Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adopcyjna mama. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adopcyjna mama. Pokaż wszystkie posty

12:37 PM

Droga Niepłodna.

Cześć,
nie wiem, jak masz na imię i nie wiem, ile masz lat. Ludzie myślą, że niepłodność dotyka głównie ludzi po 40-tce, ale ja wiem, że to brednie i być może Ty nie mieścisz się w tym zbiorze. Nie znam Twojej historii, ale na pewno Twoja droga była cięższa niż mogę sobie wyobrazić. Masz tę przewagę, że możesz poznać moją historię - tu na blogu. Możesz poznać moje słabości. Przewertować moje chwile jedna za drugą.
Piszę do Ciebie, bo choć Cię nie znam, łączy nas jedno. Pragnienie dziecka. Pragnienie tak silne, że obezwładniające. Tak dojmujące, że odbierające chęci do życia. Zabierające jego radość. Zamykające w klatce niezrozumienia i samotności.
Nie wiem, na którym etapie walki jesteś. Nie wiem, jakie są Twoje szanse. Ale powiem Ci jedno - nie poddawaj się. Nie poddawaj się i walcz, ale rób to tak, by nie przegapić wszystkich możliwości.
Mam dwoje dzieci. Dwójkę wyjątkowych, wspaniałych, pięknych i rumianych szkrabów. Adoptowanego syna i biologiczną córkę. I choć to zdanie niesie w sobie jakiś ogrom trudnego ładunku emocjonalnego, to poza takim suchym opisem i naturalnymi różnicami między chłopcem a dziewczynką - nic moich dzieci w moim odczuciu nie różni.
Kiedyś myślałam o adopcji tak, jak opisują ją ludzie. "Czyli jak? "- zapytasz.
Oto moja odpowiedź:
1) Jako nastolatka myślałam, że jestem adoptowana , bo to byłaby odpowiedź na różnice jakie dostrzegałam pomiędzy moją rodziną a mną. To jawiło się jako objawienie. Wyzwolenie i odnalezienie mojej tożsamości.
Nie jestem adoptowana. A to pech ;)
2) Jako młoda dziewczyna, a potem kobieta, adopcja była owiana tajemnicą, nie należało o tym mówić głośno. Takie swoiste TABU. Pytanie dlaczego? Próbując sobie szczerze odpowiedzieć na to pytanie wczuwam się w siebie sprzed lat i myślę, że adopcja kojarzyła mi się z tragedią i odrzuceniem przez rodziców biologicznych. Ze wstydem, że się pochodzi z takiej a nie innej rodziny.
Dziś myślę, że musiałam być bardzo ograniczona w poglądach, niedojrzała i nieświadoma potęgi adopcji. Potęgi daru, jaki ona daje.
3)W końcu adopcja kojarzyła mi się jako coś "zamiast". Zamiast naturalnego poczęcia, ciąży, brzucha, USG, porodu i karmienia piersią. Jako alternatywa. Dość smutna i trudna alternatywa."Możesz zawsze adoptować" - mówią ludzie do tych starających się, po miesiącach, latach bezskutecznej walki. I kiedyś...też tak myślałam.
Dziś o adopcji myślę inaczej. Myślę o niej jasno, radośnie, pięknie. Nie chcę wprowadzać zbędnego patosu. Ale jako matka zarówno adopcyjna jak i biologiczna - szczerze powiem, że pierwsze chwile z moim synem wniosły tyle magii, że nie mogę tego porównać do niczego innego. Nawet do porodu. Być może to potęga pierworodnego, który jako pierwszy uczynił ze mnie matkę. A może po prostu...miłość.
Miłość, która nie zna podziałów na ado- i bio-. Wyobrażasz sobie największe żywioły? Tsunami? Potworne trzęsienia ziemi? Erupcję wulkanów? Widzisz je? Dostrzegasz ich potęgę?
No to taka właśnie miłość.
Dziś wiem też , że niestety nie "zawsze możesz adoptować". Czas na adopcję też się kończy. I choć różne ośrodki dają różne kryteria, to adopcja niemowlaka powyżej 40-tki staje się trudna. Tzn. nie niemożliwa. Ale trudna.
Tak, jeżeli nie chcesz in vitro, naprotechnologia pochłonęła już spory zapas oszczędności i stoisz w martwym punkcie - pomyśl o adopcji.
Tak, jeżeli jesteś po 4 a może 5 nieudanych transferach i czujesz, że brak Ci już sił - pomyśl o adopcji.
Tak, jeżeli po prostu chcesz być rodzicem. Chcesz założyć rodzinę. Pomyśl o adopcji.
Ale nie jako drodze zamiast. Nie jako alternatywie. Ty stoisz tu, a po drugiej stronie stoi człowiek. Jakiś mały, bezbronny, CZŁOWIEK. Który czeka na Ciebie. Na swoją szansę na życie. Normalne, pełne życie.
Nie musisz być idealny/a, by być idealnym rodzicem. Ale musisz kochać...umieć kochać bardziej kogoś niż siebie.

Po adopcji, po 4 miesiącach, zaszłam w ciążę. Niestety, często słyszę od znajomych, że jakiejś starającej się długo parze, opisywali nasz "przypadek": "Że adoptowali i potem urodzili swoje!". Nosz do k... nędzy, jak mnie trzęsie, gdy to słyszę. Jeżeli adopcja ma być środkiem do celu, a nie celem - odpuść sobie. Tzn. że jeszcze nie rozumiesz. Jeszcze nie kochasz tak bardzo. Zamiast rodziny możesz stworzyć potworka o kilku twarzach. Skrzywdzić, zranić - małego człowieka i siebie.

Co zrobić, by dojrzeć w takiej sytuacji? Nie wiem. Wsłuchaj się w siebie. Zadaj sobie kilka pytań. Zastanów się, co jest w życiu ważne. Dla każdego przecież to może być coś innego.
Uważam, że wolność wyboru to nasze wielkie bogactwo. Ogromne. Wiem też, że gdy ze wszystkich dróg po dziecko, zostaje nam tylko adopcja, możemy czuć się odarci z tej wolności. Zmuszeni do podążania ścieżką nie do końca przez nas wybraną. Jednak to nigdy nie jest jedyna opcja.
Nie każda kobieta musi mieć dziecko. Naprawdę nie każda. Nie każdy mężczyzna musi być ojcem. Bezdzietność też ma swoje plusy i też jest dla kogoś przeznaczona.
Ale czy dla Ciebie?

Decyzja o dziecku to nie tylko decyzja tu i teraz. Dziś czujesz się "gorsza", bo nie masz dziecka. Za 20 lat, będziesz czuć smutek, bo nie będziesz świadkiem wyboru studiów, pracy, drugiej połówki Twoich pociech. Za x lat nie zostaniesz babcią, dziadkiem.
Pytanie, czy to jest dla Ciebie ważne? Jeśli tak, to co jesteś w stanie dla tego zrobić?

Adopcja to tylko proces. Proces, który pozwoli Ci odnaleźć Twoje dziecko ( ja wierzę w przeznaczenie). Wszystko dalej to po prostu rodzina, dom, miłość, wspólnota, chwile, zło, dobro, sprzeczki, kłótnie, bałagan, choroby, zabawa, śmiech, płacz, złość, wiara, piękno, mama, tata, syn, córka, jedność, rozdzielność, trudności, schody, upadki, wzloty. Życie. Po prostu życie.

To mój list do Ciebie. Napisałam go z okazji 2 rocznicy poznania mojego syna. 2 rocznicy chwili, która odmieniła mnie na zawsze. Bezpowrotnie. Chwili, która wniosła w moje życie nowe barwy, nadała sens cierpieniu, włożyła w moje ręce ciepłe, 7,5 kg szczęście. Mojego Leosia. Chłopca o cudownym uszczerbionym uśmiechu, niezwykłych oczach o identycznym odcieniu jak moje (szarozielone), niespożytej ilości energii, magicznych zdolnościach niszczenia wszystkiego, co wpadnie mu w ręce, potwierdzającego istnienie ADHD w czystej postaci, ISKRY rozpalającej domowe ognisko.
I choć to trudny list, chcę Ci powiedzieć, że owszem, nie jest łatwo...ale niepodważalnie jest cholernie szczęśliwie i fajnie!

