9:09 PM

Pustka.

Tak niespodziewanie...w zeszły piątek straciłam babcię. Odeszła we śnie.
Została pustka. Nr telefonu w kontaktach. Zdjęcia kilkudziesięciu wspólnych chwil.
Wspomnienia pełne jej pogodnego usposobienia. Zabawne powiedzenia, niemieckie Harlequiny, szafa z ubraniami, na których czuć jeszcze jej zapach...
Nie zdążyłam przywieźć jej Melki, zrobić kalendarza ze zdjęciami wszystkich wnuków, powiedzieć, że bardzo ją kocham...tylu rzeczy nie zdążyłam...nie zdążyłam podziękować jej za życie...
Miała 84 lata. A jednak, gdy kogoś kochasz, zawsze jest za wcześnie, by się z nim rozstać.

Kochana Babciu, gdy wczoraj żegnaliśmy Cię na cmentarzu, wyszło słońce i zaczął jednocześnie padać śnieg... Wiem, że to znak, że ubrana w biel jesteś już w świetle wieczności, blisko Boga, w cieple jego serca. Pijecie pewnie kawę i żartujesz, jak zawsze.
Zazdroszczę Mu.
I tak, jak powiedziała wczoraj na mowie pożegnalnej Twoja koleżanka Babciu, nie spieszę się do Ciebie, ale czekaj na mnie...


10:57 PM

Dzień za dniem.

Ostatni zalany nienawistnymi komentarzami post, pozostawiam w takiej formie w jakiej jest i nie będę wchodzić w dalszą rozmowę z tymi, którzy w sposób ordynarny, agresywny, chamski i bezczelny, próbują oczernić, splugawić i rzucić kamieniem w innych. Komentarzy nie usuwam, bo trzeba mieć świadomość, że tacy ludzie są wśród nas, karmią się niszczeniem innych. Trochę to zaskakujące i szokujące dla mnie, ale realne, więc trzeba się z tym zmierzyć.

U nas płynie dzień za dniem. Za mną dość ciężki tydzień. Amelia ma katar i znów wymiotuje, a w tym tygodniu mają nas planowo kłaść do szpitala na 3 dni, na  gastroskopię. Leoś też ma katarek. Ale rzecz ważniejsza: pożegnał na dobre swego przyjaciela dydusia :D  Myślałam, że to się nie uda. A póki co usypianie idzie całkiem nieźle. Co prawda muszę siedzieć przy łóżeczku i trzymać młodego za łapkę, głaskać po buźce, aż całkiem uśnie, a trwa to nawet 1,5h. Ciężko trochę, bo klęczę przy tym łóżku podskakując, bo jeszcze bujam Melkę w nosidle, ale do przeżycia. 
No dobra...więcej niż do przeżycia. Sytuacja jeszcze ciepła, bo z dzisiejszej nocy. Głaszczę Leosia, ręka utknęła mi pomiędzy szczebelkami, Melka płacze, Leoś siada. 
L:"Mamusiu, Ameja pacie( płacze)"
Ja:"Wiem synku, nic się nie dzieje, wszystko jest dobrze, kładź się kochanie."
(Leo kładzie się). Ja podskakuję delikatnie z Melką, żeby ją uspokoić. Oswobadzam rękę ;) 
L:"Mamusiu, usiądź! Lączka!".
Siadam i bujam się trochę, jak lekko walnięta. Trzymam młodego za rączkę. Nogi bolą mnie bardziej niż przy Chodakowskiej. Czuję, że zaraz się rozbeczę z niemocy ( mąż w pracy).
L:"Mamusiu, dluga lączka tu"  - synek nakazuje mi oddanie mu do rączki obu moich dłoni.Tłumaczę mu, że nie mogę, bo trzymam siostrę. Gładzę Go po buzi i głaszczę.
L:"Kocham ( wzdycha)".
(Amelia też wzdycha).
Ja też wzdycham. I choć jednocześnie zdycham to myślę sobie - "Kurczę, jest pięknie". Bo jest :) Czasem tego nie widzę, ale kiedy się zatrzymam i spojrzę dokładniej to spływa na mnie jakaś niewidoczna fala ciepła. Ściska mnie za gardło. I czuję wdzięczność.

