Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tęsknota. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tęsknota. Pokaż wszystkie posty

10:22 PM

Bursztynek...bursztynek...

Dziś po pracy był spontan. Pojechaliśmy nad morze, bo mężuś chciał się wykąpać w morzu. Było cudownie. Zbierałam bursztyny, których było mnóstwo po sztormie.


Po powrocie znad morza miałam taki dobry humor. Więc mój Skarbuś musiał mi go zepsuć :) Stwierdził, że w domu jest syf, a ja nic nie robię. I uwaga, z ust mojego męża padł tekst roku:
"Czy Ty uważasz, że można być szczęśliwym z kimś, kto ma brudno w szafie?"
 Czy On nie jest po prostu niezwykły? :)
A cóż...w szafie zawsze mam burdel. Nawet jak mam czysto to za chwilę mam burdel.

A dziś w nocy śnił mi się mały, 6-cio miesięczny chłopiec o imieniu Tomek. Mojej siostrze oddała go moja koleżanka, a ja ją prosiłam, żeby go nie adoptowała, żeby mi go oddała. Nie chciała się zgodzić, ale potem jakoś już go miałam w domu. Był taki śliczny, miał jasne włoski, olbrzymie uszka i piwne oczka. Obudziłam się o 5 na Euthyrox i tak bardzo chciałam zasnąć i jeszcze o nim śnić. I udało się. Do 7 śniłam, że jestem jego mamą, tuliłam go, głaskałam, a on uśmiechał się do mnie. Obudziłam się z takim lekkim sercem.

12:20 PM

Chałupy welcome to!

Drzewo jeszcze nie zostało skończone. To na wstępie ;) Nie miałam czasu, żeby je skończyć, bo spędziliśmy ten weekend, jak co roku, na windsurfingu w Chałupach. Niestety, ze względu na mój stan zdrowia - tym razem tylko patrzyłam :( Wyjechaliśmy z Ewą i Michałem ( byliśmy z nimi w Chorwacji). I jak zwykle było śmiesznie.
Mój nastrój jednak, mimo pięknej pogody, fantastycznego towarzystwa, był kiepski. Dlaczego?
A no dlatego, że pobyt tam jest dla mnie swego rodzaju punktem odniesienia. Pamiętam, jak w zeszłym roku leżąc na plaży marzyłam, że za rok wszystko się zmieni... Że nie będziemy we dwójkę, że nie będę z zazdrością i "kluchą" w gardle patrzeć na bawiące się obok dzieci.
Niestety, mimo upływającego czasu, moje uczucia wciąż tkwią w pewnym martwym punkcie. Moja tęsknota wciąż rozdziera moje serce. Przez to wszystko nie umiem się cieszyć, nie umiem czerpać radości z rzeczywistości... Nie umiem od tego uciec. Oderwać się choć na chwilę. To męczące. Bardzo.
Leżałam więc na plaży, patrzyłam jak wszyscy pływają, a pod słonecznymi okularami lał się wodospad łez.
Obok mnie, tuż nad ziemią latały te oto ptaszki, wiecie co to za ptak? :)  (taka zagadka biologiczna :P)
 Skusiłam się na chwilę zabawy na trampolinie, niestety moja powiększona śledziona natychmiast dała o sobie znać. Pobolewała mnie przez kolejne kilka godzin, więc już nie odważyłam się na szaleństwa...
Wieczorem, dzień żegnał nas jednym z najpiękniejszych zachodów słońca, jakie kiedykolwiek widziałam.
 Podziwiałyśmy go z Ewą i chłopakami po stronie zatoki...
Chcieliśmy pójść razem na stronę otwartego morza. Jednak nasi chłopcy "po drodze" jakoś się zawieruszyli. Podziwiałyśmy ten widok same:


A chłopaki...no cóż - niech żałują. Gdy odnalazłyśmy nasze zguby...nie bardzo umiały się zachwycić czymkolwiek, a ich błędny wzrok wskazywał wyraźnie, w jakim celu się "zagubiły" :P
A dla mojej Dzidzi też powstało kilka zdjęć. Ta osóbka na falochronie to ja.
PS. Powstała nowa mini-ankieta na mojej stronie. W prawym górnym rogu strony. Ciekawa jestem Waszych opnii, więc zachęcam do głosowania.
Poprzednia ankieta, w której pytałam, w jakim celu odwiedzacie mojego bloga, wskazała, że odwiedzacie go głównie dlatego, że sami zmagacie się z podobnymi problemami, bądź zmagają się z nimi bliskie Wam osoby. Był jednak również jeden hejter ;)

6:14 PM

Drzewo - dzień 2.

