Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nadzieja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nadzieja. Pokaż wszystkie posty

7:47 PM

"List od Boga"

Wróciłam do pracy. Chyba popadam w jakiś dołek. Nic mnie nie cieszy...
Włączyłam sobie pieśni kościelne ( śpiewałam kilka lat w chórku kościelnym ), siedzę i ryczę. Zaczynam się modlić i przestaję za chwilę. Boję się prosić. Boję się zaufać, aby potem się rozczarować. To mi zostało chyba od dziecka - modlę się i wydaje mi się, że coś się na 100% spełni dokładnie wtedy, kiedy tego zapragnę. Taki mam dziś Boży wieczór. Szukałam jakiś piosenek i nagle wyskoczył mi filmik:

Nie poddaję się, nie poddaję się Boże... Nie wiem tylko, ile jeszcze jestem w stanie wytrzymać... i nie zwariować...

10:39 PM

Dni lepsze...dni gorsze...

Cieszę się, że ostatnio odważyłam się napisać o naszych skrajnych emocjach, które wiążą się z przeżywanym przez nas okresem. Są dni lepsze - kiedy oboje z ogromną nadzieją i wiarą patrzymy w przyszłość, gdy nie możemy się już doczekać końca tej drogi, gdy gdzieś tam bujamy w obłokach... i są dni gorsze , gdy nie jesteśmy pewni czy podołamy, gdy irytuje nas entuzjazm drugiej osoby, gdy raczej widzimy wszystko w czarnych, szarych barwach niż w jasnych.
Uważam, że to jest ludzkie. Ludzkie jest zastanawianie się, czy na pewno jestem na właściwej drodze. Ludzkie jest analizowanie wszystkiego jeszcze raz. A nawet... ludzka jest czasem zmiana założeń i biegu działań.
Wiele, bardzo wiele wniosły do mojego myślenia wasze komentarze. Za wszystkie bardzo dziękuję. Przespałam się z tymi wszystkimi słowami i spojrzeniami na sytuacje i gdy się obudziłam, negatywne emocje znów odeszły.
Jestem sobą. Taką jaką jestem, trochę idealistką i marzycielką, ale jednocześnie jestem osobą bardzo świadomą swoich wyborów i ich konsekwencji. Wiem, że adopcja jest trudna, nie wiem, czy nie trudniejsza od biologicznego procesu (czyli ciąży). Wiem, że nigdy nie przeżywałam tylu skrajnych emocji, nigdy nie musiałam tak głęboko wnikać w zakamarki własnego "ja", choć jestem osobą bardzo autorefleksyjną. Mimo trudności, wahań, obaw - czuję, że to jest moja droga. Nie umiem z niej zrezygnować, nie umiem póki co wybrać innej. Nie widzę rozwidlenia dróg, nie widzę alternatywy, bo to właśnie ta droga jest moim marzeniem. Moim marzeniem nie jest in vitro, choć nie będę się zarzekać, że tego nie spróbuję kiedyś w przyszłości, bo nie wiem, jak potoczą się kiedyś moje losy i jak będę myśleć za kilka lat. Dziś chcę podążać za tym, co mówi mi serce.
Wiem jak to brzmi. Ale nie jestem świrniętą, nieogarniętą, nieodpowiedzialną, egzaltowaną panienką. Jestem dojrzałą kobietą, która słucha swego sumienia i swoich myśli.
Jest taki wiersz Osieckiej, którego fragment pozwolę sobie przytoczyć: "Pan widzi krzesło, ławkę, stół. A ja rozdarte drzewo".
Bo ludzie są różni. Nie gorsi i nie lepsi. Różni właśnie. Ja jestem taka i na potrzeby walki z niepłodnością przecież się nie zmienię. Nie oszukam się, nie zacznę robić nic na siłę, bo będzie to po prostu zgwałcenie mojego prawa do bycia indywidualną osobą. DO BYCIA SOBĄ WŁAŚNIE. Będę się leczyć, będę robiła co mi każą, by mieć biologiczne dziecko, ale nie na siłę i nie wbrew sobie.
Wierzę w to wszystko dlatego, bo w życiu przekonałam się nie raz, że szczęście to ciężka praca i nikt prócz nas samych nie może i nie uczyni naszego życia szczęśliwszym. Mam otwarte serce, mam gotowość do pracy nad sobą, mam emocje, które czasami nie dają się okiełznać, mam wiarę i chęci do działania, mam świadomość, że nie będzie idealnie, mam świadomość, że czasem będzie zupełnie do dupy, mam świadomość, że mogę czuć, że nie podołałam. I mam jednocześnie świadomość, że wszystkie dobre uczucia i wszystkie złe uczucia są po prostu ludzkie.
Jestem człowiekiem. Po przejściach i przed nimi. Jestem tym typem, który wierzył w przeznaczenie, w Boga, ale po wielu cierpieniach zwątpił, jednak jest w nim tląca się ciągle wiara w to, że nic nie dzieje się bez przyczyny.
Być może mam dziwne założenia i idylliczne spojrzenie na świat. Być może.
Ale to jest mój świat. Mój własny. I nikt inny nie spojrzy na niego moimi oczyma.

