5:37 PM

Moje nominacje.

Zabawy ciąg dalszy.
Moje pytania:
1) Czy masz wspomnienie, do którego lubisz wracać? Jakie ono jest?
2)Jaki masz sposób na chandrę lub gorszy dzień?
3) Jaka jest Twoja ulubiona pora roku i dlaczego?
4) Za czym tęsknisz najbardziej?
5) Jak widzisz siebie za 20 lat?
6) Czego nie lubisz w swoim partnerze/mężu?
7) Co uwielbiasz w swoim partnerze/mężu?
8) Jak wyglądałyby wakacje Twoich marzeń?
9) Jakie cechy w ludziach cenisz najbardziej?
10) Jakie jest w tej chwili pierwsze słowo, które przychodzi Ci do głowy? ;)

A nominuję ( kolejność przypadkowa) i zapraszam do zabawy :):
1)CamelJanka
2)Agnieszka A.
3) Anna Anonimowa komentująca u mnie od zawsze :)
4) Barbara Basia
5) Ewa z Promyczka
6) Joanna - Fascynująca Ona
7) Magda  - MiA
8)Moja Bajka
9) Ewa z Moja Tęsknota
10) Monika z Bocian Fajtłapa
11) Beata A. z Czarodzieja
12) moich drogich komentujących, których imion nie znam lub znam tylko z imienia zapraszam również, abyśmy mogli się lepiej poznać

I oczywiście powyżej kolejny odcinek Przygód Leoncjusza :D

PS. Zapomniałabym o wisience na torcie :) Mamy nowy numer PESEL.
A ja mam pokaleczone palce od zmieniania stron w nowej książeczce ( jakoś jednak bardziej bolało mnie serce, gdy to robiłam, ale o tym kiedy indziej...).

10:53 PM

Pierwsza moja nominacja :) :)

Może tego nie widać, a może widać, ale jest we mnie duuuużo z dziecka. Dlatego zacieszam obecnie, bo zostałam nominowama przez Iwonę z http://wpogonizaszczesciem.blogujaca.pl do do Liebster Blog Award. Takie zabawy uwielbiam, przypominają mi dzieciństwo i zakładane wtedy zeszyty z pytaniami ( kompletnie nie mogę sobie przypomnieć, jak one się nazywały, ktoś pamięta?)
Otrzymane pytania:
1.Jaką mamą chciałabym być?
Kochającą, czułą, wyrozumiałą, odpowiednio wymagającą, sprawiedliwą, spokojną, pogodną,uśmiechniętą, cierpliwą, kreatywną, umiejącą zbudować w dziecku poczucie własnej wartości, cieszącą się z macierzyństwa, doceniającą czas...i wiele, wiele innych...ale to przyszło mi do głowy od razu.
2.Miejsce do którego lubię wracać?
Mój rodzinny dom, domy moich babć i wujka Krzysia.
Mój obecny dom.
3.Z jaką fikcyjną postacią utożsamiasz się?
Ojej, trudne. Chyba nie do końca się utożsamiam z jakąkolwiek.
Jest we mnie wiele cech Ani z Zielonego Wzgórza, Kopciuszka, ale i pewnie którejś z negatywnych postaci... Jestem sobie Alicją z mojej własnej Krainy Czarów. Wierzę w duchy, anioły, przeznaczenie...
4.Czego w sobie nie lubisz?
Wielu rzeczy. Ale przede wszystkim tego, że nie potrafię się odciąć od złych myśli, emocji i ludzi. Mimo świadomości swoich mocnych cech, łatwo sprowadzić mnie do parteru wprowadzając uczucie beznadziei... I tego, że trudno mi przyjąć krytykę, z którą się nie zgadzam ( to fenomen, jak wiem, że coś robię słabo, można mnie krytykować, ale jak z czegoś jestem dumna... łohohohoho z krytyką nie podchodź ;P)
5.Gdybym mogła cofnąć czas to…?
Źałuję w moim życiu paru rzeczy. Najbardziej kryzysu w moim małżeństwie sprzed 3 lat.
6.Największy życiowy sukces?
Hmmm... zależy, w której sferze.
Zawodowej - kilka udanych projektów z dzieciakami. Moje autorskie zajęcia i kursy.
PRAWO JAZDY! ( naprawdę!)
Osobistej - moje małżeństwo, moje dziecko, moja cudowna garstka przyjaciół i bliskich.
7.Gdybym wygrała w „totka” to…?
To się zmienia. Kiedyś - leczenie, in vitro z sukcesem itp.
Dziś... nie wiem. Pieniądze stanowią dla mnie rzecz nabytą. Nie obchodzą mnie w tej chwili. Wydaję na siebie może ze 100zł miesięcznie ( nie liczę rachunków i jedzenia, tylko ciuszki i inne pierdoły). Ale na pewno kupiłabym mężowi wypasiony samochód, o którym marzy. I chyba założyła firmę.
A gdybym wygrała baaardzo dużo to na pewno bym zainwestowała, żeby pomnożyć zysk.
8.Jak poznałam się z mężem/partnerem?
Na studiach. Stał przede mną w dziekanacie. Miał czerwone buty reeboka i pomyślałam sobie, że stylowo wygląda ( co za banał ). Potem odebrał legitymację i zajrzałam mu przez ramię, zobaczyłam, że urodził się dwa dni po mnie. Zagadałam, ale zmoczył mnie totalnie. Tego samego dnia okazało się, że jesteśmy na jednym roku. Ba! W tej samej grupie nawet. Kolegowaliśmy się, potem przyjaźniliśmy, a potem...już wiadomo.
9.Za co kocham życie?
Nie chcę wprowadzać zbędnego patosu. Więc ograniczę się do niezbędnego minimum.
Za mnóstwo małych rzeczy. Za to, że widzę cudowność ziemi. Wschody i zachody słońca,różnorodność pór roku. Za uczucia, ludzi wokół, książki, smaki, muzykę. Za nastroje i emocje.
10.Moje największe marzenie?
Moje największe marzenie właśnie się spełniło. Mogę teraz spełniać mniejsze. A takich mniejszych mam mnóstwo.
Ale w tej chwili największe to zdrowie. Moje i najbliższych...

