11:28 PM

Pokój brata i siostry za mniej niż jedną pensję.




O remoncie, który mieliśmy w czerwcu, dłużej piszę na blogu i opowiadam, niż w rzeczywistości trwał :) :P
Potrzebowałam czasu, żeby dopieścić szczegóły ( co oczywiście jeszcze się nie udało), ale też chciałam się przekonać, czy remont miał w ogóle sens ( czy dzieci w nowym pokoju zamieszkają, czy może nadal będą koczować u nas).

Mieszkamy w domu, mamy salon z kuchnią na dole, a na górze 3 pokoje, pralnię i łazienkę. Pokoje są duże. Do tej pory Leoś i Amelka, i my na dokładkę, spaliśmy w najmniejszym z nich - w królestwie Leo ;)
W pokoju tym, który pamiętacie może STĄD , stało duże łóżko synka, łóżeczko Amelki i kanapa dla nas. Spaliśmy tak, wszyscy we 4, ponad pół roku (zasypialiśmy najczęściej we dwoje, ale budziliśmy się, no przecież to znacie ;) - we czwórkę).
Mieliśmy już dość: i ja, i mąż. Choć uwielbiam spać z dziećmi, to naprawdę chciałam odzyskać swoją sypialnię, swoje łóżko i męża na wyłączność ;)

Z taką motywacją wzięliśmy się za planowanie pokoju synka i córki.

Założyłam sobie, że:
  1. Pokój musi być funkcjonalny i przystosowany dla dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym ( nie chciałam wyprodukować pokoju na rok, czy dwa)
  2. Na remont nie możemy przeznaczyć więcej niż stanowią moje miesięczne zarobki ( a jestem nauczycielką kontraktową ;) )
  3. W nawiązaniu do punktu 2 - nie kupujemy poza łóżeczkiem dla córci żadnych mebli tylko robimy renowację starych
  4. Muszę wydzielić strefę spania,  rysowania i uczenia oraz kącik biblioteczny
  5. Dominujące kolory to biel i czerń, dodatki Leosia miętowe, a Meli pudrowe
  6. Oczywiście cała robocizna we własnym zakresie
Pokój, który przeznaczyłam na remont jest największym w naszym domu. Nie spodziewałam się, że urządzenie takiego dużego wnętrza będzie stanowiło takie wyzwanie...Generalnie ciężko, żeby zrobiło się przytulnie.

Przed remontem wiało pustką, choć wszędzie wszystkiego było pełno ( był to pokój zabaw, w którym wiecznie panował syf. Niestety nie znalazłam lepszych zdjęć, tylko takie, które się uchowały w kopii zapasowej z telefonu na googlach):


Meble kupione za 200zł w 2012r. Dorobiliśmy białe fronty i okleiłam je folią samoprzylepną  z Lidla ( bo były szybki, a jak to za szybkami los burdellos) jakiś rok lub dwa lata temu. Przy obecnym remoncie okleiłam je białą okleiną meblową.





Tu wisiał telewizor, który zdjęliśmy do malowania.

Korzystałam z masy inspiracji z pinterestu, bardzo pomogły mi też koleżanki, wstępny projekt pokoju wyglądał tak:

Problemem było traktor Leonka, to łóżko, które zamawialiśmy jakiś czas temu. Mój mąż absolutnie nie zgadzał się na przemalowanie go na biały lub szary kolor, a ja nie wyobrażałam sobie, żeby go nie przemalować... ( no ale coś w tym jest, że białego New Hollanda, jeszcze nie widział...)




Temat wałkowałam i wałkowałam. Aż się udało. Mąż traktor przemalował  ( musiał położyć trzy warstwy farby i spędzić przy nim 3 dni), ale moim zdaniem było warto! :)
Kilka telefonicznych ujęć  z remontu:

Farba biała: DULUX 
Farba czarna: tablicówka RUSTOLEUM






A efekt finalny możecie zobaczyć poniżej:


Łóżko to oczywiście IKEA MINNEN - dodatkowo zamontowaliśmy rurkę - karnisz na trytkach ( bo Mela wypada z łóżka).  Na noc podkładam jej też pufę SAKO, bo mimo rurki, młodą znajduję nad ranem na ziemi ;)



Kącik biblioteczny nie doczekał się tylko okrągłego dywanu, ale i tak mi się podoba :) Półki na książki to również IKEA - choć w ofercie występują jako półki na zdjęcia. Białe skrzynki kupowaliśmy na allegro za 15zł, dokręcaliśmy do nich kółka, żeby nie rysowały podłogi. Skrzynię kojarzycie pewnie z poprzednich zdjęć, z przodu jest oklejona, zrezygnowałam z uchwytów. Na niej znajduje się uszyta przez moją mamę, czarna przepikowana poduszka. Poduszki w pasy to moje rękodzieło ;)


Jest i biały traktor ( i Leo oczywiście w ruchu!) :)!  Jak dla mnie - wygląda o niebo lepiej! Chmurka nad traktorem to też IKEA, za 19zł.


