z tym problemu np. w wakacje, gdy czułam się naprawdę dobrze. Myślałam sobie wtedy - a co tam, to tylko buzia, liczy się zdrowie...to obecnie, gdy moja buzia wygląda jak księżyc w pełni,a jelita robią co chcą - to wkurzam się, ilekroć spojrzę w lustro. Unikam zdjęć jak ognia... ;/
W pracy zaczęłam dostawać nowe obowiązki  - jest ich tak wiele, że żeby ze wszystkich się wywiązać, siedzę codziennie do 23-24 przy laptopie...a i tak nie wyrabiam... A ja nie potrafię robić niczego na pół gwizdka... I to jest chyba mój problem. Nie potrafię odpuścić i dać sobie luzu. Nie muszę wszystkiego zrobić na 100%... Moj bezsenność się nasiliła, wszystko zaczęło mnie irytować i frustrować. W szkole zamiast kubka z kawą ( której i tak nigdy nie piję) robiłam sobie napar z potrojnej melisy. I nic. Nic, cholera jasna, nie pomagało.
A gdzie miejsce na bloga? No właśnie - zabrakło...

W zeszłym tygodniu moje życie nagle sprawiło mi małą rewolucję. Na drugiej wtorkowej przerwie odebrałam telefon. Dzwoniła Pani dyrektor ze szkoły w moim mieście, zaproponowała mi pracę od nowego semestru ( dzięki czemu zachowuję okres wypowiedzenia)... To nie była prosta decyzja. W mojej obecnej szkole pracuję prawie 10 lat. To tu nauczyłam się wszystkiego, ukierunkowałam to, kim chcę być w mojej nauczycielskiej drodze... poza tym teraz czuję się bardzo doceniania i szefostwo jest dla mnie wyrozumiałe. Ale mam dość dojeżdżania po 1,5h w jedną stronę, stresu, że jeśli zadzwonią z przedszkola czy żłobka, że któreś rzyga albo ma temperaturę... to dotrę po dzieci dopiero za 2,3h... I podjęłam decyzję. Zmieniam pracę.
Nadchodzi nowe, nieznane i nie wiem czy bardziej się cieszę, czy bardziej boję. Ale na pewno, mimo wszystko, taka zmiania jest mi potrzebna. Czuję, jakbym odmłodniała. Jakbym miała znowu prawo do błędów. I choć rozmowa z moim obecnym dyrektorem nie była łatwa, ani dla mnie, ani dla niego,choć przede mną więcej niewiadomych niż pewniaków, choć wszystko może nie pójść po mojej myśli i mogę żałować swojej decyzji... to śpię dużo lepiej...

 W wolnych chwilach, dla relaksu i w ramach hobby - wciąż fotografuję i to na coraz większą skalę.
Zapraszam Was na wspólny jesienny spacer.











A co u Was kochani? Jesień daje Wam popalić, czy raczej jest przyjaźnie do Was nastawiona?

9:17 AM

Tylko mnie kochaj.

Dziś o 22.02 nadejdzie ASTRONOMICZNA JESIEŃ. Ci, co są ze mną, choćby tylko na blogu, już jakiś czas, wiedzą, że nie jest to moja ulubiona pora roku. Jestem senna, zamulona, smutna i wiecznie głodna, ręce i stopy mam całe lodowate i chodzę, trzęsąc się z zimna, w trzech grubych swetrach, nawet, gdy wszyscy inni paradują w krótkich rękawkach.
Czasem myślę, że powinnam urodzić się w Portugalii albo Hiszpanii. Ale Polskę kocham, więc postaram się więcej nie narzekać :)

Cały ten tydzień byłam samotną matką. Mąż wyjechał na szkolenie do Warszawy i pierwszy raz odkąd mamy dzieci rozstaliśmy się na dłużej niż jedną noc. Tydzień minął dość koszmarnie. Mam spore problemy z zaostrzeniem WZGJ ( wrzodziejące zapalenie jelita), więc sił mniej i stres większy, a obowiązki nie poczekają, aż wyzdrowieję. Do pracy jadę godzinę, tyle samo z niej wracam, a tu dzieci trzeba obudzić, nakarmić, ubrać, umyć im zęby, zawieźć do żłobka i przedszkola...a potem odebrać przed 17 ( co było niemożliwe, bo mam zajęcia do 16.20, na szczęście pomogli mi teściowie). Maluchy płakały za tatą, czasem przez godzinę nawet, budziły się w nocy i prosiły, by je przytulił i żeby już był piątek... Wczoraj Leoś wymiotował i miał temperaturę, więc jestem na opiece. Dziś niby ok, ale boli go brzuszek i nóżki. Na szczęście już dziś wieczorem mąż wraca.<3 To podzielę stres na pół ;) i będzie mi lżej.