Drzewo nabiera kształtów. Dziś jest po drugim malowaniu. Mam problem z dokładnością. Pędzle są za grube, robią się zadry na krawędziach :( Nie mam pomysłu, jak sobie z tym radzić. Jeżeli ktoś też zabierze się za malowanie na ścianie to jednak zachęcam do malowania farbami olejnymi. Ja namalowałam olejnymi tylko liście. A całość białą emulsyjną, taką do ścian i sufitów. Różnica jest kolosalna - krycie, zadry...
Tak wyglądało drzewo po pierwszym malowaniu:
A tak wygląda w tej chwili, po drugim malowaniu:
Jeszcze raz, albo dwa przemaluję i będę mogła zacząć dopieszczać szczegóły (np. oczy sowy :P).
Dziś cały dzień spędziłam u tej koleżanki od 10-miesięcznych bliźniaczek. Masakra - jestem wykończona ;) Zaczęłam się dziś zastanawiać, czy ja dałabym sobie radę z dwójką takich małych dzieci. Po 6 h w ich towarzystwie marzyłam tylko o tym, żeby już poszły spać ;)
Taka ze mnie ciocia :P
 

7:48 PM

Wielki Piątek.

Panie proszę spraw, aby życie mi nie było obojętne...

PS. Wczoraj, gdy jechaliśmy z mężem na zakupy, nad naszym samochodem przeleciały dwa przepiękne bociany.

9:39 PM

3 odpowiedzi.

Miałam bardzo zły dzień. Jestem zmęczona. Tak bardzo.
Szukając pocieszenia zrobiłam to:


6:04 PM

Miń!

Złe chwile, upadki, zniecierpliwienia, uważam, że są naturalne na naszej adopcyjnej drodze. Nie jest łatwo - i nikt kto tego nie przeżył - nie zrozumie. Widzę, że cały ten czas nauczył mnie być bardziej cierpliwą. Nie denerwuję się w poczekalni do lekarza, lepiej znoszę stanie w korkach, nie muszę, jak wcześniej, mieć wszystkiego od razu ( np. nowego modelu spodni, albo kiecki). Jestem trochę inna.
Czasem jednak nie starcza mi sił na walkę z własną tęsknotą i wtedy jest gorzej. Wtedy się żalę - najczęściej Wam. Wy słuchacie, wspieracie, motywujecie, podnosicie - za to dziękuję! To działa. Czasem bardziej, czasem mniej. Wszystko zależy, w jakim stadium smęcenia aktualnie się znajduję :) :P
Po powrocie do pracy jestem o wiele smutniejsza. Martwi mnie to. Czyżbym nie nadawała się już do tej pracy? Lubię pracę w szkole, lubię moich uczniów, lubię kolegów... ale atmosfera jest juz tak gęsta... Mnie na szczęście obecnie omija najgorsze, być może mam poszpitalną dyspensę...ale przeżywam razem z ludźmi to, co ich dotyka...
Wracałam dziś do domu w mega korku. W pewnej chwili moje myśli poszybowały w stronę TEGO telefonu, na który czekam... Zrobiło mi się smutno i nagle w radiu znów zaczęła lecieć Reni Jusis "Kiedyś cię znajdę". Pisałam już o tej piosence. Ona mnie prześladuje. Od jakiegoś czasu, gdy tylko zniecierpliwię się i wkurzę na to czekanie - w radiu płynie ten właśnie kawałek. A przecież to numer sprzed wielu lat :) Ach te znaki! :)
I tak sobie myślę... i tak przypominają mi się słowa poetki...zresztą mojej ulubionej...
"Cze­mu ty się, zła godzino,
z niepot­rzeb­nym mie­szasz lękiem?
Jes­teś - a więc mu­sisz minąć.
Mi­niesz - a więc to jest piękne." 


10:00 PM

Blizny.

Długo nie pisałam. Jak na mnie. Nie miałam czasu ani nastroju. Ale przede wszystkim czasu. W czwartek przyjechał tata z żoną i córką. Siedzieliśmy do nocy i rozmawialiśmy. Szarlotka zniknęła w całości, co chyba dobrze o niej świadczy ;) W piątek tata źle się czuł, pojechaliśmy do IKEI, ale szybciutko wróciliśmy. Chłopaki zostali w domu, a ja zabrałam dziewczyny na zakupy ( bo bardzo chciały). W sobotę rano odwieźliśmy rodzinę, a sami poszliśmy na pre-urodzinki naszego chrześniaka. Właściwe 4 urodziny są za tydzień, ale my nie możemy przyjechać w tym terminie. Tak więc nasz 4-latek będzie miał dwa torciki. Dla nas przygotowali w wersji mini :) Mały nie mógł się doczekać i musiał spróbować przed wszystkimi.
Junior mniejszy ma już miesiąc... Spotkanie z nim tym razem rozwaliło mnie totalnie. Chciało mi się płakać... Tęsknota za dzieckiem dopadła mnie ze zdwojoną siłą...
Patrzyłam na moją zmęczoną siostrę, słuchałam jej, starałam się być z nią... ale czułam taką pustkę...

