10:12 PM

Szalony byk, uciekający zając i muchy między zębami.

Nie miałam weekendu, bo tym razem edukowałam siebie i innych na konferencji. Dotarłam do domu bardzo późno, wygłodniała rzuciłam się na resztkę żółtego sera i ostatni plaster krakowskiej. Marzyłam o odpoczynku, a że odpoczynek aktywny też jest odpoczynkiem to pojechaliśmy z mężem na krótką wycieczkę rowerową. Ostatnie dni lata trzeba uwiecznić :)

Po drodze obsiadły nas chmary much, wlatywały wszędzie, do gardła, uszu, oczu itp. itd. Ale nie należymy do tych, którzy łatwo się poddają, więc jechaliśmy dalej.

Zatrzymaliśmy się w przepięknym miejscu, zrobiliśmy kilka fot i nagle, mój mąż zobaczył krowę, która wchodziła do rzeki. Byłam przekonana, że ma omamy,bo ja niczego nie widziałam. Poszłam więc we wskazanym przez niego kierunku, żeby sprawdzić, czy czasem nie oszalał :)

Znalazłam ją. Piła sobie spokojnie wodę z rzeki. Już wyjęłam aparat, żeby pstryknąć kilka fot, gdy nagle pokazała bycze oblicze ;] W dosłownie 5 sekund, w podskokach doskoczyła...a raczej doskoczył do mnie. Na szczęście był na łańcuchu. Uciekałam jak na rodeo. Oczywiście mój wyczyn obserwowali ludzie z wioski, zanosząc się od śmiechu :)

Szybko więc udałam, że nic się nie stało i wsiadłam na rower w celu ewakuacji, gdy nagle tuż obok płotu pojawił się wielkouchy, przecudny zając. Z radością chwyciłam mój aparacik, lecz zając już kicał z prędkością światła z dala ode mnie.

Udało mi się jednak zatrzymać chwil pare, zdjęcia nieostre troszkę, bo robione w pośpiechu, ale są.
Oto one:


I tak sobie spędzamy ten nasz czas bez dziecka :) W oczekiwaniu na nie :)
Fajnie jest :)

4:20 PM

Nie jesteśmy zwyrolami.

Wczoraj w OA dowiedzieliśmy się, jak wypadliśmy w testach psychologicznych. Okazało się, że nie jesteśmy zwyrolami, jesteśmy "normalną" parą, której motywacja skierowana jest "na dziecko", mamy właściwą relację małżeńską i nasze predyspozycje do bycia rodzicami są w normie ( poza drobnymi wartościami granicznymi w zakresie autonomii dziecka w moim przypadku ;P). Zostaliśmy wstępnie zakwalifikowani do kursu i teraz czekamy na telefon i konkretny termin szkolenia.
Tym razem w OA było miło, ciepło, spokojnie. Byliśmy w pokoju z lustrem weneckim, zobaczyliśmy, gdzie bawią się dzieci, czekające na rodziców. Byłam poruszona. Łzy cisnęły mi się do oczu i odrobinę brakowało mi tchu, ale powstrzymałam się przed histerycznym wybuchem szlochu ( przecież w testach wypadłam jako zrównoważona :) ). Pytałam męża jak On się czuł i powiedział, że też czuł dziwne i duże emocje. Pani psycholog odpowiedziała na kilka naszych pytań, których nie zadałam wcześniej, a które urodziły się w poprzednim tygodniu w mojej głowie.
Czuję się trochę samotna, pomimo, że mój mąż jest wciąż blisko i zawsze wokół mnie. Moja przyjaciółka rodzi na dniach i będzie na macierzyńskim i nie mam się komu wyżalić, z kim się pocieszyć, albo z kim po prostu pogadać.
Potrzebuję teraz dużo pozytywnych wzmocnień, dużo ciepła i przyjaźni. Boję się, że jeżeli spotka mnie jakaś przykrość to padnę plackiem na twarz i będę wyć wniebogłosy.
I tak mi jakoś ciężko, tak mi jakoś duszno...
Mój mąż nigdy nie pokazuje emocji. Widziałam tylko 2-3 razy jak płakał i raz było to, gdy zmarł jego najbliższy kuzyn. To wszystko jest takie trudne, że ostatnio, gdy leżeliśmy w łóżku i zaczęłam się modlić - rozpłakał się.
No i nawet pisząc to...rozpłakałam się i ja...

10:39 PM

Dni lepsze...dni gorsze...

