11:21 AM

Nt, nb i test Pappa.

Ostatnie tygodnie minęły mi pod patronatem trzech, wymienionych w tytule wartości. Ze względu na chorobę autoimmunologiczną, lata leczenia niepłodności ( w sumie 4) i  poronienie  - dostałam skierowanie na badania prenatalne na NFZ. Między 11 a 13 tygodniem miałam się zgłosić do placówki ( wybraliśmy Invictę w Gdańsku, tam leczyliśmy się na niepłodność). Termin, który mi wyznaczono, przypadał mniej więcej w 11 tyg 4dniu ciąży.
Pierwsze dane:
CRL ( tzw. długość ciemieniowo-siedzeniowa) 45,4 mm
Nt 1,2mm
Przepływy w sercu w normie.
Uwidoczniono żołądek.
Nie udało się uwidocznić pęcherza moczowego.
Mózgowie widoczne, ale jeszcze słabo.
Ale... kość nosowa coś nie do oceny. Nie bardzo orientowałam się, co to oznacza. Ale na moją radość z właściwego wyniku Nt padł cień.
"Proszę przyjść za tydzień, podejść pod gabinet, ja szybciutko zajrzę, już wtedy powinno być lepiej widać co i jak. A teraz zapraszam na badanie krwi - test Pappa."
Nie chciałam robić tego testu. Wiem, że wyniki są dość często fałszywe. Znam osobiście 3 takie przypadki. Ale ze względu na skierowanie, musiałam te wyniki zrobić.
Obiecywałam sobie, że absolutnie nie będę pytać o radę i opinię doktora Google. Ale... słowa nie dotrzymałam.
Pierwszy tydzień oczekiwania na powtórne badanie upłynął w miarę spokojnie. Dr Google powiedział mi nawet, że brak pęcherza w pierwszym trymestrze może świadczyć o płci dziecka i sugeruje dziewczynkę.
Tydzień minął, a my znów wylądowaliśmy pod drzwiami gabinetu pana doktora. Na początku mnie nie pamiętał, ale po chwili pamięć powróciła. Czułam, że się pocę. Nogi latały mi jak galareta. Po 1,5h weszliśmy do gabinetu.
Drugie dane:
CRL 57mm
Nt 1,2mm
Uwidoczniono żołądek.
Uwidoczniono pęcherz moczowy.
Mózgowie dobrze wykształcone.
Ale... kość nosowa wciąż nie do oceny.
"Proszę przyjść za tydzień, na dwa dni przed wizytą u genetyka".

Ten tydzień oczekiwania był okropny. W mojej głowie rodziły się setki czarnych scenariuszy. Ze strachem  (jak idiotka) wertowałam informacje o braku kości nosowej ( choć doktor ciągle powtarzał, że kość jest, ale słabo widoczna i nie może jej ocenić). Zastanawiałam się, co będzie jeśli moje dziecko będzie miało wysokie ryzyko wad genetycznych. Co zrobię? Czy podejdę do amniopunkcji?
Znalazłam informację o bezinwazyjnych badaniach prenatalnych, które izolują DNA dziecka z krwi matki. Test NIFTY i HARMONY. Cena, choć nie mała, 2500zł, mieści się w granicach, na które możemy sobie pozwolić. Taką opcję, jaką jedyną, zaczęłam brać pod uwagę celem ewentualnej dalszej diagnostyki.
W tym czasie na moim blogu, w komentarzach, pisaliście, że jestem taką dobrą matką. A ja... czułam wstyd. Wstyd za siebie, za mój strach, za to, że tak panicznie ( miałam jeden atak paniki) boję się choroby mojego dziecka. I zastanawiałam się nad tym, czy udałoby mi się pogodzić z taką chorobą. Czy umiałabym je kochać tak, jak kocham Leosia? Czy umiałabym być szczęśliwa...?

Dziś byłam na trzecim, ostatnim w tym okresie badaniu prenatalnym.
CRL 75mm
Kość nosowa widoczna... Wszystko jest dobrze. Wyniki testu Pappa potwierdzają niskie ryzyko wystąpienia wad genetycznych.  Dość wysokie jest ryzyko urodzenia przed 34 tyg ciąży ( ale doktor kazał się tym nie sugerować i nie martwić). A dzidzia w brzuchu... wygląda panu doktorowi na dziewczynkę!

Siedzę na łóżku i ryczę. Czuję tak przeogromną ulgę, taką radość, takie szczęście... jak wtedy, gdy dowiedziałam się, że Leoś na nas czeka. Chyba dopiero teraz jestem w stanie uwierzyć, że będziemy mieć drugie dziecko, że to nie okrutny żart...Że to dar. Leosiowy, wiem to, dar...

I tylko grzechocze w mojej głowie, jak grzech, myśl, skąd we mnie tak ogromny lęk przed chorobami genetycznymi? I po części znam odpowiedź, i po części się usprawiedliwiam, i rozumiem. I przyjmuję fakt, że nie jestem idealna...
Wiem, że ze wszystkim człowiek jest w stanie sobie poradzić. Wiele może przepracować. Ważne, by zdać sobie sprawę z własnych ułomności.
No cóż, widzę, że w kwestii macierzyństwa, przede mną wciąż jeszcze sporo pracy...

A na zdjęciu mój słodki paluszek rozdziubał makaron,brokuły i kurczaka, a następnie powędrował do jeszcze słodszej buźki ( tak, to w nosku to są glutki).






10:08 PM

Gdy się we mnie wtulasz, synku...

