Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroby. Pokaż wszystkie posty

8:33 PM

Power off.

Dziś krótko - bo niedawno wróciłam do domu dopiero i przede mną setki zdjęć do obróbki z sesji wielkanocnych - a czuję, że jestem Wam winna wyjaśnienie blogowej ciszy...
 
Zawsze ambitna - wymyśliłam sobie, że ogarnę wszystko - powrót do pracy, chorujące dzieci, studia podyplomowe, bloga, no i jeszcze fotografię...
Efekt jest taki - że od miesiąca, a nawet od dwóch, jestem ciągle chora. W zeszłym tygodniu chorował Leoś. Na szczęście - to był wirus, trzymał go w wysokiej gorączce prawie tydzień.  A gdy jemu przeszło - rozwaliło mnie... Dostałam takiego zapalenia zatok, jakiego w mojej 32-letniej historii życia nie doświadczyłam. Tydzień gorączki 39, ból mięśni, kości, zatkany totalnie nos, brak smaku, głodu, brak głosu i zatkane lewe ucho. Skutek? Obecnie pożeram drugi już antybiotyk w tym miesiącu... A trzeci w tym roku.
Ot - choruję jak dziecko, które poszło pierwszy raz do przedszkola. Nabywam na nowo odporność, a że w szkole wszystkie dzieciaki kaszlą - no to ja kaszlę podwójnie, a nawet poczwórnie. Do tego wszystko robię w biegu, chodzę z gorączką do pracy ( bo zużywam zwolnienia na chorujące dzieci), w weekendy z gorączką śmigam na studia ( bo jak opuszczę analizę matematyczną to nie poratuje mnie nawet google, youtube ani wolframalpha...), po nocach uczę się od egzaminów ( nie przypuszczałam, że na podyplomówce będzie tyle nauki, ile było na studiach...), nie poświęcam dzieciom tyle czasu, ile powinnam i czuję się jak stary, śmierdzący kapeć na dnie półki z butami. Nadający się na śmietnik. 
W czwartek, dzieci usnęły, a ja siadłam na schodach w domu i zaczęłam beczeć jak dziecko. Przyszedł mój mąż i wyjątkowo ( bo zawsze mnie opieprza, jak beczę) zaśmiał się i przytulił mnie po prostu. Wiem, że on też jest zmęczony...

Dobra koniec marudzenia. 

Cieszmy się, bo przyszła wiosna! A razem z nią - mam nadzieję, nowe pokłady energii, sił i zdrowie.

A Wy jak się macie?? Co u Was?



Widzicie wielką marchewę w dłoniach Meli? To ja ją szyłam :) Niedługo tutorial :)

12:07 PM

Na końcówce, czyli mama wraca do gry...

Styczeń nie jest dla nas łaskawy. Zaczęło się od szpitala Leosia, zapalenie płuc dopadło i mnie...i tak kaszlemy...po dziś dzień.
Ja mam w głowie istny śmietnik, rozpierdziel i parę innych inwektyw bym znalazła, ale powstrzymam się, bo czytają to ludzie z kręgu mojej rodziny ;) ( Pozdrawiam serdecznie ;P)
A wszystko za sprawą zbliżającego się końca urlopu i powrotu do pracy, która...jak się okazuje, nie czeka na mnie z otwartymi ramionami...
Spędziłam 2,5 roku  w domu i prawda jest taka, że straciłam kompletnie dystans. Wszystko biorę tak bardzo na serio, że ciężko mi dać się ponieść i korzystać z zasady "miej wyrąbane, a będzie ci dane".
Odliczam dni ( a zostało ich 20), źle sypiam, przeraża mnie fakt, że wciąż nie wiem, czego będę uczyć i jak będzie wyglądał mój plan... Trudno mi cokolwiek przez to zaplanować... Dzieci zamiast adaptować się w przedszkolu i żłobku siedzą ze mną w domu, bo chorują i... mam katastroficzne wizje we łbie...

Dobra, skup się Alka, czy na pewno chcesz wracać do pracy?

