9:10 AM

Tęsknota.

Po złożeniu dokumentów w Ośrodku nic nie napisałam. Nasze spotkanie trwało 1,5h. Jakoś czuję, że nie powinnam opisywać jak przebiegło. Na pewno celem OA jest zweryfikowanie naszej dojrzałej, świadomej i po części altruistycznej ( mniej egoistycznej, albo nawet wcale) decyzji o przyjęciu dziecka. Czułam się jak ktoś, kto przychodzi złożyć podanie do szkoły nauki jazdy, a tam informują go, że na pewno zginie w wypadku samochodowym. Głupie porównanie, ale niech już zostanie. Wiem, że przede wszystkim liczy się dobro dziecka i tak naprawdę niczym mnie nie zaskoczono, no może poza formą wypowiedzi. Mocno pozbawioną uczuć, natomiast baaaardzo formalną.
Jest mi smutno. Od dwóch dni jestem przygnębiona. Tęsknię za dzieckiem. Nie wiem, czy to uczucie można rzeczywiście nazwać tęsknotą, czy jest to coś innego, ale jest to bolesne. Wczoraj leżeliśmy z mężem i tuż przed snem rozpłakałam się.
Powtarzam sobie w myślach...jeszcze trochę.... jeszcze trochę...

9:06 AM

Tik Tak :) czyli odliczanie wystartowało :)

Wczoraj weszliśmy formalnie na drogę adopcji. Dokumenty złożone i już za tydzień pierwsze spotkanie indywidualne.
Nowy etap właśnie się zaczął!!!!!
http://www.youtube.com/watch?v=COyArWV8JB8

12:26 AM

Żyjemy i do Ośrodka dokumenty kompletujemy :)

Żyjemy.
Wakacje zleciały jak z bicza strzelił. Były naprawdę intensywne, tak intensywne, że po powrocie musiałam je odsypiać :) Jak to bywa w naszej rodzince, nie mogło obejść się bez przeszkód. Ale nie jakiś tam malutkich kłodek pod nóżkami, nie, nie... Tylko wielkich, olbrzymich, zwalistych pni, rozwalających wszystko po drodze... to tak.
Jak więc było? Ostatecznie - było cudownie, ale...:
Zmęczeni, ale niezwykle szczęśliwi, po 14 godzinach w aucie dojechaliśmy do Poljanaku, miejscowości znajdującej się ok. 3km od Jezior Plitwickich na Chorwacji. Nocleg był wspaniały, śniadanie - palce lizać:
 Tuż po śniadaniu, rozemocjonowani i głodni pięknych, egzotycznych widoków wsiedliśmy do auta, które powitało nas krótkim: "Check the oil". Po szybkiej diagnozie przeprowadzonej przez naszych chłopców ( byliśmy we czwórkę, my i nasi przyjaciele Ewa i Michał) okazało się, że w płynie chłodniczym jest olej i że po prostu nigdzie dalej nie pojedziemy. Spędziliśmy więc 6 godzin przy naszym aucie podziwiając taki oto widok:

 W międzyczasie otrzymałam od męża pamiątkową stokrotkę, zjedliśmy pół kilo czereśni i dowiedzieliśmy się, że ubezpieczenie nie może nam pomóc, bo mamy... jakąś tygodniową karencję na lawetowanie.
 Nie pozostało nam więc nic innego, jak wezwać mechanika i zlawetować auto do zakładu w Chorwacji ( mieliśmy jeszcze nadzieję, że to może jakaś drobna usterka, którą można szybko maprawić). Lawetę umówiliśmy na kolejny dzień i wykupiliśmy kolejny nocleg w Poljanaku. Nasz przemiły gospodarz dał nam upust 30% widząc nasze zatroskane miny i swoim autem obwiózł nas po okolicy. To właściwie dzięki niemu zwiedziliśmy przepiękny Park Krajobrazowy i zobaczyliśmy lazurowe Jeziora Plitwickie. Raj na ziemi!