Od początku mojej macierzyńskiej drogi usypianie Leosia sprawiało mi ogromną radość. Zalewała mnie fala oksytocyny, gdy odkładałam go, takiego niewinnego, delikatnego, boskiego maluszka, do łóżeczka. A on oddychał i wzdychał wtulając się we mnie, a we mnie wybuchał wulkan miłości.
Teraz Leoś jest już sporym chłopcem. Waży ponad 10 kg, a ja nie mogę dźwigać :( Przyzwyczaił się już do tego, że usypia sam w łóżeczku, a ja obok śpiewam mu kołysanki i gilam go po pleckach, i po rączce. Mam mniej cierpliwości niż na początku, o co oczywiście miewam do siebie pretensje. Czasem, gdy ręka już mi zdrętwieje, a mały dalej nie śpi, zaczyna mnie nawet dopadać irytacja.
Ale na szczęście wtedy są takie chwile, jak dzisiejsza...
Godz. 20:20. Jakieś 50 minut trwało wstawanie, uśmiechanie, płakanie, ciumkanie itp. i odkładanie na podusię. Mimo tak długiego czasu , Leoś postanowił nie zasypiać. Siedziałam obok i śpiewałam kołysanki razem z Turnauem, ale zdecydowanie go to denerwowało. W końcu wstał i zaczął puszczać mi buziaczki. Rozbraja mnie tym, bo nauczył się tak całować powietrze jakieś 3 dni temu dopiero. Oczywiście, zaczęłam się śmiać i odesłałam mu buziaczka. Odłożyłam go po raz 40 na poduszkę i wtedy...on chwycił moją dłoń i sam zaczął mnie gilać. Tak delikatnie gładził moją rękę, że aż mnie zamurowało. Potem wsunął ją sobie pod buźkę i zaczął przysypiać z uśmiechem na ustach. Powieki mu opadały, a ja utonęłam w magii bliskości z moim dzieckiem.

Bałam się, że mój mały nie będzie mnie kochał. Bałam się, że nie będzie mnie potrzebował. Bałam się, że mimo wielu starań, nie odwzajemni moich uczuć. Że nie będzie lubił dotyku, że nie będzie zwracał na mnie uwagi, że będę inną mamą.

A mój synek...po prostu potrzebuje mojego ciepła, bliskości. Ona daje mu poczucie bezpieczeństwa. Jest dobrze, bo mama jest obok.

A tak naprawdę synku, jest dobrze, bo Ty jesteś przy mnie. Dzięki Tobie jestem lepszym człowiekiem. 

PS. Leoś zaczął chodzić :) Przemierza 2-3m samodzielnie. Krzyczy przy tym: "idę, de, de, idę".
A dziś wyrósł mu 7 ząbek. Dolna dwójeczka z lewej strony.

8:07 PM

Drogi.

Kiedyś myślałam, że utknęłam. Na takim totalnym zadupiu. Czułam, jakby ktoś mi włożył nogi w beton, który zastygł. Użalałam się nad sobą, nie widząc rozwiązania mojej udręki.
"Spędzę resztę życia w tym cholernym miejscu, wśród tych samych uczuć, emocji, pragnień i marzeń" - myślałam.
Czas i chyba mój wewnętrzny bunt, i niezgoda na tkwienie w miejscu, powoli rozłupywała ten ciężki balast u moich stóp.
Na tym moim wspomnianym wcześniej zadupiu nie było zupełnie pusto. Co więcej, były też drogowskazy, gdzie iść, by dotrzeć dalej. Nie raz słyszałam też historie tych, którym udało się dojść w nowe miejsca. Ale wtedy nie chciałam widzieć, ale wtedy nie chciałam słyszeć. Wolałam gnić.
I gniłam.
Trochę podgnita rozłupałam cały beton. Słabsza i bardziej delikatna niż kiedykolwiek przetarłam oczy, wytężyłam słuch. Teraz nadszedł czas, bym ruszyła się z zadupia. Wtedy przyjrzałam się bliżej drogowskazowi. Był taki stabilny. Na ogromnym, dębowym pniu przytwierdzone były tabliczki, kierujące w zupełnie różne kierunki:
-in vitro
-adopcja
Te dwie przyciągnęły moją uwagę. Mój mąż już przyszykował nam kanapki i z zapakowanym plecakiem czekał na drodze wskazanej przez pierwszą z nich.
Skąd wziąć siłę, gdy sama byłam podejrzanie niepewna, że to ta druga opcja zaprowadzi nas do celu... ?
Usiadłam pod tym dębowym pniem. I powoli zaczęłam czuć się coraz bardziej wypoczęta, zrelaksowana, spokojna. Mój mąż spojrzał któregoś dnia w moje oczy i coś w nich zobaczył. Nie wiem co. Nie chce powiedzieć po dziś dzień. Ale wtedy skierował do mnie te słowa: "Zaufam Ci, pójdźmy tą drogą".
I ruszyliśmy do przodu.
Gdy odchodziliśmy od drogowskazu zobaczyłam, pierwszy raz, że na tym zadupiu nie byłam sama. Zobaczyłam ogromny tłum. Wśród tego tłumu, wielu ludzi miało wciąż zabetonowane nogi. Niektórzy wyglądali jak cienie, inni jak duchy... Jak to możliwe, że wcześniej ich nie dostrzegałam?
Znacie dalszą część tej historii. Wiecie, że droga, którą wybraliśmy zaprowadziła nas do wielkiej miłości. Do spełnienia marzenia o macierzyństwie. Do świata, o który walczyliśmy.