Jest jednak jeden plus tej całej sytuacji. Mój mąż nie jest wylewny ( zupełnie odwrotnie niż ja), nie żeby był zimny, ale ja mogłabym się tulić od rana do nocy, a on jest bardzo praktyczny, ciągle ma coś do zrobienia, wiecznie ma plan działania i nie ma czasu na takie...ehmm ...głupoty, częściej niż raz w ciągu dnia i to tuż przed snem. Zawsze twierdzi, że faceci tak mają. Ale ja wiem, że to zależy od człowieka. I staram się skupiać na wielu innych jego zaletach ( które już tylko nieliczni faceci mają) :) Przez lata naszej wspólnej drogi oswoiłam się z tym, ale to nie znaczy, że mi tego nie brakuje. Teraz, gdy wyjechał, naprawdę za nami tęsknił. Codziennie mówił mi tyle miłych rzeczy, że zaczęłam się zastanawiać, czy sobie tego nie nagrać na przyszłość i nie puszczać w kryzysowych sytuacjach :)

Powiedzcie mi szczerze, bo jestem bardzo, bardzo, bardzo (!) ciekawa, jak to jest u Was? Kto jest bardziej wylewny - Wy czy Wasi partnerzy? Czy czułość jest wyrażana u Was poprzez słowa, gesty, a może nie potrzebujecie tego, bo każdego dnia w inny sposób odczuwacie, że jesteście kochane i ważne?? I jak to jest z tą miłością? Czy to, jak pokazują ją w filmach i jak piszą o niej w książkach, ma przełożenie na codzienność i to taką, gdy pojawiają się problemy, dzieci i codzienność pełna trudności?




10:49 PM

Podsumowanie lipca.

Lipiec minął jak szalony... Dwa pierwsze tygodnie przechorowaliśmy, ale kolejne dwa były dla nas dużo bardziej łaskawe. 

Lista aktualności przedstawia się tak: 

  1.  Spędziliśmy czterodniowe wakacje we Wrocławiu
  2. Po powrocie do domu z Wrocławia ( dosłownie tuż po zdjęciu butów)  poszłam do łazienki, zgodnie z instrukcją z youtube'a zwinęłam przednie włosy w rulonik i ciachnęłam sobie grzywkę. Efekt - piorunujący. Dosłownie ;)
  3.  Skończyliśmy remont pokoju dzieci. Będzie o tym cały wpis :)
  4. Leoś ma niedosłuch 30 dB spowodowany przewlekłym wysiękowym obustronnym zapaleniem uszu ( trzeci migdał do usunięcia orzekł 4. laryngolog, którego odwiedziliśmy poszukując pomocy, poprzedni twierdzili, że migdał szczątkowy)
  5.  Mam endometriozę. Okazuje się, że bóle w bliźnie po cesarskim cięciu nie są niczym normalnym i że kichanie nie powinno sprawiać mi bólu, operacja za 2,3 miesiące.
  6.  Mela jakimś cudem się odpampersowała ( również na noc :D) i odsmoczkowała, dzięki czemu rozgadała się jak szalona.
  7.  Leo pożegnał butlę zgodnie z zaleceniem Pani logopedy i w nagrodę dostał "szczoteczkę eleklyczną jak tatuś".
  8. Odwiedziłam z Leo Panią psycholog w związku z kilkoma zmartwieniami na temat wrażliwości synka i póki co, moje zmartwienia są rozdmuchanymi lękami matki wariatki. Uff!
  9.  W tym tygodniu wyprawiamy 2. urodziny Meli ( szok! szok! szok po stokroć!)
  10.  Zostało mi 18 dni urlopu ( szok jak wyżej ;) )
  11.  Jestem już ponad miesiąc na sterydach, spuchła mi buzia i wyglądam trochę dziwnie, ale staram się patrzeć na pozytywy - a one są takie, że nie latam co 20 minut do toalety i mogę jeść co chcę, a nawet wypić kawę <3 (Fajnie jest  być zdrowym, doceniajcie to :) ) Do tego podniósł mi się poziom agresji - więc uważajcie, czasami się nie potrafię pohamować ;)
  12.  Nadal nie udało mi się zrealizować kilku moich wakacyjnych postanowień, m.in. nie przeczytałam żadnej książki dla osób w wieku 13+, prócz kilku przepisów Jamiego Olivera ;)
  13. Za kilkanaście dni mamy 7 rocznicę ślubu.
Dobra,  wyliczance mówimy STOP. 