Warto iść po prąd. WARTO.



PS. Czy ktoś może się skontaktować z ewa84 z bloga "Moja tęsknota", bo nie mam uprawnień do odwiedzania bloga i do MIA? Proszę przekażcie, że proszę o kluczyki <3 Na adres trwajchwilo@gmail.com

10:27 PM

Najcieplejszy grudzień.

Pięć razy zmazywałam tytuł posta.
Cudowny grudzień.
Przepiękny grudzień.
Wyśniony grudzień.
Grudzień z marzeń.
Wspaniały grudzień.
We wszystkich tych tytułach, ani nawet w tym obecnym, nie jestem w stanie zamknąć miłości, która wypełnia nasz dom, nasze wnętrza, w tym wyjątkowym roku naszego życia.

Wróciłam dziś do postów z zeszłego roku. To taka odległa przeszłość... Dziś doceniam...że była. Dzięki niej czuję tak mocno, tak długo, tak intensywnie.
Przeczytałam właśnie ---->W poczekalni
Chciałabym utulić tę dziewczynę, którą wtedy byłam. Szepnąć jej do ucha - wszystko będzie dobrze, będziesz niewyobrażalnie szczęśliwa... Będziesz bezgranicznie kochać. Będziesz mamą.

Dziś cieszy mnie wszystko. Ozdoby w sklepie. Zabawki w hipermarketach. Książeczki ze Świętym Mikołajem i szalonymi pingwinami. Piosenki świąteczne w radiu i na youtube. Robienie prezentów bliskim i dzieciom. Kalendarze adwentowe. Wystroje świąteczne w połowie listopada ( co kiedyś irytowało mnie nieprzeciętnie). Czuję się jakbym sama była dzieckiem, znów dostrzegam magię grudniowych chwil.. Z niekłamaną niecierpliwością czekam na Wigilię.
Dom powoli przystrojony. W szklanej kuli przy łóżku ulokowałam lampki choinkowe. Taka lampa fascynuje Leosia, a ja czuję się tak świątecznie, siedząc w jej blasku. Srebrne reniferki, bombki, aniołki też już pomieszkują tu i tam. Ale najważniejszą ozdobą naszego domu jest mój mały synuś. Który co chwilkę podchodzi do mnie, wyciąga rączki i krzyczy "mama, mama, mama". A w jego śmiesznej, słodziutkiej buźce lśnią już 3 zębiska! :) ( dwie dolne firaneczki - jedynki i dość duża górna).
 I choć podejrzewałam, że jego pierwsze świadome słowo będzie brzmiało "kocham" to świadome "mama" jest jeszcze piękniejsze! Nie ma piękniejszego prezentu Mikołajkowego niż buziaki mojego synka. Mój słodziaczek podczas zabawy robi sobie kilkanaście przerw, podchodzi do mnie i daje mi soczyste buziaczki. A gdy jest czymś zajęty, a ja zawołam: "Leoś,daj  buzi mamie, szybkoo,szybkoo!!!", rzuca wszystko i pędzi do mnie z rozdziawioną, roześmianą minką. 
Jest CUDEM. Odbiciem lustrzanym moich pragnień. Aż nie mogę uwierzyć, że to prawda...
Co nie napiszę, to będzie za mało. Może brzmi to tak słodko-pierdząco. Ale w takim razie moja codzienność jest słodko-pierdząca i po prostu przewspaniale mi z tym!
I tak jak rok temu pisałam:
"Podsumowując - cieszę się, że już po świętach. Mam w sobie żal, którego nie lubię i chcę, żeby uleciał ze mnie, bo jest niczym trucizna, która zatruwa mi życie. I po części innym też. Chcę być radosna i szczęśliwa.
Pragnę być mamą. Tak bardzo.
Tylko tyle. I aż tyle."
Tak dziś mogę napisać:
Podsumowując - cieszę się, że idą święta! Mam w sobie tyle miłości, którą uwielbiam, chcę się nią dzielić, niech wzlatuje i frunie do innych, bo jest niczym lekarstwo, które uzdrawia moje życie. Jestem radosna i szczęśliwa.
Jestem mamą. Tak bardzo jestem...
To tyle. Aż tyle!!! <3

NIEDZIELNA AKTUALIZACJA:
Właśnie zajrzałam do paszczy mojego małego Lwa. Zębów ma sztuk 4 ;)

9:33 PM

Ja Ciebie chrzczę...

...zawsze stałam z tyłu, za ostatnią ławką. A w gardle czułam ścisk. W tych białych szatkach, w pierwszych rzędach przed ołtarzem, na kolanach wystrojonych matek, w objęciach dumnych ojców...leżały moje niespełnione marzenia. Nienawidziłam chrztów. Stałam 1h pytając Boga za co, za co każe mi to przeżywać. Czy mnie karze? Pod powiekami czułam piekący, wylewający się potokiem wstrzymywanych łez... ból. Żal. Niezgodę i nienawiść. Zawiść i samotność.
Marzyłam. Że kiedyś będę tam ja. Dumna, szczęśliwa, spełniona. Wyobrażałam sobie jak podchodzę z moją Kruszyną do ołtarza, ksiądz polewa jej małą główkę, a onz słodko uśmiecha się do niego.

A jak było?

Zaczęło się od spowiedzi. Jak mogłam w 3 minuty opowiedzieć księdzu o grzechach, które zatruwały mnie od kilku lat? Nie mogłam. Spowiadałam się długo, płakałam, mówiłam szczerze, wybaczyłam sobie, bo wiem, że ból niepłodności wypalił mnie, to on determinował moje uczucia i zachowania. Próbowałam je odrzucać. Popełniając ogromny błąd. Dopiero, gdy je przyjęłam zrozumiałam, że mam do nich prawo. Mąż mi powiedział, że podczas mojej spowiedzi, ludzie podchodzili do konfesjonału sprawdzać, czy nadal tam jestem, czy nie zemdlałam... Nie zemdlałam. Oczyściłam się. Choć nie czuję się zupełnie wolna. Nie "fruwam" jak kiedyś... Może problemem jest to, że choć wybaczyłam sobie...nie do końca wybaczyłam Bogu? Nie wiem. Wciąż jeszcze nie znam odpowiedzi na to pytanie.

A potem...

Tym razem w kościele stałam z przodu. Wystrojona i...chciałabym napisać dumna...ale raczej napiszę... przerażona. Patos tej opowieści w tej chwili zmienia się w opis walki z płaczem Leośka. Od początku mszy, aż do ogłoszeń parafialnych moje dziecko wyło i wiło się. Dosłownie. Uciekało przed księdzem wdrapując się po mnie jak mały zwierzak. Dopiero na 10 minut przed końcem mszy poprosiłam moją Kasię o nosidło, wsadziłam w nie moje zaryczane i oglucone dziecko i na szpilkach popylałam po kościele...Współczujący i skrywający uśmiech wzrok obcych ludzi nie robił już na mnie wrażenia...

Impreza się udała.Tak myślę, choć to nie mi oceniać.

A tu Leoś  już w domku, w sankach, które dostał od męża siostry w prezencie.
 I przy traktorze od chrzestnego rolnika :)

Leoś ochrzczony. O dziwo lepiej śpi. Może wypędziliśmy diabełka?

Mój synek jest piękny. Gdy na niego patrzę w sercu czuję żar (szczególnie teraz, gdy śpi). Muszę się Wam przyznać, że zapominam, że go adoptowaliśmy. On jest po prostu moim dzieckiem. Moim synem. Owocem naszej miłości, determinacji, siły i walki.

Cały zeszły tydzień walczyliśmy z gilami, nadal walczymy. Doszło nam jeszcze zapalenie spojówek. Jąderko póki co w normie, chirurg mówi, że to może być wodniaczek i że mam obserwować. Zębów nadal brak, ale za to mały Leoś raczkuje, robi "kosi, kosi" i "taki duży, taki duży". Zmienia się. Jest taki rozumny, kontaktowy, radosny, ciekawy świata. Wspaniały po prostu. I idealny.

A co do naszej imprezy z okazji ukończenia trzech dekad życia - też się generalnie udała, choć większość ludzi, ze mną na czele - po niej rzygała i rąbała w kibel ;P



Nie wiem, czy już Wam mówiłam, że uwielbiam być Leosiową mamą?