Ale to nie była jedyna droga. I nie był to wybór jeden z dwóch. Dróg jest wiele.  Wystarczy przetrzeć oczy. Wystarczy się wsłuchać w siebie i w świat. I po prostu nie gnić w jednym miejscu. Nie pozwolić sobie na zabetonowanie nóg. Nieważne, czy chodzi o niepłodność...czy o zmianę pracy, miejsca zamieszkania, radykalny krok w chorym związku, czy inny wyniszczający problem. Ważne, by nie stać w miejscu.
I nawet, jeśli czujesz się tak strasznie samotny, i nawet jeśli myślisz, że jesteś w sytuacji bez wyjścia, to zawsze... obok Ciebie jest wielu w podobnej sytuacji, to zawsze przed Tobą stoi drogowskaz. Ty po prostu jesteś zbyt słaby, by to dostrzec. Zbyt zmęczony by skupić na tym swoje myśli. Zbyt obolały, by uwierzyć. Tylko Ty możesz zmienić swoje życie. Tylko Ty możesz przerwać stan, od którego chcesz się uwolnić.

Dziś, gdy zastanawiam się, co zobaczył mój mąż w moich oczach... To jestem pewna, że zobaczył Boga. Zobaczył miłość.

8:47 PM

Bóg zapłać?

Wiedziałam, że ludzie są różni.  Spodziewałam się rozmaitych komentarzy na temat mojej ciąży w odniesieniu do niedawnej adopcji. Tłumaczyłam sobie, że nie mogę obwiniać ludzi za to, co myślą, bo przede wszystkim jesteśmy stworzeniami ograniczonymi - często do własnych doświadczeń. Ale... sytuacja, którą Wam opiszę, spowodowała u mnie... niesamowity skok ciśnienia...

Ale najpierw chciałabym Wam podziękować. Za przepiękne komentarze pod ostatnim postem. Wiem, ze nie jedną z Was sporo kosztowały. Jak pięknymi jesteście ludźmi i jak bardzo Was podziwiam - nie jestem w stanie wyrazić. Ja... nie umiałam długo, bardzo długo cieszyć się z ciąż innych. Nawet w początkowym czasie po adopcji...Dopiero, gdy w pełni poczułam się mamą, gdy mój syn wypełnił moje serce miłością matki, gdy zatarł we mnie zupełnie ból i moją inność, wprowadzając w to miejsce...po prostu dumę i szczęście - do tematu ciąż podchodziłam z najprawdziwszą radością. A do siebie... z uśmiechem. Dlatego tym bardziej wiem, ile Was to kosztowało. Czytając Wasze życzenia płakałam, czułam ulgę, wzruszenie, wdzięczność... i wiarę, że pomimo lęków i mnóstwa możliwych przecież scenariuszy na świecie naprawdę są ludzie, którzy życzą nam dobrze. Bezinteresownie dobrze. Jesteście wspaniali, wiecie o tym? JESTEŚCIE.

A teraz trochę bardziej dołująca historia, pokazująca, że najciemniej jest gdzie? No pod latarnią oczywiście.

Godzina 16. Leoś nie chce spać, jest trochę marudny. Razem z moją mamą (która przyjechała mi pomóc) szykujemy się do kolędy.  Mąż niestety jest w pracy. Dzwonią ministranci. Ksiądz zaraz przyjdzie. Pędzę na łeb na szyję, stroję Leośka, zmieniam kieckę. Na czas jesteśmy na dole, w salonie. Wchodzi ksiądz, staje obok mojej mamy trzymającej Leosia. Podnosi ręce do góry, zaczyna odmawiać "Ojcze nasz". Leoś unosi rączki identycznie jak on i próbuje złapać go za rękę. Ksiądz nie zwraca na niego uwagi. Ministranci uśmiechają się pod nosem, moja mama trzyma małego mocniej, ale on ma cel - dotknąć księdza. Siadamy do stołu. Ja idę dać ministrantom drobne. Wychodzą. A w międzyczasie ksiądz pyta jak dziecko ma na imię. "Leon" - mówi moja mama. "Pfffff" - z rozbawieniem prycha ksiądz.
Ok. Każdy ma prawo do swoich upodobań co do imion. Ale to prychnięcie było zbędne.
Szybka rozmowa, podczas której mówię, że synek jest adoptowany.
"Aaaa, nie możecie mieć SWOICH?" - rzecze zakonnik...
"Hmmm...(już nie chcę mu tłumaczyć, że to jest MOJE dziecko). Tak się okazało, że jestem teraz w ciąży." - odpowiadam.
"Och....no trudno... ( z rzeczywistym zmartwieniem wzdycha ksiądz!!!), to teraz będziecie musieli go i tak wychować...." - kiwa  głową ze współczuciem ksiądz, patrząc na moje dziecko.
Wryło mnie w krzesło. Żałuję, że zareagowałam tak delikatnie.
"To moje największe szczęście, proszę księdza. Największy dar, za który jestem wdzięczna Panu Bogu i będę zawsze" - odpowiadam.
"Nie zapomnij podziękować za ciążę" - dodaje ksiądz.
"Dziękuję co dzień" - odpowiadam.
(Uwaga a teraz najlepsze!!!)
Już nie wiem nawet dlaczego, ale powiedziałam do księdza, że Leoś był chrzczony w naszej parafii 3 miesiące temu i że może go pamięta, bo płakał całą mszę
Na co ksiądz wziął kropidło, zmarszczył brwi, pokropił Leosia święconą wodą i dodał: " Hmmm. Nie syczy. To dobrze."
A ja nic nie odpowiedziałam. Czy mój mózg w tej ciąży zupełnie stracił swoją zdolność do riposty? 
I jeszcze na koniec powiedziałam "Bóg zapłać". Tragifarsa. Jestem upośledzoną matką. Wybacz mi mój syneczku!