Cieszę się, że ostatnio odważyłam się napisać o naszych skrajnych emocjach, które wiążą się z przeżywanym przez nas okresem. Są dni lepsze - kiedy oboje z ogromną nadzieją i wiarą patrzymy w przyszłość, gdy nie możemy się już doczekać końca tej drogi, gdy gdzieś tam bujamy w obłokach... i są dni gorsze , gdy nie jesteśmy pewni czy podołamy, gdy irytuje nas entuzjazm drugiej osoby, gdy raczej widzimy wszystko w czarnych, szarych barwach niż w jasnych.
Uważam, że to jest ludzkie. Ludzkie jest zastanawianie się, czy na pewno jestem na właściwej drodze. Ludzkie jest analizowanie wszystkiego jeszcze raz. A nawet... ludzka jest czasem zmiana założeń i biegu działań.
Wiele, bardzo wiele wniosły do mojego myślenia wasze komentarze. Za wszystkie bardzo dziękuję. Przespałam się z tymi wszystkimi słowami i spojrzeniami na sytuacje i gdy się obudziłam, negatywne emocje znów odeszły.
Jestem sobą. Taką jaką jestem, trochę idealistką i marzycielką, ale jednocześnie jestem osobą bardzo świadomą swoich wyborów i ich konsekwencji. Wiem, że adopcja jest trudna, nie wiem, czy nie trudniejsza od biologicznego procesu (czyli ciąży). Wiem, że nigdy nie przeżywałam tylu skrajnych emocji, nigdy nie musiałam tak głęboko wnikać w zakamarki własnego "ja", choć jestem osobą bardzo autorefleksyjną. Mimo trudności, wahań, obaw - czuję, że to jest moja droga. Nie umiem z niej zrezygnować, nie umiem póki co wybrać innej. Nie widzę rozwidlenia dróg, nie widzę alternatywy, bo to właśnie ta droga jest moim marzeniem. Moim marzeniem nie jest in vitro, choć nie będę się zarzekać, że tego nie spróbuję kiedyś w przyszłości, bo nie wiem, jak potoczą się kiedyś moje losy i jak będę myśleć za kilka lat. Dziś chcę podążać za tym, co mówi mi serce.
Wiem jak to brzmi. Ale nie jestem świrniętą, nieogarniętą, nieodpowiedzialną, egzaltowaną panienką. Jestem dojrzałą kobietą, która słucha swego sumienia i swoich myśli.
Jest taki wiersz Osieckiej, którego fragment pozwolę sobie przytoczyć: "Pan widzi krzesło, ławkę, stół. A ja rozdarte drzewo".
Bo ludzie są różni. Nie gorsi i nie lepsi. Różni właśnie. Ja jestem taka i na potrzeby walki z niepłodnością przecież się nie zmienię. Nie oszukam się, nie zacznę robić nic na siłę, bo będzie to po prostu zgwałcenie mojego prawa do bycia indywidualną osobą. DO BYCIA SOBĄ WŁAŚNIE. Będę się leczyć, będę robiła co mi każą, by mieć biologiczne dziecko, ale nie na siłę i nie wbrew sobie.
Wierzę w to wszystko dlatego, bo w życiu przekonałam się nie raz, że szczęście to ciężka praca i nikt prócz nas samych nie może i nie uczyni naszego życia szczęśliwszym. Mam otwarte serce, mam gotowość do pracy nad sobą, mam emocje, które czasami nie dają się okiełznać, mam wiarę i chęci do działania, mam świadomość, że nie będzie idealnie, mam świadomość, że czasem będzie zupełnie do dupy, mam świadomość, że mogę czuć, że nie podołałam. I mam jednocześnie świadomość, że wszystkie dobre uczucia i wszystkie złe uczucia są po prostu ludzkie.
Jestem człowiekiem. Po przejściach i przed nimi. Jestem tym typem, który wierzył w przeznaczenie, w Boga, ale po wielu cierpieniach zwątpił, jednak jest w nim tląca się ciągle wiara w to, że nic nie dzieje się bez przyczyny.
Być może mam dziwne założenia i idylliczne spojrzenie na świat. Być może.
Ale to jest mój świat. Mój własny. I nikt inny nie spojrzy na niego moimi oczyma.

7:30 PM

Poproszę spadochron.

