Ostatnie tygodnie minęły mi pod patronatem trzech, wymienionych w tytule wartości. Ze względu na chorobę autoimmunologiczną, lata leczenia niepłodności ( w sumie 4) i poronienie - dostałam skierowanie na badania prenatalne na NFZ. Między 11 a 13 tygodniem miałam się zgłosić do placówki ( wybraliśmy Invictę w Gdańsku, tam leczyliśmy się na niepłodność). Termin, który mi wyznaczono, przypadał mniej więcej w 11 tyg 4dniu ciąży.
Pierwsze dane:
CRL ( tzw. długość ciemieniowo-siedzeniowa) 45,4 mm
Nt 1,2mm
Przepływy w sercu w normie.
Uwidoczniono żołądek.
Nie udało się uwidocznić pęcherza moczowego.
Mózgowie widoczne, ale jeszcze słabo.
Ale... kość nosowa coś nie do oceny. Nie bardzo orientowałam się, co to oznacza. Ale na moją radość z właściwego wyniku Nt padł cień.
"Proszę przyjść za tydzień, podejść pod gabinet, ja szybciutko zajrzę, już wtedy powinno być lepiej widać co i jak. A teraz zapraszam na badanie krwi - test Pappa."
Nie chciałam robić tego testu. Wiem, że wyniki są dość często fałszywe. Znam osobiście 3 takie przypadki. Ale ze względu na skierowanie, musiałam te wyniki zrobić.
Obiecywałam sobie, że absolutnie nie będę pytać o radę i opinię doktora Google. Ale... słowa nie dotrzymałam.
Pierwszy tydzień oczekiwania na powtórne badanie upłynął w miarę spokojnie. Dr Google powiedział mi nawet, że brak pęcherza w pierwszym trymestrze może świadczyć o płci dziecka i sugeruje dziewczynkę.
Tydzień minął, a my znów wylądowaliśmy pod drzwiami gabinetu pana doktora. Na początku mnie nie pamiętał, ale po chwili pamięć powróciła. Czułam, że się pocę. Nogi latały mi jak galareta. Po 1,5h weszliśmy do gabinetu.
Drugie dane:
CRL 57mm
Nt 1,2mm
Uwidoczniono żołądek.
Uwidoczniono pęcherz moczowy.
Mózgowie dobrze wykształcone.
Ale... kość nosowa wciąż nie do oceny.
"Proszę przyjść za tydzień, na dwa dni przed wizytą u genetyka".
Ten tydzień oczekiwania był okropny. W mojej głowie rodziły się setki czarnych scenariuszy. Ze strachem (jak idiotka) wertowałam informacje o braku kości nosowej ( choć doktor ciągle powtarzał, że kość jest, ale słabo widoczna i nie może jej ocenić). Zastanawiałam się, co będzie jeśli moje dziecko będzie miało wysokie ryzyko wad genetycznych. Co zrobię? Czy podejdę do amniopunkcji?
Znalazłam informację o bezinwazyjnych badaniach prenatalnych, które izolują DNA dziecka z krwi matki. Test NIFTY i HARMONY. Cena, choć nie mała, 2500zł, mieści się w granicach, na które możemy sobie pozwolić. Taką opcję, jaką jedyną, zaczęłam brać pod uwagę celem ewentualnej dalszej diagnostyki.
W tym czasie na moim blogu, w komentarzach, pisaliście, że jestem taką dobrą matką. A ja... czułam wstyd. Wstyd za siebie, za mój strach, za to, że tak panicznie ( miałam jeden atak paniki) boję się choroby mojego dziecka. I zastanawiałam się nad tym, czy udałoby mi się pogodzić z taką chorobą. Czy umiałabym je kochać tak, jak kocham Leosia? Czy umiałabym być szczęśliwa...?
Dziś byłam na trzecim, ostatnim w tym okresie badaniu prenatalnym.
CRL 75mm
Kość nosowa widoczna... Wszystko jest dobrze. Wyniki testu Pappa potwierdzają niskie ryzyko wystąpienia wad genetycznych. Dość wysokie jest ryzyko urodzenia przed 34 tyg ciąży ( ale doktor kazał się tym nie sugerować i nie martwić). A dzidzia w brzuchu... wygląda panu doktorowi na dziewczynkę!
Siedzę na łóżku i ryczę. Czuję tak przeogromną ulgę, taką radość, takie szczęście... jak wtedy, gdy dowiedziałam się, że Leoś na nas czeka. Chyba dopiero teraz jestem w stanie uwierzyć, że będziemy mieć drugie dziecko, że to nie okrutny żart...Że to dar. Leosiowy, wiem to, dar...
I tylko grzechocze w mojej głowie, jak grzech, myśl, skąd we mnie tak ogromny lęk przed chorobami genetycznymi? I po części znam odpowiedź, i po części się usprawiedliwiam, i rozumiem. I przyjmuję fakt, że nie jestem idealna...
Wiem, że ze wszystkim człowiek jest w stanie sobie poradzić. Wiele może przepracować. Ważne, by zdać sobie sprawę z własnych ułomności.