Druga ważna rzecz: młody od dwóch miesięcy przechodzi trening czystości i dziś pierwszy raz przez cały dzień nie posiusiał się w majteczki :) Spanie jest wciąż z pampersem.

Z rzeczy gorszych, bo i takie są, Leo zaczął okładać i wywracać siostrę. Wygląda to tak, że podbiega do niej, gdy siedzi ( siedzi samodzielnie już jakiś czas) i popycha ją. Czasem biegnie i już mówi: "Popchnę Ameję, popycham." Albo podchodzi, siada obok niej i klepie ją w czubek głowy ( i od razu patrzy na moją reakcję). Ja wiem, że to chęć zwrócenia na siebie uwagi. Próbowałam różnych sposobów polecanych przez psychologów, m.in. jasny, krótki komunikat, zabieranie Melki i skupianie swojej uwagi na niej, jako pokrzywdzonej, tłumaczenie, że rączki nie są do bicia i parę innych. Może macie jakieś sugestie, jak sobie z tym radzić przy tak małej różnicy wieku?

PS.
"szukam świata
w którym jedna jaskółka
czyni wiosnę
gdzie szewc
chodzi w butach
gdzie jak cię widzą
to dzień dobry
szukam świata
w którym
człowiek człowiekowi
człowiekiem"
-Borszewicz

Wciąż wierzę w taki świat. Mimo wszystko. I kropka.




8:43 PM

PIS off!

Nigdy nie wtrącałam się w politykę. Nawet w momencie wyborów, jedyne o czym wspomniałam na blogu, była zachęta do głosowania w zgodzie z własnym sumieniem. Gdy wygrała partia, której program był sprzeczny z moją wizją Polski, też postanowiłam milczeć i dać im mój kredyt zaufania. Nie należy przecież oceniać po pozorach czy skreślać na samym początku. Ale właśnie teraz nadszedł czas, gdy czara mojej wewnętrznej goryczy się przelała. Mam dość. Nie potrafię dłużej milczeć i w spokoju obserwować tego, co się dzieje w naszym kraju.
Zawsze byłam patriotką. Nie wyobrażałam sobie życia za granicą, dwa tygodnie na obczyźnie wystarczały mi, by tęsknić za tą naszą "normalnością". A teraz... pierwszy raz w życiu czuję, że w innym kraju żyłoby mi się lepiej.

Jestem wierząca. Nie jestem za aborcją. Nie podeszłam, mimo kwalifikacji i możliwości, do in vitro. Mam adoptowane dziecko. I jestem szczęśliwa. Czyż nie jest idealnym przykładem człowieka zgadzającego się z elektoratem PIS-u?
O ironio!

Wyobraźcie sobie sytuację, w której wszystkie moje decyzje podejmowane byłyby za mnie lub poza mną. Czy byłabym równie szczęśliwa?

Czy gdybym wiedziała, że dziecko, które mam urodzić, nie ma narządów wewnętrznych, ma głęboką deformację z rozszczepem kręgosłupa włącznie, byłabym w stanie nosić je pod sercem 9 miesięcy? Robić badania, słuchać bicia jego serca, badać długości i wielkości rączek, główki i nóżek. A potem byłabym je w stanie urodzić...pozwolić mu umrzeć...i żyć dalej? Czy byłabym w stanie podjąć decyzję o kolejnym dziecku? Czy miałabym siłę patrzeć na inne, szczęśliwe rodziny bez zazdrości, smutku i zawiści ( uczuć tak niechcianych, a które potęgowałyby poczucie mojego wyobcowania...)

Czy gdybym wracając do domu w wieku lat 15 została brutalnie pobita, zgwałcona przez 3 młodych, pijanych mężczyzn, przeżyłabym informację o tym, że poczęte w ten sposób dziecko ma się rozwijać w moim ciele i przypominać mi o tym dniu...? a potem miałabym je urodzić...? czy jako 15-latka udźwignęłabym taki ciężar, czy raczej targnęłabym się na swoje życie? Bo może to za dużo dla takiego, też przecież jeszcze, dziecka...? 