Plakaty na ścianie - darmowe ze strony lecibocian.pl  oraz z grup na fb. Dodatki z Pepco. Zdjęcia to oczywiście moje dzieło ;) a żyrandol pająk z allegro (jedna z najdroższych rzeczy do pokoju, 350zł plus żarówki).






Naklejkę chmurkę z deszczem, której fragment widzicie na powyższym zdjęciu wycięłam z arkusza samoprzylepnej okleiny tablicowej, a śpiące oczka z białej okleiny meblowej.

Najmniej oryginalnie i niepokojąco banalnie, wyszedł mi kącik do nauki i rysowania. Raz, że musiałam przystawić biurko ( kupiliśmy w IKEA osobno blat i nogi do blatu, które mąż skrócił) do kaloryfera. Dwa, że wszystko zlewało się w jedną całość i po prostu jakoś mnie raziło w oczy. Z kaloryfera postanowiłm zrobić MOOD BOARD, więc poprzyczepiałam zdjęcia i różne rysunki magnesami, ale po dwóch godzinach rysunki walały się po całym domu, a magnesów do tej pory nie znalazłam ;)


Zaczęłam szukać ciekawych rozwiązań, które pomogłyby mi  trochę urozmaicić odrobinę ten obszar pokoju i znalazłam stronę PIXERS, na której można kupić między innymi naklejki ( a jak widzicie naklejać lubię :D ) na meble i tapety samoprzylepne, przycięte na wymiar, odporne na ścieranie. Oczywiście miałam mega dylemat, na który wzór się zdecydować, bo podobało mi się ich całe mnóstwo. A jak już wybrałam ( znajdziecie go tu: KLIK), to oczywiście na jednym zakupie się nie skończyło ( ale o tym kiedy indziej ;) ).





Ufff... i jak Wam się podoba?

Bo dzieciaki są zachwycone :) A my odzyskaliśmy swoją sypialnię, siebie i wspólne noce :) Choć skłamałabym, gdybym powiedziała, że budzimy się we dwoje ;) Najczęściej wciąż budzę się od kopa w oko strzelonego przez synka, albo od "Siku, mama siku" wypłakanego przez córkę :)

Podsumowując dodam jeszcze, że plan prawie w całości zrealizowałam. Wydaliśmy tyle, ile zakładałam i efekt finalny zadowala mnie bardzo :) 








12:21 AM

Urodziny ze świnką Peppą w roli głównej.

2 lata temu zostałam mamą po raz drugi.
Po bardzo długiej walce, po latach starań i miesiącach życia w lęku,o godzinie 10.00 wyjęto mi z brzucha moją Ami. To pierwsze zdjęcie, które jej zrobiłam.
Leżałam w sali i nie mogłam się ruszyć po cc i narkozie. Płakałam jak bóbr, bo tak bardzo pragnęłam ją przytulić, dotknąć... mój mały, wyczekany cud leżał metr ode mnie, ale poza moim zasięgiem...

Na szczęście dziś i to już od 2 lat, możemy tulić się bez ograniczeń. 24h na dobę :)
I z tej okazji mojej słodkiej córci zorganizowaliśmy przyjęcie. Pytałam Amiśkę, jaki chciałaby tort. Początkowo mówiła, że z Elsą i Anną...ale na dwa dni przed planowaną imprezką zmieniła zdanie. Tort miał być koniecznie ze świnką Pepką ( tak mówi, bo generalnie aktualnie zdrabnia wszystko ;P)
Skoro temat imprezy był już narzucony, udałam się do mojego oddanego przyjaciela - PINTERESTU :) A tam zakopałam się w pomysłach i znalazłam mnóstwo inspiracji, a nawet gotowych rozwiązań :)

Finalnie przygotowałam:
1. Baner urodzinowy - 2 LATKA AMELKI.
Baner i wiele innych rzeczy na imprezkę stworzyłam na podstawie dostępnych na stronie PURPLEPUMPKINBLOG gotowych do druku elementów. Świnkę Peppę księżniczkę-wróżkę, wydrukowałam z dostępnych w google grafikach  i wycięłam.