Niepłodność to podstępna choroba. Zadaje rany, niektóre powierzchowne, inne głębokie... Ale po wszystkich zostają blizny. Moich blizn nie widać. Staram się je kamuflować, ale czasem...jak stare złamanie na zmianę pogody... po prostu zaczynają o sobie przypominać...
Patrzyłam na ich życie. Słuchałam ich rozmów. W tym wszystkim dominują DZIECI. I znów pojawiło się we mnie pytanie... dlaczego..? Dlaczego nie mogę tego przeżyć? Jak długo jeszcze przyjdzie mi czekać...? Czy moje dziecko będzie ze mną szczęśliwe? Czy czasem nie jestem zbyt egoistyczna? Czy nie za bardzo skupiam się na sobie...?
Moje blizny są jak tatuaże. Czynią mnie wyjątkową...oryginalną... ale czynią mnie też naznaczoną. Boję się, że to uczucie nie zniknie nigdy... Czy to zdrowe, że postrzegam macierzyństwo jako CUD? Kiedyś myślałam, że gdybym mogła zajść w ciążę i urodzić dziecko za odcięcie ręki - nie wahałabym się. Dziś nie oddałabym za to ręki. Ale dopadają mnie takie chwile, w których nienawidzę swojego ciała. W niedzielę dostałam okres. Może to przez hormony tak nędznie się czuję...
Dziś zadzwonił do mnie tata... Zaczął zwyczajną rozmowę, aż nagle mówi...
"Aluś, ja Cię proszę zdystansuj się. Zrób to dla mnie. Pamiętaj, że ja tu jestem i myślę o Tobie."
Początkowo nie wiedziałam, o co mu chodzi. Ale potem wytłumaczył mi, że o dziecko. Przeraziło go, że zrobiłam już tyle rzeczy dla dziecka, że napisałam bajkę, wydrukowałam album, że myślę o nim, jakby miało się pojawić na dniach, że czekam z takim utęsknieniem...
Gdy mi to mówił, łzy kapały mi po policzkach. On tego nie wie... przez telefon nie widać..
Poczułam się tak, jakbym była wariatką. Jakbym się oszukiwała, jakbym żyła nierealnie... Nie umiem tego wyrazić, ale było i dalej jest mi po części wstyd.
Wiem, że tata się martwi. Wiem, że chciałby, żebym cieszyła się z tego, co mam.
"Wiele ludzi chciałoby być w Twojej sytuacji, ciesz się życiem" - tak powiedział.
Nie chciał źle. Wręcz przeciwnie...Ale przez to, co powiedział, poczułam się bardzo samotna z uczuciami, które są we mnie.
Mam wrażenie, że jestem na sinusoidzie emocji. Góra - dół - góra -dół.... Wciąż i wciąż. Aż do porzygania. Nie wiem, jak dalej będzie... Wiem, że bywa różnie. Moja energia się wyczerpała. Obecnie potrzebuję odpoczynku. Mam nerwobóle. Bolą mnie plecy...
 Chcę się ukryć...schować... znów.
Czy zacznę z dumą pokazywać moje blizny, jako nieodłączną część mnie samej, coś co ukształtowało mnie i postawiło w tym właśnie momencie życia? Czy może dziecko, gdy pojawi się w moim życiu będzie jak najcudowniejszy krem, który usunie blizny z mojej duszy?

8:43 PM

Podekscytowana!

Dziś w nocy wylatujemy do Londynu :) Torby puste (mąż nawet majtek nie wziął, stwierdził, że nie zmienia - o fu!), zapełnić się mają na miejscu :P
Czuję gilgotanie w brzuchu z radości i ekscytacji :)
Gorzej trochę znoszą to moje jelitka... Ale nie jest tak źle.
Dziś miałam pracowity dzień. Najpierw z mężem biegaliśmy po lumpeksach ( dziś 50% :P, kupiłam 3m dresowego, oliwkowego materiału za 5zł i za 4,50zl materiał na kołderkę dla Dzidzi), potem szybki obiad ( a nawet dwa - bo dla mnie dietetyczny ze względu na stan zdrowia, a dla męża koniecznie KALORYCZNY ze względu na intensywność pracy). Potem trzy całusy na pożegnanie, mąż do pracy, a ja do maszyny. Z dresowego materiału uszyłam sukienkę :) Średniej jakości wykończenie, ale materiału mam tyle, że następną wykończę już jak trzeba :)
Zdjęcie poniżej zrobiłam podczas mojego ostatniego pobytu w Londynie, to było dwa lata temu... Myślałam wtedy, że jestem w ciąży. Okres spóźniał mi się 3 tyg. Ale zamiast ciąży miałam torbiel, która obijała się o mój brzuch i czułam jakbym w środku miała piłkę do golfa. Teraz w ciąży nie jestem. I mam to gdzieś ;)