Czy gdybym dziś dowiedziała się, że jestem w ciąży, która realnie zagrażałaby mojemu życiu, a dziecko rozwijające się we mnie miałoby poważne wady wrodzone i niewielkie szanse na przeżycie pierwszego roku, nie czułabym się skazana na śmierć, a moje dzieci nie zostałyby skazane na pozostanie sierotami? Czy mój syn miałby dźwigać kolejny ciężar, choć przecież w swoim dorobku ma już kilka zerwanych więzi i ogromny bagaż, z którym przyjdzie mu się kiedyś zmierzyć?

Ja nie odpowiadam. Niech każdy odpowie na te pytania sam. W moim odczuciu nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Wszystko zależy od człowieka i musi rozegrać się w jego sumieniu.
Wszelkie nakazy i zakazy, które brutalnie wpijają się w sferę osobistą i odbierają prawo wyboru i decydowania o sobie, będą budziły bunt i frustrację.  Nawet Bóg dał człowiekowi wolną wolę. Nawet On. Ale w naszym kraju, nawet Boga należy co nieco poprawić, zmienić, taka przecież "dobra zmiana"... Właśnie dlatego kościół przestaje być miejscem mojego azylu. Moją przystanią i schronieniem. Odebrano mi coś bardzo cennego. Chciałabym zapytać - jakim prawem?

(zmanipulowane) Media, których nie da się słuchać. Internet przesiąknięty hejtem, wyzwiskami, negatywnymi i chamskimi komentarzami dotyczącymi zwolenników i przeciwników różnych partii. Napędzająca się spirala nienawiści. Wchłaniamy ją, chcąc nie chcąc, jak gąbka dzień po dniu.

Jesteśmy tylko szarymi ludźmi i nasz głos zawsze był niczym szelest, niesłyszany przez ludzi na górze. To się nie zmieniło. Teraz jednak chcą nam odebrać nawet ten nasz szelest. Wiążąc usta przeróżnymi ustawami. Pokazując, że prawo wyboru istnieje tylko w sejmowej ławie. Najpierw decyzja o zamknięciu refundacji in vitro, teraz zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej. I wszystko to w sposób tak strasznie nieludzki, chory, patologiczny wręcz. 
W mojej głowie codziennie w odpowiedzi na bieżącą sytuację polityczną brzmią nuty dwóch piosenek. Są jak mantra, która wypełnia przestrzeń moich myśli...

"Wolność, kocham i rozumiem, wolności, oddać nie umiem..." To przykre, że tak wielu z nas tej wolności nie potrzebuje. Tak, właśnie tak to odbieram. Jak można zgadzać się na uwięzienie w klatce - wyznania, przekonań, milczenia,służalczości, "norm"...  Stąd już jest krok do szeroko pojętego rasizmu, ksenofobii... 
Uwięzieni w klatce Polacy, niby większość ( bo przecież obecny rząd wybrała "większość", a przynajmniej ta większość, której chciało się ruszyć tyłek na wybory), dlaczego czujecie tak silną potrzebę podporządkowania się, wejścia w sztywne ramy - czy nie ufacie własnemu sumieniu i sumieniu innych ludzi?
Ciekawe jest to, że najwięcej do powiedzenia w sprawie in vitro mają osoby, których niepłodność nie dotknęła. Ciekawe, że w sprawie zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, prawdę jedyną wygłaszają kobiety po menopauzie i księża...

Jestem za ochroną życia. Żeby to było jasne. Za ochroną życia. Ale nie za poświęceniem życia... 
Nie wolno nam wrzucać wszystkich do jednego worka. Nie wolno! Każdy przypadek i każdy człowiek to odrębna historia pełna wątków pobocznych, którym należy się przyjrzeć. Nie wolno nam wyrokować na wyrost w cudzych tragediach. Nie wolno nam.

"Wolnoć Tomku w swoim domku", jak mówi stare przysłowie. Stare...a jakże współczesne.