2. Toppery i foremki na babeczki  - również znalezione na blogu. Wycięłam kółeczka i przykleiłam do patyczków na szaszłyki.
3. Babeczki noski świnki - upiekłam biszkopt z dżemem w środku ( jak muffiny) i polałam różowym lukrem. Dziurki od noska to dwie borówki.


4. TORT (oczywiście!) z Pepką w roli głównej :) Powiem szczerze, że zbrzydły mi torty w stylu angielskim i postanowiłam sama zrobić torcik śmietanowy. Nie miałam zupełnie pomysłu na figurkę świnki, a modelina raczej nie byłaby mocnym akcentem imprezy ( już widzę, jak pochłania ją większa część zaproszonych gości w wieku 1+ ;)).  Znalazłam grafikę Peppy, wydrukowałam na kartonie i przykleiłam do dwóch patyczków. Krem zrobiłam na bazie śmietanki 30%, mascarpone i cukru pudru. Biszkopt upiekłam wg zaleceń Pawła Małeckiego ( w książce z Lidla "Przepisy mistrza Pawła Małeckiego" na stronie 78).
Ten przepis jest cudowny - biszkopt zawsze mi wychodzi! I jest pyszny! A trzeba tu dodać, że kucharką i cukierniczką jestem raczej słabiutką. (Za to smakoszem słodkości na medal! :)) Do kremu do ozdoby dodałam zielony barwnik, żeby imitował trawkę. I torcik prezentował się tak:



5. Były też Galaretki rybki Goldie, owoce z ogródka Dziadka i babci Świnki oraz ciasto z galaretką i malinami ( no co... różowe, nie? ;) )

6. Atrakcją było malowanie farbami obrazków tematycznych.

Leo jak zwykle z zacięciem mieszał farby. Jest moc :)

Zielony słonik Emily to dzieło jubilatki :) Malowała najdłużej z całej ekipy i w takim skupieniu, że coś czuję, że talent odziedziczyła po babci <3



W następnym poście pokażę Wam tablicę urodzinową, którą przygotowałam dla córci ( widać ją na zdjęciu z babeczkami) i podzielę się z Wami surowym plikiem, żebyście mogli stworzyć takie również dla swoich dzieci ( jeśli się Wam spodoba oczywiście).

Dziękuję Wam wszystkim za ogrom życzeń, ciepłych słów i uczuć, które dziś do nas spłynęły. Jesteście cudowni, a dobro powraca. Więc życzę z całego serca, by do Was wróciło <3
Love. Love. Love <3

10:00 PM

Miłość wg Leo.

"Kocham Cię mamusiu na selce"
 
"Kocham najbaldziej, ja Ciebie!!!"

"Baldzo Cię kocham mamusiu, całuj w usta!"

Te słodkie zdania od kilku tygodni mój synek wykrzykuje parę razy dziennie. Kruszy mi to serce i wywołuje motyle w brzuchu, nawet jak o tym myślę, ale... ktoś mi powiedział, że on nie rozumie jeszcze czym jest miłość. Po prostu powtarza to, co słyszy.
Pomyślałam sobie, że coś w tym jest. Ja mówię mu już trzy lata codziennie, że bardzo Go kocham i kojarzy mu się to z czymś przyjemnym i dobrym. Dlatego też tak do mnie mówi.
Postanowiłam to jednak sprawdzić.
 3 dni temu podczas kolejnego miłosnego wyznania, zapytałam Leo - a co to znaczy, że mnie tak bardzo, bardzo kocha?

Leoś:"Yyyyy eeeeee, emmmmm, eeeee, yyyy..... że...że...."
Ja: "No co to znaczy kochanie, że mnie tak bardzo kochasz?"
L:"Yyyyy, że mucha lata koło nosa i że ...i że....yyyy..emmm... że trzeba ją przegonić!!!"
Ja"Yyyyy eeeee, emmmm" ;)

Upewniałam się trzy razy. Za każdym odpowiedź była taka sama jak wyżej :)

Dziś pod wieczór znów zebrało się synkowi na miłosne wyznania ( a żadnej muchy obok! ;) )

L: "Kocham Cię mamusiu, wiesz?"
Ja: "Wiem, wiem kochanie, ale co to znaczy, że mnie kochasz synuś?"
L:"Yyy eeeee emmmmm, że Cię baldzo lubię. I że chcę Cię utulać. I że płaczę w przedszkolu, bo Cię nie ma. Bo tęsknię".
Ja:(pobeczałam się).