7:30 PM

Poproszę spadochron.

Spadam. Kurczę, spadam. Lecę sobie w dołek. Uciszam różne negatywne myśli, ale niestety, nieustannie jestem coraz bliżej dna. Dlaczego? A no właśnie dlatego, że ostatnio mój mąż zaczął przebąkiwać o moim leczeniu. O tym, że nie leczą mnie jak trzeba ( tu ma 100% rację), że nie spróbowaliśmy jeszcze tylu rzeczy, m.in. inseminacji, in vitro (którego nie chcę). On twierdzi, że możemy starać się o Dzidzię dwutorowo - i drogą adopcji, i drogą medycyny (ta mnie do tej pory zawiodła). Mąż sugeruje zmianę lekarza, ale przecież to już mój kolejny lekarz. Dopiero od 5 miesięcy... Co prawda nic mi nie pomógł. Nic nie wymyślił. Niczym nie leczył. Jedynie stwierdził, że mam nadżerkę. Chciałam mu zaufać, oddałam mu wszystkie moje marzenia, a teraz czuję się trochę...hmmm... wydymana...przepraszam za stwierdzenie, ale pasuje mi w tym kontekście jak ulał.
Pokłóciliśmy się. Wyszłam na 10 minut :P do drugiego pokoju spać. Zapłakana wróciłam sprawdzić, czy On czasem nie usnął ( gdyby tak było od razu bym go budziła, jak cierpieć to przynajmniej razem :P). Nie spał. Kazał mi się uspokoić i spokojnie mi powiedział, że chce adopcji, ale nie chce mieć kiedyś pretensji do siebie, że nie wykorzystał wszystkich możliwości. Spytał mnie - dlaczego ja nie chcę? Pytanie czy nie chcę? Czy się boję?
Tak - boję się. BOJĘ SIĘ. Boję się, że się nie uda. Boję się czekania. Boję się powrotu do depresji. Boję się, że nie będę panowała nad uczuciami. Boję się, że zajdę w ciążę, bo boję się, że ją stracę. Czy zdołam się podnieść jeszcze raz?
Zresztą - inseminacja...-super rzecz. Tylko najpierw trzeba mieć owulację, której u mnie od poronienia brak. I nikt nie potrafi powiedzieć dlaczego... Przed ciążą też była tylko po stymulacji...
A adopcja... adopcja to moja droga do rodzicielstwa, macierzyństwa, do Niej albo do Niego.
Wierzę, że dziecko, które pojawi się w naszym domu doda mi sił. Może wtedy zdobędę się na odwagę, by spróbować innych metod leczenia niepłodności. Teraz nie chcę. Nie chcę dwutorowo. Chcę się skupić na tej jednej drodze. Chcę się dobrze przygotować. Żeby Dzidzi nie skrzywdzić. Żeby nie skrzywdzić siebie.Mam 29 lat. Jeszcze trochę czasu... Tak mi się zdaje...
Ale mam poczucie winy. Mam to cholerne poczucie winy... że to przeze mnie, że gdyby nie ja, On mógłby mieć biologiczne dziecko, bo przecież teraz, gdy męża wyniki są rewelacyjne, to już pewne, że to ja. To we mnie nie chce wzrosnąć życie. I choć pogodziłam się z tym - nie płaczę, gdy to piszę, a jeszcze kilka miesięcy temu zalewałam się łzami opisując takie sprawy - widzę, że On się chyba nie pogodził.
Znów pojawiły się we mnie pytania:
1) czy z kimś innym byłby szczęśliwszy?
2) czy On zdecydował się na tą adopcję dla mnie?
3) czy odbieram mu szansę na lepsze życie?
4) czy On pokocha nasze maleństwo tak jak ja?