9:54 PM

Adopcyjna, pierwsza książka mojego dziecka :)

Zawsze chciałam prowadzić kalendarz wspomnień mojej Kruszynki. Chodziłam po księgarniach, żeby kupić coś takiego.
"Pierwszy rok mojego dziecka", "Pierwszą książeczka mojego synka" itp. tytuły kusiły mnie bajkowymi okładkami. Gdy tylko jednak chwyciłam je w dłoń i zaczęłam wertować kartki, entuzjazm znacznie słabł. Już na pierwszej stronie należało wpisać datę zrobienia testu ciążowego, następnie jak na wieść o ciąży zareagowali bliscy, potem należało wkleić zdjęcie USG ( z każdego niemal miesiąca), a na koniec było jeszcze miejsce na płytkę z filmem USG...
Nie... to nie dla nas.
Ale... dlaczego mam pozbawiać mojego Malucha takiej fajnej rzeczy, jaką jest książeczka wspomnień?
O nie! Chciałam prowadzić taką książeczkę, to będę ją prowadzić! I właśnie dziś, przez niemal 7 godzin stworzyłam ją. Jeszcze nie puściłam jej do druku, bo może ktoś z Was mi coś jeszcze podpowie.
Na początku jest okładka:
Później jest nasza bajka o adopcji ( wklejam tylko dwie kartki z tej bajki, bo na pozostałych widać nasze twarze :P )
 Potem już typowo pod naszą Dzidzię :

 Później są strony dotyczące różnych przeżyć Malucha. A książka kończy się pierwszym dniem szkoły :)

 
Jestem zadowolona z efektu :)
PS. Nie mogę również nie nadmienić, że spłakałam się ze wzruszenia tworząc ją - jak nie wiem! Pierwszy raz pomyślałam o sobie tak naprawdę, jak o mamusi. Jakbym już nią tak o włos... niemal o włos...była...

4:20 PM

Nie jesteśmy zwyrolami.

Wczoraj w OA dowiedzieliśmy się, jak wypadliśmy w testach psychologicznych. Okazało się, że nie jesteśmy zwyrolami, jesteśmy "normalną" parą, której motywacja skierowana jest "na dziecko", mamy właściwą relację małżeńską i nasze predyspozycje do bycia rodzicami są w normie ( poza drobnymi wartościami granicznymi w zakresie autonomii dziecka w moim przypadku ;P). Zostaliśmy wstępnie zakwalifikowani do kursu i teraz czekamy na telefon i konkretny termin szkolenia.
Tym razem w OA było miło, ciepło, spokojnie. Byliśmy w pokoju z lustrem weneckim, zobaczyliśmy, gdzie bawią się dzieci, czekające na rodziców. Byłam poruszona. Łzy cisnęły mi się do oczu i odrobinę brakowało mi tchu, ale powstrzymałam się przed histerycznym wybuchem szlochu ( przecież w testach wypadłam jako zrównoważona :) ). Pytałam męża jak On się czuł i powiedział, że też czuł dziwne i duże emocje. Pani psycholog odpowiedziała na kilka naszych pytań, których nie zadałam wcześniej, a które urodziły się w poprzednim tygodniu w mojej głowie.
Czuję się trochę samotna, pomimo, że mój mąż jest wciąż blisko i zawsze wokół mnie. Moja przyjaciółka rodzi na dniach i będzie na macierzyńskim i nie mam się komu wyżalić, z kim się pocieszyć, albo z kim po prostu pogadać.
Potrzebuję teraz dużo pozytywnych wzmocnień, dużo ciepła i przyjaźni. Boję się, że jeżeli spotka mnie jakaś przykrość to padnę plackiem na twarz i będę wyć wniebogłosy.
I tak mi jakoś ciężko, tak mi jakoś duszno...
Mój mąż nigdy nie pokazuje emocji. Widziałam tylko 2-3 razy jak płakał i raz było to, gdy zmarł jego najbliższy kuzyn. To wszystko jest takie trudne, że ostatnio, gdy leżeliśmy w łóżku i zaczęłam się modlić - rozpłakał się.
No i nawet pisząc to...rozpłakałam się i ja...

Klik!

TOP