Miłość wg Leo zmienia się i dojrzewa każdego dnia. Ach Ci mężczyźni <3



10:49 PM

Podsumowanie lipca.

Lipiec minął jak szalony... Dwa pierwsze tygodnie przechorowaliśmy, ale kolejne dwa były dla nas dużo bardziej łaskawe. 

Lista aktualności przedstawia się tak: 

  1.  Spędziliśmy czterodniowe wakacje we Wrocławiu
  2. Po powrocie do domu z Wrocławia ( dosłownie tuż po zdjęciu butów)  poszłam do łazienki, zgodnie z instrukcją z youtube'a zwinęłam przednie włosy w rulonik i ciachnęłam sobie grzywkę. Efekt - piorunujący. Dosłownie ;)
  3.  Skończyliśmy remont pokoju dzieci. Będzie o tym cały wpis :)
  4. Leoś ma niedosłuch 30 dB spowodowany przewlekłym wysiękowym obustronnym zapaleniem uszu ( trzeci migdał do usunięcia orzekł 4. laryngolog, którego odwiedziliśmy poszukując pomocy, poprzedni twierdzili, że migdał szczątkowy)
  5.  Mam endometriozę. Okazuje się, że bóle w bliźnie po cesarskim cięciu nie są niczym normalnym i że kichanie nie powinno sprawiać mi bólu, operacja za 2,3 miesiące.
  6.  Mela jakimś cudem się odpampersowała ( również na noc :D) i odsmoczkowała, dzięki czemu rozgadała się jak szalona.
  7.  Leo pożegnał butlę zgodnie z zaleceniem Pani logopedy i w nagrodę dostał "szczoteczkę eleklyczną jak tatuś".
  8. Odwiedziłam z Leo Panią psycholog w związku z kilkoma zmartwieniami na temat wrażliwości synka i póki co, moje zmartwienia są rozdmuchanymi lękami matki wariatki. Uff!
  9.  W tym tygodniu wyprawiamy 2. urodziny Meli ( szok! szok! szok po stokroć!)
  10.  Zostało mi 18 dni urlopu ( szok jak wyżej ;) )
  11.  Jestem już ponad miesiąc na sterydach, spuchła mi buzia i wyglądam trochę dziwnie, ale staram się patrzeć na pozytywy - a one są takie, że nie latam co 20 minut do toalety i mogę jeść co chcę, a nawet wypić kawę <3 (Fajnie jest  być zdrowym, doceniajcie to :) ) Do tego podniósł mi się poziom agresji - więc uważajcie, czasami się nie potrafię pohamować ;)
  12.  Nadal nie udało mi się zrealizować kilku moich wakacyjnych postanowień, m.in. nie przeczytałam żadnej książki dla osób w wieku 13+, prócz kilku przepisów Jamiego Olivera ;)
  13. Za kilkanaście dni mamy 7 rocznicę ślubu.
Dobra,  wyliczance mówimy STOP. 

Na koniec kilka słów jeszcze ode mnie... Potrzebowałam wytchnienia, oderwania się od rzeczywistości - tej w mojej głowie i tej wirtualnej, ulokowania mojej uwagi na mojej rodzinie - nie tylko na dzieciach, ale i na mężu. Mieliśmy ciężki, gorszy okres. Było chwilami tak źle, że chciałam uciec. Ten czas był mi potrzebny, musiałam obdarować nim najbliższych i najwazniejszych ludzi w moim życiu i dlatego prawie mnie tu nie było. Teraz jest lepiej. I mam nadzieję, że będzie coraz jaśniej i cieplej w naszym domu. Bo przecież nie można dać dzieciom lepszego życia niż życie wśród kochających się rodziców - mamy i taty, prawda?


4:51 PM

Do widzenia Panie Dydku!

Dwa tygodnie wakacji za nami - jak sądzicie, co robiliśmy?
Af kors - chorowaliśmy! Leo miał anginę i na dokładkę wirusowe zapalenie jamy ustnej.  Skończyło się antybiotykiem. Mela - miała gorączkę, biegunkę i zapalenie jamy ustnej.  Mąż się zaraził anginą. Ja się uchowałam, tylko dlatego, że jestem na antybiotyku ze względu na jelita.

Ale nie ma co płakać - idziemy do przodu. Choroby na razie zebrały swe żniwo i mam nadzieję, że dadzą nam spokój na jakiś (dłuższy) czas.