Spadam. Kurczę, spadam. Lecę sobie w dołek. Uciszam różne negatywne myśli, ale niestety, nieustannie jestem coraz bliżej dna. Dlaczego? A no właśnie dlatego, że ostatnio mój mąż zaczął przebąkiwać o moim leczeniu. O tym, że nie leczą mnie jak trzeba ( tu ma 100% rację), że nie spróbowaliśmy jeszcze tylu rzeczy, m.in. inseminacji, in vitro (którego nie chcę). On twierdzi, że możemy starać się o Dzidzię dwutorowo - i drogą adopcji, i drogą medycyny (ta mnie do tej pory zawiodła). Mąż sugeruje zmianę lekarza, ale przecież to już mój kolejny lekarz. Dopiero od 5 miesięcy... Co prawda nic mi nie pomógł. Nic nie wymyślił. Niczym nie leczył. Jedynie stwierdził, że mam nadżerkę. Chciałam mu zaufać, oddałam mu wszystkie moje marzenia, a teraz czuję się trochę...hmmm... wydymana...przepraszam za stwierdzenie, ale pasuje mi w tym kontekście jak ulał.
Pokłóciliśmy się. Wyszłam na 10 minut :P do drugiego pokoju spać. Zapłakana wróciłam sprawdzić, czy On czasem nie usnął ( gdyby tak było od razu bym go budziła, jak cierpieć to przynajmniej razem :P). Nie spał. Kazał mi się uspokoić i spokojnie mi powiedział, że chce adopcji, ale nie chce mieć kiedyś pretensji do siebie, że nie wykorzystał wszystkich możliwości. Spytał mnie - dlaczego ja nie chcę? Pytanie czy nie chcę? Czy się boję?
Tak - boję się. BOJĘ SIĘ. Boję się, że się nie uda. Boję się czekania. Boję się powrotu do depresji. Boję się, że nie będę panowała nad uczuciami. Boję się, że zajdę w ciążę, bo boję się, że ją stracę. Czy zdołam się podnieść jeszcze raz?
Zresztą - inseminacja...-super rzecz. Tylko najpierw trzeba mieć owulację, której u mnie od poronienia brak. I nikt nie potrafi powiedzieć dlaczego... Przed ciążą też była tylko po stymulacji...
A adopcja... adopcja to moja droga do rodzicielstwa, macierzyństwa, do Niej albo do Niego.
Wierzę, że dziecko, które pojawi się w naszym domu doda mi sił. Może wtedy zdobędę się na odwagę, by spróbować innych metod leczenia niepłodności. Teraz nie chcę. Nie chcę dwutorowo. Chcę się skupić na tej jednej drodze. Chcę się dobrze przygotować. Żeby Dzidzi nie skrzywdzić. Żeby nie skrzywdzić siebie.Mam 29 lat. Jeszcze trochę czasu... Tak mi się zdaje...
Ale mam poczucie winy. Mam to cholerne poczucie winy... że to przeze mnie, że gdyby nie ja, On mógłby mieć biologiczne dziecko, bo przecież teraz, gdy męża wyniki są rewelacyjne, to już pewne, że to ja. To we mnie nie chce wzrosnąć życie. I choć pogodziłam się z tym - nie płaczę, gdy to piszę, a jeszcze kilka miesięcy temu zalewałam się łzami opisując takie sprawy - widzę, że On się chyba nie pogodził.
Znów pojawiły się we mnie pytania:
1) czy z kimś innym byłby szczęśliwszy?
2) czy On zdecydował się na tą adopcję dla mnie?
3) czy odbieram mu szansę na lepsze życie?
4) czy On pokocha nasze maleństwo tak jak ja?

Bardzo kocham mojego męża. Chciałabym, bardzo chciałabym dać mu dziecko. W mojej głowie obecnie jest to nasze dziecko z OA. Nie myślę w ogóle w kategoriach porodu. (No, może raz ostatnio, gdy koleżanka opowiadała mi o porodzie rodzinnym wyobraziłam sobie, jak mężuś mdleje na widok krwi. Ale zaraz przerywam takie projekcje, bo mnie trochę dołują.) Martwię się jednak, bo mój mąż tak nie myśli... Powiedział, że gdyby to on mógł pójść na in vitro, to już leżałby na stole ginekologicznym...

Ehhh...

Wczoraj byliśmy na kolejnym spotkaniu w OA. Tym razem wypełnialiśmy testy psychologiczne. Za tydzień wyniki.

Ostatnio zabijam czas i smętne myśli sesjami foto. Spotkałam się na jednej z koleżanką z czasów liceum, która odkryła tego bloga i wiedziała o wszystkim. Mówiła, że czuje, że dostaniemy dziewczynkę. Dostałam od Niej malutkie, dziewczęce skarpetki. Oczywiście się wzruszyłam ;)
Teściowa natomiast, ostatnio dała mi malutką muszkę z chrzcin mojego męża. Trzymam te dwa skarby i wiem, że któryś z nich na pewno będzie mi służył już niedługo.