TAK, bo:

- jestem u kresu wytrzymałości psychicznej, mój każdy dzień zaczyna i kończy się tak samo ( och, wzbogaca się czasem o duszący kaszel, sraczkę albo wymioty)
- potrzebuję rozmowy z kimś, kto ukończył choćby podstawówkę
- pieniądze piechotą nie chodzą i nie stać nas, żebym została w domu
- chcę wrócić, bo lubię być czynna zawodowo
- chcę się sprawdzić w czymś innym niż zmienianie pieluch i przygotowywanie warzywnych zupek
- czekałam na tę chwilę z niecierpliwością i radością od co najmniej roku...aż nie nadeszła...
- moje życie nabierze innych odcieni i emocji, może uda mi się nabrać odrobinę dystansu do tego, czym obecnie żyję
- praca w szkole daje mi szansę na pracę, ale jednocześnie w dużej mierze na bycie z dziećmi

NIE, bo:

- porzucę dzieci - skupiając się na dobrach materialnych i szansach na własny rozwój, zaprzepaszczę i utracę bezpowrotnie najważniejsze lata z moimi dziećmi
-będę rozdarta - pomiędzy dom i pracę
-będę pełna wyrzutów sumienia - bo z jednej strony nie będę w pełni mogła realizować się jako pracownik, a z drugiej strony jako mama


I tak to wygląda...
A jak było u Was? Już wróciłyście, czy powrót przed Wami? Jak to wspominacie? Pomóżcie!

A tymczasem... siedzę w domu, maluję farbkami, układam lego duplo,robię opaski, piekę, gotuję, smażę, chodzę na spacerki... Czyli ładnie mówiąc, jestem na stanowisku Koordynatora ds. domowego ogniska.







11:45 PM

Jak interpretować wyniki badań krwi u dziecka?

Dziś kontynuacja posta: Gdy choruje dziecko.


Stało się. Dziecko gorączkuje kolejny dzień, a my nie chcemy bez wyraźnego powodu ładować w nie antybiotyku ( pamiętamy, że ten na wirusy nie działa, za to znacząco osłabia odporność organizmu). Postanowione zatem - idziemy na pobranie krwi z dzieckiem i ewentualnie z wynikami do lekarza.

Badanie krwi u niemowlęcia i małego dziecka nie jest przeprowadzane na czczo. Dziecko musi być dobrze napojone, żeby pobranie krwi było przeprowadzone sprawnie i w miarę krótkim czasie ( krew nie może być zbyt gęsta po prostu).
Gdy już dotrzecie do laboratorium - po pierwsze - nie panikuj. Tak , Ty. Nie Twoje dziecko pierwsze i nie ostatnie. W rzeczywistości pobranie krwi jest mniej bolesne niż nam się wydaje. Przeraża raczej sam fakt ingerencji w nasz organizm, niż sam ból. Także spokojnie, zrób dwa oddechy i pamiętaj - dziecko czuje Twój niepokój.
Pamiętaj, żeby po pobraniu krwi zapytać o możliwość podglądu wyników w internecie. Często pojawiają się one w przeciągu 2-3h.

Jakie wyniki zrobić w "pierwszym rzucie" :
-morfologia z rozmazem
-CRP

Te podstawowe dwa badania krwi są niezbędne do przeanalizowania najważniejszych parametrów zapalnych.
Nie chcę, by ten post był kolejnym standardowym postem o interpretacji wyników badań, których w sieci jest całe mnóstwo. Dlatego nie zamierzam omawiać wszystkich elementów, które znajdują się w morfologii,a tylko te, na które należy zwrócić szczególną uwagę.
Interpretację wyników krwi postaram się omówić na przykładach.

Przykład. 1
Dziecko ma podwyższoną temperaturę ( ok.37,6 st.Celsjusza) już drugi dzień. Dnia poprzedniego żadnych dodatkowych objawów, a dziś dołączyła się biegunka ( ok.12 na dobę). Dziecko już chorowało na rotawirusy, było na nie również szczepione.

Wyniki krwi wyglądają następująco. 


Co z nich wynika i jak na nie patrzeć:

1) patrzę na ilość leukocytów - czyli białych krwinek  - tu mamy wartość 12,39 G/l - czyli norma.
Gdyby było ich za dużo, mamy sygnał, że w organizmie toczy się walka związana ze stanem zapalnym. Gdyby było ich za mało ( rzadko ) - może to być związane ze skutkiem ubocznym leczenia ( ja tak miałam bardzo długi czas, gdy przyjmowałam immunosupresanty) lub innymi sytuacjami, którym należy się bliżej przyjrzeć, wykonując zlecone przez lekarza, specjalistyczne badania.