 Ta wycieczka po okolicy pomogła nam się wyłączyć i choć na chwilę zapomnieć o fatalnej i patowej dość sytuacji, w której się znaleźliśmy. Następnego dnia już o 8.30 przyjechała laweta, w którą, jak się okazało mogło wejść tylko 2 dodatkowych pasażerów. Nas była czwórka. Ja i Ewa jechałyśmy więc na łóżku kierowcy. Doznania niezwykłe. Prędkość była zawrotna, ale jaka właściwie, mogę się jedynie domyślać, gdyż w tym samochodzie nie było prędkościomierza... a na moje pytanie - jaka jest w Chorwacji dopuszczalna prędkość - usłyszałam - nie wiem, mnie policja nie zatrzymuje.
Mimo wszystko weseli i ubożsi o 110 Euro dotarliśmy do mechanika, który... ni w ząb nie rozumiał ani angielskiego, ani polskiego, ani niemieckiego. Zanim w ogóle zajął się naszym autem  minęły 4 godziny. Mózgi nam spuchły od wysokiej temperatury i byliśmy wprost wykończeni. Napisaliśmy na komputerze w translatorze polsko-chorwackim prośbę o informację co do ceny diagnozy auta i ewentualnego działania naprawczego. Mechanik tylko spojrzał, nic nie odpowiedział, a po chwili auto nie miało już oleju, płynu chłodniczego i było uziemione na amen. Wówczas pojawiła się żona mechanika - którą nazywaliśmy między sobą Big Mamą - była tak okropnie nieprzyjemna i tak władcza, a zarazem tak monstrualnie duża, że sama się prosiła o to przezwisko. Napisała nam jakieś czterocyfrowe liczby na karteczce i my z przerażeniem stwierdziliśmy, że takiej sumy po prostu nie mamy. Zaczęła coś wykrzykiwać, że to nie Caritas itp. hasła. Byliśmy załamani. Zapłaciliśmy za spuszczenie oleju 40 Euro i za każdy dzień do lawetowania do Polski za możliwość zostawienia auta na ich podwórku - 35 Euro.Okazało się, że żeby zostawić u nich auto ( którego bez oleju nie mogliśmy nawet tknąć...) musimy w tym warsztacie zostawić kluczyki i dokumenty od auta. To wszystko było jak jakiś koszmarny, nierealny sen. Nie mogliśmy się na to zgodzić, bo nasz assistance nie istniał bez papierów od auta. Przyjechał znajomy Big Mamy, aby wynająć nam auto i jasno nam powiedział, że jak nie zostawiamy auta u Big Mamy to on nam auta nie wynajmuje. Nie mogłam pojąć, dlaczego to wszystko jest tak ze sobą powiązane... Czyżbyśmy trafili w ręce chorwackiej mafii? Oczywiście rozpłakałam się, bo naprawdę nie miałam pojęcia jak to się dalej potoczy... To trochę pomogło, Big Mama przestała na nas krzyczeć, zostawiliśmy wszystko co chcieli, wynajęliśmy auto i postanowiliśmy w końcu zacząć wakacje. Pierwszą noc spędziliśmy w Zadarze. Piękne miejsce, ale do krótkiego zwiedzania. Warto poświęcić temu miejscu 2h.
Rano wyruszyliśmy w dalszą podróż.
Dojechaliśmy do Pisaka, małej miejscowości na Riwierze Makarskiej.
 Po godzinnych poszukiwaniach wynajęliśmy apartament po promocyjnej 55Euro weszliśmy na nasz własny taras i ... naszym oczom ukazał się ten oto widok:
 Zachłyśnięci pięknem i odzyskaną wolnością ( u Big Mamy miałam wizję skneblowanej czwórki Polaków zamkniętych w ciasnej, wilgotnej piwnicy) wypiliśmy litr rakiji i poszliśmy spać.
Kolejne dni upływały nam leniwie i pogodnie. Byliśmy na plaży w Makarskiej:

 Zwiedzaliśmy pobliskie plaże i miasteczka. Nie zabrakło również radosnej twórczości plażowej:
Któregoś dnia dopadła nas klątwa pękniętych sandałków ;) Popłynęliśmy stateczkiem na wyspę Hvar. Oczywiście po zwiedzaniu wyspy, na ostatnią chwilę biegliśmy, by zdążyć przed odpłynięciem statku. Podczas 'morderczego' (miałam wrażenie, że skisnę w tym gorącu, przełyk mi wysechł, a nogi drżały) biegu pękły mi sandały i biegłam w podeszwie podtrzymywanej w kostce. Musiałam drałować później w butach do pływania. Żeby było śmieszniej kilka godzin później, gdy dobiliśmy do port,u klątwa przypadła w udziale mojemu mężowi :) Oto nasze przepiękne buciki na zmianę :) :
 Spłukani doszczętnie postanowiliśmy w drodze powrotnej zwiedzić Split. Ostatnie 50 kun chcieliśmy przeznaczyć na piękną pamiątkę - najlepiej marmurowy krzyż ( Chorwacja słynie z wyrobów marmurowych). Po obejrzeniu Pałacu Dioklecjana, wbiegliśmy w podziemie, w którym znajdowało się mnóstwo straganów. (ten w spodenkach w kratkę to mój mężuś)
 Czas nas naglił, gdyż mieliśmy wykupioną tylko godzinę parkingu. W ekspresowym niemal tempie oglądaliśmy marmurowe wyroby i  udając się w stronę wyjścia wypatrzyliśmy ten wymarzony krzyż. Nikt z nas nie pomyślał, że wchodząc w to tajemnicze miejsce dopadnie nas kolejna klątwa :) Tym razem ... pękniętego krzyża. Nie trudno więc się domyślić, że gdy tylko mój mąż wziął ten cudowny krzyż w ręce i zobaczył jego cenę ( 130 kun) odłożył go, ale ten niestety upadł i rozpadł się na 3 kawałki...
Łamanym angielskim pani powiedziała nam, że musimy za niego zapłacić. Mieliśmy tylko 50 kun... A nasi przyjaciele 5 Euro... Pytaliśmy, czy można zapłacić kartą. Nic z tego. Pani wyjęła telefon, mi zrobiło się słabo, byłam pewna, że dzwoni po policję, stałam, trzymałam te 3 pęknięte elementy i nieświadoma nawet tego co robię, usiłowałam je skleić. Mąż tylko chrząknął:  "Na ślinę Ci się nie uda". Czekaliśmy. Rozmowa telefoniczna po chorwacku była przez nas częściowo zrozumiała. Wiedzieliśmy, że jednak nie rozmawia z policją tylko ze swoim szefem.
"That's ok, you can go."
Te słowa, ulga i radość - wymiotły nas dosłownie z tych wcześniej jeszcze tajemniczych podziemi.
Zrezygnowaliśmy z marmurowych pamiątek i udaliśmy się prosto po auto zastępcze oferowane przez PZU i do domu!
Big Mama auto zwróciła razem z kluczykami i dokumentami :)
Po drodze również nie zabrakło przeżyć... Okazało się, że za winietę nie możemy płacić kartą, a mieliśmy tylko 5 Euro. W naszych portfelach ustukaliśmy jeszcze trochę drobniaków: 2 Euro i 4 centy. Zabrakło nam dosłownie 1 Euro 26centów na austriacką winietę. W tym miejscu pragnę gorąco podziękować hojnym ludziom z kolejki, którzy darowali nam tę sumę! :D To dzięki Wam wróciliśmy do domu!
Ostatecznie wróciliśmy do Polski, szczęśliwi, roześmiani i zjednoczeni. Dziękuję Wam Ewo i Michale, że byliśmy tam razem. Dziękuję za bezcenne wspomnienia i wrażenia, które nadają się na napisanie książki :)
Ta cała sytuacja potwierdza, że im trudniejsza droga do szczęścia - tym lepsze wspomnienia i większa wdzięczność :)
Mimo tylu niespodzianek tegoroczny urlop uważam za najfajniejszy w moim życiu.
A na zdjęciu poniżej to ja :)

We wtorek składamy dokumenty. Dziś napisałam podanie.