9:41 AM

A jednak...Mycoplasma!

Krótko dziś. Od piątku jesteśmy w domu :) Badanie plwocin z tchawicy nie potwierdziło istnienia cyst Pneumocystis. Dla porządku zrobiona badania przeciwciał przeciwko Mycoplasmie. I trach ciach - trafione. Jest mykoplazmatyczne zapalenie płuc. Mamy antybiotyk doustny ( Sumamed) i jesteśmy w domu. Od razu jest poprawa.
..a już mnie oskarżali w szpitalu, że nie dawałam młodej Baktrimu w styczniu...dlatego ma nawrót... Powiem szczerze, że doprowadzało mnie to gadanie do szewskiej pasji, albo raczej dzikiej furii.
Teraz liczę, że będziemy mieć trochę spokoju.
Dziękuję Wam za modlitwę i wsparcie. Jak widać, działa cuda!!! <3

10:18 PM

Wiem, że nic nie wiem.

Szczerze mówiąc nadal nie za bardzo wiadomo co jest Amelii. Miała wczoraj bronchoskopię w narkozie, która nie wykazała żadnych nieprawidłowości. W przełyku ( a udało się obejrzeć połowę) też nie zaobserwowano naczyniaków, ani punktów krwawień. Natomiast uwagę zwraca olbrzymia ilość pienistej wydzieliny, śluzu, który wypełnia oskrzela. Pobrano go do badań mikrobiologicznych. Obrazowo wygląda to na pneumocystozę ( czyli tę chorobę wywołaną przez pierwotniakogrzyba pneumocystis carini, którą Amelia miała w styczniu), w grę wchodzi jeszcze ewentualnie Clebsiella i Mycoplasma. Co do pneumocystozy to albo się z niej nie wyleczyła, albo ma nadreaktywność oskrzeli po infekcji.  Wyniki mają być jutro. One zadecydują co dalej z nami. Jeśli w śluzie będą cysty pneumocystis carini to zostajemy na leczeniu dożylnym jeszcze 3 tygodnie!!!!!!!!!!! Jeśli nie to nas wypiszą i będziemy się bujać po innych placówkach - poradnia immunologiczna, alergologiczna, gastroenterologiczna.
FUCK. FUCK. FUCK.
Dziś jestem z Leosiem. Wymieniamy się z mężem, żebym mogła pobyć trochę z synkiem. On przeżywa. Widzę, że bardzo. Dziś oglądał filmiki Amelki ze szpitala i mówi:
"Ameja, ukocham. Psijedzie lekazia i bawić. Kocham."

Ja też ich kocham. Nad życie.

8:17 PM

Pokora.

Wielki tydzień... przyniósł nam szpital. We wtorek w nocy wzywałam karetkę. Melka wymiotowała samą krwią i śluzem. Dostała gorączki.
Tkwimy w tym szpitalu i nie znoszę tego dzielnie. Załamałam się.
Nie wiedzą, co jej jest. Na razie wyleczyli infekcję Campylobacter, gorączka okazała się być zapowiedzią trzydniówki po prostu, ale wymioty zostały. Praktycznie nic nie je. A jak zje 30ml to najczęściej zwróci. Na szczęście bez krwi.

Takie moje Alleluja. Nie do końca radosne...ale wiem, że znowu po coś... Wszystko to, czego doświadczam bardzo dotkliwie i skutecznie uczy mnie pokory. Jest we mnie lęk, ale nie ma gniewu...
Gdy siedząc w szpitalu w świąteczny poranek, wertowałam internet, napotkałam ten mem:


...zdałam sobie sprawę, że nie jestem jedyna. Szpital zapełniony jest po brzegi. Nie tylko ten,  w którym leżę.
I jeszcze dziś zmarł ksiądz Jan Kaczkowski. Ciężko mi  oddychać.
Proszę, pomódl się dziś za księdza Jana i za nas.

2:31 PM

Chrzest Amelii i drugie urodziny Leoncja.