Na koniec kilka słów jeszcze ode mnie... Potrzebowałam wytchnienia, oderwania się od rzeczywistości - tej w mojej głowie i tej wirtualnej, ulokowania mojej uwagi na mojej rodzinie - nie tylko na dzieciach, ale i na mężu. Mieliśmy ciężki, gorszy okres. Było chwilami tak źle, że chciałam uciec. Ten czas był mi potrzebny, musiałam obdarować nim najbliższych i najwazniejszych ludzi w moim życiu i dlatego prawie mnie tu nie było. Teraz jest lepiej. I mam nadzieję, że będzie coraz jaśniej i cieplej w naszym domu. Bo przecież nie można dać dzieciom lepszego życia niż życie wśród kochających się rodziców - mamy i taty, prawda?


9:19 PM

Przerwa do wakacji.

Moi kochani, przepraszam za milczenie. Niestety nie udaje mi się pogodzić nadmiaru obowiązków i blog na tym traci... A ja mam wyrzuty sumienia i ciągle z tyłu głowy pałęta mi się myśl, że Was zaniedbuję. Dlatego bardzo Was przepraszam, ale muszę zrobić miesięczną przerwę w nadawaniu. Cały czas jestem aktywna na instagramie, więc jeśli jesteście ciekawi co u nas to serdecznie zapraszam tu:

Tymczasem pozdrawiam Was serdecznie i do zobaczenia...latem! :) 
 

4:51 PM

Chore zatoki - jak je wyleczyć?

Na początek coś optymistycznego, wiosennego ( bo czekam na tę wiosnę i czekam, podejrzewam, że przepadła na dobre...):

A teraz bardziej posępnie...Wyobraźcie sobie, że dalej walczę z zatokami. Obecnie biorę drugi antybiotyk ( najpierw tydzień Clindamycyny - bez efektu, a teraz Moxyfloksacyna - kolejny tydzień). Mam dzięki temu taaaaką biegunkę, że pewnie skończy się zaostrzeniem zapalenia jelit i szpitalem. 
Ale do rzeczy - antybiotyki, które biorę, a przynajmniej pierwszy z nich - nie działa. Tak też wydaje się mojej Pani laryngolog, która, jak zobaczyła mnie po tygodniowej kuracji antybiotykiem to wysłała mnie pilnie na TK zatok. Rzeczywiście mam zawalone wszystkie zatoki i niedrożne ujścia, diagnoza brzmi niezrozumiale: Pansinusitis - a oznacza po prostu zapalenie zatok. U mnie wszystkich w obrębie twarzoczaszki.

Nie pozostaje mi nic innego - jak sięgnąć po medycynę naturalną - a Wy, moi kochani czytelnicy - jesteście niezastąpionym źródłem wiedzy.  Postaram się zatem posegregować wszystkie informacje.

Polecane sposoby na leczenie zatok:

1) Płukanie wodą z solą morską - na tej zasadzie działają IRIGASIN, FIXSIN. Ponieważ ja płukałam w początkowym stadium te moje chore zatoki kilka razy dziennie to opakowanie schodziło mi po upływie 3 dni. Spróbowałam sama przygotować taki roztwór i użyłam do tego soli kuchennej ( skład fixsinu to 100% chlorek sodu, czyli zwykła sól). Niestety, o dziwo, mimo, że przygotowałam dokładnie takie samo stężenie jak w oryginalnym FIXSINIE ( naważałam specjalną chemiczną wagą), płukanie zatok było bolesne i dawało wrażenie płukania samą wodą. Wszystko zmieniło się, gdy do przygotowania roztworu użyłam soli morskiej. Teraz już nawet nie naważam specjalnie dokładnie, tylko na oko, 1/3 łyżeczki do herbaty i uzupełniam ciepłą wodą do kreski na butelce (240ml).