2) zawsze, niezależnie od rodzaju infekcji ( lub jej braku) patrzę na hemoglobinę ( w przykładzie 1 norma) - czyli czerwony barwnik krwi, zawierający w swojej budowie żelazo - jego niedobór świadczy o anemii, natomiast wartość podwyższona, o możliwym odwodnieniu organizmu ( np. przy trwających długo biegunkach), niektórzy mają wysoką hemoglobinę uwarunkowaną genetycznie ( norma przekroczona w niewielkim stopniu)

3) kolejnym niezwykle ważnym parametrem jest ilość limfocytów, która to w różnego rodzaju infekcjach zwiększa się. Wartość ta jednak nie informuje nas, czy mamy do czynienia z bakterią czy z wirusem. Aby się tego dowiedzieć musimy wykonać rozmaz krwi.

4) monocyty informują nas o tym, czy w organizmie toczy się infekcja. Ich ilość rośnie w trakcie choroby, ale pozostaje podwyższona również po wyleczeniu (przez jakiś czas).

5) w końcu interpretujemy rozmaz krwi - czyli procentowy udział różnych krwinek białych ( tych wcześniej wspomnianych leukocytów), a w nim najbardziej interesuje nas ilość neutrocytów, których poziom gwałtownie wzrasta w infekcjach bakteryjnych, gdyż to one odpowiedzialne są za zwalczanie bakterii ( patrzę zarówno na całkowitą ilość neutrocytów we krwi, jak i % udział w krwinkach odpornościowych) . Ich niedobór pojawia się po leczeniu antybiotykiem ( dlatego dziecko jest bardziej podatne na infekcje) lub w szeregu innych zaburzeń organizmu ( ale bez paniki, moja Melka ma niemal zawsze wyniki poniżej lub na granicy normy i nic z tym nie będziemy robić, po prostu tak ma)

6) niezwykle istotnym parametrem jest CRP - czyli tzw. białko C-reaktywne lub białko stanu zapalnego. Jego poziom wzrasta bardzo szybko ( dużo szybciej niż OB) przy infekcjach i jest swoistym wykładnikiem toczącego się stanu zapalnego. Już wynik powyżej 5 świadczy o tym, że w organizmie toczy się walka, ale dopiero powyżej 10, a nawet 20 sygnalizuje, że choroba może mieć trudniejszy przebieg. W infekcjach wirusowych CRP oscyluje mniej więcej w granicach 10-40, natomiast w bakteryjnych może przyjmować wartości wyższe. Niestety samo CRP nie daje nam wiedzy o rodzaju infekcji. Niskie CRP może występować zarówno przy bakterii ( w początkowym stadium choroby) jak i przy wirusie. Konieczna jest dalsza analiza ( np. rozmaz). Z rzeczy istotnych - CRP przy infekcjach bakteryjnych maleje po podaniu właściwego antybiotyku bardzo szybko. Jednak ma pewną właściwość nazywaną bezwładnością i możliwa jest sytuacja, w której pomimo właściwego leczenia, CRP wzrasta przez pierwszą dobę,a dopiero potem zaczyna spadać.

Przyjrzymy się zatem wynikom krwi przedstawionym w przykładzie pierwszym. Niebieskim długopisem zakreślono ważne paramettry: CRP oraz limfocyty i neutrocyty. Widzimy, że CRP jest podwyższone, powiedziałabym, że znacznie. Samo w sobie nie informuje mnie jednak, czy infekcja jest wirusowa czy bakteryjna. Dopiero, gdy patrzę na neutrofile to widzę, że najprawdopodobniej mam do czynienia z wirusem, bo wynik neutrocytów jest w normie.

Wniosek: w organizmie toczy się walka z wirusem przewodu pokarmowego. Antybiotyk nie jest konieczny.

Przykład 2.
Dziecko ma wysoką temperaturę już 3 dzień. Gorączka ciężko się zbija, nie spada poniżej 38 st. Celsjusza. Dziecko nie skarży się na ból, gardło nie jest zaczerwienione,a węzły pozostają niepowiększone.

Wyniki krwi prezentują się następująco.


 Analogicznie do przykładu 1 analizuję wyniki krwi.

1) patrzę na ilość leukocytów - są w normie, ale w jej górnej granicy.

2) hemoglobina - w normie.

3) limfocyty - w normie.

4) monocyty podwyższone - czyli mamy jakąś infekcję

5)  rozmaz krwi -neutrocyty podwyższone, ale nieznacznie, najprawdopodobniej infekcja bakteryjna dopiero się rozkręca albo organizm już sobie z nią sam radzi.