Nareszcie mam chwilę ( jakieś 45 min), by napisać, co u nas się wydarzyło, co słychać, poza chorobami ( bo o tym wiecie).
Leoś rośnie i dorasta. Jest niesamowity, zaskakuje nas, rozśmiesza i powala na łopatki każdego dnia. Pięknie już mówi, choć nie wszystko wyraźnie. Literka "L" to "J", podobnie jak "R" :) Od kilku dni zaczął wszystko zdrabniać. Na przykład:
"Mamo, chodź na dwójek (dwórek), jowejecek (rowereczek) pojeździć"."Ooooo, desejeczek! (desereczek)", "Motojeczek (motoreczek) jedzie!!!", "Kokeciek! (koteczek)".
Jest bardzo uczuciowy i wrażliwy, chyba po mnie, bo mój mąż taki absolutnie nie jest. Lubi się tulić, całować, głaskać. Mówi nam, że nas kocha ( najbardziej swoją Ameję). Gdy coś zrobi źle i zwrócę mu uwagę, zaraz odpowiada:
"Pójdę, pójdę, do kąta." - następnie leci pod drzwi domu, rzuca się na ziemię i odstawia akt I sztuki :"Mamo, odwracamy role, chodź mnie przeprosić." Wygląda to tak, że zaczyna się wycie kojota i krzyki:" Mami, maaaaammmmiii, opaaaaaa, siesiosić (przeprosić)". Początkowo latałam za nim z poczuciem winy, że dwa razy poszedł do kąta i teraz ma zrytą bańkę, ale teraz wołam go po prostu i rozmawiamy. Ehh...tzn. staram się mu wytłumaczyć co zrobił źle, ale jak tylko się przytuli i powie mi:" Mami siesiasiam", to mięknie mi całe serce i chyba przez to brak mi konsekwencji.
Czasem niestety brak mi cierpliwości, szczególnie, gdy Leoś zrobi coś Amelii (choć przecież robi to nieświadomie), np. młoda siedzi, a on podbiega i walnie ją w klatkę, żeby upadła i leżała. Albo przytula ją ciągnąc za głowę. A ostatnio nakarmił ją czymś podobnym do żelków. Ja akurat korzystałam z WC, przy otwartych drzwiach oczywiście, przesunęłam ich na środek pokoju, żebym z łazienki mogła widzieć, no i zobaczyłam... jak L. wkłada coś A. do buzi. Nic tam, że okno balkonowe było odsłonięte, z gołym tyłkiem pobiegłam ratować Amelię. Ot, życie matki! :) (Z tego miejsca serdecznie pozdrawiam Pana w czarnej kurtce spacerującego z psem pod moim domem ;)). Młoda zacisnęła szczękę i ani myślała oddać żelka. W końcu się udało wyjąć to cholerstwo, a Melka radośnie ciumkała dalej słodki smak. Leoś przerażony ( bo ja wpadłam w panikę oczywiście i darłam się : "Amelia, wypluj to, wypluj!!!!), spojrzał na mnie i rzucił się tulić siostrę:" Ameja, siesiasiam...".
Gdy spytałam, dlaczego dał siostrze żelka, choć wie, że tylko mamusia może dawać jej jedzenie, odpowiedział:"Ameja buzię otoziła ( otworzyła), kamić (karmić)". Żeby było ciekawiej, Leoś włożył  jej już rozgryzionego żelka, na pytanie dlaczego, odpowiedział, że siostra nie ma zębów <3
Także u nas się dzieje. Czasem mam wrażenie, że zwariuję, czasem, że już zwariowałam. Czasem mam dość cholernie, czasem wszystko mnie wkurza i przerasta. Ale nigdy, nigdy nie mam uczucia, żebym była nieszczęśliwa. I to jest naprawdę wielka nagroda.

28 lutego ochrzciliśmy Melkę, tego dnia zrobiliśmy też drugie urodzinki młodego. Impreza się udała, córeczka, w przeciwieństwie do brata, przespała całą mszę ( nawet polewanie główki jej nie obudziło). Jedyny pech - ojcu chrzestnemu przed wejściem do kościoła pękła Amelki świeca.
Córcia prezentowała się wspaniale, ubranko na drutach i szydełku zrobiła jej na moje zamówienie babcia (teściowa), a na przebranie miała białą spódniczkę tiulową. Opaskę na główkę zrobiłam ja.
Poniżej skrót imprezy w kilku fotkach.