No cóż, widzę, że w kwestii macierzyństwa, przede mną wciąż jeszcze sporo pracy...
A na zdjęciu mój słodki paluszek rozdziubał makaron,brokuły i kurczaka, a następnie powędrował do jeszcze słodszej buźki ( tak, to w nosku to są glutki).
Pierwsze dane:
CRL ( tzw. długość ciemieniowo-siedzeniowa) 45,4 mm
Nt 1,2mm
Przepływy w sercu w normie.
Uwidoczniono żołądek.
Nie udało się uwidocznić pęcherza moczowego.
Mózgowie widoczne, ale jeszcze słabo.
Ale... kość nosowa coś nie do oceny. Nie bardzo orientowałam się, co to oznacza. Ale na moją radość z właściwego wyniku Nt padł cień.
"Proszę przyjść za tydzień, podejść pod gabinet, ja szybciutko zajrzę, już wtedy powinno być lepiej widać co i jak. A teraz zapraszam na badanie krwi - test Pappa."
Nie chciałam robić tego testu. Wiem, że wyniki są dość często fałszywe. Znam osobiście 3 takie przypadki. Ale ze względu na skierowanie, musiałam te wyniki zrobić.
Obiecywałam sobie, że absolutnie nie będę pytać o radę i opinię doktora Google. Ale... słowa nie dotrzymałam.
Pierwszy tydzień oczekiwania na powtórne badanie upłynął w miarę spokojnie. Dr Google powiedział mi nawet, że brak pęcherza w pierwszym trymestrze może świadczyć o płci dziecka i sugeruje dziewczynkę.
Tydzień minął, a my znów wylądowaliśmy pod drzwiami gabinetu pana doktora. Na początku mnie nie pamiętał, ale po chwili pamięć powróciła. Czułam, że się pocę. Nogi latały mi jak galareta. Po 1,5h weszliśmy do gabinetu.
Drugie dane:
CRL 57mm
Nt 1,2mm
Uwidoczniono żołądek.
Uwidoczniono pęcherz moczowy.
Mózgowie dobrze wykształcone.
Ale... kość nosowa wciąż nie do oceny.
"Proszę przyjść za tydzień, na dwa dni przed wizytą u genetyka".
Ten tydzień oczekiwania był okropny. W mojej głowie rodziły się setki czarnych scenariuszy. Ze strachem (jak idiotka) wertowałam informacje o braku kości nosowej ( choć doktor ciągle powtarzał, że kość jest, ale słabo widoczna i nie może jej ocenić). Zastanawiałam się, co będzie jeśli moje dziecko będzie miało wysokie ryzyko wad genetycznych. Co zrobię? Czy podejdę do amniopunkcji?
Znalazłam informację o bezinwazyjnych badaniach prenatalnych, które izolują DNA dziecka z krwi matki. Test NIFTY i HARMONY. Cena, choć nie mała, 2500zł, mieści się w granicach, na które możemy sobie pozwolić. Taką opcję, jaką jedyną, zaczęłam brać pod uwagę celem ewentualnej dalszej diagnostyki.
W tym czasie na moim blogu, w komentarzach, pisaliście, że jestem taką dobrą matką. A ja... czułam wstyd. Wstyd za siebie, za mój strach, za to, że tak panicznie ( miałam jeden atak paniki) boję się choroby mojego dziecka. I zastanawiałam się nad tym, czy udałoby mi się pogodzić z taką chorobą. Czy umiałabym je kochać tak, jak kocham Leosia? Czy umiałabym być szczęśliwa...?
Dziś byłam na trzecim, ostatnim w tym okresie badaniu prenatalnym.
CRL 75mm
Kość nosowa widoczna... Wszystko jest dobrze. Wyniki testu Pappa potwierdzają niskie ryzyko wystąpienia wad genetycznych. Dość wysokie jest ryzyko urodzenia przed 34 tyg ciąży ( ale doktor kazał się tym nie sugerować i nie martwić). A dzidzia w brzuchu... wygląda panu doktorowi na dziewczynkę!
Siedzę na łóżku i ryczę. Czuję tak przeogromną ulgę, taką radość, takie szczęście... jak wtedy, gdy dowiedziałam się, że Leoś na nas czeka. Chyba dopiero teraz jestem w stanie uwierzyć, że będziemy mieć drugie dziecko, że to nie okrutny żart...Że to dar. Leosiowy, wiem to, dar...
I tylko grzechocze w mojej głowie, jak grzech, myśl, skąd we mnie tak ogromny lęk przed chorobami genetycznymi? I po części znam odpowiedź, i po części się usprawiedliwiam, i rozumiem. I przyjmuję fakt, że nie jestem idealna...
Wiem, że ze wszystkim człowiek jest w stanie sobie poradzić. Wiele może przepracować. Ważne, by zdać sobie sprawę z własnych ułomności.
No cóż, widzę, że w kwestii macierzyństwa, przede mną wciąż jeszcze sporo pracy...
A na zdjęciu mój słodki paluszek rozdziubał makaron,brokuły i kurczaka, a następnie powędrował do jeszcze słodszej buźki ( tak, to w nosku to są glutki).