6)CRP - podwyższone, ale nieznacznie, wniosek zatem podobny jak w podpunkcie 5)


Wniosek: w organizmie toczy się walka z bakterią. 

Ja z tymi wynikami postanowiłam udać się do pediatry, ponieważ sama nie byłam pewna, jak je zinterpretować ( czy organizm sam sobie poradzi, czy to może coś poważnego). Lekarz zbadał dziecko ( Leosia;)) i stwierdził zaróżowienie w uchu, świadczące o stanie zapalnym ( synuś o dziwo nie narzekał na ucho). Włączono antybiotyk (Augmentin).

A teraz ćwiczenie sprawdzające, które omówimy w kolejnym poście. 


Dziecko gorączkuje 24h, jest apatyczne. Pojawiają się dreszcze ( nie mylić z drgawkami). Gardło blade, węzły niepowiększone.

Wyniki krwi:





Możecie analizować w komentarzach :)
Pamiętajcie, że przedstawione przeze mnie sposoby interpretacji wyników krwi, nie mogą zastąpić konsultacji lekarskiej. Mogą natomiast być pomocne w ustaleniu przyczyny choroby. 


 



2:37 PM

Gdy choruje dziecko...

...czyli kiedy idziemy do lekarza i dlaczego z wynikami krwi.
Pewnie niewielu z Was wie, że chciałam być lekarzem. Złożyłam nawet papiery i pojechałam razem z koleżanką z klasy na egzamin na AM w Szczecinie. Jakież było moje zdziwienie, gdy na 5 minut przed wejściem na salę egzaminacyjną okazało się, że mojego nazwiska nie było na liście. Ba! Nie było nikogo o nazwisku zaczynającym się na literę od A-K. Taka byłam mądra, że nie spojrzałam na adres, uznałam, że wystarczy, że moja kumpela spojrzała. A ona miała na nazwisko na W.
Szybko zadzwoniłam po taxi, pognałam do iinego miejsca, odległego celu, wpadłam jako ostatnia na salę. Ręce mi się trzęsły jak szalone. To były jeszcze czasy, gdy na medycynę zdawało się test z 3 przedmiotów: fizyki, chemii i biologii. Z fizyki nie umiałam nic, więc tylko strzelałam. Z biologii zdawałam maturę, więc wydawało mi się, że pójdzie mi świetnie. A z chemii byłam całkiem dobra, więc też zakładałam, że wszystko będzie dobrze. No ale przeliczyłam się. Z całości miałam 54 punkty. A żeby się dostać trzeba było mieć 70.( Moja kumpela miała 69 :( ). Tak więc pożegnałam się, nie bez żalu, z wizją bycia lekarzem i skończyłam Polibudę w Gdańsku.
Często sobie myślę, że mogłam próbować jeszcze raz. Ba! Mogłam się chociaż pouczyć przed tymi testami, a ja dokładnie pamiętam, co powiedziałam mojej mamie przed wyjazdem : "Jak Bóg chce, żebym była lekarzem, to nim zostanę".
Fascynacja medycyną nie minęła mi. Tym wpisem rozpoczynam serię postów o zdrowiu, chorobach, leczeniu - myślę, że to może być fajne i przydatne miejsce, które stworzę razem z Wami, bo każdy z nas ma spore doświadczenie z chorobami i warto to usystematyzować i zebrać.


 Kiedy robić wyniki krwi i dlaczego?

Chyba nikt nie lubi, gdy jego dziecko jest chore. Być może można się na to uodpornić - ja niestety jeszcze nie osiągnęłam  tego etapu. Za nami cały rok ciężkich chorób, dziesiątki gorączek, biegunek, chorób typowych i zupełnie kosmicznych. Chcę się z Wami podzielić tym, co udało mi się przez ten czas wypracować, co pomgło mi nie zwariować (chyba ;)).
Wiem, że wiele osób może się ze mną nie zgodzić - ale ja jestem zdania, że za każdym razem, gdy dziecko gorączkuje 3 dni i nie ma wyraźnych przesłanek do antybiotyku,  należy zrobić morfologię i crp. My tak robimy. Na trzeci dzień gorączki ( jeśli nadal utrzymuje się na wysokim poziomie) idziemy na pobranie krwi z dzieciakami, potem decydujemy, czy idziemy do lekarza po antybiotyk, czy też mamy do czynienia z wirusem i zostajemy w domu. (WAŻNE: ANTYBIOTYK PODAJEMY DZIECKU TYLKO NA INFEKCJE BAKTERYJNE, NA WIRUSY NIE DZIAŁA, NATOMIAST ZMNIEJSZA CZASOWO ODPORNOŚĆ DZIECKA, WIĘC PODAWANIE GO BEZ WYRAŹNEGO WSKAZANIA JEST BŁĘDNE). Zanim jednak udaję się do laboratorium, sprawdzam:

*gardło dziecka - czy jest czerwone, czy są czopy ropne na migdałach
Dla jasności - nie tak łatwo ocenić, czy gardło jest czerwone, czy różowe. Ja świecę do gardła dziecka latarką ( serio ;) ) i wtedy widzę,  czy całe gardło jest jednego koloru, czy może w okolicach migdałków gardło jest mocniej zaczerwienione. Jeśli jest tylko zaczerwienione - można przypuszczać, że mamy do czynienia z wirusem, natomiast jeśli widzę biały nalot na migdałkach (może świadczyć o anginie) natychmiast udaję się do pediatry .

*węzły chłonne - czy są powiększone. Dotykam w miejscach oznaczonych kropką:

( artystką chyba nie jestem, estetką niestety :( też nie :P) Dodatkowo jeszcze dotykam pod paszkami. Zgrubienia, jeśli istnieją, są wyczuwalne najczęściej w postaci takich małych guzków i świadczą o stanie zapalnym i toczącej się w organizmie walce z drobnoustrojami ( choć mogą również świadczyć np. o chorobie nowotworowej , na szczęście, statystycznie bardzo  bardzo rzadko). 

* uszy - czy dziecko uskarża się na ból ucha, gdy naciskam okolice przyuszne. Jeśli tak - można przypuszczać, że mamy zbliżające się lub toczące się zapalenie ucha ( które może być zarówno o podłożu wirusowym jak i bakteryjnym).

Gdy żadne z wyżej wymienionych nie potwierdza przyczyny gorączek, sprawdzam:

*mocz - czy jest mętny ( Melce zakładam woreczek do zbierania moczu, a Leoś siusia do kubeczka).
Czasem, w kryzysowych sytuacjach wiozę ten mocz na badania jeszcze.

Taki wypracowałam sobie system, który mnie uspokaja w sytuacjach utrzymywania się wysokich gorączek, (których nie znoszę). Ale oczywiście wymaga on sporego doświadczenia i pewności w przedstawionych czynnościach.
A Wy? Czy idziecie do lekarza już pierwszego dnia gorączek? I jak często badacie u swoich dzieci krew?

PS.W następnym poście podstawowa interpretacja badań krwi.

EDIT:
Zbliża się 22, więc zgodnie z obietnicą wyniki konkursu Hygge.
Dziękuję Wam serdecznie za udział w konkursie. Wszystkim i każdemu z osobna. Wierzę i mam nadzieję, że czas, który poświęciliście na przemyślenia, pomoże Wam w pełni cieszyć się z otaczającej Was rzeczywistości. I że sam ten fakt jest dla Was nagrodą. Spośród wszystkich prac, we współpracy z moją przyjaciółką Marysią B., wyróżniłysmy 5 najpiękniejszych, naszym zdaniem, komentarzy.

Wyróżnieni to:
1) J Lo - za te roześmiane oczy, które zobaczyłyśmy w wyobraźni
2) Fioletowo-żółta - za zapłakane oczy podczas śpiewu ukochanej piosenki
3) Magda Ulańska - za opróżniony miłością zlew pełen naczyń
4) Anonimowa - za dostrzeganie piękna w cudzym szczęściu za polem kukurydzy
5) Mimi - za hygge które dostrzega wokół, pomimo tego, że jeszcze wciąż tęskni

Niestety nie mam 5 nagród :( A zdecydować się na 1 było mi bardzo trudno. Więc skorzystałam z pomocy mojego małego skrzata o pięknym imieniu na literę L. I rozpoczęliśmy losowanie.