 Amelcia i ja :)

Amelki ubranko od babci.
 
 Leoś krzyczy:" Wyjąąąćććć, wyyyjjjąąąąććć". Łobuziak kochany :)


 Torty naszych dzieciaczków :) Były pyszne.

Napisałabym więcej, ale czas mi się skończył, heh.




10:26 PM

Uff.

Wyniki chlorków w pocie są dobre. 17, w normie. Odetchnęłam z ulgą.
Wczoraj mieliśmy konsultację. Dostaliśmy receptę na bardziej kaloryczne mleko. Młoda wymaga większej podaży kalorii. (Choć chyba tragedii nie ma. Ma 7 miesięcy, waży 7400 i ma prawie 70cm.) Mleko kupione, ale Mela ma odruch wymiotny przy pierwszym łyku.Cudownie.
No nic. Muszę być dobrej myśli. Inaczej zwariuję...zwariujemy wszyscy.
Najważniejsze , że Amelka już ochrzczona. Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Ale o tym w następnym poście.
Ludzie kochani... dziękuję, że jesteście. Takiej dawki ciepła, dobra i wsparcia, co od Was, nie dostałam przez większość mojego życia.

2:10 PM

Czekam.

Milczę, bo nie wiem, co napisać. Nie mam też na to sił. Kilka razy próbowałam naskrobać tu kilka słów, chciałam odpisać na komentarze, ale... ręce zatrzymywały się na klawiszach.
Diagnozujemy Amelkę, leczymy, ale nie ma poprawy. Ciągle kaszle, od dwóch tygodni nie ma apetytu. Teraz robimy jej badania w kierunku mukowiscydozy. Nie mogę spać po nocach. Chciałabym, żeby to się już wyjaśniło.
To okropne uczucie, gdy nie możesz nic zrobić.
Tylko czekać.
Czekam.
Znów czekam.


10:56 PM

Szlachetne zdrowie.

W styczniu, gdy byłam z Amelką w szpitalu z przeklętą pneumocystozą, obiecałam sobie, że gdy tylko Melka wyzdrowieje, zaczynam blogować na całego.
Po wyjściu ze szpitala wszystko wyglądało całkiem nieźle... przez całe dwa dni. Po tych dwóch dniach Amelia zaczęła kaszleć, osłuchowo zapalenie płuc,  zrobiliśmy badanie krwi - wirus, najprawdopodobniej RSV. Zaraził się Leoś. Potem okazało się, że też ma pneumocystozę. Leczyliśmy go krócej niż Melkę, bo jakieś 1,5 tygodnia, ale pod koniec leczenia przyplątała się kolejna infekcja i dostał kataru. Melka była wówczas wyleczona i zdawać by się mogło, że wychodzi słońce. Nic z tych rzeczy. Wyleczenie córki trwało 3 dni. Zaraziła się od Leonka, któremu katar minął bez dalszych konsekwencji po tygodniu. Młodej nie minęło. Zaczęła kaszleć i tak kaszle sobie już pełne 3 tygodnie. Zwiedziłyśmy różnych lekarzy, choć od szpitala jeżdżę z nią prywatnie ( jednak jak na złość nasz lekarz nie był dostępny przez ostatnie  2 tygodnie), diagnozy oczywiście były tragiczne - kolejne zapalenie płuc. Mimo stosowania leków nic się nie poprawiało. W końcu wrócił mój lekarz i dowiedziałam się, że Melka ma podejrzenie astmy wczesnodziecięcej. 
I na tym stanęło. Myślę, że to trafna diagnoza. Ja jako dziecko też miałam taką. Mam nadzieję, że minie nam jak najszybciej...liczę na okolice pierwszego roku. Tymczasem czekają nas niezliczone inhalacje i pewnie jeszcze sporo infekcji. Cóż... takie życie matki. A przynajmniej te jego ciemniejsze odcienie.
Także trochę spokojniejsza, mimo wszystko, szykuję się do chrzcin Maleńkiej i 2 urodzin Leośka ( są w niedzielę). Wcześniej nie robiliśmy mu urodzinowej imprezki, ze względu na choroby, postanowiłam połączyć ją z chrztem.