Muszę to powiedzieć głośno. Mój syn jest normalnym dzieckiem. Ma dwoje kochających rodziców.Wspaniałych dziadków. Cudowne ciocie i wujków. Jest wymodlony, wyczekany, wytęskniony, upragniony. Cieszy mnie każdy jego gest, każde słowo, każdy dzień z nim, mimo zmęczenia, jest piękniejszy niż mogłam przypuszczać. Cieszę się, że nie zaszłam w ciążę szybciej. Cieszę się, że Bóg z niespodziankami poczekał, aż odnalazłam moje dziecko. MOJE - bo nie mogę i nikt nie może powiedzieć, że to nie MOJE dziecko. On był nam przeznaczony. A w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny. Czekałam na tego chłopca. Wiem, bo pasował do dziury w moim życiu jak klucz do zamka. Dał mi wszystko to, co nie pozwalało mi poczuć się spełnioną. Przykre, że niektórzy ludzie mają tak płytkie i prymitywne myślenie, i odczuwanie. Współczuję. Tym bardziej przykre, gdy taką osobą jest ksiądz. Nie wiem, czy uda mi się donosić tę ciążę. Chciałabym, żeby tak było. Jest to dla mnie bardzo ważne. Ale równie ważne jest dla mnie dobro mojego Leosia. To cudowne dziecko. Wspaniałe. I każdy, absolutnie każdy, kto go poznaje, zachwyca się nim, jak my.


Kilka zdjęć z ostatniego miesiąca...
 Bańki!
 Chrupki :)
 Pierwsza choinka Leosia. Malutka i poza zasięgiem rączek :)
 "Siiii" - oglądamy ogień.

 Białe tło fotograficzne to mój prezent od Gwiazdora :) Przydało się :)
Oglądamy wschód słońca w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia.


11:33 AM

Już czas...

...czas zakończyć moje milczenie. Milczenie, spowodowane trzęsieniem ziemi w moim życiu.  Takim nieprzewidzianym i trudnym do okiełznania...

Dojrzewałam, żeby napisać tego posta. W myślach pisałam go setki razy. Nie chciałam tym postem nikogo zranić, skrzywdzić... Bałam się też tego, co przyniesie jutro. Cóż...nadal się boję... Ale mam też poczucie, że jestem Wam winna moją szczerość. Co z tego wyniknie, pewnie wkrótce się przekonam...

Zaczęło się na początku listopada. Niby niegroźny katar i kaszel Leosia. Kilka wizyt u pediatry ( w sumie chyba trzech). Badania krwi etc. Wszystko dobrze. Kaszleliśmy do początku grudnia. Do leków bez recepty dołączyłam inhalacje z Berodualu, soli i Nebbudu. Nie było łatwo, bo Leoś nie znosi inhalacji... ale działaliśmy.

Mimo męczącej nas choroby, w listopadzie dużo się modliłam. Byłam taka spokojna. Chyba pierwszy raz w życiu poczułam się naprawdę spełniona. Tak zupełnie. Któregoś listopadowego dnia podczas modlitwy, płakałam...że nie chcę podchodzić do in vitro, a nie umiem z mężem dojść w tej kwestii do porozumienia. Że adopcja jest cudowna i z niecierpliwością czekam na kolejną. I powiedziałam do Boga: "Zrobiłam wszystko co mogłam. Więcej nie mogę. Oddaję Ci tę sprawę. Weź ją w swoje ręce." To był też miesiąc, w którym stwierdziłam, że nie powinnam spieszyć się z kolejnym dzieckiem. Zrozumiałam, że mój synuś, mój Skarb, mój Leoś potrzebuje od nas wiele, wiele uwagi...

Potem przyszedł 8 grudnia. Wtedy zorientowałam się, że chyba powinnam już jakiś czas temu dostać okres. No i ...zrobiłam test. Ot tak. Nie patrząc na niego wyszłam z łazienki. Prawie o nim zapomniałam. Gdy wróciłam, by go wyrzucić, przeżyłam szok. Dwie grubaśne kreski.

Jestem w ciąży.

Tak. Obecnie w 12 tygodniu. Taka magiczna data, bo mówią, że najgorsze za Tobą.
Przeżyłam kilka pierwszych USG, bicie serca, badania prenatalne... Naprawdę siostra albo brat Leosia mieszka w moim brzuchu. To dość dziwne. Choć powoli do mnie dociera.
Nie jest jednak super kolorowo. Jestem już po jednym antybiotyku, po zapaleniu oskrzeli, obecnie mam zapalenie zatok, biorę luteinę na podtrzymanie ciąży, codziennie strzelam sobie zastrzyki w brzuch na rozrzedzenie krwi.. W międzyczasie byłam tydzień z Leosiem w szpitalu, bo jak już pisałam w komentarzach, miał zapalenie płuc. W piątek opuściliśmy szpital,ale przywlekliśmy do domu rota wirusa.  Leoś i mąż rąbali - jeden w pieluchę, drugi do wc. Ja wymiotowałam dalej niż widziałam. Do tego podkrwawiam z jelit - powinnam bezwzględnie leżeć przez najbliższe 3 tyg. Pani doktor powiedziała, że jak jelita się rozkręcą to stracę tę ciążę...
Ale jak leżeć, gdy ma się  w domu maleńkiego synka potrzebującego uwagi non stop?
Żyję w strachu. Choć staram się być spokojna. Każdy ból brzucha mnie przeraża. Każdy napad kaszlu straszy. Do tego jestem tak zmęczona, że najchętniej zasnęłabym na najbliższe kilka miesięcy.
Może to okropne, co napiszę, ale stan ciąży jest przereklamowany. Czuję się fatalnie. Do tego łapię wszystkie infekcje ( zapomniałam dodać, że miałam już infekcję bakteryjną i drożdżakową tam, gdzie wciskam luteinę ;P). Może to się zmieni w kolejnych trymestrach. Mam nadzieję, że do nich dotrwam.