10:30 AM

3 lata.

Dziś mijają 3 lata odkąd powiedzieliśmy sobie: "TAK!"
To były trudne lata, piękne lata... Gdy patrzę na ślubne zdjęcia, nie mogę uwierzyć, że na nich jestem ja... Taka beztroska zamknięta jest w moich oczach, że aż sobie zazdroszczę... Jednak myślę, że ten czas był nam potrzebny, wiele zmienił, wiele nas nauczył.
Każdy rok wniósł coś w moje życie, w moje myślenie. Coś też zabrał. Pozostawił mnie o coś uboższą i o coś bogatszą.
Nasz pierwszy rok małżeństwa - rok strachu. I słowa mojego męża:
"Kto nie ma odwagi do marzeń, nie ma siły do walki".
Nasz drugi rok małżeństwa - rok rozczarowań, upadków, łez, cierpienia. I słowa mojego męża:
"Nie narzekaj, że masz pod górę, skoro zmierzasz na szczyt".
Nasz trzeci rok małżeństwa - rok wyciszenia, rozmowy, odkrywania nowych prawd, nowego sensu, eksplozji wzajemnej miłości i dojrzałych, trudnych decyzji. I nasza wspólne słowa: "Przyszłość należy do tych, którzy wierzą w piękno swoich marzeń".
Z niecierpliwością czekam na więcej.
Mam nadzieję, że nasza kolejna rocznica będzie już w większym gronie. Bardzo tego pragnę.
Zdjęcie pochodzi z naszej ślubnej sesji, przerobiłam je i razem z kompletem dwóch innych (opisanych w tym poście) sprezentuję mężowi, jak nad ranem wróci z pracy.
Dobranoc :*

7:58 PM

Lato w pełni :)

Chyba w całej Polsce trwa upalne lato. Ostatnie dni spędziliśmy u rodziny na żniwach. Fajnie było odciąć się zupełnie od codzienności. W międzyczasie mieliśmy kolejne spotkanie w OA. Nie było już tak strasznie :P Jakoś bardziej łagodnie do nas podeszli tym razem, wyszliśmy mniej zdołowani. Usłyszeliśmy nawet, że "bywają udane adopcje". Hehe... Mężowi to było naprawdę potrzebne po tym gradzie pesymistycznych wizji, którymi na wcześniejszych spotkaniach nas zasypano.
Zdecydowaliśmy się trochę zweryfikować kwestionariusz dotyczący dziecka, bo pewne informacje, na które się ostatnio zgodziliśmy nie dawały nam po prostu spokojnie spać. Teraz czuję, że wypełniliśmy wszystko w zgodzie ze sobą. Przecież najgorsze co możemy zrobić to oszukiwać samych siebie po to, by ... No właśnie... po co?
Mam torbiel krwotoczną w jajniku i ciągle pobolewa mnie brzuch i plamię. Ciekawe, czy zamiast do znachorów trafię w końcu w ręce jakiegoś dobrego lekarza. Powoli wątpię.


10:06 PM

Obudź mnie za jakiś czas.

Znów tęsknię i brak mi cierpliwości.  Zawsze tak się czuję, gdy ktoś bliski opowiada mi o swojej ciąży. Dziś moja siostra była na USG, mówiła, że widziała nóżki i rączki maleństwa, że Jej maluszek ma już 5 cm i podrapał się podczas badania po głowie.
Czy to źle, że nie mogę tego słuchać? Czy ona nie mogłaby się pohamować?
Chciałabym usnąć i obudzić się później. Gdy zadzwoni telefon. Gdy będę mogła być niewyspaną mamą. W końcu.  Nareszcie.
Mój mąż zapytał mnie dziś - po co Ty piszesz te posty? Czy Ty potrzebujesz w życiu litości?
Pytam więc sama siebie - czy piszę to, bo potrzebuję litości? Czy szukając wsparcia szukamy litości? Czym w ogóle jest litość?
Nie wiem, czego potrzebuję. Wiem, że gdy myśli ulecą ze mnie, gdy staną się zapisanym ciągiem liter, słów i zdań, czuję się lżej. Czuję się lżej, gdy któraś z Was poświęci mi chwilę i napisze, odpowie, wesprze, podzieli się opinią.
Dziękuję Wam. Bo - abstrahując od powodu dla którego piszę tego bloga - to Wy staliście się powiernikami mojego smutku, lekarstwem na życiową niestrawność...
Dziękuję Wam.
Szczególny całus dla Ciebie MIA :*

10:13 PM

Zawieszenie.