Pomiędzy podawaniem nurofenu na zmianę z paracetamolem, antybiotyku, nystatyny etc. staraliśmy się skończyć remont dziecięcego pokoju. Ale to dłuższy temat. Na tę chwilę zaprząta mi głowę inna rzecz. Duma mnie roznosi! I nawet euforia :)
Mela pożegnała się ze smoczkiem. Pomyślicie - "Też mi wyczyn, dwulatka niemalże, więc chyba czas najwyższy". Może i tak. Ale w przypadku Meli, smoczek to był najlepszy przyjaciel, kompan, pocieszasz. Próby odstawienie smoczka, podejmowane bezskutecznie,  trwały już od 5 miesięcy. Ostatnimi czasy, Mela jakby zakumała, że ktoś pragnie ją pozbawić smoczka, więc nie ruszała się bez niego ani na metr. Gdy gdzieś go ukryłam, płakała i przeczesywała dom, póki nie odnalazła. Budziła się w nocy z krzykiem :" Dyyyyyyddddaaaaa", gdy przyjaciel smok uciekł gdzieś poza poduszeczkę.

A mi...para z uszu wydobywała się jak z czajniczka.

Choroba Meli, a właściwie jej nawrót sprzed dwóch tygodni przelał jednak szalę goryczy. I nie zastanawiając się wcale, po krótkiej wymianie zdań z moją mamą, wywaliłam wszystkie smoki. I tak od soboty Panna Amelka jest bez smoczka. Płakała, no dobra WYŁA jedną noc, kopała mnie i łóżko, chowała twarz w dłonie, niczym aktorka z teatru. Trzy kolejne noce przepłakała. A teraz już tylko czasem, zrezygnowana zawoła "dyda, dyda", ale już wie, że go nie ma, więc przychodzi do mnie, kładzie główkę na moich kolanach i mówi : " Lulaj mama". No to lulam. Słodką, małą córeczkę BEZ SMOCZKA :)
Ale to nie koniec osiągnięć Meli. Od miesiąca córeczka nie nosi pampersa w dzień, w nocy jej zakładam, choć tez jest zupełnie suchy. Jestem zdziwiona, że tak szybko się udało, tym bardziej, że po prostu pewnego dnia Mela nie pozwoliła założyć sobie pieluszki. I tak już zostało. Sama siada na nocnik i tylko jak ma obcisłe getry to krzyczy: "mama pomóś".

Uwierzycie, że za miesiąc moja mała córeczka kończy dwa latka? Standardowo, bo nie mogę się powstrzymać, zapytam: "Kiedy to zleciało???" 

PS. Jutro wyjeżdżamy na 4 dni do Wrocławia. To będą nasze tegoroczne wakacje. Czy przesadzę, jeśli poproszę o kciuki, żebyśmy się przez najbliższe 96h nie pochorowali?

PS2. Czy wiecie, że dziś jest Światowy Dzień Przebaczania? Warto skorzystać z takiej okazji :)






10:46 PM

Wakacje - oddycham, czuję, żyję!

Formalnie dziś zaczynają się dla mnie wakacje. No... troszkę kłamię, bo we wniosku urlopowym mam zapisane 1 lipca. Jednak mam bonus od szkoły i... już mam wolne :)
CZUJĘ BŁOGI SPOKÓJ. Którego jakoś nie burzy nawet drugi dzień biegunki Meli, ani obrzydliwy kaszel Leo. Czuję ulgę i ...kto by pomyślał, odrobinę ekscytacji.
Czekałam na nie, jak na zbawienie. I są.
Wiem, wiem co myślicie - Ci nauczyciele to mają za dobrze.
I wiecie co? Macie rację. Ci nauczyciele to mają za dobrze - ale tylko w wakacje i święta <3

Teraz będę tu częściej, niedługo podzielę się postępami w sprawach remontowych. A dzieje się, dzieje! :)

Wiej wietrze dobrych zmian, wiej...

9:28 PM

3 lata.

Nie każdy jest tak wyjątkowy jak ON. Nie każdy ma urodziny dwa razy do roku.

A...On - ma najpiękniejszy uśmiech świata. I gdy się śmieje, nawet, gdy jestem wściekła i zmęczona, śmieję się i ja. Czasem przez łzy, ale zawsze szczerze.