Mimo chorób, leków i trudności, Amelka skończywszy 6 miesięcy zaczęła siedzieć bez podparcia. Tym samym nie dostaliśmy skierowania na drugi cykl rehabilitacji. A Leon, słodki dwulatek - zaczął mówić proste zdania np. "Ameja nie śpi, zobaczyć", "Auto upadło", "Do góji iść, iść".
A ostatnio mówi, że będzie "prezesem tatusia paci (pracy)". No i potrafi wzruszać jak nikt inny.
Ja:"Synku, a kto Ty jesteś?"
L: "Serce mamy".
(Nie uczyłam go tego, często za to mówię do niego : Serce Ty moje, serduszko kochane.)

O tej naszej weselszej codzienności w następnym poście.


 

11:38 PM

Kochać.

Dobrze kochać. Nie tylko w Walentynki.

Dziś myślę o drodze, jaką przyszedł do mnie mój syn. Piekę mu urodzinowy tort. Coś ściska mnie za gardło. Mniej więcej dwa lata temu mój największy skarb został sam. Było mu zimno. Co z tego, że miał ciepłą kołderkę? Był samotny i przestraszony. Dziś, gdy mam Amelię widzę, że te 4 miesiące bez mamy, to dla Leo było bardzo dużo. Więcej niż dla nas.
Mój słodki dwulatek. Mój ukochany syn.
Pojawił się na świecie podczas, gdy ja...cierpiałam z tęsknoty i nie mogłam, i nie wiedziałam, że świat się zmienia. Właśnie wtedy, bezpowrotnie zmieniał się cały świat...

Rzadko myślę o adopcji. Na co dzień prawie wcale. Przypomina mi się, gdy młody ma jakieś trudności ( jak układanie puzzli itp.). Głupie to cholernie, ale tak jest. Doszukuję się wtedy winy w jego trudnościach, w matce biologicznej, w tym, jak się prowadziła w ciąży...
Powiedziałam ostatnio, przy takiej właśnie okazji, do mojego męża, że mam do niej żal, że mogła mu coś zabrać, że powinna była inaczej.
I wtedy mój mąż, jednym zdaniem, skosił mi umysł.
"Bądź wdzięczna, że go masz. Bo gdyby ona była inna i dbała o tę ciążę, to Ty byś go nie miała".

Więcej niż tysiąc słów, choć przecież to takie oczywiste.

Kobieto, która urodziłaś mi syna, dziękuję. Dałaś mi skarb. Ten skarb mówi do mnie: "mamo". Czeka na "plenty" z okazji swoich drugich urodzin. W Walentynki na pytanie w kim jest zakochany, odpowiada: "mamusi".  Biegnie w moje ramiona, gdy się boi.
Jest szczęśliwy. I ja jestem szczęśliwa dzięki niemu.

Dwa lata temu, mniej więcej, miłość mojego życia przyszła na świat.
Patrzę dookoła i widzę tyle miłości. Bo przecież ona niejedno ma imię.
Moja miłość ma dwa. Ale na pierwsze ma Leon.

Czy można kochać jeszcze bardziej?

 

9:28 PM

Wiosna na horyzoncie.

Czujecie ją?
U nas coraz cieplej. W końcu wyniki krwi poprawiły się na tyle, że możemy wychodzić na 30-minutowe spacerki. Od razu mi lepiej. I dni dłuższe. I światła więcej. Wiosno przybywaj!
Do tego przyznam się, że od miesiąca ćwiczę z Chodakowską ( Skalpel na zmianę z Killerem). Nic nie schudłam, w obwodach jakiś centymetr mniej ;/ Ale ciało mi się ujędrniło, mam więcej energii i lepszą kondycję. I skóra twarzy jakaś korzystniejsza, zdrowsza. Obym się nie poddała...


Klik!

TOP