Moje nominacje i pytania w następnym poście.

A poza tym Lełoś (tak mówi na mojego synka większość maluchów ;) ) skończył 8 miesięcy.
Gada jak najęty. "Ałałiła, baba, baaaa, bobo, gugug, eeeeii, iiaaiioooaa, bub, alaaa, łaaaaa, yyyy..."
Siedzi jak stary. Siada z 2 pozycji - z pozycji do raczkowania, i z leżenia. Staje w pięć sekund przy krześle, brodziku, schodach. Wspina się na pierwszy stopień schodów.
Jest niesamowicie uparty. Potrafi próbować zrobić jakąś czynność nawet pół godziny. Np. chwycić coś, co jest za wysoko. Gdy mu nie wychodzi, zaczyna obmyślać, jak to osiągnąć (np. wspina się po mnie i skacze gdzieś...no nie dosłownie, ale prawie ;P)
Najlepszą zabawką obecnie jest pudło, krzesło i schody. Do tych ostatnich czołga się jak żołnierz w okopach. Sunie po podłodze jak szalony! Prędkość bliska prędkości światła.
Pięknie gryzie dziąsełkami. Można mu położyć gotowane warzywka i świetnie daje sobie z nimi radę. Je wtedy samodzielnie. Papki podaję mu ja.
Uwielbia pić wodę z kubka DOIDY i z kubka niekapka oblewając się przy tym niemiłosiernie (zasysa, a potem jak z fontanny wylatuje z buzi).
Jest inny. Rozumny. Bardziej świadomy.
Gorzej śpi w nocy. Budzi się 2 razy. Koło 12-1 (czasem usypianie trwa 2h...) i koło 4.
Waży kolo 10kg ( nie wiem dokładnie). Nosi ubranka na 80-86cm, ale są jeszcze 74 cm, które są dobre.
Zębów mamy okrągłe zero. Ciemiączko wciąż olbrzymie. Mam wrażenie, że wcale nie zarasta.
No i jest cudowny, wspaniały, kochany.
Ostatnio coraz częściej ludzie mi mówią - udał Ci się syn.
Tak, udany ten mój synek. Moje spełnione marzenie <3!
A tu kolejne przygody Lełosia ;)

8:55 PM

Ugniatam.

Chcę mieć więcej dzieci. Minimum jeszcze jedno. Maksimum jeszcze dwójkę ;) No...w porywach jeszcze trójkę (ale w tym wypadku musiałaby zadziałać biologia). Jak wiadomo, w OA czas, jaki musi upłynąć pomiędzy pierwszą adopcją a kolejną wynosi 3 lata.
Mój plan:
29 lat - pierwsza adopcja
32 lata - druga adopcja
35 lat - trzecia adopcja
TADAM :D

Jakoś mój plan nie pokrywa się z planami męża.
Jego plan:
29 lat - pierwsza adopcja
30 lat - wakacje w Grecji
31 lat - wakacje we Francji
32 lata - wakacje w Portugalii
33 lata - wakacje w Turcji
34 lata- wakacje w Tunezji
35 lat - zwiedzamy Azję
itd. itd. itd....

Tak więc, choć przed nami 3 lata przerwy w adopcyjnych poczynaniach, ugniatam temat, ugniatam...niech wyrasta ;)
Ostatecznie i tak zawsze mój mąż mi ulegnie :) Mam nadzieję, że i tym razem się uda :)

A teraz...trochę się martwię dokuczającymi jelitami - oby to nie było jakieś mega zoastrzenie mojej choroby (God plizzzzz). W niedzielę idę do szpitala na 3 dni. Mam kolonoskopię w narkozie. Kontrolną. Muszę powtarzać co rok, bo jak pisałam, jestem w grupie ryzyka - bo po pierwsze mam wrzodziejące zapalenie jelit, a po drugie mój dziadek umarł na raka jelita. Jak zawsze czuję stres. Ale wierzę, że wszystko jest ok. Najbardziej boję siętej trzydniowej rozłąki z moim Maluchem. Jak oni sobie dadzą radę? (zapewne normalnie, jedyną osobą, której będzie ciężko,  będę pewnie ja).

Kupiliśmy Leosiowi pierwsze porządne buciki w TK MAXX. Ceny dobrych butów dziecięcych są po prostu zawrotne! Absurdalne wręcz. Zdecydowaliśmy się na firmę Little Mary. Początkowa cena tych bucików to 340zł! To ja za tyle kozaki na 10 lat kupuję ;) a naprawdę do biednych nie należymy. Ostatecznie, po przecenie kosztowały 80zł. Zależało mi, żeby były i eleganckie (pójdzie w nich na chrzest) i takie na co dzień.

3:30 PM

Nareszcie. Nareszcie. Nareszcie!