1:03 PM

Do zobaczenia, gdy będę czekoladką :)


Spakowani, gotowi i podekscytowanie czekamy na godzinę 0.
Dziś znowu miałam dziwny sen. Śniły mi się dwie maleńkie dziewczynki - Ala i Ola (tak jak ja i moja siostra). Miały wrodzoną wadę słuchu i planowana była operacja, rodzice nie zrzekli się praw, więc miałam zostać ich mamą zastępczą.
Zastanawiam się, skąd nagle wzięły się u mnie takie sny. Kiedyś rozmawiałam z kolegą z pracy, doktorem biologii o snach właśnie, tłumaczył mi, że podświadomość tworzy różne wizje w naszej głowie po to, by przygotować nas do spokojnej reakcji na takie wydarzenia w rzeczywistości. Jest to taka naturalna forma obrony naszego organizmu przed nadmiernym stresem. To dość mądre, choć mam nadzieję, że w rzeczywistości nie będę musiała zmagać się z rozszalałymi ufoludkami nadlatującymi w gigantycznych ufo-spodkach. Taki sen nawiedza mnie od lat :)
Odnosząc się do snów, a bardziej idąc w kierunku wierzeń ludowych, moje pojawiające się sny mogą oznaczać, że odnajdzie się nie nasza córeczka, a nasz synuś i że sytuacja prawna będzie uregulowana :)
Taka wersja jest bardzo optymistyczna :) i z taką myślą wyruszam dziś w świat, w stronę słońca!
Do zobaczenia wkrótce :)

 


11:13 AM

Pierwszy wakacyjny sen...

Obudziłam się dziś o 9.45 ;] Wstyd. Mąż haruje w pracy na pierwszą zmianę, a ja w objęciach Orfeusza śnię... I to co jeszcze :)
Śniło mi się, że szłam ulicą w okolicach Gdyni i Sopotu ( w rzeczywistości nie ma tam takiego miejsca). Koło bloku bawiły się dwie małe, ok. 3-4 letnie dziewczynki. Obie miały kręcone włoski. Jedna, to nawet miała dziecięce afro :) Nagle pobliski las zaczęła spowijać mgła, a zewsząd zaczęły nadlatywać wielkości wróbelków kolorowe ptaszki, jakby papużki. Ktoś krzyknął, że dzieje się coś złego. Podbiegłam do dziewczynek, spytałam, gdzie są ich rodzice. Jedna ( ta w afro) powiedziała, że nie ma rodziców, opiekuje się nią konkubent mamy, ale teraz jest pod sklepem i pije. Drugą miał opiekować się też ktoś z rodziny, ale go nie było, a mgła robiła się coraz bardziej gęsta. Pobiegłam z nimi do tego bloku, ale nikogo tam nie było. Ktoś powiedział, żebym zaopiekowała się dziewczynkami. Ubierałam je, żeby mogły pójść ze mną. Później okazało się, że mają jeszcze starszego brata ( nie wiem, która z nich ;) ). Nie wiem ile miał lat, ale mógł mieć ok.12.  Jego też wzięłam ze sobą. Mówiły do mnie 'ciociu'. Szliśmy z powrotem przez las. Mgła wisiała w powietrzu, a my spotkaliśmy... Daniela Olbrychskiego.
Dalej nie będę opisywać tego snu. W każdym razie Olbrychski zaproponował mi pracę w swoim laboratorium, a jak się później okazało miałam myć dachówki na dachu.
Niektórzy dziwią się, że mam takie obfite w zdarzenia sny i że prawie codziennie je pamiętam. Kiedyś miałam zamiar je spisywać. Ale zajmowałoby mi to za dużo czasu.
Dzisiejszy sen zrobił na mnie wrażenie, czułam potrzebę pomocy tym dzieciom. We śnie nie miałam żadnych dylematów, nie zawahałam się ani przez moment, by zająć się starszym chłopcem, od razu zdecydowałam,że pójdzie z nami. Pamiętam dokładnie, co czułam. Czułam, że muszę mu pomóc i nic więcej. Wiem, że w realnym świecie nie odważyłabym się na adopcję tak dużego dziecka. Gdybym miała opiekować się 12-latkiem, różnica wieku między nami wyniosłaby zaledwie 16 lat. Czy to źle, że tak czuję?
Reasumując - właśnie rozpoczął się pierwszy wakacyjny dzień. Mam labę i zamierzam wypocząć. Jutro w nocy kierunek ---> Riwiera Makarska. Przez 2 tygodnie nie będzie mnie, ale po powrocie skrupulatnie wszystko opiszę :)
Dziękuję wszystkim za komentarze, które często,choć wydają się błahym dodatkiem, są dla mnie ważnym, naprawdę istotnym wzmocnieniem.