Leoś wybrał Anonimową! No i mamy problem, bo nie wiem, kim jesteś :) Droga Anonimowa odezwij się na priv. Poproszę dane do wysyłki :) (sprawdzę adres IP)

Oto zwycięski komentarz:
"Moment zachwytu.
Fascynacja i zaskoczenie.
Tupot jego małych stópek. Zapach, uśmiech, pierwsze słowa, pierwsza piosenka.
Mały człowiek, wielkie osiągnięcia.
Przytulenie, nocne strachy i buzia wygięta w podkówkę.
Mnóstwo wzruszeń.
Wspólny film z mężem na kanapie i salwa śmiechu.
Zrealizowany projekt.
Wyprawa do przyjaciółki i widok jej pięknego domu za polem kukurydzy. Zapowiada się wspaniały weekend, który jak zwykle minie zbyt szybko…
Spełniające się marzenia.
Wysłuchane modlitwy.
Udany placek.
Muskający twarz wiatr i kojące słońce – krótka chwila relaksu w ogrodzie.
Poszukiwanie sarnich śladów zimą w lesie.
Wycieczka na grzyby z mamą.
Zakup pięknego, starego mebla do renowacji.
Dzisiejsze dwie kreski.
Nowa rzeczywistość."

Gratulacje!!!

8:10 AM

Etapy.

Jestem i żyję. Choć czasem się zastanawiam, czy tak jest ;) Brak mi czasu na cokolwiek.  Dzieci wypełniają mnie po brzegi. Kocham je całym sercem, są cudowne i prześmieszne. Starsze już i niezmiennie fascynujące. Ale czasem chciałabym, choć jeden wieczór spędzić z książką, koleżanką, ciszą. Może nie "choć jeden wieczór" co "jeden wieczór". Więcej mi nie potrzeba, bo tęsknię za maluchami już po dwóch godzinach ( czasem na tyle znikam do lekarza lub dentysty ;) ).
Różne są dni i tygodnie w moim życiu. Moje małżeństwo też jest zupełnie inne niż dwa lata temu, inne niż przed rokiem. Raczej nie poszliśmy w dobrym kierunku. Mamy kryzys. Trwa już kilka,a może kilkanaście tygodni. Wierzę, że to przejściowe. Przecież życie to sinusoida. Właśnie teraz mamy sinusoidalny "dołek". Oby to był tylko taki etap...

Leoś ma już 2,5 roku. Pięknie już mówi, choć jeszcze niezupełnie po polsku :)
                                                                   


Ja: Synku, co Ty robisz tym młotkiem?
L: Aklawiam auto mamusiu. Musię, tatuś aklawiał dzisiaj. Ja aklawiałem z tatusiem. Nie popsiułem ja.

                                                                       ***

Ja: Jak masz na imię synku?
L: Lechoś.
Ja: A ile masz lat?
L: Trzy. ( tyle ma odkąd skończył 1,5 ;D)

                                                                       ***

Ja: Jutro jest poniedziałek. Kończy się weekend i idziemy do żłobka.
L: Ja pójdę. Tatuś psijdzie, po obiadku. Nie będę płakał. Olafek będzie. Maciek będzie. Nie będę bił. Autem jeździć będę. Na dwórku. Nie spadnę.

                                                                       ***

L (nucąc pod nosem):Dadi figel, dadi figel łe a ju, hil aj em, hil aj em, hałuju.
Ja: Co Ty śpiewasz kochanie?
L: Figel!!! ( krzyczy młody pokazując paluszki) - dla tych co nie znają piosenki o paluszkach załączam piosenkę :)




                                                                       ***

Ja: Synku, śpij już proszę... Jest 20:30.
L: Usiądź mamusiu, usiądź obok!!!
Siadam.
L: Koła atobusu klęcą się, klęcą się, klęcą się.
Ja:Synuś już nie śpiewamy, imprezkę zrobimy jutro.
L: Jutlo. Póniej. Zlobimy jutlo implezkę.
Ja: Tak kochanie, już śpimy.
L( kładąc się na drugi bok): Jadą, jadą misie, psijechały do lasu, nalobiły hałasu...


                                                                       ***

L:Ja wsiądę na motol. Nie spadnę. 
Ja: Nie kochanie, to nie nasz motor i jesteś jeszcze za malutki.
L: Jutlo. Póniej, w poniedziałek.
Ja:Kiedyś kochanie na pewno.
L: Ja wsiądę. Na chwilkę, nie spadnę. Motolem jechałem z dziadkiem. Nie spadłem.
Ja: Tak synku, jechałeś. Ale to nie jest nasz motor.
Leo rzuca się na ziemię i rozpoczyna histerię ;) Niestety owy motor stoi obok naszego domu i histeria odbywa się za każdym razem, gdy obok przechodzimy.