10:47 PM

Leoncjo - nie choruj!!!

Milczę, mam gorszy czas. Moją chorobę zniosę, znam ją od podszewki...Ale jeśli chodzi o mojego Maluteńkiego, to jestem panikarą nr 1.
Zaczęło się od ulewania. 5-10 razy po każdym posiłku. Pediatra kazała wyluzować, zrobić badanie moczu. Nalepiłam mu ten dziwny woreczek. Nasiusiał jak ptaszek, za mało na osad moczu, ale ogólne badania zrobili i wyszły ok. Lekarka kazała kupić Nutriton i zagęszczać nim mleko.
Przyjechałam do rodziców wczoraj. Ulewanie jakby rzadsze...ale... lewe jądro powiększone. Zobaczyłam to i normalnie zrobiło mi się słabo. Pognałam prywatnie do lekarza. Obejrzał ...też kazał wyluzować. Obserwować i jak napuchnie, zrobi się czerwone natychmiast do szpitala. Jeśli zaś nie - umówić się na operację przepukliny jądrowej w trybie nie pilnym. Do tego dziąsła obejrzał i zobaczył "szpadle" na górze. Całe górne dziąsło napuchnięte i czerwone, a lewa górna jedynka jakby już napierała i chciała wyleźć. Póki nie zobaczę, nie uwierzę.
Zryczałam się jak bóbr.

Dostałam dziś filmiki Leosia z czasu, gdy przebywał w pogotowiu opiekuńczym. Zryczałam się ponownie.

Mój Leoś. Mój malulek. Mój biedulek.


8:17 PM

Rozłąka.

Wróciłam dziś ze szpitala. Wczoraj na oddziale musiałam wypić 4 litry fortransu (taki lek), a dziś o 8:30 dostałam Dormicum na spokojność i o 9 byłam już na sali. Założyli wkłucie, anestezjolog podała mi zastrzyk usypiający i obudziłam się o 11.25.  Chyba odespałam ostatnie nocki, bo zazwyczaj po narkozie budzę się jeszcze na sali i jestem zupełnie trzeźwa.
O 12 myślałam już tylko o jedzeniu (od soboty nie jadłam). A po jedzeniu już tylko marzyłam, żeby przytulić syna. Prosiłam lekarza o jak najszybszy wypis. O 14.50 byłam już w blokach startowych i czekałam na lekarza. O 15 był już po mnie mąż i pojechaliśmy do teściów, gdzie był mój Kotuś.
Wynik kolonoskopii niestety nie jest zadowalający. Stan zapalny utrzymuje się w części dystalnej jelita ( co ciekawe CRP wcale na to nie wskazuje - 0.45). Na szczęście to tylko 15cm zmian. Dalsza cześć w tej chwili jest w normie. Pobrano mi 5 wycinków. Za 2 tygodnie będzie wynik.
A teraz przede mną walka o niepełnosprawność ( która przy mojej chorobie należy się w stopniu umiarkowanym). Wcześniej nie stawałam na komisji, bo bałam się, że zaważy to na naszej kwalifikacji w OA.

Nie było mnie w domu zaledwie 31 godzin. A zdążyłam 2 razy popłakać się z tęsknoty za Maluchem, chwalić się nim na prawo i lewo lekarzom i pacjentom ( lekarka, kojarzy mnie, pamiętała, że nie mogę mieć dzieci, bo ostatnio przesuwała mi termin laparo, gdy wylądowałam w zaostrzeniu na oddziale).
Mój mały spędził te godziny beze mnie w miarę spokojnie. Choć zjadł w nocy o 400ml więcej, niż gdy ja jestem w domu i od 5.30 nie spał już, a obudził się ponoć z okropnym krzykiem.
 
Moc miłości do dziecka zadziwia mnie każdego dnia. Gdy dojeżdżaliśmy pod dom rodziców męża...czułam się jak dziecko, które zaraz zobaczy Świętego Mikołaja. Wyskoczyłam z samochodu i dosłownie wbiegłam do nich do domu. Teściowa poprosiła mnie, żebym się małemu nie pokazywała dopóki nie zje deserku, ale ...no to było niemożliwe. Od razu podbiegłam do niego. A on uśmiechnął się radośnie i... odwrócił głowę do łyżeczki z owocami :P Za chwilę jeszcze raz na mnie spojrzał i dotknął rączką mojej buzi, ale większego wrażenia, moje pojawienie się, na nim nie wywarło. W domu jakoś też bardziej niż zwykle garnął się do męża. Dopiero teraz, gdy usypiałam go ( wciąż niestety robię to w wózeczku), cały czas na mnie patrzył, nie spuszczał ze mnie wzroku. A gdy już...już wydawało mi się, że śpi - nagle otwierał ogromne oczy, by sprawdzić czy na pewno jestem. I tak z 10 razy...
A ja... choć  jestem już w domu nie mogę się nasycić moim dzieckiem. Mam ochotę go tulić, głaskać, całować, gilać...patrzeć na niego, wdychać jego zapach... I szeptałam mu dziś, jak na początku jego pobytu u nas, przed snem, że jest moim skarbem, odzyskanym sensem życia, iskrą, która rozpaliła nasze domowe ognisko, naszym spełnieniem marzeń... 
Uwielbiam patrzeć na jego radosną buzię. Wiecznie zaciekawioną minę. Siłowanie się z domowymi przedmiotami, uparte dążenie do zrealizowania swoich niemowlęcych pomysłów. Zaskoczenie, gdy robimy mu "akuku". Rozdziawioną na maksa buźkę, gdy podskakuje na kolanach, a ja śpiewam "Tak pan jedzie po obiedzie...". 
Moje dziecko jest niesamowite. Nic na świecie i nikt, nie jest dla mnie równie piękny i idealny. Jestem po prostu szaleńczo zakochana w tym maleńkim chłopczyku, który odmienił moje życie... 
Chciałabym zatrzymać czas. Jak nigdy wcześniej...w całym moim życiu...

Kurczę, poryczałam się.

4:41 PM

Z serii: "Wielkie przygody Leosia". Odcinek 3.

Tym razem Leoś straszył na Wawelu :)
Pt. "Na ratunek księżniczce uwięzionej w wieży" (moja koleżanka Gosia)
 Pt."Po to smoki smoczki miały, żeby ogniem nie ziajały" (moja koleżanka Karolina)
Pt."Smoka Leona na Wawelu obrona.." (koleżanka Katarzyna)


Mamy gości. Przyjechał mój o 10 lat młodszy brat z dziewczyną. Leoś piszczy i zanosi się śmiechem z radości. Jest bardzo pozytywny. Uśmiecha się wesoło i chętnie wdrapuje gościom na kolana (a raczej na stopy). Co więcej - Leoś przesypia już prawie całą noc. Dostaje butlę o 19.30 przed snem i dopiero ok.5.30-6.30 pije kolejną. Mój mąż zostawia go wtedy już u nas w łóżku. A ten mały czort odwraca się do mnie tyłkiem i kładzie się na męża.
A ja...no cóż... muszę się przyznać. Jestem najzwyczajniej w świecie zazdrosna. Moje dziecko zaczyna mnie olewać ;)

11:37 PM

Nasze małżeńskie gierki i sztama z Leo?

Nie zawsze jest kolorowo i nie we wszystkich aspektach. Odkąd Leoś jest z nami nasze życie zmieniło się o 360 stopni. Tzn... no właśnie. Moje życie zmieniło się o 360 stopni. Życie mojego męża..ja wiem...60? No dobra, niech mu będzie - jakieś 90 stopni.
To ja całymi dniami jestem z synkiem, to ja nie mam czasem czasu zrobić siku, czy umyć zębów... Mój mąż? On zawsze ma czas na takie podstawowe rzeczy.
Kłócimy się strasznie i wyzywamy. Nie powiem, żebyśmy wcześniej się nie kłócili, bo jesteśmy dwa skorpiony i to typowe, więc uwierzcie mi, że toczymy walkę od zawsze. Ale teraz... chyba do mojego męża serce mi nie zmiękło, chyba mi stwardniało. Nie umiem odpuścić. Chodzę podkurzona, jak tylko się do mnie odezwie.