2) Kolejny sposób to modyfikacja powyższego - do wody z solą dodaje się kilka kropli wody utlenionej lub płynu Lugola. 

3) Ssanie oleju - no ja jak zaczęłam o tym czytać, to mnie po prostu wbiło w fotel. No bo - jeżeli to jest takie dobre, jak to opisują, to dlaczego ja słyszę o tym pierwszy raz w moim 32-letnim życiu? I dlaczego to brzmi jak pomysł zaczerpnięty rodem z obgrzybiałej starej chaty znachorki ze średniowiecza? No i co to w ogóle znaczy - ssanie oleju? Okazało się, że ssanie oleju to inaczej płukanie jamy ustnej olejem kokosowym, słonecznikowym, sezamowym i innymi olejami. Stosowane przez okres kilkunastu nawet dni pomagają w detoksykacji organizmu, oczyszczają zatoki, jamę ustną, gardło, sprzyja poprawie jakości życia, ułatwia sen i wpływa na poprawę odporności organizmu. Czas takiej terapii powinien wynosić ok. 3 miesięcy.

Zaczęłam stosowanie oleju dzisiaj. Najpierw użyłam oleju kokosowego, który jest miły w smaku i samo płukanie nie jest nieprzyjemne. Jednak ja po ok. 2 minutach muszę wypluć zawartość jamy ustnej, gdyż podczas płukania olej miesza się ze śliną i mnie po prostu obrzydza. A ponieważ takie płukanie musi trwać 15-20 minut to muszę wymienić tę wyplutą porcję  na nową i cały proces staje się zbyt kosztowny. Zamieniłam olej kokosowy na zwykły olej słonecznikowy i bez problemu płuczę te 20 minut ( schodzi mi na takie płukanie 3/4 szklanki oleju). Czytałam różne opinie - niektórzy mają odruch wymiotny, inni nie mogą znieść smaku oleju w buzi. Mi to zupełnie nie przeszkadza. Bardzo ważna informacja jest taka, że po ssaniu oleju trzeba koniecznie dokładnie umyć zęby.
Po pierwszym użyciu nie zauważyłam większych zmian, choć mam wrażenie, że bardziej zatkały mi się uszy. Czytałam, że tak może być i należy to traktować jako dobry objaw.
4) inhalacje z dodatkiem olejku miętowego - stosowałam cały zeszły tydzień w postaci parówki - gotowałam wodę (500ml) z łyżeczką soli morskiej i po dopowadzeniu do wrzenia dodawałam kilka kropli olejku miętowego. Następnie nakładałam na głowę ręcznik i wdychałam gorącą parę, jednocześnie ogrzewając okolice twarzoczaszki ( czyli również chore zatoki). Inhalacje nebulizatorem nie pomogły mi w żadnym stopniu.

5) lekarstwa, które przyniosły mi ulgę:
  • sulfarinol krople -  jedyne lekarstwo, które odrobinę odetkało mi uszy
  • mucofluid spray + ACC - taki zestaw powoduje u mnie wypływanie wydzieliny zalegającej w zatokach
  • Nasodren - aerozol do nosa jest naturalnym ekstraktem ze świeżych bulw fiołka alpejskiego Cyclamen Europaeum L., kosztuje (bagatela!) ok.60zł i musi być zużyty przez okres 16 dni od momentu przygotowania. Po zaaplikowaniu do nosa masz wrażenie, że wlałeś sobie właśnie domestos i za chwilę eksploduje Ci głowa.  Jednak faktycznie ta wątpliwa przyjemność ma również pozytywny skutek - przez godzinę spływa z nosa i zatok zalegająca wydzielina. U mnie, po zastosowaniu zaczęła pojawiać się krew, nie przestaję jednak, stosuję dalej.
6) Masaż zatok i akupresura:
 7) stosowanie ostrych przypraw -  nie jestem ich zwolennikiem, głownie dlatego, że przy moim schorzeniu jelit są zakazane, działają przeczyszczającą i mogą wywołać stan zapalny w jelicie ( u osób chorych na CU lub Chorobę Leśniowskiego-Crohna). Aczkolwiek, każdy z nas wie, że jedząc meksykańskie burito cieknie nam z nosa - a to oznacza, że poprawia się ukrwieie błony śluzowej oraz upłynnia się śluz zalegający w nosie i zatokach.