Amelka niedługo kończy roczek. Powoli szykuję jej urodzinki. Ale o tym w kolejnym poście 
( zamierzam powrócić na dobre ;), ale wszystko zależy od moich dzieci, a głównie ich zdrowia). Przez 12 miesięcy jej życia 8 razy byłyśmy w szpitalu. Za każdym razem obiecywałam sobie, że jeśli w końcu wyzdrowieje zacznę pisać jak dawniej, ale gdy już miałam nadzieję na lepsze czasy, znów jechałyśmy karetką, albo gnaliśmy na SOR z przerażeniem w oczach... Liczę, że teraz będzie lżej... Będzie zdrowiej i spokojniej.
Nasz ostatni pobyt miał miejsce miesiąc temu... Wyjechaliśmy na pierwszy weekend we 4. Melka była zdrowa przez miesiąc i odważyliśmy się. Już pierwszej nocy skoczyła jej temperatura do 38 i tak dziwnie popłakiwała przed snem. Następnego dnia miała 37,6. Miałam nadzieję, że przyczyną są zęby ( wciąż nie mamy żadnego!) , ale o 16 Mela zaczęła się trząść. Trzęsła się tak dziwnie. Wzięłam ją na balkon, do światła, żeby się przyjrzeć...i wtedy zobaczyłam, że sinieją jej usta. Spojrzałam jeszcze na palce, a tam... już całkiem sine paznokcie. Wzięłam ją pod pachę i krzyknęłam do męża, żeby brał Leo i że jedziemy do szpitala. Boże, sama się trzęsę jak o tym piszę. Nie wsadzałam jej nawet w fotelik. Gnaliśmy przez las do Kościerzyny, przed siebie...nie wiedząc tak naprawdę, gdzie jedziemy...gdzie jest szpital. Mała zasypiała mi na rękach. A ja błagałam ją, żeby nie zasypiała. Chyba nigdy się tak nie bałam. Na szczęście szpital był dosłownie 5 minut autem od hotelu. Wbiegłam na SOR, jak nas zobaczyli to zerwali się na równe nogi i o nic nie pytali tylko zwołali lekarzy. Wtedy Melka była już cała marmurkowata, miała sine usta, była apatyczna. Ja zaczęłam płakać, wiukać wręcz, błagałam, że podłączyli jej pulsoksymetr. Ale nie mieli dla takich maluszków... Pobrali jej krew. I podczas tego pobierania mała nagle rozpłakała się, zrobiła czerwona jak burak i gorąca jak piec. Temperatura skoczyła jej do 39 z hakiem, z 36,8. I ponoć ten gwałtowny skok temperatury wywołał taką reakcję jej organizmu.
Okazało się, że Melka miała zapalenie pęcherza E.coli. CRP przy przyjęciu 63, a po dobie, po podaniu leku 140. Na szczęście antybiotyk był trafiony w punkt i szybko mogliśmy wyjść do domu na leczenie doustne. Na nieszczęście okazało się, że moja rzygająca córka nie jest w stanie go przyjmować i musiałyśmy wrócić do szpitala ( plus, że już w Gdańsku) na cały cykl leczenia dożylnie.
Po wyjściu ze szpitala nie mogłam dojść do siebie. Sama nie wiem, czy przyczyną był stres i jakaś infekcja czy autoimmunologia. Miesiąc zdrowiałam. Nie mogłam jeść. Ciągle bolał mnie żołądek, kręciło mi się w głowie, zaczęły mnie boleć stawy. 
Do dziś dokuczają mi te ostatnie...
I też liczę, że to w końcu minie i że będzie lepiej.

I tak jak widzicie, ciągle na coś liczę. Na nowy dzień, na lepszy czas, łatwiejsze życie, bez chorób i tylu trosk... ale jednocześnie wiem, że teraz jest taki etap w moim życiu. Taki etap w małżeństwie. W karierze. W macierzyństwie. Etap, który minie.
I muszę cieszyć się tym co mam, bo nie raz jeszcze będę za tym tęsknić.
Próbuję więc. 

...i gdy patrzę na to zdjęcie sprzed kilku dni, czuję, że przecież na tym etapie, na którym jestem, mój świat to dwie małe wielkie istotki, moje serduszka, tak słodkie, że chciałoby się, mimo trudności, zamknąć się w tej pięknej chwili na zawsze.
Jak dobrze, że są. MOJE nieskończenie kochane dwie iskry szczęścia.

Klik!

TOP