Bardzo kocham mojego męża. Chciałabym, bardzo chciałabym dać mu dziecko. W mojej głowie obecnie jest to nasze dziecko z OA. Nie myślę w ogóle w kategoriach porodu. (No, może raz ostatnio, gdy koleżanka opowiadała mi o porodzie rodzinnym wyobraziłam sobie, jak mężuś mdleje na widok krwi. Ale zaraz przerywam takie projekcje, bo mnie trochę dołują.) Martwię się jednak, bo mój mąż tak nie myśli... Powiedział, że gdyby to on mógł pójść na in vitro, to już leżałby na stole ginekologicznym...

Ehhh...

Wczoraj byliśmy na kolejnym spotkaniu w OA. Tym razem wypełnialiśmy testy psychologiczne. Za tydzień wyniki.

Ostatnio zabijam czas i smętne myśli sesjami foto. Spotkałam się na jednej z koleżanką z czasów liceum, która odkryła tego bloga i wiedziała o wszystkim. Mówiła, że czuje, że dostaniemy dziewczynkę. Dostałam od Niej malutkie, dziewczęce skarpetki. Oczywiście się wzruszyłam ;)
Teściowa natomiast, ostatnio dała mi malutką muszkę z chrzcin mojego męża. Trzymam te dwa skarby i wiem, że któryś z nich na pewno będzie mi służył już niedługo.

1:03 PM

Do zobaczenia, gdy będę czekoladką :)


Spakowani, gotowi i podekscytowanie czekamy na godzinę 0.
Dziś znowu miałam dziwny sen. Śniły mi się dwie maleńkie dziewczynki - Ala i Ola (tak jak ja i moja siostra). Miały wrodzoną wadę słuchu i planowana była operacja, rodzice nie zrzekli się praw, więc miałam zostać ich mamą zastępczą.
Zastanawiam się, skąd nagle wzięły się u mnie takie sny. Kiedyś rozmawiałam z kolegą z pracy, doktorem biologii o snach właśnie, tłumaczył mi, że podświadomość tworzy różne wizje w naszej głowie po to, by przygotować nas do spokojnej reakcji na takie wydarzenia w rzeczywistości. Jest to taka naturalna forma obrony naszego organizmu przed nadmiernym stresem. To dość mądre, choć mam nadzieję, że w rzeczywistości nie będę musiała zmagać się z rozszalałymi ufoludkami nadlatującymi w gigantycznych ufo-spodkach. Taki sen nawiedza mnie od lat :)
Odnosząc się do snów, a bardziej idąc w kierunku wierzeń ludowych, moje pojawiające się sny mogą oznaczać, że odnajdzie się nie nasza córeczka, a nasz synuś i że sytuacja prawna będzie uregulowana :)
Taka wersja jest bardzo optymistyczna :) i z taką myślą wyruszam dziś w świat, w stronę słońca!
Do zobaczenia wkrótce :)

 


11:13 AM

Pierwszy wakacyjny sen...