Mamy akt urodzenia. Pokwitowałam odbiór z synkiem na rączkach. Rozdarłam kopertę. I spojrzałam na imię i nazwisko mojego dziecka. I spojrzałam na imiona i nazwiska rodowe rodziców.
Wszystko się zgadza. Nawet miejsce urodzenia. Bo właśnie tam, gdzie napisano, zrodziła się nasza mała iskierka.
A potem podrzucałam Leośka do góry, jak wariatka wykrzykując jego imiona i nazwisko. I płakałam oczywiście i śmiałam się na zmianę...

Teraz czeka nas droga po PESEL.
Ale najdłuższą drogę...mamy już za sobą!
Czas wypić drinka za zdrowie mojego synka! Adopcyjne pępkowe? Czemu nie :)
Wspaniałe uczucie. Mówię Wam. Dziękuję, że byliście ze mną (który to już raz? ;) ).

8:55 PM

Kołysanka.

Odkryłam ją. Tekst poruszył mnie do głębi. Mały zasnął, a ja włączam ją kolejny raz i słucham...i odpływam...
Śpij bajki śnij
Kolorowe piękne dobre bajki
W nich na łące ty
Wokół ciebie niezapominajki
Abyś zapamiętał sen radosny
Pełen słońca i oddechów wiosny

Sen gdzie powietrze niesie wiatr od gęstwin
Las
Sen gdzie są rzeki w których żyją kwiaty
Tam wszystko jest
Zdrowe jak sen dobre jak sen
Twój sen

Śpij bajki śnij
A w tych bajkach jasny dom z ogrodem
W nim owoców raj
A wokoło małe domki z miodem
Można zbierać wielkie kosze malin
Nie ma dymu fabryk miasta spalin

Tam gdzie łagodną ciszę zdobi koncert
Ptak
Tam tam gdzie życie się wydaje czarem
Cudownym darem
Takim jak ty jak dla nas ty
Jak ty

Śpij bajki śnij
Aż nadejdzie wreszcie dzień wspaniały
Gdy obudzisz się
Nagle ujrzysz świat tych bajek cały
Wreszcie spełni się twój sen radosny
Pełen słońca i oddechów wiosny

Sen
Gdzie powietrze niesie wiatr od gęstwin
Las
Sen gdzie są rzeki w których żyją kwiaty
Przyrzekam ci nadejdzie dzień
Sen spełni się
Już śpij

4:41 PM

Z serii: "Wielkie przygody Leosia". Odcinek 3.

Tym razem Leoś straszył na Wawelu :)
Pt. "Na ratunek księżniczce uwięzionej w wieży" (moja koleżanka Gosia)
 Pt."Po to smoki smoczki miały, żeby ogniem nie ziajały" (moja koleżanka Karolina)
Pt."Smoka Leona na Wawelu obrona.." (koleżanka Katarzyna)


Mamy gości. Przyjechał mój o 10 lat młodszy brat z dziewczyną. Leoś piszczy i zanosi się śmiechem z radości. Jest bardzo pozytywny. Uśmiecha się wesoło i chętnie wdrapuje gościom na kolana (a raczej na stopy). Co więcej - Leoś przesypia już prawie całą noc. Dostaje butlę o 19.30 przed snem i dopiero ok.5.30-6.30 pije kolejną. Mój mąż zostawia go wtedy już u nas w łóżku. A ten mały czort odwraca się do mnie tyłkiem i kładzie się na męża.
A ja...no cóż... muszę się przyznać. Jestem najzwyczajniej w świecie zazdrosna. Moje dziecko zaczyna mnie olewać ;)

9:46 PM

Z serii: "Wielkie przygody Leosia". Odcinek 2.


Za wszystkie pomysły na tytuł będę wdzięczna :)
Dotychczasowe tytuły:
Pt. "Moja Mama-Moja Róża" (moja mama)
Pt."Oswój mnie" by kreatywna babcia (czyli też moja mama)
 Pt."Czy mały księciunio ma tylko jedne skarpetki?" (moja siostra)
Pt." Z Miłością przez świat " koleżanka
Pt."Nauka troskliwości" moja kuzynka Ewa
Pt."Leon - lew ogrodowy" moja przyjaciółka
Pt."Jedną nogą w stawie" (znów moja siostra)
Pt."Stąpając po wodzie" (znów moja przyjaciółka)
 

Dzień dziś mieliśmy dość pracowity. Odwiedziła nas koleżanka z córką. Wyjeżdżają wkrótce do Norwegii. Robiłam im zdjęcia. Leoś był grzeczniutki. Aż za bardzo :) Zestresowałam się, że jest chory. Ale chyba wszystko ok, bo jak tylko dziewczyny wyszły, Leosiowi wyrosły różki :)

Dziś rano mąż pojechał na angielski. A Leoś doczołgał się  do zamkniętych domowych drzwi, zaczął w nie klepać i płakać. Musiałam mu pokazać, że za drzwiami tatusia nie ma. Dopiero się uspokoił.
 
Mąż po powrocie z bananem na twarzy wysłuchał opowieści o stęsknionym Leosiu, a potem kogo nie spotkał, to mu też opowiadał ;) Obrasta w piórka :)
Przed chwilą powiedział do mnie z rozanieloną miną: "On mnie lubi".

No nie ulega wątpliwości, że Leoś tatusia lubi. Nie mówiąc o tym, że widać, że bardzo, bardzo Go kocha.
I ja też <3!
 

9:59 PM

Wielkie przygody Leosia. Odcinek 1.