Najczęściej, w dni pracujące mojego męża, wygląda to tak:

8.00 telefon od męża, który na 6 pojechał do pracy : "Wstaliście? Jeszcze nie? No Tobie to dobrze."
10.00 telefon od męża: "Jak tam? Co robicie? Idź z nim na spacer, zrób przy okazji zakupy w Biedronce".
12.00 telefon od męża: "A obiad będzie, czy mam pojechać po pierogi. Jestem bardzo głodny. Nie jadłem od 3h"
14.00 telefon od męża - nieodebrany
14.30 mąż wraca z pracy: "Ooooo obiad zrobiłaś. Ale ryż? To ja już sobie sam ziemniaki obiorę. Dlaczego nie odbierałaś telefonu? Usypiałaś małego? Dlaczego nie oddzwoniłaś? Tak długo go usypiałaś?"
 15.30 mąż najedzony kładzie się na kanapę: "Jestem mega zmęczony, pośpię, jeśli mi pozwolisz (sarkazm w jego tonie wyczuwalny jest wręcz namacalnie).
17.00 mąż jedzie...w różne miejsca - do Leroy Merlin, do Castoramy, do Pana X z allegro od opon na zimę, do Pana Y z olx.pl od keramzytu, do Lidla, bo promocja....
18.00 mąż pyta:
-"Co zjemy na kolację?"
- "Co zrobisz" - odpowiadam.
-"Yyy...miła jesteś"
-"Jestem zmęczona po prostu".
-"Ale na facebooka siły masz. Widziałem, że komputer włączony. To taka zmęczona nie jesteś".
W tym momencie zawsze zaczyna mi sztywnieć środkowy palec. Ale muszę się hamować, bo fuckers działa na mojego męża jak płachta na byka.
Nie odzywamy się przez następne 10 minut.
19.00 mąż pyta: "Kąpiesz go?"
19.30 mąż przyrządza kaszkę, kładę się koło małego, karmię go, biorę komputer, odpalam kołysanki, gadam ze znajomymi, bloguję...
21.00 mąż krzyczy z dołu: "Przyjdziesz?"
21.10 schodzę.
Jest za późno na wspólny film, ale akurat na krótką kłótnię.
21.30 Rozmowa:

 Fight no1

-" Weź człowieku, nic mi nie pomagasz"  - ja.
-"Nie Tobie to oceniać" ( siła argumentów mnie zabija)- on.
-"Może Tobie?" - ja.

 Fight no2

-"Przestań szyć. Syfisz. Wszędzie są nitki." - on.
-"To posprzątaj." - ja.
-"Nie będę sprzątał po Tobie. Nie jestem frajerem"- on.
-"W takim razie nigdy więcej nie włożę po Tobie naczyń do zmywarki" - ja.
-"Co z Ciebie za żona?" - (siła argumentów kolejny raz mnie zabija) ;) - on.

Fight no3

-"Co Ty ryczysz? Czemu ryczysz? Weź, miałaś się wyleczyć z płakania, jak będziemy mieli dziecko"- on.
-"O co Ci chodzi, pokazują chore dziecko w telewizji, zobacz jakie kochane."
-" Ty się nigdy nie zmienisz. Może powinnaś się leczyć"- on.
-"Weźźź. Sam się lecz" - ja.

Na koniec rozmowy.
-"Ale masz boskie ciało. Dasz popatrzeć?" - on.
-"Ty naprawdę jesteś nienormalny"- ja.
-"O co Ci chodzi, naprawdę jesteś piękna, no chodź tutaj"- on.
-"Taaa, nie będę się z Tobą kochać, bo mnie wkurzasz, najpierw pomyśl, co gadasz" - ja.
-"Nie kochaliśmy się już miesiąc!!!!" - on.
-"Wg moich obliczeń 3 dni. "- ja.
-"To u mnie się mnoży razy 10" - on.

W dzień, gdy mąż nie idzie do pracy jest inaczej.
8.00 mąż wstaje, zjada sam śniadanie, wychodzi do pracy przed dom.
13.00 wołam go na obiad,
13.20 przychodzi i mówi:" zimne ziemniaki?"
13.50 wraca do pracy
17.00 wraca do domu, idzie się wykąpać
17.30 kładzie się przed telewizorem, mówię;
-"Ja też jestem zmęczona i chciałabym się położyć".
-"Sama tego chciałaś" - on.


Nie przestaję jednak ucierać mężowi głowy i czasem zajmie się sam dzieckiem. Ostatnio pobił swój rekord - zajął się nim 1,5h.

A teraz jestem sama z małym, mąż wraca jutro, dziś wypłynął z kolegami po jacht (jest sternikiem).

Zamykam obecną ankietę i rozpoczynam kolejną. Zapraszam do udziału. Poniżej przedstawiam wyniki poprzedniej. Są ciekawe, choć mnie nie zaskakują. Dziękuję wszystkim za udział w poprzedniej, drugiej już, ankiecie!

A poza tym wszystko u nas ok :) Mój synek jest jeszcze cudowniejszy niż ostatnio - choć nie wiem, czy to w ogóle możliwe. No ale...spójrzcie sami:


A...i ostatnio, po dość kłótliwym dniu, poprosiłam męża, żeby coś mi pomógł, choć rozebrał małego do kąpieli.
Zrobił to...a mój słodziak przepięknie tatusia obsiusiał :)
Mój synek <3





9:41 AM

Miękkie serce.

Dni mijają tak szybko. Mój Szkrab skończył już 7 miesięcy. Te ostatnie incydenty były chyba związane ze skokiem rozwojowym, mały rozgadał się aż miło :)
Zębów jednak brak, choć w buziaczku ląduje wszystko,co aktualnie mały trzyma w dłoni.

Stwierdzam, że Leoś zmiękczył mi serce. Chcę być w dobrych relacjach z bliskimi. Napisałam nawet smsa do męża siostry, żebyśmy zaczęły od nowa, zapominając o tym, co było złe. Na razie nie odpisała, ale ja wiem, że zrobiłam coś dobrego. Dałam od siebie, ile mogłam.

Jak to mówią - jak ktoś ma miękkie serce, to musi mieć twardą d...ę.
Chyba poćwiczę więc wzmacnianie pośladków.

A na zdjęciu Leo w szufladzie pod drzewem ;)

2:25 PM

Jak to w życiu bywa.

Ostatnio, a właściwie wczoraj wieczorem miałam pierwszy raz, odkąd L. jest z nami, gorszy dzień. Byłam zmęczona i rozdrażniona, mały przez cały dzień spał tylko 20 min, w domu mam syf nieprzeciętny... i bez powodu chciało mi się płakać. Do okresu jeszcze ponad tydzień, więc to chyba nie PMS. Oczywiście wszelkie dziwne frustracje wyładowuję na moim mężu, wywołując u Niego poczucie winy. Jestem podła. I teraz mam wyrzuty sumienia.
Pamiętacie książeczkę, którą przygotowałam dla Leo? Było tam miejsce na odbicie stópek i rączek. Kupiłam więc farbki do malowania rękoma i dalej zmuszać Leo do zostawienia śladów :) Pomalowałam mu stópkę na czarno i podniosłam do góry, żeby odcisnąć na kartce. Mały zamachnął się i moje jeansy są w czarnych plamach. A zamiast odbitej stópki na kartce (na całej!) jest czarna smuga...
Moja Kasia mi mówiła, że odbijała swojemu synkowi nóżkę podczas snu. Tak więc uczyniłam. Odbiłam i rączkę i nóżkę na podobraziu... Efekt co prawda powalający nie jest, ale zawsze to jakaś pamiątka. Gorzej, że wózek, w którym spał mały, zrobił się nagle cały czarny (tak, mam takie fantastyczne pomysły...ehhh...) od farbki :P Szorowałam i na szczęście plam nie ma (przynajmniej mąż jeszcze nie zauważył).
Jak widzicie mój syn ma stopę GIGANT! Buciki na 1,5 roku są na niego dobre :)

Poza tym ostatnie 2 tygodnie byłam z Leośkiem praktycznie cały czas sama, bo mój mąż układał kostkę granitową przed domem ( nie mieliśmy kasy na robotników, więc cały urlop mężowy poszedł na taką ciężką i mozolną pracę). Jeszcze został do zrobienia wjazd do garażu, ale na to potrzebny kolejny urlop...  Niestety ten czas okupiony był mnóstwem naszych kłótni - bo On pracował w pocie czoła ( dosłownie) od 7 do 18, a ja przecież zajmowałam się "tylko" dzieckiem.  Każdy z nas czuł się oczywiście bardziej zmęczony. No i ja, jak przystało na najpodlejszą żonę skwitowałam - "Skoro jesteś takim nawiedzonym pracoholikiem i wolisz poświęcić urlop na robienie kostki niż na spędzanie czasu z synkiem to już jest Twój problem".
No i się zaczęła 3-dniowa kłótnia :P Usłyszałam, że przecież robi to dla nas, żebym mogła spokojnie przed domem wózkiem jeździć, że jestem niewdzięczna itp. itd.
Jestem. Czuję się podle. Często powiem o 3 słowa za dużo. Wcale tego nie kontroluję. A potem żałuję.
Jak dobrze, że On mnie tak kocha. I tak zawsze mi wybaczy :)
A to część dzieła mojego męża...