Czuję się jakaś taka zawieszona. Nie jest to złe uczucie. Nie tym razem. Po prostu jeszcze chwilami nie mogę uwierzyć, że w końcu ruszyliśmy do przodu. Jakoś tak lżej mi żyć, choć daleko mi jeszcze do radości, z całą pewnością nie jestem nieszczęśliwa.
W tym zawieszeniu ostatnio patrzę na mojego męża i nawet, jak mnie wkurza, myślę - "Kurczę, chłopie, kocham Cię, idziemy się całować?" :) Ostatnio mi właśnie taka ochota na całusowe szaleństwa przyszła :) To pewnie przez huśtawkę hormonalną w moim organizmie, bo znowu plamię.
W piątek znów do Ośrodka, czyli spędzimy kolejne 6h w aucie.
Ale czego się nie robi dla dzieci ;) 
Się poświęcę ;)


4:57 PM

Mężczyzna vs. Bóg.

Postanowiłam napisać o czymś, co siedzi we mnie głęboko, czego się wstydzę, co rzeczywiście nie jest łatwe do opowiedzenia... Nie robię tego dlatego, że oczekuję od kogoś aprobaty czy wsparcia, chcę to napisać, bo potrzebuję się tym podzielić, bo może ktoś kiedyś, będzie czuł jak ja i gdy to zobaczy, zrozumie, że nie jest w tym sam...
BÓG. Stwórca. W moim przekonaniu jedyny dawca życia ( wciąż mam takie przekonanie).
Wydawało mi się zawsze, że jestem z Nim tak blisko. Śpiewałam w chórze kościelnym kilka lat. Chodziłam pieszo do Częstochowy, by modlić się pod Świętym Ołtarzem. Co niedzielę chodziłam do kościoła. Układałam własne modlitwy. Godzinami rozmawiałam z Bogiem. Starałam się żyć zgodnie z przykazaniami.
 (Oczywiście nie zawsze. Jestem furiatką. Jak się wkurzę, to z mężem zawsze dobre pół godziny się rozwodzę ;) Miesiąc po ślubie napisałam nawet pozew rozwodowy o 2 w nocy ;) Czasem Go wyzywam. Bywa, że przeklnę. Jestem też małym próżniaczkiem. Bywam leniwa i rozkapryszona... ;D Ale któż nie ma wad? )
Teraz, gdy jestem pewna, że moją drogą jest adopcja, wydawać by się mogło, że Bóg jest mi wciąż bardzo bliski i wciąż "staram się żyć zgodnie z przykazaniami". Jednak...coś się zmieniło. Nie do końca tak czuję. Jestem szczerze zaniepokojona moimi myślami, które stały się wręcz odarte z wiary.
Myślę: jest dziecko- gdzieś, w samotności, czeka na mnie, jestem ja - tu, w tęsknocie czekam na nie. To takie ludzkie dopasowanie. Jak klucz do zamka.
Ale czy jest w tym Bóg? I czy w ogóle On jest?
Zwątpiłam. Nie wiem, czy jest. Nie zadaję mu, jak kiedyś, pytań, wieczorem nie czuję potrzeby modlitwy... Nie wierzę w nią. Czasem tylko westchnę i złożę dłonie,ale nie mogę nic z siebie wykrzesać. Ani słowa. A klepanie formułek typu "Ojcze nasz..." nigdy nie było dla mnie wyrazem miłości do Boga.
Dlaczego tak się czuję? Dlaczego tak czuje się mój mąż? To On najbardziej podkreśla, że Bóg nas nie słucha. Gdy to mówi, serce mnie wręcz boli. Wiem, że bardzo cierpi. Mówi się, że ból niepłodności rozkłada się nieproporcjonalnie w głównej części na kobietę. Mój mąż cierpi mam wrażenie równie mocno. Tyle, że inaczej niż ja, bo w ciszy. W samotności, w walce z samym sobą. I najbardziej widzę to właśnie po jego relacji z Bogiem. Czy to się zmieni? Czy tak już zostanie? Czy jeszcze uwierzymy, że to nie nasz, a Boży plan był takim jakim przyszło nam żyć?
Patrząc na nas widzę dwójkę rozkapryszonych dzieci, które ponieważ nie dostały tego, co chciały, obraziły się. Czas pozwolił im dojrzeć i wybrać inną drogę. Ale nie taką, o którą prosiły Boga. Przez to pojawiło się w naszych głowach przeświadczenie, że dzieje się to bez ingerencji Bożej. No i pojawił się dziecięcy FOCH! (Jak mawia mój chrześniak : Nie lubiem ciebie tatuś, jesteś niedobly! )
O ile ja czuję, że to się zmieni, gdy dziecko pojawi się w naszym domu, o tyle martwię się, że w przypadku mojej drugiej połówki jest to raczej proces bardziej złożony. On nie wybacza krzywd tak jak ja. Ja jestem do nich przyzwyczajona, ja nie drążę, ja przyjmuję i idę dalej. On pamięta, analizuje, wypomina... I choć można by powiedzieć w tym miejscu - że to przecież nie Bóg nas skrzywdził, to niestety takie myśli w człowieku się pojawiają. Bo człowiek, istota słaba, musi mieć kogoś do obwinienia. A gdy chodzi o "dary losu" - pretensje płyną do LOSU, czyli do Boga.
I na koniec dodam tylko, że jeżeli czytają ten wpis ludzie wierzący to proszę Was o modlitwę za nas o wiarę, miłość i szczęście.