7:22 PM

Warto patrzeć pod stopy...

...i to nie dlatego, by się nie potknąć wpadając na kamień, ale po to, by znaleźć właściwą, swoją własną ścieżkę. 
Kolejna złota myśl znaleziona w internetowym chaosie, która urzeka mnie swą prostotą i idealnym wcelowaniem w mój aktualny rys psychologiczny (ha!).
Jeszcze tylko 4 dni szkolne i wakacje. Bardzo, bardzo się cieszę, bo naprawdę potrzebuję odpoczynku. Marzę, by się stąd wyrwać i poczuć się znów pełna życia i energii.
Nakupowałam ostatnio chyba z 10 sukienek. Dopadły mnie lekkie wyrzuty sumienia, ale... w sumie, mało kto potrafi za 150zł kupić 10 sukienek. A skoro nie wydałam jakiejś zbyt dużej kwoty to tłumaczę sobie, że nie muszę mieć wyrzutów sumienia ;]  5 sukienek znalazłam na mega wyprzedaży w OUTLECIE i 5 w lumpeksiku w moim rodzinnym mieście ( po 2 zł sztuka :D ). 
Kupiłam też zestaw do badmintona w Biedrze, ale nie mam z kim pograć :P
Co do moich stanów psycho-fizycznych - jestem dziwnie spokojna, pogodzona, nawet radosna.
Wczoraj rozmawiałam z moją sąsiadką o tym, że zdecydowaliśmy się na adopcję i ona się rozpłakała. Nie mogła pojąć, dlaczego "się poddałam", bo przecież miałabym takie śliczne dzieci. Zdziwiłam się, że płacze nade mną i nad - w mojej opinii  super dobrą - nowiną. Wytłumaczyłam jej mój punkt widzenia, naszą drogę po Dzidzię, która jest już przecież taka długa i trudna... Wytłumaczyłam jej, że dla mnie macierzyństwo to nie biologia, to emocje, troski, chwile, przeszłość, przyszłość, miłość, szczerość... Ona płakała, a ja nie czułam się smutna, jej słowa nie spowodowały u mnie zachwiania, nie sprowokowały do zastanowienia się, czy robię dobrze, czy może popełniam błąd.
Jestem pewna, że to moja ścieżka. Moja własna.
Warto patrzeć pod stopy...