Czy czuję się inaczej, bo udało nam się zajść w ciążę? Będę zupełnie szczera - nie.
Jestem taka sama jak dawniej, tylko teraz czuję ciążącą na mnie odpowiedzialność za drugie życie. Jeszcze bardziej dotkliwie odczuwam piętno mojej autoimmunologicznej choroby.

A mój synek... Słodycz mojego życia - skończył 11 miesięcy. Umie już samodzielnie przejść kilka kroków. Choć po powrocie ze szpitala przeżywa jakiś regres pod tym kątem. Na słowa "OoooJEJ" kładzie główkę i wtula się w osobę, która stoi najbliżej ( gdy nikt nie stoi przytula się do stołu, albo kanapy). Sygnalizuje, gdy jest głodny wyraźnym mlaskaniem i słowami "mnam, mnam".
Po pobudce mówi "teć" - interpretuję to jak "cześć" :)  "Mama" na stałe zagościło w jego słowniku i w sytuacjach zagrożenia jest wykrzykiwane z wyjątkowo wysoką częstotliwością :)
Uśmiecha się rozbrajająco swoim 6-zębnym uśmiechem. Włosy przycinałam mu już dwa, czy nawet trzy razy. Waży 10 kg ( trochę schudł po chorobie :( ) i ma 80cm ( tak go w szpitalu wymierzyli). Ale ciuszki nosi zdecydowanie większe - 86-92cm.
Jest cudowny. I taki piękny. Buźkę ma jak dorosły chłopczyk. Naprawdę, no już ładniejszy to nie mógłby być. (Zapewne myślę tak, bo patrzę na niego oczami matki.)
Chyba w końcu, po 2 miesiącach walki, wyzdrowieliśmy. Wczorajsza wizyta u pediatry potwierdziła, że płucka już brzmią dobrze. Niestety mój synek, zawsze odważny, nie płaczący nawet podczas pobrania krwi w szpitalu, ufnie przyglądający się lekarzom podczas szpitalnych obchodów... wczoraj tak bardzo wystraszył się lekarza, że płakał, wył właściwie, aż do powrotu do domu ( 1,5h). W domu płakałam już razem z nim, gdy wtulony we mnie powtarzał "mama, mama"....

Mamy dość chorób. Chcemy być zdrowi. Wierzę, że nam się uda. Że w sierpniu będziemy zdrową i szczęśliwą jak dawniej, tym razem już 4-osobową rodzinką.

Jestem wciąż z Wami, taka sama. I rozumiem, i wciąż pamiętam,a nawet czuję, Wasz ból. Dlatego na osłodę wklejam zdjęcie najcenniejszego daru w moim życiu.

I spróbujcie się nie uśmiechnąć :)

Wiecie co? Po napisaniu tego posta ( a trwało to kilka dni) czuję ulgę.

3:16 PM

Już święta!

W ten magiczny, świąteczny czas, życzę, aby nikt nie czuł się samotny, pominięty i niezrozumiany. Dlatego proszę Was i siebie, abyśmy znaleźli czas dla drugiego człowieka. Na chwilę rozmowy i zadumy. Otwórzmy swoje serca, wybaczajmy, wyciągnijmy rękę, zakończmy wieloletnie kłótnie i spory. Niech to będzie ten właściwy czas. Przecież taki jest sens tych Świąt...
 

...bo skoro nie może być biało za oknem, niech będzie biało w naszych sercach...!

5:12 PM

Prawo do błędów.