Obudziłam się dziś o 9.45 ;] Wstyd. Mąż haruje w pracy na pierwszą zmianę, a ja w objęciach Orfeusza śnię... I to co jeszcze :)
Śniło mi się, że szłam ulicą w okolicach Gdyni i Sopotu ( w rzeczywistości nie ma tam takiego miejsca). Koło bloku bawiły się dwie małe, ok. 3-4 letnie dziewczynki. Obie miały kręcone włoski. Jedna, to nawet miała dziecięce afro :) Nagle pobliski las zaczęła spowijać mgła, a zewsząd zaczęły nadlatywać wielkości wróbelków kolorowe ptaszki, jakby papużki. Ktoś krzyknął, że dzieje się coś złego. Podbiegłam do dziewczynek, spytałam, gdzie są ich rodzice. Jedna ( ta w afro) powiedziała, że nie ma rodziców, opiekuje się nią konkubent mamy, ale teraz jest pod sklepem i pije. Drugą miał opiekować się też ktoś z rodziny, ale go nie było, a mgła robiła się coraz bardziej gęsta. Pobiegłam z nimi do tego bloku, ale nikogo tam nie było. Ktoś powiedział, żebym zaopiekowała się dziewczynkami. Ubierałam je, żeby mogły pójść ze mną. Później okazało się, że mają jeszcze starszego brata ( nie wiem, która z nich ;) ). Nie wiem ile miał lat, ale mógł mieć ok.12.  Jego też wzięłam ze sobą. Mówiły do mnie 'ciociu'. Szliśmy z powrotem przez las. Mgła wisiała w powietrzu, a my spotkaliśmy... Daniela Olbrychskiego.
Dalej nie będę opisywać tego snu. W każdym razie Olbrychski zaproponował mi pracę w swoim laboratorium, a jak się później okazało miałam myć dachówki na dachu.
Niektórzy dziwią się, że mam takie obfite w zdarzenia sny i że prawie codziennie je pamiętam. Kiedyś miałam zamiar je spisywać. Ale zajmowałoby mi to za dużo czasu.
Dzisiejszy sen zrobił na mnie wrażenie, czułam potrzebę pomocy tym dzieciom. We śnie nie miałam żadnych dylematów, nie zawahałam się ani przez moment, by zająć się starszym chłopcem, od razu zdecydowałam,że pójdzie z nami. Pamiętam dokładnie, co czułam. Czułam, że muszę mu pomóc i nic więcej. Wiem, że w realnym świecie nie odważyłabym się na adopcję tak dużego dziecka. Gdybym miała opiekować się 12-latkiem, różnica wieku między nami wyniosłaby zaledwie 16 lat. Czy to źle, że tak czuję?
Reasumując - właśnie rozpoczął się pierwszy wakacyjny dzień. Mam labę i zamierzam wypocząć. Jutro w nocy kierunek ---> Riwiera Makarska. Przez 2 tygodnie nie będzie mnie, ale po powrocie skrupulatnie wszystko opiszę :)
Dziękuję wszystkim za komentarze, które często,choć wydają się błahym dodatkiem, są dla mnie ważnym, naprawdę istotnym wzmocnieniem.

7:22 PM

Warto patrzeć pod stopy...

...i to nie dlatego, by się nie potknąć wpadając na kamień, ale po to, by znaleźć właściwą, swoją własną ścieżkę. 
Kolejna złota myśl znaleziona w internetowym chaosie, która urzeka mnie swą prostotą i idealnym wcelowaniem w mój aktualny rys psychologiczny (ha!).
Jeszcze tylko 4 dni szkolne i wakacje. Bardzo, bardzo się cieszę, bo naprawdę potrzebuję odpoczynku. Marzę, by się stąd wyrwać i poczuć się znów pełna życia i energii.
Nakupowałam ostatnio chyba z 10 sukienek. Dopadły mnie lekkie wyrzuty sumienia, ale... w sumie, mało kto potrafi za 150zł kupić 10 sukienek. A skoro nie wydałam jakiejś zbyt dużej kwoty to tłumaczę sobie, że nie muszę mieć wyrzutów sumienia ;]  5 sukienek znalazłam na mega wyprzedaży w OUTLECIE i 5 w lumpeksiku w moim rodzinnym mieście ( po 2 zł sztuka :D ). 
Kupiłam też zestaw do badmintona w Biedrze, ale nie mam z kim pograć :P
Co do moich stanów psycho-fizycznych - jestem dziwnie spokojna, pogodzona, nawet radosna.
Wczoraj rozmawiałam z moją sąsiadką o tym, że zdecydowaliśmy się na adopcję i ona się rozpłakała. Nie mogła pojąć, dlaczego "się poddałam", bo przecież miałabym takie śliczne dzieci. Zdziwiłam się, że płacze nade mną i nad - w mojej opinii  super dobrą - nowiną. Wytłumaczyłam jej mój punkt widzenia, naszą drogę po Dzidzię, która jest już przecież taka długa i trudna... Wytłumaczyłam jej, że dla mnie macierzyństwo to nie biologia, to emocje, troski, chwile, przeszłość, przyszłość, miłość, szczerość... Ona płakała, a ja nie czułam się smutna, jej słowa nie spowodowały u mnie zachwiania, nie sprowokowały do zastanowienia się, czy robię dobrze, czy może popełniam błąd.
Jestem pewna, że to moja ścieżka. Moja własna.
Warto patrzeć pod stopy...