10:37 AM

Regeneracja - już wkrótce! :)

Nie piszę ostatnio,ale nie dlatego, że mam doła, tylko dlatego, że nie mam na nic czasu. Zakończenie roku w mojej szkole jest wykańczające, tysiące papierów, dziesiątki zaliczeń, dopadająca mnie furia i zmęczenie potęgują moją niechęć do pisania. Motywacją do działania są za to... zbliżające się wakacje !!!! :D Rozpoczęłam odliczanie :) Na wakacje jedziemy do Chorwacji, to już prawie pewne. Za 1,5tyg moje stópki będą przemierzać nowe, egzotyczne szlaki. Już sobie zazdroszczę :)
Z nowych wiadomości prosto z ostrego dyżuru - mam za wysokie komórki NK, ale jakoś się nie przejęłam. Już odpuściliśmy, mamy dość.
Dzidzio, czy wiesz, że  Twój tatuś ostatnio powiedział, że już chce mieć Ciebie jak najszybciej? Przyspieszyliśmy z terminem o miesiąc :)
Szczęście... :)

12:53 PM

"Na odmienności coś zbudować..."

Dziś nie będzie elaboratu. Zdobyłam zaświadczenie o stanie zdrowia psychicznego do dokumentów adopcyjnych. Wracałam samochodem i czułam, jak rośnie we mnie miłość i chciało mi się krzyczeć, że kocham cały świat :)

Przeczytałam dziś piękną rzecz - że tak naprawdę ludzie nie mogą i nie mają takie samego życia, takich samych szans, takich samych perspektyw, ale najważniejsze jest, by tak się różnić, aby na tej odmienności coś zbudować, a nie wszystko zniszczyć.

12:15 PM

STOP - czyli dlaczego warto hamować negatywne myśli.

Postanowiłam napisać to dla siebie i dla niektórych z Was. Może do kogoś moje słowa, choć trochę dotrą i sprawią, że zatrzyma się w tym biegu... ku depresji.