Od dziecka bałam się zadań, które były dla mnie wyzwaniem. Takich, co do których nie miałam 100% pewności, że sobie z nimi poradzę. Na samą myśl o rzucaniu palantówką, skoku w dal, trafieniu do kosza na czas, dostawałam biegunki. Bo z w-fu zawsze byłam średniakiem. I to tym prawie najsłabszym.Egzamin na prawo jazdy? Dostawałam skoku ciśnienia i zlewnych potów, gdy tylko ktoś przypomniał mi, że skończyłam już 18 lat i że życie bez prawka jest o wiele trudniejsze, zwłaszcza, gdy mieszka się w dużym mieście.
Inne sfery mojego życia raczej pozostawały w radosnym uniesieniu grzanym odnoszonymi sukcesami. 
Dziś wiem, że to była moja mała tragedia. Nie to, że z w-fu byłam średniakiem. A to, że praktycznie za cokolwiek w życiu się nie chwyciłam, jakiejkolwiek inicjatywy nie podjęłam, udawało mi się ją doprowadzić do końca i stanąć gdzieś w świetle osobistych jupiterów ( bądź czasem lokalnych).
W ten sposób wyrobiłam sobie własną wizję siebie. Osoby utalentowanej, pracowitej, ambitnej, odnoszącej sukcesy. Takie stworzyłam sobie ramy. 
Te ramy, okazały się później, stety-niestety dla mnie, zbyt sztywne.
Osiągane sukcesy, nagrody, artykuły w gazecie, nie przynosiły mi długotrwałego szczęścia. Chwilowa radość z wygranej, zamieniała się bardzo szybko w ambitne oczekiwanie na więcej.
Byłam wtedy dzieckiem. Bo czas, który opisuję, zamyka się wraz z ukończeniem liceum. Studia mnie zmieniły. Najpierw nie dostałam się na medycynę. Bardzo szybko przeorganizowałam sobie w głowie, że tak miało najwidoczniej być. Mój drugi kierunek, na studiach w Trójmieście, okazał się pociągiem do mojej przyszłości. I choć nadal na uczelni "szło" mi w miarę gładko, to zaczęła mnie dopadać zmora znudzenia. Zniechęcenia. Wycofania nawet. Już nie błyszczałam jak wcześniej. Na najtrudniejszym kierunku na Polibudzie, razem ze mną, studiowały 2 setki takich "utalentowanych" jak ja. Mimo wszystko to zderzenie z codziennością przyjęłam dość spokojnie. 
Ale na kurs na prawo jazdy...nie poszłam.
Moje ambicje i lęki wróciły, gdy studia chyliły się ku końcowi, a moja laboratoryjna magistersko-inzynierska praca miała okazać się totalnym fiaskiem.  Musiałam obronić negatywne wyniki. Czyli wykazać, że to, co miałam osiągnąć, jest nie do osiągnięcia.  Zaczęły się nieprzespane noce, leki na uspokojenie, bezsenność, często irracjonalne lęki.
W tym samym dokładnie czasie, zmuszona poniekąd przez mojego ówczesnego chłopaka ( czyt. obecnego męża) zapisałam się na kurs na prawo jazdy. 
Zdałam za pierwszym razem. A pracę obroniłam na 5. Ale co z tego? 
Zostały we mnie rozchwiane, rozkołatane emocje, które wywołały moje pierwsze zaostrzenie Colitis ulcerosa.
Po diagnozie świat mi się rozsypał. Jeszcze nie zaczęłam pracować, a już coś mnie ogranicza. I to nie chwilowo, ogranicza na zawsze. 
Czy ja umrę? Czy się wykrwawię? Czy jeszcze kiedyś wyjdę na ulicę? Czy będę mieć stomię? Czy będę nosić pampersy? Czy On mnie nie zostawi? Czy ja na Niego zasługuję? Jakie będzie miał ze mną życie? Czy będę mogła mieć dzieci? Chcę mieć dzieci...
Miałam 23 lata. Jezu, jaka byłam inna. Jaka roztrzęsiona. Przerażona. Samotna.
Zaczęłam doktorat. Po roku zawiesiłam go, bo zdrowie uniemożliwiało mi wyjazdy zagraniczne, które były nieodłącznym elementem tej doktoranckiej układanki. Dziś myślę, że raczej ja sama i moje lęki o zdrowie i dostępność szpitali były głównym moim ograniczeniem...Zapadałam się i spadałam na emocjonalne dno. Czułam, że życie wymyka mi się spod kontroli. Byłam coraz słabsza. A życie dopiero miało zacząć mnie walić po pysku.
Do czerwca tego roku, miałam wrażenie, że z każdej ze stron dostaje kopniaki. Posiniaczona, ledwo żywa, czołgałam się w środku siebie, bo choć nogi już dawno nie były w stanie iść, pracowałam nad sobą, bo nie chciałam, nie mogłam się poddać. 
Brzmi to makabrycznie, nie?
Ale tak było. Przestałam dostrzegać dobro, piękno wokół. Utonęłam we własnej rozpaczy, bólu i lęku.
Dlaczego tak było? Dlaczego tak bałam się porażek? Dlaczego nie umiałam przyjmować krytyki? Dlaczego niepowodzenia i choroby odzierały mnie z poczucia własnej wartości? Dlaczego koncetrowałam się tylko na tym co we mnie "złe"?
Bo jestem tylko człowiekiem. Mam słabości. Trudności. Bo nie byłam nauczona, że może mi się nie udać. Że mogę przegrać. Moje ramy zakładały wygraną tam, gdzie mi na tym zależało.
Sztywne ramy. Związane ręce, związane nogi. Masz być taka. Dokładnie taka. Nie gorsza. Nie słabsza. Nie masz prawa być zazdrosna. Nie masz prawa powiedzieć czegoś od rzeczy, nie masz prawa zrobić błedu ortograficznego, nie masz prawa nie wiedzieć, kto jest Ministrem Sportu, nie masz prawa zapomnieć o urodzinach koleżanki, nie masz prawa wybuchnąć przy obcych, musisz taka dokładnie być, jaką sobie siebie wymyśliłam...itd. itd. w nieskończoność. Chciałam być lubiana przez wszystkich. Przecież ja lubiłam wszystkich ludzi. 
Dziś pytam się sama siebie - po co? Co da mi sympatia całego świata?
Odpowiedź jest banalna. Poczucie własnej wartości. Tyle że budowane na opinii innych. Czyli generalnie względne.
Nie wiem, kiedy wyleczyłam się z tej choroby mojej duszy. Dałam sobie prawo do błędów. Nie oceniam siebie na każdym kroku. Dziś czuję się silna, wartościowa, po ludzku nieidealna. Cieszę się, że taka jestem. Doceniam w sobie wiele cech. Niektóre staram się zmienić, ale nie brutalnie, nie na siłę. Akceptuję swoje słabości, gorsze chwile ( te zdarzają się przecież każdemu), ale swoje życie koncentruję na tym, co dobre i piękne. I może dlatego na moim blogu nie ma zbyt dużo frustracji, może dlatego jest on taki delikatnie przesłodzony.
To zadziwia mnie samą. Ale jest mi z tym, jest mi ze sobą, w tym moim życiu...po prostu DOBRZE.
 