10:37 AM

Regeneracja - już wkrótce! :)

Nie piszę ostatnio,ale nie dlatego, że mam doła, tylko dlatego, że nie mam na nic czasu. Zakończenie roku w mojej szkole jest wykańczające, tysiące papierów, dziesiątki zaliczeń, dopadająca mnie furia i zmęczenie potęgują moją niechęć do pisania. Motywacją do działania są za to... zbliżające się wakacje !!!! :D Rozpoczęłam odliczanie :) Na wakacje jedziemy do Chorwacji, to już prawie pewne. Za 1,5tyg moje stópki będą przemierzać nowe, egzotyczne szlaki. Już sobie zazdroszczę :)
Z nowych wiadomości prosto z ostrego dyżuru - mam za wysokie komórki NK, ale jakoś się nie przejęłam. Już odpuściliśmy, mamy dość.
Dzidzio, czy wiesz, że  Twój tatuś ostatnio powiedział, że już chce mieć Ciebie jak najszybciej? Przyspieszyliśmy z terminem o miesiąc :)
Szczęście... :)

12:53 PM

"Na odmienności coś zbudować..."

Dziś nie będzie elaboratu. Zdobyłam zaświadczenie o stanie zdrowia psychicznego do dokumentów adopcyjnych. Wracałam samochodem i czułam, jak rośnie we mnie miłość i chciało mi się krzyczeć, że kocham cały świat :)

Przeczytałam dziś piękną rzecz - że tak naprawdę ludzie nie mogą i nie mają takie samego życia, takich samych szans, takich samych perspektyw, ale najważniejsze jest, by tak się różnić, aby na tej odmienności coś zbudować, a nie wszystko zniszczyć.

12:15 PM

STOP - czyli dlaczego warto hamować negatywne myśli.

Postanowiłam napisać to dla siebie i dla niektórych z Was. Może do kogoś moje słowa, choć trochę dotrą i sprawią, że zatrzyma się w tym biegu... ku depresji.

Doświadczenie niepłodności, pomimo, ze nie jest to pierwsza poważna i dająca się odczuć choroba w moim życiu, jest najtrudniejszym i najbardziej bolesnym dotychczasowym etapem. Wiele razy chciałam się poddać, chciałam odejść od męża, żeby nie niszczyć mu życia, chciałam uciec na drugi koniec świata, żeby zgubić to, co przygniatało mnie najbardziej, czyli ciszę mojego domu, pustkę czekającego na dziecko pokoiku. Pewnie jeszcze nie raz odczuję ten stan.
Ale teraz... jestem na takim etapie mojej drogi, na której nie pozwolę sobie na cierpienie. Już nie. I chcę, żebyśmy my wszystkie cierpiące odnalazły spokój.
Ostatnio w komentarzach do któregoś z moich postów powstała taka mini dyskusja na temat kontroli swojego ciała. Dopóki mamy kontrolę nad nim, nie czujemy tak przygniatającego bólu, nie odczuwamy porażki. Gdy jednak robimy wszystko, by począć dziecko, a to się nie udaje, odczuwamy druzgocącą nas doszczętnie klęskę. Pojawiają się bolesne pytania, pełne bezsilności i lęku:
Jak długo jeszcze?
Co zrobiłam źle?
Dlaczego ja?
Jak dalej żyć?
Skąd brać siły?
Pytania kierowane do losu, do Boga... można różnie to nazwać... Co one dają? Najczęściej upust naszemu bólowi, który wraz ze łzami chcemy wyrzucić z siebie, zostawić obok...by móc pójść dalej, by móc znów próbować, by mieć siłę na kolejny cykl i często na kolejną porażkę.
Życie mierzone cyklami, życie od miesiączki do miesiączki, od owulacji do owulacji...
Moja uczennica na jednym z portali społecznościowych napisała dziś, że nie ma już sił, że coś jej w niej przeszkadza, ona próbuje to zmienić, walczy ,ale się nie udaje. Napisała, że próbuje budować dom ze szkła,a potem ktoś tak łatwo potrafi ten dom zburzyć, a jego odłamki kaleczą ją tak mocno, że nie jest w stanie zacząć budowy od nowa. I że już nigdy nie będzie normalnie.
Oczywiście ona nie pisała o niepłodności. Pisała o swoich przeżyciach. Ale czytając ją, widziałam siebie, moje koleżanki z którymi wymieniam na bocianie prywatne wiadomości i pewnie wiele z Was.
Myślałam co jej odpisać, by było to szczere i prawdziwe.I naprawdę wierzę,że zawsze można zacząć budować od nowa. Warto jednak uczyć się na własnych błędach. Jeżeli dom ze szkła runął, a jego odłamki skaleczyły nas dość mocno, musimy dać sobie czas na regenerację, a potem zacząć stawiać nowy dom... Tym razem z dużo bardziej trwałego i mniej niebezpiecznego materiału. Środowiska zewnętrznego nie zmienimy.  Ciąże są, były i będą. Nikt z naszego powodu nie przestanie płodzić dzieci. Jedyne,co możemy zrobić to zmienić siebie. Możemy zgodnie z naszym sumieniem szukać sposobów na zrealizowanie naszego marzenia o macierzyństwie. Ale nie powinnyśmy zakładać, że ponieważ bardzo się staramy, mamy szczytny cel swych działań,modlimy się, chodzimy do kościoła, na pewno nam się uda. Sztuką życia nie jest parcie do przodu w oczekiwaniu na burzę, ale umiejętność tańczenia w najbardziej ulewnym deszczu. I pomyślicie - łatwo napisać, litery są pozbawione uczuć, one nie czują, ich nie rozdziera rozpacz i niemoc!
I będziecie miały rację.
ALE : Walka, którą toczymy co dzień ma sens.
Skąd brać siły?
Z siebie. Z kochających Nas ludzi.
Poraz kolejny to napiszę: poddać się jest najłatwiej. Najłatwiej jest powiedzieć - wszystko nie ma sensu, czuję się do dupy, nie ma sensu dalej starać się, czuję się jak Syzyf itp. pierdoły...
W tym trudnym dla nas okresie walki, starajmy się przebywać wśród życzliwych nam ludzi.Bardzo łatwo dać się złapać w pułapki ludzi, którzy są mali, bardzo mali i próbują budować swoją wielkość naszym kosztem.
Nikt nas nie zmusi, żebyśmy walczyły o siebie. My same musimy znaleźć tę siłę...
W życiu najtrudniej jest być szczęśliwym. I z własnego doświadczenia wiem, że szczęście to ciężka, codzienna praca... Nic nie jest nam dane na zawsze z góry, nic za darmo. Więc, choć jest nam cholernie ciężko i mamy prawo czuć się skrzywdzone i bezsilne, słabe i oszukane - weźmy się w garść.
Wierzę w nas i wiem, że przed nami wiele szczęśliwych dni.
Nie napisałam tego, żeby się wymądrzać. Napisałam to, bo chcę w to wierzyć, uwierzyć, wcielić w życie.
Dziewczyny, czas wyruszyć w drogę, by odnaleźć siebie!