Macie jeszcze jakieś skuteczne sposoby na chore zatoki? Chętnie uzupełnię moją listę ku potomnym, cierpiącym, jak ja! 

Zdrowej majówki Kochani <3

9:30 PM

Wszystko na chwilę.

Poświąteczne zapalenie zatok i uszu trzyma mnie w garści. Siedzę na zwolnieniu i staram się walczyć. Nie wiem, dlaczego czepiają się mnie tak choroby i głupio mi już nawet o tym pisać, ale...cholernie boli mnie lewa pięta. W środku. Nie bardzo mogę chodzić. Moja mama mówi, że to może być ostroga. W środę podejdę do ortopedy.

Myślałam, że wiosna przyniesie pogodę, słońce, radość...a tymczasem... Wokół dzieje się tak dużo trudnych rzeczy. Dwa tygodnie temu dowiedziałam się, że nagle...umarł mój kolega. Miał 32 lata. Nie wiem nawet, co mu się stało... Nie rozmawialiśmy od 4 lat, nie mamy wspólnych znajomych, jego konto zniknęło z fb... Ta wiadomość uderzyła mnie jak grom z jasnego nieba. Cały czas widzę jego uśmiechniętą twarz ( choć widzieliśmy się ostatnio 16 lat temu), pamiętam jego wyjątkowo pogodne usposobienie... Miał świetną pracę, młodą, piękną żonę, małe dziecko... :(
Czy to dlatego, że jestem już po 30-tce to zaczynam dostrzegać to, że wszystko ma kres? Czy to, że z lustra nie patrzy już na mnie dziewczyna, a spogląda dojrzała kobieta - to znak, że przemijam? Czy mam żyć tu i teraz i nie myśleć o tym, że jestem tu tylko na chwilę? I co mogę zrobić, by nie tracić żadnej z chwil?
Boję się. Tak jak  nigdy wcześniej ( przed 30-tką) bardzo chcę żyć. Chcę być z moimi dziećmi, pozwolić im dojrzewać w pełnym domu, patrzeć jak rosną, dorośleją. Chcę być radosną częścią ich wspomnień, ich domu, ich poczucia bezpieczeństwa...
Czuję, że czas to najcenniejsze, co mamy. Myślę sobie, że jak dzieci urosną to...przeczytam książkę, całą - od deski do deski, albo lepiej trzy, cztery...na plaży. Pójdę z dzieciakami na baseny i będziemy pływać goniąc się pod wodą...wyjedziemy w góry, w Bieszczady i będziemy siedzieć na łące pełnej kwiatów i jeść oscypki z żurawiną...a kilka lat później spełnimy nasze wielkie marzenie - pojedziemy do USA...zobaczę jak Leoś i Melka uczą się nowych rzeczy, zobaczę co będzie ich interesować i poznam ich pasje... będziemy jeździć na rowerach całą rodziną, zrobimy własną mapę naszych miejsc w okolicy... będę z Amelią chodzić na babskie zakupy i będziemy sobie wzajemnie malować paznokcie, będę jej zaplatać warkocze i robić upięcia na imprezy...poznam dziewczynę Leona, zobaczę jak mężnieje i dorasta... Zostanę babcią. Może nią zostanę, kto wie?
Jak czułabym się, mając świadomość, że to się nie stanie. Że mój zegar zatrzyma się szybciej niż przypuszczam...
Żyjemy, jakby końca miało nie być - prawda?

W sobotę była 1. rocznica śmierci mojej babci. To już rok. A ja nadal nie potrafię w to uwierzyć. Nadal wyrzucam sobie, że do niej nie zadzwoniłam dzień wcześniej, choć wiedziałam, że jest w szpitalu ( ale tata mówił, że wszystko już ok). Czasu nie cofnę...
Mogę być jedynie wdzięczna za to co mam, za czas, który już mi było dane przeżyć i mieć nadzieję, że moje marzenia się spełnią...

Przepraszam że zbombardowałam Was całym ładunkiem moich czarnych myśli. Nie służy mi aura tegorocznej "wiosny". Czekam, aż przyjdzie naprawdę. A Wy?