Doświadczenie niepłodności, pomimo, ze nie jest to pierwsza poważna i dająca się odczuć choroba w moim życiu, jest najtrudniejszym i najbardziej bolesnym dotychczasowym etapem. Wiele razy chciałam się poddać, chciałam odejść od męża, żeby nie niszczyć mu życia, chciałam uciec na drugi koniec świata, żeby zgubić to, co przygniatało mnie najbardziej, czyli ciszę mojego domu, pustkę czekającego na dziecko pokoiku. Pewnie jeszcze nie raz odczuję ten stan.
Ale teraz... jestem na takim etapie mojej drogi, na której nie pozwolę sobie na cierpienie. Już nie. I chcę, żebyśmy my wszystkie cierpiące odnalazły spokój.
Ostatnio w komentarzach do któregoś z moich postów powstała taka mini dyskusja na temat kontroli swojego ciała. Dopóki mamy kontrolę nad nim, nie czujemy tak przygniatającego bólu, nie odczuwamy porażki. Gdy jednak robimy wszystko, by począć dziecko, a to się nie udaje, odczuwamy druzgocącą nas doszczętnie klęskę. Pojawiają się bolesne pytania, pełne bezsilności i lęku:
Jak długo jeszcze?
Co zrobiłam źle?
Dlaczego ja?
Jak dalej żyć?
Skąd brać siły?
Pytania kierowane do losu, do Boga... można różnie to nazwać... Co one dają? Najczęściej upust naszemu bólowi, który wraz ze łzami chcemy wyrzucić z siebie, zostawić obok...by móc pójść dalej, by móc znów próbować, by mieć siłę na kolejny cykl i często na kolejną porażkę.
Życie mierzone cyklami, życie od miesiączki do miesiączki, od owulacji do owulacji...
Moja uczennica na jednym z portali społecznościowych napisała dziś, że nie ma już sił, że coś jej w niej przeszkadza, ona próbuje to zmienić, walczy ,ale się nie udaje. Napisała, że próbuje budować dom ze szkła,a potem ktoś tak łatwo potrafi ten dom zburzyć, a jego odłamki kaleczą ją tak mocno, że nie jest w stanie zacząć budowy od nowa. I że już nigdy nie będzie normalnie.
Oczywiście ona nie pisała o niepłodności. Pisała o swoich przeżyciach. Ale czytając ją, widziałam siebie, moje koleżanki z którymi wymieniam na bocianie prywatne wiadomości i pewnie wiele z Was.
Myślałam co jej odpisać, by było to szczere i prawdziwe.I naprawdę wierzę,że zawsze można zacząć budować od nowa. Warto jednak uczyć się na własnych błędach. Jeżeli dom ze szkła runął, a jego odłamki skaleczyły nas dość mocno, musimy dać sobie czas na regenerację, a potem zacząć stawiać nowy dom... Tym razem z dużo bardziej trwałego i mniej niebezpiecznego materiału. Środowiska zewnętrznego nie zmienimy.  Ciąże są, były i będą. Nikt z naszego powodu nie przestanie płodzić dzieci. Jedyne,co możemy zrobić to zmienić siebie. Możemy zgodnie z naszym sumieniem szukać sposobów na zrealizowanie naszego marzenia o macierzyństwie. Ale nie powinnyśmy zakładać, że ponieważ bardzo się staramy, mamy szczytny cel swych działań,modlimy się, chodzimy do kościoła, na pewno nam się uda. Sztuką życia nie jest parcie do przodu w oczekiwaniu na burzę, ale umiejętność tańczenia w najbardziej ulewnym deszczu. I pomyślicie - łatwo napisać, litery są pozbawione uczuć, one nie czują, ich nie rozdziera rozpacz i niemoc!
I będziecie miały rację.
ALE : Walka, którą toczymy co dzień ma sens.
Skąd brać siły?
Z siebie. Z kochających Nas ludzi.
Poraz kolejny to napiszę: poddać się jest najłatwiej. Najłatwiej jest powiedzieć - wszystko nie ma sensu, czuję się do dupy, nie ma sensu dalej starać się, czuję się jak Syzyf itp. pierdoły...
W tym trudnym dla nas okresie walki, starajmy się przebywać wśród życzliwych nam ludzi.Bardzo łatwo dać się złapać w pułapki ludzi, którzy są mali, bardzo mali i próbują budować swoją wielkość naszym kosztem.
Nikt nas nie zmusi, żebyśmy walczyły o siebie. My same musimy znaleźć tę siłę...
W życiu najtrudniej jest być szczęśliwym. I z własnego doświadczenia wiem, że szczęście to ciężka, codzienna praca... Nic nie jest nam dane na zawsze z góry, nic za darmo. Więc, choć jest nam cholernie ciężko i mamy prawo czuć się skrzywdzone i bezsilne, słabe i oszukane - weźmy się w garść.
Wierzę w nas i wiem, że przed nami wiele szczęśliwych dni.
Nie napisałam tego, żeby się wymądrzać. Napisałam to, bo chcę w to wierzyć, uwierzyć, wcielić w życie.
Dziewczyny, czas wyruszyć w drogę, by odnaleźć siebie!

3:08 PM

Czy kochać przede wszystkim siebie?