On ma swój styl. Być może będzie mechanikiem, bo spędza z tatusiem w garażu całe dnie. A może będzie rolnikiem, jak ukochany wujek Michał - bo traktory dostrzeże nawet przy prędkości 140km/h i to te oddalone o kilka kilometrów...
Kto wie, jaka będzie jego droga, ale w każdej będę go wspierać całym sercem.

On ma niezwykłe oczy. Szare, czasem zielone, a bywa, że niebieskie, tak piękne, że tonę w nich, jak w bajkowych oceanach, które otulają mnie miłością i najpiękniejszymi słowami: "mamo, mamusiu".

On jest moim pierworodnym. Choć go nie urodziłam tak fizycznie, jak robi to większość mam.
Ja go wywalczyłam. Wyrwałam go z rąk losowi, który szarpał mnie i próbował pozbawić sił.  Półprzytomna miałam nadzieję, że walka o niego ma sens. Ciągnęła mnie, jak magnes, magiczna siła, w którą wierzyłam i której zaufałam do granic. 

On był tym magnesem. Nie żaden inny, tylko ON. Dziś wiem to jeszcze bardziej, jeszcze mocniej, dziś wiem, że jest zupełnie mój. Jak cudownie spełniło się nasze przeznaczenie...

Synku, syneczku, najdroższy, najukochańszy, najcudowniejszy mój - dziś mijają 3 lata odkąd się odnaleźliśmy. Ty wiesz, że to był najpiękniejszy dzień mojego życia. Lubisz, gdy Ci o nim opowiadam. Chcesz znać każdy szczegół. Wiesz, że płakaliśmy. I tatuś, i ja ( wciąż pytasz: "A dlacego płakaliście mamusiu, ze szczęścia?" ).
Wiesz, że żaden inny moment nie wywołał we mnie takiej eksplozji uczuć, że nigdy później i nigdy wcześniej, nie zdarzył mi się taki CUD. 

Ten CUD to Ty. To Twoje oczy, usteczka i uszka, to Twoja upartość, uśmiech, łzy, strach i spokój, to Twoje trudności i mocne strony. 

Ten CUD to ja. Twoja mama. TO TY MNIE STWORZYŁEŚ. Uczyniłeś mnie odpowiedzialną za Twoje dzieciństwo i dorosłość, wychowanie i dojrzałość. Za Twoją radość i umiejętność cieszenia się życiem. Za naszą rodzinę. 

Ten CUD trwa już trzy lata. ( A było to przecież tak ---> KLIK!) A ja niezmiennie, każdego wieczoru dziękuję Bogu, że dane mi jest mieć tak wspaniałego syna. I mam nadzieję Skarbie, że gdy kiedyś będzie nam trudniej, gdy przestanę być już mamą, której trzeba się słuchać, bo nie da żelka, a Ty przyatakowany hormonalną burzą i naturalną przecież młodzieńczą walką ,  będziesz szukał siebie i tego kim jesteś, to... moje słowa, nie tylko te dzisiejsze... dadzą Ci odpowiedź. 

Kocham Cię synku. KOCHAM. Z całego serca, sił. Bardziej się nie da. 

Wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy najpiękniejszego dnia w moim życiu Leosiu. To własnie dziś świętujemy 3 urodziny naszej rodziny. Dziękuję, że jesteś. Dla mnie. Dla taty. Dla Meli. Dla świata, w którym przyszło nam żyć...

Beczę jak wtedy <3





2:21 PM

Zabawa w oczka, remonty i początek wakacji.

Wracam Kochani! Za mną ostatni egzamin, na szczęście zdany, więc mogę trochę odetchnąć, strzepnąć kurz z klawiatury i wrócić do blogowania i do Was ofc. Tęskniłam :)

Czerwiec jest dla mnie, dla nas, miesiącem szczególnym. Pamiętacie co wydarzyło się trzy lata temu???
TAK, zostałam mamą! Po długiej i bolesnej walce, odnalazłam swoje miejsce na ziemi. W tym roku świętujemy naszą rocznicę wielkim wydarzeniem - wyprowadzamy się z dziecięcego pokoju :D Młodych przenosimy do większego od obecnego pokoiku. A to się wiąże z remontem, który spędza mi sen z powiek od miesiąca. Bo chciałabym, żeby ich wspólny pokój był piękny i żeby chcieli w nim spać...sami ;P A czy to wyjdzie? To się okaże.