Często jeździmy nad morze, byliśmy ostatniow Sobieszewie ( tam, gdzie zbierałam bursztyny :) ).


W oddali moi chłopcy :)

 Mój mały chilluje w wózku :D

I straszy turystów w swojej odziedziczonej po najlepszym kumplu B. kurteczce :)


Zdarza mi się jeszcze czasem popłakać ze szczęścia, że mały jest już z nami. Właśnie, gdy tam dotarliśmy, albo,gdy poszliśmy w zeszłym tygodniu pierwszy raz z Leo do kościoła, płakałam jak bóbr. Ale do tematu mojej relacji z Bogiem wrócę jeszcze w innym poście.

Tak sobie to wszystko czytam teraz i myślę, że u nas po prostu wszystko w normie ;)

11:00 PM

Odgłosy.

Mój synuś wydaje różne dźwięki. Od dwóch tygodni np. nauczył się kasłać i namiętnie kaszle, żeby zwrócić na siebie uwagę. Na początku martwiłam się, że jest przeziębiony, ale nic z tych rzeczy. Od jakiegoś czasu również piszczy, czasem tak głośno, że aż bolą bębenki. Poza tym miauczy od dwóch dni - zastanawiam się, czy to nie efekt moich wieczornych okrzyków: "Co robi kotek? Miauuu, miaaaaauuuu, miauuuuu"...
Biegałam dziś troszkę za małym z dyktafonem, złożyłam to w całość i możecie posłuchać, co tam u nas słychać klikając na poniższy link :)
Odgłosy synusia - 6 miesięcy.

Ta zaciśnięta mała piąstka z lewej należy do mojego synka.

11:55 AM

Pół roczku.

Nasza Kruszynka skończyła pół roku. Jest absolutnie najsłodszym dzieckiem wszechświata :)!
Nie dość, że jest śliczny to jeszcze na maksa kochany :)
Waży 8,5 kg, ma ok.74cm. Nosi ubranka na 74-80cm.
W menu mojego malca znajduje się ziemniaczek, marchewka, króliczek, brokuł, kalafior, cielęcinka, jabłko, gruszka, śliwka, masełko, kaszka bananowa i malinowa, sinlac, mleko Bebiko 1 (dziś zaczynamy wprowadzanie Bebiko 2)
Sam trzyma butlę podczas karmienia, choć jeszcze zdarza mu się ją wypuścić z rąk pod koniec mleka.
Umie mówić: "grrrrr..., brrrr.... ( to tylko raz :) ), giiiiii..., ełooooo..., eooooo....", a jak płacze, a ja jestem w kuchni to słyszę : "mymymymymy..."
Jeszcze sam nie siada, ale posadzony utrzymuje się w tej pozycji nawet minutę i prostuje plecy. Pełza bardzo sprawnie, ale ostatnio tak wysoko zaczął unosić pupę, że zamiast przeć na głowie do przodu to traci równowagę i upada na boczek.
Na słowa "daj buzi"- otwiera buźkę i dziobie mnie i męża jak mały dzięciołek. Wieczorem wtula się we mnie i liże mi twarz :D Jest to naprawdę śmieszne :)
Jak tylko pojawię się na horyzoncie Leo uśmiecha się od ucha do ucha.
Śmieje się w głos. Najczęściej, gdy gilamy go wieczorem piórkami, albo miziamy pod paszkami i pod kolankami. Zanosi się również śmiechem, gdy odwracam głowę i czasem wykrzykuję "mama Cię kocha!", "tata Cię kocha", "babcia Cię kocha"...itp.itd. Wyczekuje za każdym moim obrotem głowy, czy tym razem usłyszy okrzyk, czy też nie.
Kosi kosi łapci zaczyna go interesować. Niestety nadal robimy kosi kosi piąstkami zamiast otwartymi dłońmi. Choć ostatnio lewa rączka jest otwarta i uderza w prawą piąstkę.
Kupkę robi codziennie. Ostatnio zieloną, bo mądra mamusia nie zauważyła, że zakupiła kaszkę mleczno-ryżową, a nie ryżową i wprowadziła dziecku w ten sposób nowe mleko... Po spostrzeżeniu tego błędu od razu przestałam mu je tę kaszkę podawać, ale w kupce nadal są jakby niestrawione kuleczki mleka...(oglądanie kupy małego stało się moją obsesją).
 Leo w dzień śpi nadal 3 razy. Zasypia na noc koło 20 (je kaszkę 210ml) i przesypia do 5, wtedy dostaje mleczko 150ml i śpimy sobie aż do 8.30- 9.00 :) Później drzemka 0,5h-1h ok. 11. A potem ok. 13-14 sen 1h-2h.
O 17 mamy 20-40min. drzemkę.W kąpieli dostaje świra z radości. Nogi pędzą i chlapią niemiłosiernie, a rączki klepią wodę, aż cała nie zniknie. Kąpiel została więc z pokoju przeniesiona do brodzika, bo po kąpieli w sypialni mieliśmy basen :)
Po kąpieli natomiast jest wrzask, ryk, płacz nie z tej ziemi...bo przecież mógłby się kąpać cały dzień. Ubieranie się w śpiochy też nie należy do najprzyjemniejszych.
Niczym nakręcony czubek wykrzykuję wówczas: "A jak robi piesek? hau, hau, hau", "A jak robi kotek? miau, miau,miau".  Moje okrzyki przynoszą rezultaty (uspokojenie chwilowe) tylko, jeśli są niemal identyczne do rzeczywistych odgłosów tych zwierząt. Szczekanie synka straszy, robi olbrzymie oczy, a miauczenie synkowi bardzo się podoba.
Po kąpieli jedzonko i odkładamy Leosia do łóżeczka. Ja biorę laptopa i kładę się na łóżko, a Kotuś odplątuje przyczepiony do szczebelków ochraniacz. Czasem zapłacze, wtedy wstaję, kładę go na boczek, masuję chwileczkę splot słoneczny i po ok.10 minutach synuś śpi :)
Wtedy mamy z mężem czas dla siebie. Oglądamy film,a potem przed 23 już śpimy.
Życie jest piękne.
Warto było czekać.
Kochane moje dziewczyny, wspaniali mężczyźni - ból niepłodności minie - uwierzcie mi. Kiedy ten mały KTOŚ zamieszka w waszym życiu, wszystko się zmieni. Wszystko, co złe, zacznie się zacierać.
Pomyślcie sobie - ten mały KTOŚ, gdzieś czeka. Może już czeka... I nie ma mamy, która go przytuli i będzie się cieszyć z Jego pierwszych uśmiechów i słów. I nie ma taty, który mu zrobi pierdziawki w brzuszek. I ta Istotka malutka nie myśli o genach i o tym, kto GO urodził.
Pragnie być kochany, bo jako człowiek na to zasługuje.A nie może zrobić nic, jak tylko czekać.

Moje życie rozkwitło. Dzięki małemu komuś, kto czekał na miłość, a tym samym nauczył mnie miłości.
Miłości nowej, niezwykłej, prawdziwej, unikalnej, słodkiej, pięknej, prostej.







1:41 PM

Miłość.