Na koniec chcę najserdeczniej pogratulować Julce - która dwa dni temu została mamą swojego maleńkiego synusia. Dziękuję, że byłaś ze mną, gdy ja walczyłam o Leosia. Dużo zdrówka kochana dla Ciebie ( mam nadzieję, że czujesz się dobrze!) i dwudniowego już Szkraba :)



5:49 PM

Pierwsze pobieranie krwi.

Jutro idę z Leosiem na pierwsze pobranie krwi. I mam pytanie do Was kochani, czy taki maluch musi być na czczo? 
Na forach piszą, że nie ma takiego przymusu. Ale wolę się jeszcze upewnić. 


9:40 PM

Nieszczęsne pierniczki!!!!!!

Piekłam dziś pierniczki z Leosiem. Miksuję, ugniatam, aż w pewnym momencie patrzę, a w Leosiowej paszczy kawałek folii z opakowania do foremek!
Nie wiem czy czegoś nie połknął.
Strasznie się boję!
Czemu jestem taką niezdarą i roztrzepańcem!?? Mogłam się domyślić, że skoro ma już zęby to może kawałek nadgryźć...
Najgorsze, że cały dzień coś mu się ulewało. I nadal mu się ulewa. No i teraz nie wiem- czy to wina folii w brzuszku, czy to wina czegoś innego.
Martwię się :(
A to moje nieszczęsne pierniczki :(

10:27 PM

Najcieplejszy grudzień.

Pięć razy zmazywałam tytuł posta.
Cudowny grudzień.
Przepiękny grudzień.
Wyśniony grudzień.
Grudzień z marzeń.
Wspaniały grudzień.
We wszystkich tych tytułach, ani nawet w tym obecnym, nie jestem w stanie zamknąć miłości, która wypełnia nasz dom, nasze wnętrza, w tym wyjątkowym roku naszego życia.

Wróciłam dziś do postów z zeszłego roku. To taka odległa przeszłość... Dziś doceniam...że była. Dzięki niej czuję tak mocno, tak długo, tak intensywnie.
Przeczytałam właśnie ---->W poczekalni
Chciałabym utulić tę dziewczynę, którą wtedy byłam. Szepnąć jej do ucha - wszystko będzie dobrze, będziesz niewyobrażalnie szczęśliwa... Będziesz bezgranicznie kochać. Będziesz mamą.

Dziś cieszy mnie wszystko. Ozdoby w sklepie. Zabawki w hipermarketach. Książeczki ze Świętym Mikołajem i szalonymi pingwinami. Piosenki świąteczne w radiu i na youtube. Robienie prezentów bliskim i dzieciom. Kalendarze adwentowe. Wystroje świąteczne w połowie listopada ( co kiedyś irytowało mnie nieprzeciętnie). Czuję się jakbym sama była dzieckiem, znów dostrzegam magię grudniowych chwil.. Z niekłamaną niecierpliwością czekam na Wigilię.
Dom powoli przystrojony. W szklanej kuli przy łóżku ulokowałam lampki choinkowe. Taka lampa fascynuje Leosia, a ja czuję się tak świątecznie, siedząc w jej blasku. Srebrne reniferki, bombki, aniołki też już pomieszkują tu i tam. Ale najważniejszą ozdobą naszego domu jest mój mały synuś. Który co chwilkę podchodzi do mnie, wyciąga rączki i krzyczy "mama, mama, mama". A w jego śmiesznej, słodziutkiej buźce lśnią już 3 zębiska! :) ( dwie dolne firaneczki - jedynki i dość duża górna).
 I choć podejrzewałam, że jego pierwsze świadome słowo będzie brzmiało "kocham" to świadome "mama" jest jeszcze piękniejsze! Nie ma piękniejszego prezentu Mikołajkowego niż buziaki mojego synka. Mój słodziaczek podczas zabawy robi sobie kilkanaście przerw, podchodzi do mnie i daje mi soczyste buziaczki. A gdy jest czymś zajęty, a ja zawołam: "Leoś,daj  buzi mamie, szybkoo,szybkoo!!!", rzuca wszystko i pędzi do mnie z rozdziawioną, roześmianą minką. 
Jest CUDEM. Odbiciem lustrzanym moich pragnień. Aż nie mogę uwierzyć, że to prawda...
Co nie napiszę, to będzie za mało. Może brzmi to tak słodko-pierdząco. Ale w takim razie moja codzienność jest słodko-pierdząca i po prostu przewspaniale mi z tym!
I tak jak rok temu pisałam:
"Podsumowując - cieszę się, że już po świętach. Mam w sobie żal, którego nie lubię i chcę, żeby uleciał ze mnie, bo jest niczym trucizna, która zatruwa mi życie. I po części innym też. Chcę być radosna i szczęśliwa.
Pragnę być mamą. Tak bardzo.
Tylko tyle. I aż tyle."
Tak dziś mogę napisać:
Podsumowując - cieszę się, że idą święta! Mam w sobie tyle miłości, którą uwielbiam, chcę się nią dzielić, niech wzlatuje i frunie do innych, bo jest niczym lekarstwo, które uzdrawia moje życie. Jestem radosna i szczęśliwa.
Jestem mamą. Tak bardzo jestem...
To tyle. Aż tyle!!! <3

NIEDZIELNA AKTUALIZACJA:
Właśnie zajrzałam do paszczy mojego małego Lwa. Zębów ma sztuk 4 ;)

9:43 PM

Niepłodna.