3:08 PM

Czy kochać przede wszystkim siebie?

Nachodzą mnie dość refleksyjne myśli. Może dlatego, że jestem na zwolnieniu i mam dużo czasu na przemyślenia, a może też dlatego, że mój organizm pragnie się bronić przed niebezpieczeństwem, którym jest ta nasza 'niepłodnościowa' walka.
Zastanawiając się nad motywami naszej adopcji ścieram się dość intensywnie z pytaniem postawionym przeze mnie w tytule... Dzisiejsza psychologia uczy egoizmu, bardzo wyraźnie ukazuje, że trzeba być dobrym dla siebie ( bez wyrządzania krzywdy drugiej osobie ).
Zastanawia mnie tylko: jak kochać siebie w momencie, gdy Twój organizm zawodzi?
To rzeczywiście bardzo, bardzo trudne.
Ze swojej perspektywy mogę powiedzieć jednak, że im mniej kocham siebie, tym mniej kocham też innych. Im więcej we mnie bólu, żalu, cierpienia, poczucia niesprawiedliwości..tym mniej we mnie miłości, empatii, chęci do życia i działania.
Nie mogę więc znaleźć siły do obdarowania miłością drugiego człowieka, małego, bezbronnego, pragnącego czułości, ciepła, bliskości.
Czyli jednak kochać siebie...przede wszystkim... Kochać siebie, bo kochanie siebie rodzi miłość do innych. Próbuję to robić.
Zastanawiając się nad motywami do adopcji, czuję jednak, że dość egoistycznie jest kochać przede wszystkim siebie. Nie mogę przecież powiedzieć, że pragnę adoptować, bo mój instynkt macierzyński szaleje, a ja wraz z nim :) I że przez miłość do siebie pragnę zaspokoić swoje potrzeby. Ale czy można powiedzieć, że nie jest to jeden z motywów kierujących kobietę w kierunku OA?
Wiem na pewno, że nie traktuję już adopcji jako substytutu, w mojej głowie, zupełnie prawdziwe i szczere jest myślenie, że adopcja to jedna z możliwości poczęcia mojego dziecka. Odnalezienia Go.
Jak bardzo cieszę się, że nareszcie zmierzam w tym właściwym kierunku...

Klik!

TOP