Do końca roku szkolnego zostało już tylko 1,5 tygodnia, a do mojego urlopu 3 tyg :) Żyć nie umierać. Może w końcu uda mi się przeczytać jakąś książkę przewidzianą dla osób w wieku 15+ ? Takie mam małe marzenie :)

A póki co cieszę się książkami dla najmłodszych i jedną z nich chciałabym Wam dziś zaprezentować. Czekałam na nią już kilka dobrych miesięcy, odkąd zobaczyłam taką w wersji obcojęzycznej. A tu...dokładnie na nasz wyjątkowy czerwcowy czas - JEST!

 Dziękuję za nią, jak zawsze niezawodnemu wydawnictwu - INSIGNIS.


Niby nic takiego. Kilka twardych kartek z wyciętymi oczkami - a gwarantuję Wam - dzieciaki są w siódmym niebie. Wyrywają sobie z rąk, by zamienić się w ufoludka, mamusię albo robota.

Tu Leo jest tatusiem.
Bawimy się też w grę - zgadnij kim jesteś. Otwieramy książkę i przykładamy do twarzy nie widząc ilustracji, a potem próbujemy podpowiedzieć co się na niej znajduje. 

Książki są różne, mają ładniejsze i brzydsze ilustracje, mniej lub bardziej ciekawą treść, ale książki Herve Tulleta są po prostu inne niż wszystkie. Pobudzają kreatywność, są niezwykle proste, a jednocześnie szalenie zaskakujące. Jeżeli ich jeszcze nie macie w swojej biblioteczce to warto ją czym prędzej uzupełnić :)

Pozdrowienia Kochani! :)





9:19 PM

Przerwa do wakacji.

Moi kochani, przepraszam za milczenie. Niestety nie udaje mi się pogodzić nadmiaru obowiązków i blog na tym traci... A ja mam wyrzuty sumienia i ciągle z tyłu głowy pałęta mi się myśl, że Was zaniedbuję. Dlatego bardzo Was przepraszam, ale muszę zrobić miesięczną przerwę w nadawaniu. Cały czas jestem aktywna na instagramie, więc jeśli jesteście ciekawi co u nas to serdecznie zapraszam tu:

Tymczasem pozdrawiam Was serdecznie i do zobaczenia...latem! :) 
 

4:51 PM

Chore zatoki - jak je wyleczyć?

Na początek coś optymistycznego, wiosennego ( bo czekam na tę wiosnę i czekam, podejrzewam, że przepadła na dobre...):

A teraz bardziej posępnie...Wyobraźcie sobie, że dalej walczę z zatokami. Obecnie biorę drugi antybiotyk ( najpierw tydzień Clindamycyny - bez efektu, a teraz Moxyfloksacyna - kolejny tydzień). Mam dzięki temu taaaaką biegunkę, że pewnie skończy się zaostrzeniem zapalenia jelit i szpitalem. 
Ale do rzeczy - antybiotyki, które biorę, a przynajmniej pierwszy z nich - nie działa. Tak też wydaje się mojej Pani laryngolog, która, jak zobaczyła mnie po tygodniowej kuracji antybiotykiem to wysłała mnie pilnie na TK zatok. Rzeczywiście mam zawalone wszystkie zatoki i niedrożne ujścia, diagnoza brzmi niezrozumiale: Pansinusitis - a oznacza po prostu zapalenie zatok. U mnie wszystkich w obrębie twarzoczaszki.

Nie pozostaje mi nic innego - jak sięgnąć po medycynę naturalną - a Wy, moi kochani czytelnicy - jesteście niezastąpionym źródłem wiedzy.  Postaram się zatem posegregować wszystkie informacje.

Polecane sposoby na leczenie zatok:

1) Płukanie wodą z solą morską - na tej zasadzie działają IRIGASIN, FIXSIN. Ponieważ ja płukałam w początkowym stadium te moje chore zatoki kilka razy dziennie to opakowanie schodziło mi po upływie 3 dni. Spróbowałam sama przygotować taki roztwór i użyłam do tego soli kuchennej ( skład fixsinu to 100% chlorek sodu, czyli zwykła sól). Niestety, o dziwo, mimo, że przygotowałam dokładnie takie samo stężenie jak w oryginalnym FIXSINIE ( naważałam specjalną chemiczną wagą), płukanie zatok było bolesne i dawało wrażenie płukania samą wodą. Wszystko zmieniło się, gdy do przygotowania roztworu użyłam soli morskiej. Teraz już nawet nie naważam specjalnie dokładnie, tylko na oko, 1/3 łyżeczki do herbaty i uzupełniam ciepłą wodą do kreski na butelce (240ml).