Analizuję od kilku dni moje życie. Moje doświadczenia i uczucia... Staraliśmy się o dziecko 3 lata. Okazało się, że droga po nie, nie będzie taka, jak przypuszczaliśmy. Niektórzy nazywali nas bezpłodnymi, Ci mądrzejsi: niepłodnymi, ja sama czułam się jak marionetka, którą ktoś steruje. Próbowałam ze wszystkich sił zatrzymać w sobie resztki kobiecości. Stosowałam codzienne autoterapie, wzmacniania, medytacje... Walczyłam o szczęście... Nie o dziecko, które miało być tym szczęściem, ale o szczęście, które wypełni moje bezdzietne życie...
Niedawno w niedzielę na mszy świętej było czytanie Psalmu 128, widzę po blogach, że porusza on nie tylko mnie... "Małżonka twoja jak płodny szczep winny" - pierwszy raz od lat nie miałam kluchy w gardle, słuchając. Zadałam sobie po powrocie do domu pytanie - czym jest płodność? I czy Bóg mówi w tym psalmie również o mnie?
Siedzę i patrzę w ekran. Litery zapisują białą przestrzeń. Wylewam z siebie myśli, uczucia... tworzę.
Coś w środku mnie od zawsze podpowiadało mi: "oto Twoja płodność". Ale rodziło się we mnie przeświadczenie, że to banał. Chciało mi się krzyczeć i wyć, wydzierać się na całe gardło:

"Nie o taką płodność mi chodzi!!! Chodzi mi do k...wy nędzy o to, że moje jajko, albo jest trafione i nie łączy się z plemnikiem męża, albo w ogóle go nie ma! O to mi chodzi! Jestem niepłodna! Nie jestem szczepem winnym, który daje owoce. Dookoła mojego stołu nie zasiądą synowie!!!!! Ja pierd....le." ( wybaczcie wulgaryzmy, starałam się oddać oryginalny przekaz).

Gorycz. Frustracja. Złość. Żal. Gniew. Codziennie, do znudzenia.
Pieprzona tęsknota. Wiązała mi szyję, nie mogłam oddychać. Wiązała mi oczy...przestałam dostrzegać, jakie pierwotne instynkty i bardzo proste myśli, zaczęły dominować w moim toku myślenia. Znów to napiszę - przetrwanie gatunku. I raz, i dwa... każdy miesiąc tak samo- sex w dni płodne, świeca "po", okres, dół.

NIEPŁODNA. NIEPŁODNA. NIEPŁODNA.

Zdawało mi się, że mam tak na drugie imię. Tfu! Kłamię! Na pierwsze.
Niepłodna Alicja.
Gorsza od innych. Słabsza od innych. Bardziej chora. Bardziej smutna. Bardziej skrzywdzona. Bardziej samotna. Bardziej zszargana. Bardziej...niepłodna niż inne niepłodne...Niż inni niepłodni.

Jak dobrze, że tęsknota nie związała mi serca. Że poprowadziło mnie ono do mojego syna. Jak dobrze, że ono nie uwierzyło mózgowi. Prymitywnie goniącemu za tym, co namacalne i cielesne. 
Jak dobrze, że serce pozostało płodne. Nie poddało się ocenie złowrogiego krytyka, który zamieszkał w moim umyśle. Jak dobrze...że zrozumiałam, że ten krytyk kłamał.

KŁAMAŁ.
BLUŹNIŁ.
Przeciwko temu co ważne, przeciwko temu co piękne. Przeciwko miłości, przeciwko nadziei.
Co za cham i prostak.

Jaka ja byłam płodna przez ten cały czas, w którym postrzegałam siebie jako totalnie niepłodną! Stworzyłam blog, który pomógł niejednej osobie. Przeszłam najdłuższą i najcięższą drogę w swoim życiu. Stworzyłam masę różnych drobiazgów. Poznałam wielu pięknych ludzi. Kochałam. Pomnażałam miłość. Uczyłam się siebie każdego dnia. Oto płodność, którą w sobie mam. Wielka płodność dająca owoce.

Czujesz się niepłodna/y? Ucisz swojego wewnętrznego krytyka, podłego i diabelskiego prostaka, i posłuchaj swojego serca. To nie żaden frazes. Posłuchaj naprawdę.


9:07 PM

1 ząbek.

Pojawił się w końcu pierwszy ząbek :) Prawa, górna jedynka :)
Odkryłam go o 19.
Muszę jednak napisać parę słów odnośnie moich dzisiejszych ząbkowych przemyśleń.  O godzinie 11.20 byłam dziś u lekarza,bo Leoś ma 4 tydzień kaszel. Pani doktor przebadała Leośka i przy okazji poprosiłam ją o obejrzenie dziąsełek.
"Proszę się nie nakręcać, jeszcze długo poczeka Pani na pierwszego ząbka. Dziąsła muszą spuchnąć, zaczerwienić się i dopiero ząbek wyjdzie".
No to się naczekałam.
I jak tu wierzyć lekarzom?

Ponieważ jestem niedowiarkiem, sprawdziłam czy mnie oczy nie mylą sposobem "na łyżeczkę". Łyżeczka dzwoni aż miło ;)

Klik!

TOP