Gdy nie byłam jeszcze mamą zazdrościłam wszystkim mamom, że mogą szyć dla swoich pociech, szukać inspiracji na super zabawy, zabawki, ciuszki, wystroje pokoików. Trafiłam kiedyś na stronę
http://www.boredpanda.com/wengenn-in-wonderland-sioin-queenie-liao/ i zamarzyłam, że kiedyś też będę mogła robić takie zdjęcia!
Niestety moje dziecko tak mocno już nie śpi w dzień, łatwo rozbudza je szelest albo dotyk... Dlatego projekt wychodzi mi różnie. Czasem udają się zdjęcia na śpiocha, czasem...nie.

Pierwszy odcinek ma wiele tytułów ( znajomi proponowali, wszystkie mi się podobały i wszystkie przedstawiam). Może i Wy podsuniecie własne tytuły? Leonek będzie miał kiedyś wspaniałą pamiątkę i od Was, i ode mnie :)
Przedstawiam Wam więc odcinek pierwszy:
Pt. "W snach wszystko jest możliwe" 
Pt."SuperSen"
Pt. "Matka-wariatka"
Pt."Ala, której troszkę odwala"
Pt. "Leoś super ktoś"
Pt."Wielkie przygody Leosia" - nazwałam tak cały cykl :)


Kolejne odcinki wkrótce :)

A dziś... postanowiłam w końcu na nowo nauczyć synka zasypiać w łóżeczku ( od miesiąca bardzo płacze i biorę go do wózka lub w nosidło). Położyłam malucha o 19.40 spać. Wypił mleczko, ale nie usnął. Położyłam go do łóżeczka. Za chwilę już w nim stał i gryzł poręcz łóżeczka patrząc się na mnie maślanym wzrokiem. Udawanie, ze na niego nie patrzę poskutkowało płaczem. Podeszłam, pogładziłam, przytuliłam, położyłam, dałam pieluszkę i smoczka. Zaczął płakać. Zaczęłam śpiewać kołysankę - nie podziałało. Zaczął histeryzować. Jedyne co zawsze na niego działa uspokajająco (ale na chwilę) to wymyślona przeze mnie króciutka pisenka-rymowanka:
"Raz, dwa, trzy,
Raz, dwa, trzy,
Raz, dwa ,trzy!
Ten chłopczyk malutki 
to mój syn.

Raz, dwa, trzy,
Raz, dwa, trzy,
Raz, dwa, trzy.
Spełnione mamuni
wszystkie sny!"

Tak do ok.20.40 skandowałam mu tę rymowankę. Aż przestała działać. Zaczął tak strasznie płakać, że aż się dusił. Wyjęłam go, przytuliłam, powiedziałam, że kocham. Uspokoił się. Odłożyłam go do łóżeczka. Szloch powrócił. Siadłam tuż przy łóżeczku...a on... wyciągnął łapkę przez szczebelki i pogładził mnie po policzku... Ja ucałowałam tę jego malusią rączkę, a on....zaczął się śmiać...przez te łezki...i siedziałam tak 25 min, aż przyszedł mąż ( skradał się do łóżeczka jak zwierzak, jak Leoś go zobaczył to aż zaczął piszczeć z radości). I mówiłam do Leosia, że go tak bardzo kochamy, że w końcu jesteś. I na słowo "jesteś" zaczął się tak słodko śmiać. Więc opowiedziałam mu, że wszystko co tu widzi, już na niego czekało. Że mamusia i tatuś czekali. Tęsknili, kochali od dawna... A on śmiał się cały czas. I dotykał mojej twarzy i włosów. I słuchał, jakby rozumiał i chłonął każde słowo...
Po 21 stwierdziłam, że już czas spać i odeszłam od łóżeczka. Mały usiadł i rozszlochał się na dobre. Przypomniały mi się odcinki Superniani - pomyślałam - "To dla niego dobre, musi sam zasypiać. Będę twarda. " Ale po minucie...gdy on płakał i patrzył na mnie takimi zapłakanymi oczkami...coś we mnie pękło...pierwszy raz odkąd jesteśmy razem...tak naprawdę pierwszy...zobaczyłam te jego 4 miesiące bez nas...jego samotność...Nie twierdzę, że w pogotowiu miał źle...nie miał... ale tam było dużo dzieci, i to takich maluszków jak on... opiekunka mówiła mi, że po prostu odkładała go do wózka i szła robić inne rzeczy, a on płakał, aż usnął... i znienawidziłam się za to, że pozwalam mu tak płakać. Może to do niego wraca... 
Wyjęłam go z tego łóżeczka i włożyłam do nosidła. A on się we mnie wtulił. I zaczęłam beczeć. I beczę do teraz... Nie minęły 3 minuty a Leon już spał.Ale nie tak jak zwykle...z głową pochyloną na moich piersiach, tylko z głową odchyloną, tak żeby mnie widzieć. I walczył jeszcze ze snem zerkając na mnie co kilka sekund... Aż usłyszałam tę melodię jego spokojnego oddechu, przerywanego ciumkaniem smoczka... I pomyślałam sobie, że kocham go nad życie. Nad wszystko. Nigdy nie czułam tak ogromnych uczuć. Bezwarunkowych. Zapierających dech w piersi. To jak faza zakochania, ale jakiś wyższy level.

Trudno. Wychowam maminsynka. Ale nie mogę patrzeć na jego łzy. Już dość się wycierpiał. A mamunie są po to, żeby lulać do snu.

A sami widzicie, że sny mój Leoś ma nie byle jakie. Prawdziwy z niego Superman! No... bo przecież Superman też był adoptowany, nie? ;)

10:19 PM

Najpierw całus.