Stojąc przed wyborem między adopcją a in vitro, czułam się zagubiona. Stawiałam sobie różne pytania... Uzyskiwałam często sprzeczne odpowiedzi.
Nie ukrywam, że nie potępiam in vitro. Co więcej jestem skłonna myśleć, że za jakiś czas wybierzemy się z mężem w tę drogę, aby Leoś nie był sam. Nie boję się już, że się nie uda...znamy przecież inne drogi do naszych dzieci... a dziś wiem, że macierzyństwo to nie kwestia biologii ( zapożyczam słowa od Joanny, wyryły mi się pewnego dnia w pamięci).
Wszystkie drogi, które umożliwiają zostanie rodzicem w moim odczuciu są dobre ( nie mówię tu o kradzieżach itp.) . Każdy powinien w kwestii wyboru tej drogi wsłuchać się w siebie... Dla mnie natomiast nieważne, jaką drogą przyjdą kolejne dzieci - wiem, że najważniejsze jest jedno - MIŁOŚĆ.

Czemu bałam się adopcji? Czemu dziś nie boję się kolejnej?
Odpowiedź okazała się dla mnie tak banalna, że aż oczywista. Bo w rodzicielstwie nie chodzi przede wszystkim o Twoje potrzeby. O to, czy chcesz w tym małym człowieku dostrzegać cechy Twoje, małżonka, rodzica, dziadka, cioci, babci... Nie chodzi o to, żeby być dumnym z osiągnięć szkolnych czy sportowych. W rodzicielstwie małe znaczenie ma, czy nosiłam dziecko w moim brzuchu.
Dlatego w moim odczuciu rodzicielstwo adopcyjne ( przynajmniej przy adopcji tak małego dziecka, jak nasze...) niewiele różni się od rodzicielstwa biologicznego. Jest więcej lęków? Może. Ale czy każde rodzicielstwo biologiczne jest takie usłane różami? Tak wiele biednych dzieci rodzi się chorych,  tak wiele cierpi... Czy taki los wybierają dla siebie i dla swoich maleństw ich rodzice...? A jednak to właśnie w rodzicielstwie biologicznym, tym tak bardzo trudnym, gdy pomiędzy życiem a śmiercią jest cienka granica..ja najbardziej widzę to co najcenniejsze - widzę MIŁOŚĆ.

Ten mały-wielki człowiek, któremu daliśmy dom...również w naszych sercach, otworzył mi oczy na mój egoizm. Na myślenie, które miałam wcześniej, na prostotę moich pierwotnych instynktów.  Instynktów - których nie sposób się przecież pozbyć.
Przekazanie genów. Czy to o to chodzi w rodzicielstwie? O przetrwanie "gatunku"? 
Coś w tym na pewno jest.  Znam to z autopsji. Ale to jest niuans. Pierdoła. Głupstwo. Banał. Frazes. 
To wszystko nieważne, bo przecież, czym to jest, gdy chodzi o coś większego, najważniejszego...gdy chodzi o MIŁOŚĆ?

Gdy myślę o tym, co mnie spotkało, z perspektywy kobiety jeszcze nie trzydziestoletniej, żal mi siebie. Wciąż jest mi siebie żal... Nie zasłużyłam na te 3 lata cierpień. Nie zasłużyłam na te wszystkie choroby. Na te porażki, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że nie zasługuję na więcej...
Ale gdy myślę o moim synku, nie mam takich odczuć. Owszem, żal mi, że nie mogłam Go urodzić, ale raczej dlatego, żeby to on nie był, albo kiedyś nie czuł się INNY.  I myślę często, patrząc w jego niewinne, dziecięce oczka, że nie mógłby być piękniejszy i wspanialszy, i szczerze - nie zamieniłabym dziś go na dziecko biologiczne. Gdyby można było cofnąć czas i ktoś zagwarantowałby mi "złotą tabletkę" płodności, a ja miałabym nie mieć Leosia... NIGDY!
Nie zasłużyłam na cierpienie, ale zrobię wszystko, by zasłużyć na mojego synka. Bo nie ma nic większego niż to, co do niego czuję. Nie ma nic większego ponad MIŁOŚĆ.

Wszystko można widzieć z różnych perspektyw. Szklanka do połowy pusta, szklanka do połowy pełna... Wybieram drugą opcję. Bo w życiu nie ma gwarancji na szczęście. I ani rodzicielstwo biologiczne, ani rodzicielstwo adopcyjne samo w sobie szczęścia nie daje. Szczęście każdy z nas ma w sobie. I jest ono często ciężką pracą nad swoimi potrzebami, myślami, pragnieniami, odczuciami.
Dziś, dla mnie, przede wszystkim liczy się szczęście mojej rodziny. Mojego synka, męża i moje.
I jak kiedyś pisała Monika na blogu bocian fajtłapa - szczęście nie jest dla wybranych.

Ale na pewno jest dla tych, którzy umieją KOCHAĆ.
Nie tylko siebie.



7:45 PM

Czy już mnie kochasz?

Mam ciągle gości. Nie mam czasu napisać nawet kilku słów, ani odpisać na maila. Przepraszam, nadrobię zaległości w najbliższych dniach.
Szybki raport z tego, co u nas:
1) mały mówi leeeee, giiiiii, ggggyyyyy, eeeoooo
2)pełza bardzo sprawnie
3) w łóżeczku rozwiązuje ochraniacz i próbuje się za niego podciągać, jeszcze jednak jest za słaby, by usiąść
4) upał nas strasznie wymęczył, Leo gorzej zasypiał w dzień i częściej budził się w nocy
5)każdego dnia zastanawiam się, czy można kochać bardziej i każdego dnia kocham bardziej

Z rzeczy trudnych...myślę, że w adopcji bardziej niż w rodzicielstwie biologicznym występuje lęk o więź. Patrzę na synka i myślę często, czy on wie, jak ja go kocham i czy kocha mnie, choć w 1/3 tak jak ja jego...czy kiedykolwiek tak mnie pokocha... Doszukuję się oznak tego, że jestem dla niego najważniejsza. Prawda jest taka, że usypia najlepiej przy mnie. Wycisza - najlepiej przy mnie. Ale do wszystkich chętnie pójdzie i uśmiecha się radośnie (jedyne, co obserwuję to to, że u obcych cały sztywnieje, naciąga paluszki u stópek jak baletnica, a u mnie jest luźny i zrelaksowany). Czasem patrzy na mnie takim "maślanym" wzrokiem ( to powiedziała moja siostra), gdy zasypia w łóżeczku i popłakuje,a ja pochylam się nad nim to zaczyna gilać mnie po policzku i łapać za nos. Ma wtedy już takie półprzymknięte oczka... A ja mu szepczę do uszka: "Kocham Cię syneczku... jestem tu....kocham Cię..."

Tak często mu to powtarzam, że nie wiem, czy jego pierwsze słowo nie będzie brzmiało "kocham".

Leo nie musi być lekarzem, prawnikiem, nauczycielem...sklepikarzem, ślusarzem, drwalem... Nieważne kim będzie w przyszłości. Marzę, że wychowam go na człowieka, który będzie umiał kochać i który będzie umiał być szczęśliwy, kimkolwiek zdecyduje być...



6:05 PM

Zapominam...

...jak to jest być niepłodną. Naprawdę. Nie myślę już prawie o tym. Powoli zapominam. Ból odchodzi na dobre... Moje myślenie jest bystre, ukierunkowane, okiełznane.
Lubię siebie. Coraz bardziej. Dostrzegam w sobie potencjał i chcę go rozwijać.
Jestem całkiem fajna okazuje się.
Dobrze czuć się dobrze z samą sobą.
Jakie to banalne. Jakie to proste. Jakie to głupie, że choć nie chciałam, postrzegałam siebie przez pryzmat jednej sprawy, choć byłam zupełnie świadoma, że takie postrzeganie jest chore.
Uczucie ulgi, którego doświadczam można porównać do ...hmmm... rozpuszczenia włosów wieczorem po całodziennym dobieranym :P Taką ulgę na duszy teraz odczuwam...
A  wszystkiemu winien jest:

 Mój synuś potrafi już zrobić takie oto akrobacje:


Dzięki tym umiejętnościom 22 lipca pierwszy raz zaczął pełzać :) Potrafi ruchem dżdżownicy "przejść" nawet 3 metry. Wkurza się przy tym niemiłosiernie, trwa to czasem pół godziny, ale jest zawzięty i zazwyczaj dopełznie do swojego celu (zabawka, panele za kocykiem).
Mówię Wam, takiej kochanej dżdżownicy to ja nawet w snach sobie nie wymarzyłam! :)

PS. Mam pytanie i zarazem prośbę - zniknęły mi polskie znaki w tytułach postów i w dacie. Próbowałam przeorganizować czcionki, ale okazuje się, że wszystkie czcionki z wyjątkiem Ariala i Times New Roman nie mają polskich znaków. Wcześniej wszystko działało. Nie wiem, czy to czasem nie kwestia mojej przeglądarki - czy u was wyświetlają się moje tytuły poprawnie? Np. w tym poście: http://bocianieczekamy.blogspot.com/2014/07/jestes-lekiem-na-cae-zo.html
Będę bardzo wdzięczna za pomoc :) Męczy mnie to jak natrętna mucha ;)

8:37 PM

"Dzidzia w aucie".