Nachodzą mnie dość refleksyjne myśli. Może dlatego, że jestem na zwolnieniu i mam dużo czasu na przemyślenia, a może też dlatego, że mój organizm pragnie się bronić przed niebezpieczeństwem, którym jest ta nasza 'niepłodnościowa' walka.
Zastanawiając się nad motywami naszej adopcji ścieram się dość intensywnie z pytaniem postawionym przeze mnie w tytule... Dzisiejsza psychologia uczy egoizmu, bardzo wyraźnie ukazuje, że trzeba być dobrym dla siebie ( bez wyrządzania krzywdy drugiej osobie ).
Zastanawia mnie tylko: jak kochać siebie w momencie, gdy Twój organizm zawodzi?
To rzeczywiście bardzo, bardzo trudne.
Ze swojej perspektywy mogę powiedzieć jednak, że im mniej kocham siebie, tym mniej kocham też innych. Im więcej we mnie bólu, żalu, cierpienia, poczucia niesprawiedliwości..tym mniej we mnie miłości, empatii, chęci do życia i działania.
Nie mogę więc znaleźć siły do obdarowania miłością drugiego człowieka, małego, bezbronnego, pragnącego czułości, ciepła, bliskości.
Czyli jednak kochać siebie...przede wszystkim... Kochać siebie, bo kochanie siebie rodzi miłość do innych. Próbuję to robić.
Zastanawiając się nad motywami do adopcji, czuję jednak, że dość egoistycznie jest kochać przede wszystkim siebie. Nie mogę przecież powiedzieć, że pragnę adoptować, bo mój instynkt macierzyński szaleje, a ja wraz z nim :) I że przez miłość do siebie pragnę zaspokoić swoje potrzeby. Ale czy można powiedzieć, że nie jest to jeden z motywów kierujących kobietę w kierunku OA?
Wiem na pewno, że nie traktuję już adopcji jako substytutu, w mojej głowie, zupełnie prawdziwe i szczere jest myślenie, że adopcja to jedna z możliwości poczęcia mojego dziecka. Odnalezienia Go.
Jak bardzo cieszę się, że nareszcie zmierzam w tym właściwym kierunku...

12:29 PM

Dokumentnie :)

No i zaczęło się. Dziś umówiłam się na wizytę ze specjalistą i psychiatrą, żeby zdobyć zaświadczenia do adopcji. Rozpoczynam kompletowanie dokumentów.
Dzwoniłam też do Ośrodka, jeżeli dostarczymy wszystkie dokumenty w przyszłym miesiącu to szkolenie możemy mieć jeszcze w tym roku! :)
Machina ruszyła!!! Hurrraaa!!!!
Dokumenty potrzebne w naszym ośrodku:
  1. akt małżeństwa (w przypadku osoby samotnej akt urodzenia),
  2. kserokopia dowodu osobistego,
  3. sentencja rozwodu (w przypadku kolejnego związku, któregoś z małżonków),
  4. zaświadczenie o dochodach ,
  5. oświadczenie o niekaralności - wyciąg z rejestru skazanych,
  6. zaświadczenie lekarskie – stwierdzające, że stan zdrowia umożliwia sprawowanie opieki nad dzieckiem od lekarza rodzinnego,
  7.  oświadczenie, że  nie leczyło się w poradni uzależnień i zdrowia psychicznego
  8.   ew. od lekarza specjalisty ( w wypadku, gdy osoba leczy się na chorobę przewlekłą),
  9. życiorysy obojga małżonków, uwzględniające przede wszystkim informacje o rodzinach pochodzenia,
  10. podanie do naszego ośrodka a w nim zawarte oczekiwania w stosunku do dziecka (wiek, płeć), dokładny adres i kontakt telefoniczny, e-mail, krótka motywacja decyzji o adopcji,
  11. zdjęcie kandydatów 
 
  1.  

3:00 AM

O czterolistnej koniczynie raz jeszcze...

Pisałam kiedyś, że nie mam i nigdy nie znalazłam czterolistnej koniczyny, ale i tak mogę być szczęśliwa.
Ale... w weekend byłam na spacerze z moim 3-letnim chrześniakiem, tłumaczyłam mu, że koniczyny mają 3 płatki, a jeśli znajdzie koniczynę z czterema płatkami to będzie miał wielkie szczęście. I dla przykładu zerwałam jedną na chybił-trafił.
I wyobraźcie sobie, że była czterolistna. Pierwsza w moim życiu. Wierzę, że to znak, że nadchodzą lepsze czasy. Może to śmieszny zabobon, ale przynosi mi tyle dziecięcej radości i nadziei. Nadchodzi wielkimi krokami moje szczęście!
Na zdjęciu uchwyciłam moje znalezisko:

Klik!

TOP