9:10 AM

Tęsknota.

Po złożeniu dokumentów w Ośrodku nic nie napisałam. Nasze spotkanie trwało 1,5h. Jakoś czuję, że nie powinnam opisywać jak przebiegło. Na pewno celem OA jest zweryfikowanie naszej dojrzałej, świadomej i po części altruistycznej ( mniej egoistycznej, albo nawet wcale) decyzji o przyjęciu dziecka. Czułam się jak ktoś, kto przychodzi złożyć podanie do szkoły nauki jazdy, a tam informują go, że na pewno zginie w wypadku samochodowym. Głupie porównanie, ale niech już zostanie. Wiem, że przede wszystkim liczy się dobro dziecka i tak naprawdę niczym mnie nie zaskoczono, no może poza formą wypowiedzi. Mocno pozbawioną uczuć, natomiast baaaardzo formalną.
Jest mi smutno. Od dwóch dni jestem przygnębiona. Tęsknię za dzieckiem. Nie wiem, czy to uczucie można rzeczywiście nazwać tęsknotą, czy jest to coś innego, ale jest to bolesne. Wczoraj leżeliśmy z mężem i tuż przed snem rozpłakałam się.
Powtarzam sobie w myślach...jeszcze trochę.... jeszcze trochę...

9:06 AM

Tik Tak :) czyli odliczanie wystartowało :)

Wczoraj weszliśmy formalnie na drogę adopcji. Dokumenty złożone i już za tydzień pierwsze spotkanie indywidualne.
Nowy etap właśnie się zaczął!!!!!
http://www.youtube.com/watch?v=COyArWV8JB8

12:26 AM

Żyjemy i do Ośrodka dokumenty kompletujemy :)

Żyjemy.
Wakacje zleciały jak z bicza strzelił. Były naprawdę intensywne, tak intensywne, że po powrocie musiałam je odsypiać :) Jak to bywa w naszej rodzince, nie mogło obejść się bez przeszkód. Ale nie jakiś tam malutkich kłodek pod nóżkami, nie, nie... Tylko wielkich, olbrzymich, zwalistych pni, rozwalających wszystko po drodze... to tak.
Jak więc było? Ostatecznie - było cudownie, ale...:
Zmęczeni, ale niezwykle szczęśliwi, po 14 godzinach w aucie dojechaliśmy do Poljanaku, miejscowości znajdującej się ok. 3km od Jezior Plitwickich na Chorwacji. Nocleg był wspaniały, śniadanie - palce lizać:
 Tuż po śniadaniu, rozemocjonowani i głodni pięknych, egzotycznych widoków wsiedliśmy do auta, które powitało nas krótkim: "Check the oil". Po szybkiej diagnozie przeprowadzonej przez naszych chłopców ( byliśmy we czwórkę, my i nasi przyjaciele Ewa i Michał) okazało się, że w płynie chłodniczym jest olej i że po prostu nigdzie dalej nie pojedziemy. Spędziliśmy więc 6 godzin przy naszym aucie podziwiając taki oto widok:

 W międzyczasie otrzymałam od męża pamiątkową stokrotkę, zjedliśmy pół kilo czereśni i dowiedzieliśmy się, że ubezpieczenie nie może nam pomóc, bo mamy... jakąś tygodniową karencję na lawetowanie.
 Nie pozostało nam więc nic innego, jak wezwać mechanika i zlawetować auto do zakładu w Chorwacji ( mieliśmy jeszcze nadzieję, że to może jakaś drobna usterka, którą można szybko maprawić). Lawetę umówiliśmy na kolejny dzień i wykupiliśmy kolejny nocleg w Poljanaku. Nasz przemiły gospodarz dał nam upust 30% widząc nasze zatroskane miny i swoim autem obwiózł nas po okolicy. To właściwie dzięki niemu zwiedziliśmy przepiękny Park Krajobrazowy i zobaczyliśmy lazurowe Jeziora Plitwickie. Raj na ziemi!


 Ta wycieczka po okolicy pomogła nam się wyłączyć i choć na chwilę zapomnieć o fatalnej i patowej dość sytuacji, w której się znaleźliśmy. Następnego dnia już o 8.30 przyjechała laweta, w którą, jak się okazało mogło wejść tylko 2 dodatkowych pasażerów. Nas była czwórka. Ja i Ewa jechałyśmy więc na łóżku kierowcy. Doznania niezwykłe. Prędkość była zawrotna, ale jaka właściwie, mogę się jedynie domyślać, gdyż w tym samochodzie nie było prędkościomierza... a na moje pytanie - jaka jest w Chorwacji dopuszczalna prędkość - usłyszałam - nie wiem, mnie policja nie zatrzymuje.
Mimo wszystko weseli i ubożsi o 110 Euro dotarliśmy do mechanika, który... ni w ząb nie rozumiał ani angielskiego, ani polskiego, ani niemieckiego. Zanim w ogóle zajął się naszym autem  minęły 4 godziny. Mózgi nam spuchły od wysokiej temperatury i byliśmy wprost wykończeni. Napisaliśmy na komputerze w translatorze polsko-chorwackim prośbę o informację co do ceny diagnozy auta i ewentualnego działania naprawczego. Mechanik tylko spojrzał, nic nie odpowiedział, a po chwili auto nie miało już oleju, płynu chłodniczego i było uziemione na amen. Wówczas pojawiła się żona mechanika - którą nazywaliśmy między sobą Big Mamą - była tak okropnie nieprzyjemna i tak władcza, a zarazem tak monstrualnie duża, że sama się prosiła o to przezwisko. Napisała nam jakieś czterocyfrowe liczby na karteczce i my z przerażeniem stwierdziliśmy, że takiej sumy po prostu nie mamy. Zaczęła coś wykrzykiwać, że to nie Caritas itp. hasła. Byliśmy załamani. Zapłaciliśmy za spuszczenie oleju 40 Euro i za każdy dzień do lawetowania do Polski za możliwość zostawienia auta na ich podwórku - 35 Euro.Okazało się, że żeby zostawić u nich auto ( którego bez oleju nie mogliśmy nawet tknąć...) musimy w tym warsztacie zostawić kluczyki i dokumenty od auta. To wszystko było jak jakiś koszmarny, nierealny sen. Nie mogliśmy się na to zgodzić, bo nasz assistance nie istniał bez papierów od auta. Przyjechał znajomy Big Mamy, aby wynająć nam auto i jasno nam powiedział, że jak nie zostawiamy auta u Big Mamy to on nam auta nie wynajmuje. Nie mogłam pojąć, dlaczego to wszystko jest tak ze sobą powiązane... Czyżbyśmy trafili w ręce chorwackiej mafii? Oczywiście rozpłakałam się, bo naprawdę nie miałam pojęcia jak to się dalej potoczy... To trochę pomogło, Big Mama przestała na nas krzyczeć, zostawiliśmy wszystko co chcieli, wynajęliśmy auto i postanowiliśmy w końcu zacząć wakacje. Pierwszą noc spędziliśmy w Zadarze. Piękne miejsce, ale do krótkiego zwiedzania. Warto poświęcić temu miejscu 2h.
Rano wyruszyliśmy w dalszą podróż.
Dojechaliśmy do Pisaka, małej miejscowości na Riwierze Makarskiej.
 Po godzinnych poszukiwaniach wynajęliśmy apartament po promocyjnej 55Euro weszliśmy na nasz własny taras i ... naszym oczom ukazał się ten oto widok:
 Zachłyśnięci pięknem i odzyskaną wolnością ( u Big Mamy miałam wizję skneblowanej czwórki Polaków zamkniętych w ciasnej, wilgotnej piwnicy) wypiliśmy litr rakiji i poszliśmy spać.
Kolejne dni upływały nam leniwie i pogodnie. Byliśmy na plaży w Makarskiej:

 Zwiedzaliśmy pobliskie plaże i miasteczka. Nie zabrakło również radosnej twórczości plażowej:
Któregoś dnia dopadła nas klątwa pękniętych sandałków ;) Popłynęliśmy stateczkiem na wyspę Hvar. Oczywiście po zwiedzaniu wyspy, na ostatnią chwilę biegliśmy, by zdążyć przed odpłynięciem statku. Podczas 'morderczego' (miałam wrażenie, że skisnę w tym gorącu, przełyk mi wysechł, a nogi drżały) biegu pękły mi sandały i biegłam w podeszwie podtrzymywanej w kostce. Musiałam drałować później w butach do pływania. Żeby było śmieszniej kilka godzin później, gdy dobiliśmy do port,u klątwa przypadła w udziale mojemu mężowi :) Oto nasze przepiękne buciki na zmianę :) :
 Spłukani doszczętnie postanowiliśmy w drodze powrotnej zwiedzić Split. Ostatnie 50 kun chcieliśmy przeznaczyć na piękną pamiątkę - najlepiej marmurowy krzyż ( Chorwacja słynie z wyrobów marmurowych). Po obejrzeniu Pałacu Dioklecjana, wbiegliśmy w podziemie, w którym znajdowało się mnóstwo straganów. (ten w spodenkach w kratkę to mój mężuś)
 Czas nas naglił, gdyż mieliśmy wykupioną tylko godzinę parkingu. W ekspresowym niemal tempie oglądaliśmy marmurowe wyroby i  udając się w stronę wyjścia wypatrzyliśmy ten wymarzony krzyż. Nikt z nas nie pomyślał, że wchodząc w to tajemnicze miejsce dopadnie nas kolejna klątwa :) Tym razem ... pękniętego krzyża. Nie trudno więc się domyślić, że gdy tylko mój mąż wziął ten cudowny krzyż w ręce i zobaczył jego cenę ( 130 kun) odłożył go, ale ten niestety upadł i rozpadł się na 3 kawałki...
Łamanym angielskim pani powiedziała nam, że musimy za niego zapłacić. Mieliśmy tylko 50 kun... A nasi przyjaciele 5 Euro... Pytaliśmy, czy można zapłacić kartą. Nic z tego. Pani wyjęła telefon, mi zrobiło się słabo, byłam pewna, że dzwoni po policję, stałam, trzymałam te 3 pęknięte elementy i nieświadoma nawet tego co robię, usiłowałam je skleić. Mąż tylko chrząknął:  "Na ślinę Ci się nie uda". Czekaliśmy. Rozmowa telefoniczna po chorwacku była przez nas częściowo zrozumiała. Wiedzieliśmy, że jednak nie rozmawia z policją tylko ze swoim szefem.
"That's ok, you can go."
Te słowa, ulga i radość - wymiotły nas dosłownie z tych wcześniej jeszcze tajemniczych podziemi.
Zrezygnowaliśmy z marmurowych pamiątek i udaliśmy się prosto po auto zastępcze oferowane przez PZU i do domu!
Big Mama auto zwróciła razem z kluczykami i dokumentami :)
Po drodze również nie zabrakło przeżyć... Okazało się, że za winietę nie możemy płacić kartą, a mieliśmy tylko 5 Euro. W naszych portfelach ustukaliśmy jeszcze trochę drobniaków: 2 Euro i 4 centy. Zabrakło nam dosłownie 1 Euro 26centów na austriacką winietę. W tym miejscu pragnę gorąco podziękować hojnym ludziom z kolejki, którzy darowali nam tę sumę! :D To dzięki Wam wróciliśmy do domu!
Ostatecznie wróciliśmy do Polski, szczęśliwi, roześmiani i zjednoczeni. Dziękuję Wam Ewo i Michale, że byliśmy tam razem. Dziękuję za bezcenne wspomnienia i wrażenia, które nadają się na napisanie książki :)
Ta cała sytuacja potwierdza, że im trudniejsza droga do szczęścia - tym lepsze wspomnienia i większa wdzięczność :)
Mimo tylu niespodzianek tegoroczny urlop uważam za najfajniejszy w moim życiu.
A na zdjęciu poniżej to ja :)

We wtorek składamy dokumenty. Dziś napisałam podanie.

Klik!

TOP