Wczoraj miałam zamiar napisać posta. Miałam kilka naprawdę słabych dni. Informacja o śmierci Ani Przybylskiej dobiła mnie. Nie dałam rady.
Potem zastanawiałam się, dlaczego tak bardzo poruszyła mnie ta informacja...
Ona miała trójkę dzieci. Była starsza ode mnie zaledwie kilka lat. Była w grupie ryzyka.
Też mam małe dziecko. Jestem w grupie ryzyka.
Strach przed śmiercią budzi się we mnie za każdym razem, gdy o niej słyszę. Teraz, gdy mam dziecko, boję się podwójnie. No i mam dziecko adoptowane... Dla mnie bez różnicy, ale często zastanawiam się, kto zająłby się Leosiem, gdyby nam coś się stało i czy umiałby kochać go tak bezgranicznie, jak ja...?
Dusi mnie nawet, gdy o tym myślę.
Wszystkie złe emocje, które były we mnie w obliczu tak ogromnej tragedii, jaką jest śmierć młodej osoby, matki... wydały mi się błahe. Dlatego wczoraj nie napisałam nic.

Dziś jednak złe emocje wróciły. Muszę o tym napisać.
Nie jestem asertywna. Nie umiem odmawiać. Robię niemal wszystko, o co poproszą mnie ludzie. Rzucam i rzucałam zawsze swoje sprawy dla spraw innych. Ja byłam mniej ważna. Moje potrzeby były...i są niżej niż potrzeby innych. Daję się łatwo manipulować. Bardzo łatwo wzbudzić we mnie poczucie winy ( nawet, gdy nie jestem winna). Nie daję sobie prawa do tego, żeby ktoś mnie nie lubił. A przecież, jeszcze taki się nie urodził, co by wszystkim dogodził...
A jednak - ja nie mam negatywnych uczuć do ludzi. Owszem, nie ze wszystkimi czuję "chemię", ale pałam do wszystkich sympatią. Nie bywam uprzedzona.

Rozmawiałam o tych moich myślach z mężem. I on nie zgodził się z moją opinią na mój własny temat. Stwierdził, że jestem w miarę asertywna. Nie daję się - jak to On powiedział -"frajerzyć". Jego zdaniem, moim problemem jest to, że...wszystkim wybaczam, wszystkich usprawiedliwiam, nigdy nie wyciągam wniosków i lekcji. Sparzę się, a potem znów wkładam rękę, jakbym zapomniała, że to bolesne.  Uważa, że niepotrzebnie uważam, że każdy człowiek jest dobry. We wszystkich wierzę i obce mi są negatywne emocje w stosunku do ludzi...

Wszystko to prawda. Siedzę przed sobą i swoimi myślami. Rozkładam je na czynniki pierwsze. Widzę wyraźnie, gdzie popełniam błąd. Ale błędu poprawić nie umiem.
Nie umiem trwać w konflikcie z kimkolwiek. Tylko sympatia otoczenia daje mi poczucie bezpieczeństwa, wzmacnia moje poczucie własnej wartości.
To chore. A nie umiem tego zmienić.
Jestem pewna, że to o to chodzi. Musiałabym wrócić głęboko w przeszłość, w moje dzieciństwo ( kolejny raz, już po jednej terapii jestem), żeby zrozumieć...

Muszę się zmienić, bo ludzie mnie wykorzystują, ranią, poniżają nawet. Wzbudza to moją frustrację. Jestem furiatką i zawsze "wyrzygam" komuś, że tak chamsko mnie potraktował. Ludzie zazwyczaj odwracają kota ogonem. I ... ja zostaję... z poczuciem winy.

Ci, którzy mnie znają, wiedzą o czym mówię.

Wybiorę się na kilka spotkań z psychologiem. Chcę to przepracować.

I myślę sobie o tym moim nadwątlonym ego...O pragnieniu miłości, o poczuciu odrzucenia...O tym, co było mi dane doświadczyć w moim dzieciństwie... O tym, jak walczyłam o miłość... O tym, że uczyłam się żyć jako ta "głupsza"... Miałam dwa światy - szkołę, gdzie byłam wybitna wręcz i dom - gdzie byłam ...najsłabszym ogniwem.

Dość.

Dziś jestem najsilniejszym ogniwem dla mojego syna. Mojego szczęścia. Mojej miłości. Mojego skarba. Najwspanialszego. Człowieczka malutkiego pełnego energii. Pępuszka bez zębów. Myszki pierdziutki. Mojego Leosia.
Dla niego jestem najsilniejszym ogniwem. Jestem jego mamą. Która siedzi obok, gdy on uczy się wstawać. Która trzyma go za rękę i gładzi po policzku, gdy nie może spać. Która stara stworzyć mu świat pełen miłości i jasnych barw. Która prowadzi go za rączki, gdy próbuje stawiać pierwsze kroczki.

A on... w każdej czynności, którą robi ma mnóstwo przerw. Bo jest coś, co daje mu siłę do działania. Nawet, gdy nie wychodzi. Mój synek co chwileczkę odwraca się w moim kierunku, wyciąga rączki i całuje mnie radośnie. Jakby chciał powiedzieć:
"Mamusiu, będę się fajnie bawił, ale ... najpierw całus."

Życie jest piękne i tak bardzo doceniam każdy dzień, odkąd jesteś mój synku...

6:51 PM

Żaba.