Cieszą mnie takie błahe rzeczy. Tysiące. Tysiące rzeczy, o których marzyłam, które sobie wyobrażałam jako nie-matka, których zazdrościłam innym matkom. I nie mówię tu o rzeczach oczywistych, takich jak: oglądanie rzeczy w sklepie dziecięcym, mój synuś w wózku czy  spacery.... Cieszą mnie również bardziej przyziemnie rzeczy, każda z nich mnie roztkliwia, czasem do łez... 

Np. brudna od ulewania sukienka - przypomina mi chwile, gdy odwiedzałam moją koleżankę od bliźniaczek i ona zawsze narzekała, że ma wrażenie, że czuć od niej rzygami. Ja jej zazdrościłam. Nie myślcie sobie, że w związku z tym chodzę cały dzień w obrzyganej sukience, a ślady spawów Leo traktuję niczym najbardziej zjawiskowe tatuaże...ale...no po prostu to mnie cieszy. Uśmiecham się do przeszłości i myślę - nareszcie...

Niesprana marchewka - ojjj, jak trudno ją doprać :) Za każdym razem, gdy patrzę na kolejną niedopraną tetrową pieluchę, uświadamiam sobie na nowo, że Leo naprawdę jest. Tu przy mnie, właśnie mój...

Fotelik na tylnym siedzeniu samochodu - i wszystko jest inne... I widzę siebie jadącą do pracy moim autem i zatrzymującą spojrzenie na każdym samochodzie, w którym ulokowany był dziecięcy fotelik... przywołujący moją tęsknotę, pogłębiający moją ówczesną obsesję... Dzięki tamtym tęsknotom dziś, czuję bardziej!

Łóżeczko w naszej sypialni. Tak, nareszcie czuję tu takie ciepło!

Zmęczenie - gdy tylko zaczyna mi doskwierać, gdy padam trupem, a przede mną jeszcze masa pracy - przypominam sobie moją niemoc podczas tęsknoty za dzieckiem. Moje robienie na siłę i jakąś taką nieumiejętność czerpania radości z tworzenia... Dziś zmęczenie jest fragmentem życia, a mam wrażenie, że wcześniej  zmęczenie było życiem...

Kupa tuż po zmianie pampersiaka - standard :) Moje dziecko jest burżujem jak nic - w brudne pieluchy nie rąbie :) <3

Butelki do mleka na blacie w kuchni, mata edukacyjna i grzechotki w salonie, kaczuszki i żabka do kąpieli mojego synka na parapecie, przeglądanie gazetek w poszukiwaniu najtańszych pampersów,  wszystkie zrobione przeze mnie rzeczy (bo okazało się, że są użyteczne) - bo namacalnie uświadamiają mi, że w naszym domu jest DZIECKO. NASZE DZIECKO.

Naklejka w samochodzie "Dzidzia w aucie" - bo marzyłam o tym, żeby w moim samochodzie zawisła. Bo nie jeden raz wyobrażałam sobie, że ją przyklejam. Z tego wszystkie mam aż dwie :) Jedną dostaliśmy w gratisie, drugą kupiłam taką wypasioną. Jest przepiękna.

Pisałam tego posta siedząc obok łóżeczka mojego synka, bo był marudny i nie mógł zasnąć. Post skończony, a mój synek słodko śpi... Minął miesiąc odkąd dostaliśmy pieczę... Niepodważalnie, niezaprzeczalnie, bezsprzecznie NAJWSPANIALSZY,  NAJPIĘKNIEJSZY, NAJPRAWDZIWSZY,  NAJWRAŻLIWSZY,  NAJGŁĘBSZY,  NAJWAŻNIEJSZY, NAJKRÓTSZY :) miesiąc mojego życia.

Ejjjj...Ty na górze, BOŻE...dziękuję!
DZIĘKUJĘ...dziękuję....dziękuję....






9:59 PM

Duma.

Do tej pory idąc ulicą widziałam kobiety w ciąży, kobiety z dziećmi, kobiety młodsze ode mnie z całą gromadką pociech, a w moim sercu była złość. Żal i gniew. Zalepiany pozytywnymi myślami wstyd...że tak czuję i wstyd, że ja nie mogę tego przeżyć. Czyż to nie głupie? Dlaczego czułam wstyd?
Nie wiem. Ale  tak było.
Teraz idę ulicą, prowadząc małego, który wierci się, ciumka, wyrzuca stopy z gondoli (wróciliśmy do gondoli, w spacerówce nie było mowy o spaniu), popłakuje, a ja czuję przeogromną dumę
Byliśmy u neurologa i na USG przezcięmiączkowym, wszystko jest idealnie, wręcz wzorcowo - powiedział pan doktor. Poczułam ulgę, cieszę się. Mój synek jest zdrowy. Pięknie się rozwija. Turla się jak szalony, zaczyna pełzać, gada po swojemu bardzo dużo, jest pogodny, radosny, cudowny.
Ale nie dlatego jestem z niego dumna. Jestem dumna, że ON po prostu JEST. 
I to mnie wzrusza za każdym razem, gdy o tym myślę.. 
I czasem chodzę sprawdzać, gdy Leo śpi, czy to nie sen, że on jest...bo cisza taka i może to wszystko tak naprawdę się nie dzieje...Staję nad łóżeczkiem i patrzę, a oczy zawsze same się szklą...bo ON naprawdę jest. Ma mały zadarty nosek, coraz większe pultynki (mamusia dobrze karmi :P), małe łapki zawsze podniesione do góry podczas snu (ponoć to domena szczęśliwych dzieci)...Moje najsłodsze serduszko...moje szczęście...moja miłość...
Znamy się już ponad miesiąc i prawie tyle mieszkamy razem. Ktoś w komentarzu napisał mi, że pierwszy miesiąc jest piękny - taki miodowy - a dopiero później pojawiają się problemy. To naprawdę miodowy miesiąc. Pełen takiej radości, której nie znałam do tej pory.  Pełen takich uczuć, których się uczę. Moje dni przepełnione są moim dzieckiem. Jego uśmiechem, płaczem, kupkami, mleczkiem, gotowaniem wody, kąpielą, myślami o nim, zabawami z nim, zmęczeniem i czasem łzami. Jest inaczej. Nasze dawne życie odeszło na zawsze. Cieszę się, bo pożegnałam je już bardzo dawno. Mój mąż niekoniecznie. On do nowej roli musi jeszcze przywyknąć. Jest fantastycznym tatą, czułym, ciepłym,zakochanym w synku, ale MEGA ZMĘCZONYM. Nie poznaję go, heh. Zaczęliśmy się ostro sprzeczać. A wszystko przez to, że nagle mój mąż - przyzwyczajony do tego, że jest "sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem" - który ustalał nasz plan dnia,  mówił, co, gdzie, kiedy... (Ja nie miałam ochoty niczego planować, więc dawałam mu wolną rękę.)  - został zastąpiony w tejże roli przez takiego jednego małego kogoś..i ten ktoś potrafi jednym uśmiechem położyć mojego męża na łopatki. Ten mały człowiek układa mu dzień :) To na razie jeszcze pozostaje "do oswojenia" u mojej drugiej połówki :) No to rodzicielstwo w końcu...zawsze nam mówili - nie ma lekko :)

Aż chce mi się dodać - jak nie ma lekko...tak lekko na duchu, jak teraz, nie było mi nigdy w życiu.
Na zdjęciu prezent dla Leo od mojej Kasi <3

10:13 PM

Jesteś lekiem na całe zło...