Ja i Melka na Wielkanocnym spacerze (Leoś pobiegł do przodu z moim bratem, a mąż robi zdjęcie).


8:03 AM

Wiosna w sercu - kwietniowa kartka z kalendarza.

No i przyszła wiosna. Razem z nią antybiotyk u mnie i kaszel moich.



Ostatnie dwa tygodnie to był hardcore. Może to zabawne, bo pracuję dopiero od 2,5 miesiąca, ale czekam już z niecierpliwością na wakacje, żeby w końcu... odpocząć, przeczytać książkę, nie sprawdzać poczty i e-dziennika 5 razy dziennie, nie odbierać telefonów po nocach od często sfrustrowanych i agresywnych rodziców, usypiać spokojnie i najlepiej z dziećmi o 20.30... Choć raz w tygodniu.

W tym tygodniu czeka mnie kolejny egzamin, tym razem z analizy matematycznej. Wyniki pierwszego egzaminu z algebry już mam, jest ok, więc odliczam do czerwca, żeby te zajęte przez studia weekendy znów mieć dla rodziny. Bo jak tak dalej pójdzie będę dumną matką 30+, z 2 studiami podyplomowymi z pedagogiki i matmy, do tego...rozwódką ;) I w sumie ten uśmiech na końcu jest zbędny..

A z rzeczy wspaniałych, radosnych i pięknych:

1) Pogoda jest CUDOWNA. 
Nie cały czas, ale bywa! W końcu wychodzimy na dwór. Wyjeżdżamy na wycieczki, wyciągnęliśmy zabawki przed domem, widzę taką radość na tych moich dziecięcych mordkach, że żyć się chce!


2) Mela rozgadała się na dobre! Czyli nieustannie mam stand up na żywo <3

Do 18 miesiąca gadała kilkanaście słów. Przy czym najczęściej : "dyda", "mama", "pepa". Teraz nagle zrobiła mega skok i z dnia na dzień zaczęła gadać...wszystko. No może naginam rzeczywistość, ale stara się nazywać każdą rzecz. Mówi proste zdania, np. "Mami!!! Popać tutam ! Kic kic" ( Mamo popatrz tutaj, królik).
Po powrocie ze żłobka opowiada więcej niż Leoś. Bo gdy jego pytam, jak było, odpowiada: "Dobrze".
A młoda: "Mama papa. Pani. Pupa. Tata placi. Mama." ( "Czyli pożegnałam się z mamą, bawiłam się z panią, zrobiłam kupę, tata był w pracy ( chyba, albo że wrócił i ich odebrał), wróciła mama" - niezłą mam kreatywność jako matka, nie? :D) 

Ostatnio np. poszliśmy we czwórkę do Rossmana. Mela siedziała w wózku i trzymała książeczkę. I nagle zaczyna z radością wykrzykiwać:
"Mam kuta! Mam kuta! Kuta! Kuta!"
Cały Rossman patrzy na nas. Ja patrzę na Melę.
"WTF?" - myślę sobie. "Co za kuta bez "s"".
"Mama! Mam kuta!".
Przyglądam się, patrzę o co jej chodzi, co się piętrzy w tej małej główce...a ona w książeczce znalazła kotka po prostu. I zamiast jak zawsze nazwać go "Mniau", to przeskoczyły jej w zwojach trybiki i powstał kuta. Jak ja Ją kocham!
No właśnie, ona mnie też. I Leona, i tatusia. Jest taką przylepą! Kopia mamuni :))) Co wieczór, gdy ją usypiam, ( a usypiamy razem w dużym łóżku), włazi na mnie, kładzie się na moich piersiach, robi mi pierdziawkę i mówi:" Mama, kokam, kokam." Uśmiecha się przy tym cudnie i całuje mnie rozkosznie. Także wszyscy się kochamy. Bo Leoś uskutecznia oznajmianie miłości od jakiegoś pół roku, co wieczór, przez piętnaście pierwszych minut :D

Dobra, ale żeby było skutecznie, sumiennie i klarownie:
Bobosłownik Melsona 19 miesięcy:

Mama, tata, babi i baba (babcia), dziadzia, dzidzia, Oci (Leoś!),Madzia, Malina (Malwina), Siś (Krzyś), Ola, dom, lala, Mela, ja, pić, popać (popatrz), maś(masz), pić, mniam mniam, pupa (kupa),sisiu (siusiu), bum bum, dada, opa, baja, wońć (włącz), daj, zwierzątka zna wszystkie, Misiu (jej obecnie ukochany przyjaciel), plunia (pielunia), kak (tak), nie, Ana i Eca (Anna i Elsa), tlaktol (traktor), myju myju, kokam (kocham), nódzia (nóżka), w placi ( w pracy), oko, noci (nos), budzia (buzia), wosi (włosy), uko (ucho), gowa (głowa),pajak (pająk), Lisynłe (Spiderman- bo Leoś ogląda Spidermana i tam jest piosenka po angielsku xD), kiakek (kwiatek),plasiaj (przepraszam), Kiti ( Hello Kitty), kuta (kot), a na Peppę mówi obecnie Pipa.  Więc czasem mamy kuta i pipę na raz :) ;) :D
Więcej teraz nie pamiętam :)



3) Leoś jest coraz bardziej samodzielny. Sam się rozbiera, częściowo ubiera, chodzi siku ( choć wciąż ma lęki i często musimy iść z nim). Coraz ładniej koloruje ( w końcu trafia w obszary do zamalowania, a nie zamazuje całą kartkę). Widzę też duży skok wiedzy, bardzo długo uczyłam go liczyć do 3. Żeby jako 3-latek to umiał. Czyli dwa miesiące temu po miesiącu powtarzania 1,2,3 - w końcu załapał. A wczoraj schodziliśmy ze schodów, ja jak zwykle liczyłam schodki, ale przestałam i poprosiłam Leosia, żeby liczył. Okazało się, że bardzo dobrze liczy do pięciu! :) Wiem, że są dzieci, które liczą w tym wieku do dwudziestu....i to po angielsku. Ale mnie to gila, cieszę się ogromnie z osiągnięć moich dzieci, jakoś dziwnie jak na mnie, bo generalnie cierpię na chorobliwą ambicję, nie spinam się i nie czuję, że mam potrzebę, żeby moje dzieci były genialne. Ponad wszystko chcę, żeby czuły się szczęśliwe i kochane.


I to jest chyba to, co niezmiennie zadziwia i kołysze mnie w macierzyństwie. Fala oksytocyny, która wciąż zalewa mnie...
... gdy wieczorem leżymy w łóżku i cztery małe łapki znienacka walą mnie w twarz, żeby sprawdzić, czy leżę obok. Gdy zamiast spać zaczynają opowiadać, co ich w danym dniu spotkało, gdy ciszę i mrok przerywa słodkie "Maaamoooo kocham!", "Kokam".
.... gdy obserwuję z radością skoki i rzut ciałem na odległość, gdy wracam z pracy.
...gdy patrzę na ich szczerość, radość życia, miłość do nas i do siebie.
...gdy pałaszują obiad po długim spacerze, a uszy naprawdę im się trzęsą.
...gdy pojawiają im się w oczach niezwykłe iskierki, bo właśnie na płocie siadł mały, uroczy ptaszek...
...gdy ktoś dzwoni do drzwi, a oni nie potrafią i nawet przecież nie starają się ukryć podekscytowania spotakniem z ...kimkolwiek :))
...gdy uczą mnie, nie robiąc nic nadzwyczajnego, szeregiem gestów, prostych słów, dotyków i potrzeb... że nie ma nic cenniejszego niż rodzina... I że ani pieniądze, ani świetna praca, ani wakacje w najurokliwszych kurortach, nie są warte więcej niż nasza bliskość, nasze chowanie się pod kołdrę i wymyślanie, że właśnie jesteśmy w kajucie, a obok na morzu trwa wielka burza, nasz wieczorny, do znudzenia powtarzalny rytuał usypiania i opowiadania bajek, nasze trzymanie się za rękę i głowa przy głowie... Moje uczucie wdzięczności, gdy myślę, że wszystko co mam to kwestia przypadku, wymodlonego cudu, łaski Boga...

I pomimo, że jestem zmęczona, że marudzę, miewam trudne i trudniejsze dni. Pomimo, że często ryję głową w ziemię, albo odbijam się od ścian....Gdybym mogła zatrzymać czas, to zrobiłabym to właśnie teraz.
 


Klik!

TOP