     Leoś rozwija się w zawrotnym tempie. Czyste szaleństwo! Do tego jest tak silny, że zastanawiam się, czy z niego drugi Pudzian nie rośnie. Aż się boję. Jak złapie łyżeczkę, którą go karmię to muszę się naprawdę siłować, żeby ją wyrwać. Siada sam z pozycji leżącej, najpierw się podnosi na rączkach, jak do raczkowania, a potem obraca pupkę i podnosi tułów.  Je samodzielnie rzeczy włożone do rączki ( np. chrupki kukurydziane lub ryżowe). Ślicznie przeżuwa już coraz większe kąski, miksując obiadek nie jestem już tak dokładna, jak wcześniej. Jakiś tydzień temu zaczął stawać, a teraz staje już gdzie popadnie! Najbardziej podobają mu się schody, które są ku mojemu przerażeniu ostre i kanciaste.  Uwielbia również miskę i odkurzacz - to teraz jego ulubione zabawki. W miskę klepie z jednej strony, a druga uderza go w czoło. Krzywi się, ale za chwilę zapomina i czynność powtarza. Odkurzacz jest fajny,bo... bo po prostu jest, no i czasem wydaje dziwne dźwięki. Mam wrażenie, że moje dziecko uważa odkurzacz za żywe stworzenie, bo nawołuje go, a gdy odjadę z nim trochę dalej, zaczyna płakać, jakby go ktoś olał. Podobnie dzieje się, gdy włącza sobie ciuchcię, zmieniającą kierunek ruchu po natrafieniu na przeszkodę.  Goni ją, pełzając po całym pokoju i próbuje złapać, ta, po dotknięciu, natychmiast ucieka. Sfrustrowany Leoś siada i zaczyna szlochać.  
Pociąga za wszystko! Zrzucił dzisiaj (prawie na siebie, choć stałam obok i rozwieszałam pranie) suszarkę na pranie ( pociągnął za rozwieszone spodnie), poza tym mam problem z drzwiami w sypialni (do garderoby). Są szklane i przesuwane na szynie. Leoś podpełza do nich, łapie z jednej strony i ciągnie do siebie. Oczami przewrażliwionej wyobraźni widzę już jak te drzwi wypadają, roztrzaskują się i kaleczą synka. Brrrr.....Aż mnie ciarki przeszły!
A dziś rano ujrzałam na moim łóżku prawdziwego crazy-froga. Siedział sobie mały Leoś po środku łózka z miną kermita (to taki uśmiech nr 1, bez pokazania dziąseł). Siedział i niby był taki wpatrzony cudnie w mamusię, która uśmiechała się do niego...Aż tu nagle dosłownie w sekundę...nastąpiła transformacja! Leon stał się żabą. Skoczył analogicznie do skoków tego płaza na odległość metra, do półki zawieszonej na zagłówku...bo tam...leżała wymarzona zabawka - czyli moja komórka... Prawie wypadł z łóżka. Złapałam go w ostatniej chwili.
Jezus Maria, coś czuję, że guzów to ten dzieciak będzie miał jeszcze sporo!
Aktualnie ma szramę na czole, ale zielonego pojęcia nie mam, czym ją sobie zrobił...
Zauważyłam jednak, że chyba uczy się, żeby kilka razy nie popełniać tych samych błędów, gdy się uderzy. Szczególnie widzę to, gdy przewraca się z siedzenia na plecy. Wcześniej upadał z rozmachem, jak mały wariat. Teraz upada powolutku, jakby ćwiczył mięśnie brzucha, chowając głowę w ramiona.
Wyjdzie, że się chwalę, ale...no dobra - chwalę się :) Pozwolicie? Bo jestem taka szczęśliwa, że wszystko jest dobrze i że mały jest taki cudowny.

Od wczoraj smaruję małemu dziąsełka maścią - Calgel. W sumie żadnych obrzęków w buźce nie widzę, ale mały wkłada do buzi wszystko, gorzej śpi i w dzień, i w nocy, a po przebudzeniu płacze okrutnie. Czasem nie mogę go uspokoić...

Mąż kupił mi lusterko do auta, zawieszane na zagłówek. Zaczęłam w końcu jeździć z Leosiem autem.  To mój mały, osobisty sukces. Wybrałam się dzisiaj do lumpeksów, bo w piątki jest 5zł za kg :)
Kupiłam wór 4 kg  ciuszków. Jestem bardzo, bardzo zadowolona! Wydałam niecałe dwie dyszki, a nakupowałam małemu ubrań na całą zimę. A i sobie dwa swetry :)

A na zdjęciu Leoś ze swoim ulubionym kolegą - tym po drugiej stronie lustra ( i nie jest nim kot ;D).
Zawsze, jak go zobaczy zanosi się śmiechem, próbuje całować, uderzając się przy tym w nos o lustrzaną taflę i przybija kumplowi piątkę. Uwielbiam na to patrzeć.
Dziecko jest cudem. Dopiero teraz to rozumiem, dostrzegam i mogę w tym uczestniczyć.
Dziękuję Ci Boże, że mi pozwoliłeś tego doświadczyć.
A Wam, kolejny raz dziękuję, za to, że przeżywacie te emocje ze mną... i że zależy Wam na moim szczęściu - co udowodniliście licznymi komentarzami pod poprzednimi postami!!! DZIĘKUJĘ!
A tak mamusia całuje synusia :)

5:00 PM

Dzień chłopaka.

Oj rozszalała się burza pod moim ostatnim postem.

Staram się podchodzić z dystansem do naszych kłótni. Wydaje mi się, że są... dobre i potrzebne. Co więcej, cieszę się, że napisałam poprzedniego posta, że zalałyście mnie, czy też nasz związek falą hmm...porad, krytyki może nawet. Zmusiła mnie ona do pewnych refleksji. I no... nie ukrywam do wyrzutów sumienia. Choć niektóre komentarze trafiały w sedno ( np. tak, brakuje nam dziadków, kogoś do pomocy) to inne niekoniecznie.