Byłam chora. Ale nie na niepłodność.
Byłam chora na smutek.

Świat był: smętny, szary, czarny, irytujący, złośliwy, podły, wstrętny, krzywdzący, bolesny, smutny, zły, okropny, nie dla mnie, niedopasowany, niesprawiedliwy, okrutny, ciążowy, senny, frustrujący, otępiający, zapętlający mnie, głuchy, głośny, przewidywalny, nudny... Mój świat był tęsknotą.
Tęsknotą, która powodowała we mnie ten powyższy stan. Walczyłam z nim, myślałam, że mam depresję, walczyłam z nią...

A teraz mój świat jest: ciekawy, kolorowy, radosny, śmieszny, kochany, ciepły, spokojny, łagodny, czuły, pełen bliskości, dopasowany, dla mnie, sprawiedliwy, pełen dziecięcego gaworzenia, prawdziwy, jak z marzeń, wsłuchujący się we mnie, nieprzewidywalny... Mój świat jest miłością.
Miłością, która spowodowała we mnie ten powyższy stan.

Odnalazłam mojego SYNKA, moje lekarstwo... Lek na całe zło...



Mamy już skończone 5 miesięcy :) Z tej okazji Synuś porzucił gondolę, z której już prawie wyskakiwał, na rzecz spacerówki, na swojej liście dań ma już marchewkę, jabłko i banana. Pozował mamusi przez całe pół godziny :) I powstały pięęęęęęękne zdjęcia mojego Słodziaka :)

3:50 PM

Mężowóz.

Dziś będzie bardzo szczerze i bardzo intymnie. Dziś będzie o NIM. O moim mężu, czyli tacie. O tacie Leośka.

Pierwsze słowa o adopcji padły z moich ust jakieś 2 lata temu. Staraliśmy się o dziecko dość krótko, bo kilka miesięcy zaledwie. Ale innym udawało się od razu. A nam nie.

Ja wtedy patrzyłam na adopcję przez różowe i dość egoistyczne okulary. Jawiła mi się ona jako 100% pewna droga do osiągnięcia MOJEGO celu i spełnienia MOICH oczekiwań.
Bo przecież muszę mieć dziecko skoro chcę, już! Natychmiast! A każdy kolejny nieudany cykl sprowadzał mnie coraz niżej i coraz głębiej wkopywał pod ziemię. Uznałam, że to ratunek dla mojego "marnego" życia.

Mój mąż początkowo strasznie zirytował się moim pomysłem.
"Ja nie kocham wszystkich i wszystkiego" - powiedział - "może Tobie wydaje się to proste, ale mi nie. Niczego jeszcze nie spróbowaliśmy, przed nami dziesiątki różnych sposobów, inseminacje, in vitro...co Ty ze średniowiecza jesteś? Studia na politechnice skończyłaś, bioetykę miałaś,a zachowujesz się jak dewotka?"

"Daj mi spokój z tą adopcją".
"Nie chcę tego słuchać."
"Weź nie poruszaj przy mnie tego tematu, dołuje mnie."
"Przestań o tym gadać, nie masz ciekawszych tematów."
"Musisz być bardzo nieszczęśliwa ze mną, skoro Ci nie wystarczam, może się rozwiedź?"
"Przestań mnie zmuszać do rzeczy, których nie chcę. Dlaczego zawsze musi stanąć na Twoim?"
"To, że Tobie przychodzi to tak łatwo, to nie znaczy, że i mi przyjdzie. Może ja po prostu tego nie chcę, ok?"
"No i co ryczysz, nie wymuszaj na mnie."
"Weź się ogarnij, a co jak weźmiemy dziecko i dalej będziesz taka nieszczęśliwa? Kto wtedy będzie musiał się nim zajmować? Oczywiście ja."
"NIE, nie będę oglądał tych durnych amerykańskich łzawych filmików o adopcji, irytują mnie."
"Nie mam ochoty, żebyś czytała mi "Dzieci z chmur", mnie to nie dotyczy".

 W międzyczasie zaszłam w ciążę, którą poroniłam i po niej:

"Dobra, za rok pójdziemy do Ośrodka" ( rok wydawał się wiecznością, podczas której można zajść w ciążę kilka razy)
"No dobra mogę obejrzeć z Tobą te filmiki, ale tylko jeden."
"No za chwilę mi przeczytasz jedną kartkę "Dzieci z chmur"...no dobrze...to rozdział."
"Ok, możesz zadzwonić do Ośrodka, zapytać jak wygląda procedura."
"Po co Ty ślęczysz na tym blogu? Nie masz realnego życia?"
"Czuję się niepotrzebny. Skupiasz się tylko na myślach o dziecku. Do czego Ci w ogóle jestem?"
"Dla Ciebie nic się nie liczy poza dzieckiem. W ogóle się mną nie interesujesz, może Ty nie potrzebujesz męża?"
"Jak Cię poznałem to nie byłaś taka zdewociała, miałaś plany i ambicje, a teraz jakby Ci rozum odebrało".
"Tak, nie rozumiem Ciebie."
"Tak, boję się, że tego dziecka nie pokocham."
"Tak, mi nie przyjdzie tak łatwo pogodzenie się z tym, że jest chore, że ma FAS, albo jest upośledzone. Nie jestem Tobą Ala."

Jeszcze w trakcie trwania szkolenia wielokrotnie mąż się gdzieś wewnętrznie wahał.

"Nie wiedziałem, że to takie trudne. Nie wiem, czy dam radę. Dlaczego nie chcesz in vitro?"

Poszliśmy do kliniki. SPRÓBOWALIŚMY INSEMINACJI, nie pisałam o tym na blogu. Nie udało się. Ja wiedziałam, że się nie uda. Nie chciałam chyba nawet, żeby się udało. To były trudne uczucia, mieszane. Czułam, że zdradzam moje dziecko, to, o które tak bardzo walczę. Potem przyszły choroby i zakaz starań o dziecko. A potem przyszedł telefon. TEN telefon.
Byłam zdeterminowana w mojej walce o TO WŁAŚNIE dziecko. O żadne inne, uwierzcie mi... Czułam, że mnie do niego pcha coś magicznego. INSTYNKT...

Moi chłopcy właśnie śpią. Jeden po pracy, drugi po porannej zabawie. Ja mam oczy pełne łez, a w gardle grzęźnie mi głos...choć milczę.
Po Jego wielkim strachu i lęku przed adopcją...MIŁOŚĆ mojego męża do dziecka pojawiła się w nim szybciej niż we mnie. Mały skradł jego serce JEDNYM spojrzeniem. Ich zrodzona tak szybko, w okamgnieniu, miłość zapoczątkowała dopiero moją miłość. ONI są dla siebie stworzeni.
Wyglądają tak samo... 
Mam na komórce kilka takich zdjęć z pierwszego spotkania z Leo. Widać wózek,w którym jedzie Mały i wystające z niego nogi mojego męża. On po prostu siedział głową i tułowiem w gondoli, gadał do Bąbla i jechał równocześnie. Powstawał wówczas najpiękniejszy mężowóz świata <3!
To nie ja, a mój mąż wstaje nad ranem robić małemu mleczko, a gdy po nocnej zmianie wraca z pracy to On chce odbić małego po śniadaniu, zanim jeszcze pójdzie spać. I choć nie ma do Sancha takiej cierpliwości, jak ja... to wiem, że jest z NIEGO cholernie dumny.  W jego wyrazie twarzy coś się zmieniło, w jego posturze jest coś innego... Mój mąż dojrzał, jest ojcem. A ja jestem najdumniejszą ŻONĄ  mojego cudownego MĘŻA i najszczęśliwszą MAMĄ mojego najwspanialszego SYNKA.
I uwierzcie mi nie było łatwo. Nasze małżeństwo upadało i wstawało, kurczyło się i rozszerzało. Toczyliśmy zażartą batalię, wojnę chwilami, a nawet armagedon- ja byłam zdeterminowana, żeby wygrać.
I wiecie co?
Najlepsze jest to, że wygraliśmy...OBOJE.




Klik!

TOP