2) Kolejny sposób to modyfikacja powyższego - do wody z solą dodaje się kilka kropli wody utlenionej lub płynu Lugola. 

3) Ssanie oleju - no ja jak zaczęłam o tym czytać, to mnie po prostu wbiło w fotel. No bo - jeżeli to jest takie dobre, jak to opisują, to dlaczego ja słyszę o tym pierwszy raz w moim 32-letnim życiu? I dlaczego to brzmi jak pomysł zaczerpnięty rodem z obgrzybiałej starej chaty znachorki ze średniowiecza? No i co to w ogóle znaczy - ssanie oleju? Okazało się, że ssanie oleju to inaczej płukanie jamy ustnej olejem kokosowym, słonecznikowym, sezamowym i innymi olejami. Stosowane przez okres kilkunastu nawet dni pomagają w detoksykacji organizmu, oczyszczają zatoki, jamę ustną, gardło, sprzyja poprawie jakości życia, ułatwia sen i wpływa na poprawę odporności organizmu. Czas takiej terapii powinien wynosić ok. 3 miesięcy.

Zaczęłam stosowanie oleju dzisiaj. Najpierw użyłam oleju kokosowego, który jest miły w smaku i samo płukanie nie jest nieprzyjemne. Jednak ja po ok. 2 minutach muszę wypluć zawartość jamy ustnej, gdyż podczas płukania olej miesza się ze śliną i mnie po prostu obrzydza. A ponieważ takie płukanie musi trwać 15-20 minut to muszę wymienić tę wyplutą porcję  na nową i cały proces staje się zbyt kosztowny. Zamieniłam olej kokosowy na zwykły olej słonecznikowy i bez problemu płuczę te 20 minut ( schodzi mi na takie płukanie 3/4 szklanki oleju). Czytałam różne opinie - niektórzy mają odruch wymiotny, inni nie mogą znieść smaku oleju w buzi. Mi to zupełnie nie przeszkadza. Bardzo ważna informacja jest taka, że po ssaniu oleju trzeba koniecznie dokładnie umyć zęby.
Po pierwszym użyciu nie zauważyłam większych zmian, choć mam wrażenie, że bardziej zatkały mi się uszy. Czytałam, że tak może być i należy to traktować jako dobry objaw.
4) inhalacje z dodatkiem olejku miętowego - stosowałam cały zeszły tydzień w postaci parówki - gotowałam wodę (500ml) z łyżeczką soli morskiej i po dopowadzeniu do wrzenia dodawałam kilka kropli olejku miętowego. Następnie nakładałam na głowę ręcznik i wdychałam gorącą parę, jednocześnie ogrzewając okolice twarzoczaszki ( czyli również chore zatoki). Inhalacje nebulizatorem nie pomogły mi w żadnym stopniu.

5) lekarstwa, które przyniosły mi ulgę:
  • sulfarinol krople -  jedyne lekarstwo, które odrobinę odetkało mi uszy
  • mucofluid spray + ACC - taki zestaw powoduje u mnie wypływanie wydzieliny zalegającej w zatokach
  • Nasodren - aerozol do nosa jest naturalnym ekstraktem ze świeżych bulw fiołka alpejskiego Cyclamen Europaeum L., kosztuje (bagatela!) ok.60zł i musi być zużyty przez okres 16 dni od momentu przygotowania. Po zaaplikowaniu do nosa masz wrażenie, że wlałeś sobie właśnie domestos i za chwilę eksploduje Ci głowa.  Jednak faktycznie ta wątpliwa przyjemność ma również pozytywny skutek - przez godzinę spływa z nosa i zatok zalegająca wydzielina. U mnie, po zastosowaniu zaczęła pojawiać się krew, nie przestaję jednak, stosuję dalej.
6) Masaż zatok i akupresura:
 7) stosowanie ostrych przypraw -  nie jestem ich zwolennikiem, głownie dlatego, że przy moim schorzeniu jelit są zakazane, działają przeczyszczającą i mogą wywołać stan zapalny w jelicie ( u osób chorych na CU lub Chorobę Leśniowskiego-Crohna). Aczkolwiek, każdy z nas wie, że jedząc meksykańskie burito cieknie nam z nosa - a to oznacza, że poprawia się ukrwieie błony śluzowej oraz upłynnia się śluz zalegający w nosie i zatokach.

Macie jeszcze jakieś skuteczne sposoby na chore zatoki? Chętnie uzupełnię moją listę ku potomnym, cierpiącym, jak ja! 

Zdrowej majówki Kochani <3

Klik!

TOP