Pomyślałam sobie, co by było, gdyby tego bloga prowadził mój mąż? Gdyby on napisał jak się czuje? Ile z siebie daje i jak jest oceniany...? Jak widzi mnie...?
Komentarze, podejrzewam byłyby jeszcze gorsze...

Napisałam trochę z przekąsem o naszych kłótniach, bo rzeczywiście one są takie rzadko na serio. Choć zdarzają się i takie. Ale te, zawsze coś uleczą i naprawią.

Dziś Dzień Chłopaka. Dlatego poświęcam post na zrehabilitowanie mojego męża. Skończył kostkę przed domem. Robił ją 3 miesiące. Robił ją dla nas. Codziennie, w każdy dzień wolny. Dodatkowo kosi trawę co 4 dni ( bo rośnie jak szalona), to on zajmuje się opłatami, wszelkimi formalnościami... ja nawet się nie tykam.  Pracuje na 3 zmiany, jest szefem brygady. Jego błąd podczas pracy przekłada się na milionowe straty dla firmy. Jak leży przed telewizorem to naprawdę wtedy, gdy już nie ma sił (ostatnio ma notorycznie krwotoki z nosa). Dziś sobie zdałam sprawę, że przez ostatnie miesiące nie było takiej nocy, w której przespałby więcej niż 5h. Nawet, jak ma wolne, nastawia budzik na 6-7 rano, żeby wstać i pracować przed domem. Jak coś się zepsuje w domu natychmiast jest naprawione. Nigdy nie czeka do jutra. Wstaje w nocy robić małemu butlę. Karmi go w nocy. Zawsze rano jedzie po świeży chleb. Wstawia pranie niemal codziennie. Odkurza raz w tygodniu ( 5 razy w tyg. robię to ja, ale on i tak myśli, że tylko on odkurza ;)). Spełnia moje wszystkie zachcianki. Czasem nie od razu. Ale ostatecznie spełnia.
Kocha Leosia. Miłością jaką czuje i jaka jest w nim. Co chwilę widzę jak tulą się i głaszczą ( o ile Leoś ma dobry humor bo inaczej tatuś idzie gdzie indziej ;) ). Bawią piłeczką. Chodzą na spacery. Jeśli jest w domu to pomaga mi w kąpieli, albo w tym czasie robi kolację.  Kilka razy w tygodniu robi obiad. Prawda jest taka, że mój mąż nie zmienia pieluch. Ma odruch wymiotny, gdy czuje smrodek kupy. Ale tak było od zawsze. Przy mojej chorobie jelitowej musiał nauczyć się z tym przebywac na co dzień, ale ...rozumiem to.

To ja narzekam, bo do tej pory robiłam, co chciałam. Tu pobiegłam na sesję fotograficzną, tu coś poszyłam, tu pojechałam, tu poleciałam do lumpeksów...a teraz... teraz nie ma. Moim życiem steruje maluch. I nie ma nikogo, kto wyręczyłby mnie w najprostszych czynnościach. Gdy przyjeżdżają rodzice - to mam jeszcze więcej roboty, bo ich obsługuję. Bo przyzwyczaiłam wszystkich, że jestem SUPER WOMAN... Ze wszystkim zawsze dawałam radę...mimo bólu i trudów...

Ponieważ ja jestem na urlopie macierzyńskim ( ktoś kiedyś powiedział, że ten kto nazwał to urlopem musiał być mężczyzną), a mąż pracuje, to jednak głównie ja spędzam czas z małym. Dlatego do tego, że moje życie już w tak dużym stopniu jak wcześniej, ode mnie nie zależy - zdążyłam powoli przywyknąć. Mojemu mężowi jest trudniej. Potrzebuje więcej czasu.

Często jest złośliwy. Ja też. Bywam podła. On wstrętny. A potem znów kochamy się najmocniej na świecie.

Mam wyrzuty sumienia, że tak napisałam na męża. Jest mi przykro. Bardzo Go kocham. Wiem, że On mnie jeszcze bardziej.

Przygotowałam mu dziś z okazji Dnia Chłopaka tort z browarów. Na górze 3 puszki, na dole 5 butelek. Bardzo się ucieszył ( kilka lat temu kupiłam mu świecę, do dziś mi wypomina, że to najgorszy prezent na Dzień Chłopaka w jego życiu :P). W końcu trafiłam z prezentem.
 A wieczorkiem poszliśmy na spacer.

A tu moje chłopaki  <3

11:37 PM

Nasze małżeńskie gierki i sztama z Leo?

Nie zawsze jest kolorowo i nie we wszystkich aspektach. Odkąd Leoś jest z nami nasze życie zmieniło się o 360 stopni. Tzn... no właśnie. Moje życie zmieniło się o 360 stopni. Życie mojego męża..ja wiem...60? No dobra, niech mu będzie - jakieś 90 stopni.
To ja całymi dniami jestem z synkiem, to ja nie mam czasem czasu zrobić siku, czy umyć zębów... Mój mąż? On zawsze ma czas na takie podstawowe rzeczy.
Kłócimy się strasznie i wyzywamy. Nie powiem, żebyśmy wcześniej się nie kłócili, bo jesteśmy dwa skorpiony i to typowe, więc uwierzcie mi, że toczymy walkę od zawsze. Ale teraz... chyba do mojego męża serce mi nie zmiękło, chyba mi stwardniało. Nie umiem odpuścić. Chodzę podkurzona, jak tylko się do mnie odezwie.

Najczęściej, w dni pracujące mojego męża, wygląda to tak:

8.00 telefon od męża, który na 6 pojechał do pracy : "Wstaliście? Jeszcze nie? No Tobie to dobrze."
10.00 telefon od męża: "Jak tam? Co robicie? Idź z nim na spacer, zrób przy okazji zakupy w Biedronce".
12.00 telefon od męża: "A obiad będzie, czy mam pojechać po pierogi. Jestem bardzo głodny. Nie jadłem od 3h"
14.00 telefon od męża - nieodebrany
14.30 mąż wraca z pracy: "Ooooo obiad zrobiłaś. Ale ryż? To ja już sobie sam ziemniaki obiorę. Dlaczego nie odbierałaś telefonu? Usypiałaś małego? Dlaczego nie oddzwoniłaś? Tak długo go usypiałaś?"
 15.30 mąż najedzony kładzie się na kanapę: "Jestem mega zmęczony, pośpię, jeśli mi pozwolisz (sarkazm w jego tonie wyczuwalny jest wręcz namacalnie).
17.00 mąż jedzie...w różne miejsca - do Leroy Merlin, do Castoramy, do Pana X z allegro od opon na zimę, do Pana Y z olx.pl od keramzytu, do Lidla, bo promocja....
18.00 mąż pyta:
-"Co zjemy na kolację?"
- "Co zrobisz" - odpowiadam.
-"Yyy...miła jesteś"
-"Jestem zmęczona po prostu".
-"Ale na facebooka siły masz. Widziałem, że komputer włączony. To taka zmęczona nie jesteś".
W tym momencie zawsze zaczyna mi sztywnieć środkowy palec. Ale muszę się hamować, bo fuckers działa na mojego męża jak płachta na byka.
Nie odzywamy się przez następne 10 minut.
19.00 mąż pyta: "Kąpiesz go?"
19.30 mąż przyrządza kaszkę, kładę się koło małego, karmię go, biorę komputer, odpalam kołysanki, gadam ze znajomymi, bloguję...
21.00 mąż krzyczy z dołu: "Przyjdziesz?"
21.10 schodzę.
Jest za późno na wspólny film, ale akurat na krótką kłótnię.
21.30 Rozmowa:

 Fight no1

-" Weź człowieku, nic mi nie pomagasz"  - ja.
-"Nie Tobie to oceniać" ( siła argumentów mnie zabija)- on.
-"Może Tobie?" - ja.

 Fight no2

-"Przestań szyć. Syfisz. Wszędzie są nitki." - on.
-"To posprzątaj." - ja.
-"Nie będę sprzątał po Tobie. Nie jestem frajerem"- on.
-"W takim razie nigdy więcej nie włożę po Tobie naczyń do zmywarki" - ja.
-"Co z Ciebie za żona?" - (siła argumentów kolejny raz mnie zabija) ;) - on.

Fight no3

-"Co Ty ryczysz? Czemu ryczysz? Weź, miałaś się wyleczyć z płakania, jak będziemy mieli dziecko"- on.
-"O co Ci chodzi, pokazują chore dziecko w telewizji, zobacz jakie kochane."
-" Ty się nigdy nie zmienisz. Może powinnaś się leczyć"- on.
-"Weźźź. Sam się lecz" - ja.

Na koniec rozmowy.
-"Ale masz boskie ciało. Dasz popatrzeć?" - on.
-"Ty naprawdę jesteś nienormalny"- ja.
-"O co Ci chodzi, naprawdę jesteś piękna, no chodź tutaj"- on.
-"Taaa, nie będę się z Tobą kochać, bo mnie wkurzasz, najpierw pomyśl, co gadasz" - ja.
-"Nie kochaliśmy się już miesiąc!!!!" - on.
-"Wg moich obliczeń 3 dni. "- ja.
-"To u mnie się mnoży razy 10" - on.

W dzień, gdy mąż nie idzie do pracy jest inaczej.
8.00 mąż wstaje, zjada sam śniadanie, wychodzi do pracy przed dom.
13.00 wołam go na obiad,
13.20 przychodzi i mówi:" zimne ziemniaki?"
13.50 wraca do pracy
17.00 wraca do domu, idzie się wykąpać
17.30 kładzie się przed telewizorem, mówię;
-"Ja też jestem zmęczona i chciałabym się położyć".
-"Sama tego chciałaś" - on.


Nie przestaję jednak ucierać mężowi głowy i czasem zajmie się sam dzieckiem. Ostatnio pobił swój rekord - zajął się nim 1,5h.

A teraz jestem sama z małym, mąż wraca jutro, dziś wypłynął z kolegami po jacht (jest sternikiem).

Zamykam obecną ankietę i rozpoczynam kolejną. Zapraszam do udziału. Poniżej przedstawiam wyniki poprzedniej. Są ciekawe, choć mnie nie zaskakują. Dziękuję wszystkim za udział w poprzedniej, drugiej już, ankiecie!

A poza tym wszystko u nas ok :) Mój synek jest jeszcze cudowniejszy niż ostatnio - choć nie wiem, czy to w ogóle możliwe. No ale...spójrzcie sami:


A...i ostatnio, po dość kłótliwym dniu, poprosiłam męża, żeby coś mi pomógł, choć rozebrał małego do kąpieli.
Zrobił to...a mój słodziak przepięknie tatusia obsiusiał :)
Mój synek <3





Klik!

TOP