Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spełnienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spełnienie. Pokaż wszystkie posty

9:05 PM

Forever Family :)))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

Jesteśmy po sprawie. Mój Leo jest nasz. Nasz na zawsze!!! :)
Nie wiedziałam, że rozprawa wywoła u mnie aż takie emocje. Rozprawa odbywała się w godzinach rannych w mieście, w którym jest nasz ośrodek. Musieliśmy pojechać do mojej mamy dzień wcześniej, a z samego rana zawieźć małego do mojej siostry ( która ma swoją dwójkę, jednego 4-latka przedszkolaka i drugiego w wieku Leosia). To było nasze pierwsze takie rozstanie i w zasadzie nie wiem, czy bardziej stresowałam się tym, że muszę się rozdzielić z moim Szkrabem, czy tym, że przed nami jedna z najważniejszych rozpraw w życiu. Mały po zawiezieniu do cioci (która będzie jego chrzestną) w ogóle nie zwracał na mnie uwagi, popiskiwał z radości na widok kuzyna i już za chwilkę gryzł go w piętę (pierwszy raz widziałam zapasy w wydaniu niemowlęcym i powiem szczerze, że oglądało mi się je o niebo lepiej niż w przypadku walczących dorosłych!).
Z ciężkim sercem wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy do miasta, w którym mieliśmy rozprawę.  Atmosfera w samochodzie przypominała trochę tę, która panowała podczas pierwszej podróży do naszego synka.
Dojechaliśmy przed czasem. Za chwilę przyszła nasza opiekunka z Pogotowia Opiekuńczego, będąca jednocześnie, do momentu rozprawy, opiekunem prawnym naszego Leo. Jak ją zobaczyłam to zachciało mi się od razu płakać. Nie wiem dlaczego. Pokazałam jej zdjęcia z tych dwóch miesięcy Leośka u nas. I oglądając je z nią, zryczałam się już porządnie.
Potem nas zawołali.
Weszliśmy na salę. Była niewielka. Razem z nami Pani Sędzina i dwóch ławników, sekretarz oraz opiekunka prawna Leo. 
Po przedstawieniu przez sąd powodu naszego spotkania zapytano najpierw mnie - o co wnoszę.
Przygotowywałam się dzień wcześniej. Wnosiłam o 4 rzeczy:

1) przysposobienie całkowite małoletniego
2) zmianę imienia
3) wydanie nowego aktu urodzenia
4) skrócenie czasu uprawomocnienia wyroku z 21 dni na 14dni

Z nerwów prawie zapomniałam o tym, że wnoszę o nowy akt. Ale w ostatniej  chwili mi się przypomniało.

Następnie o to samo zapytano męża.  Z nerwów powiedział, że wnosi o skrócenie aktu urodzenia :) Ja na to, też z nerwów, zaczęłam nerwowo rechotać na całą salę, co chwila przepraszając za swoje zachowanie :) Za chwilę sędzina poprosiła mnie o podejście do barierki do przesłuchań. I padło pytanie:
"Dlaczego zdecydowała się pani złożyć wniosek o przysposobienie małoletniego?"

Naprawdę, zazwyczaj w sytuacjach stresowych jestem niezwykle opanowana. Uwielbiam prowadzić konferencje, świetnie sprawdzam się w roli wykładowcy, zawsze umiem mówić ładnie i nigdy nie zdarza mi się mówić bez ładu i składu. Nie mówię tego, żeby się chwalić, choć wiem, że jest to jedna z moich mocniejszych stron. Dlatego olbrzymim zdziwieniem dla mnie było, gdy zamiast odpowiedzi, zaczęłam szlochać. A pomiędzy moimi łamiącymi się pojedynczymi słowami pojawiały się krótkie: "Jezu, przepraszam za moje zachowanie". Sędzina sięgnęła po husteczki... bo sama płakała razem ze mną. Opowiedziałam o naszej drodze po Leo ( wiem , że gadałam bez sensu naprawdę, nawet o tym, że mąż kostkę kładzie powiedziałam (????????!!!!!!!!!!!!????????)) i o tym, że już nie wyobrażamy sobie życia bez naszego synka. Sędzina pytała mnie jeszcze o nasze warunki materialne i o to, czy kocham męża :) No generalnie, jak sobie przypomnę, co mówiłam, to myślę, że zapomniałam mózgu na tę rozprawę chyba.

Po moim wystąpieniu przyszedł czas na męża. Gdy jemu zadano pytanie:" "Dlaczego zdecydował się pan złożyć wniosek o przysposobienie małoletniego?" odpowiedział, że po to, aby formalnie zakończyć sprawę adopcji Leo. Odpowiedź nie wzbudziła entuzjazmu sędziny, która ponowiła pytanie z lekką irytacją w głosie. Jednak mój inżynier nie rozumiał o co chodzi, co mówi nie tak.. Przecież odpowiada na temat, nieprawda? Pytanie nie brzmiało przecież "Dlaczego zdecydował się pan na adopcję". Odpowiedź zdecydowanie nie przypadła sędzinie do gustu, jedna z ławniczek powiedziała do niej - "On tak mówi z nerwów". Dała więc mężowi spokój.
Drugie pytanie do męża : "Co robi pan przy dziecku?"
Odpowiedź męża: "Bawię się z nim."
Wszyscy parsknęli śmiechem. Ja oczywiście najgłośniej.
Mąż trochę zdezorientowany: " No... kiedy nie śpi znaczy".
Ja w duchu zaczęłam się modlić, żeby go olśniło i powiedział, że karmi, chodzi na spacery, pomaga usypiać, kąpać... Później coś tam wydukał, ale średnio wiarygodnie to brzmiało :P

Następnie występowała nasza Pani-Ciocia z PO, musiała zdać słowną opinię na nasz temat. Nazwała nas bardzo empatyczną parą, idealną dla naszego Malucha. Mówiła coś jeszcze, wiem, że to były miłe słowa, ale co to było nie pamiętam, wiem, że wzruszyły mnie jej słowa i płakałam oczywiście.

Sędzina poprosiła o zdjęcia, które przynieśliśmy ze sobą. 
"Ojej, jaki śliczny chłopczyk, naprawdę" - wyrwało jej się.

Wszyscy oglądali zdjęcia. Za chwilę wyproszono nas z sali, a następnie zaproszono na ogłoszenie wyroku. Wszystkie moje postulaty zostały przyjęte :) Podczas ogłaszania niepohamowane łzy płynęły mi strumieniem po policzkach. Czułam przeogromną ULGĘ.
LEO jest nasz i za dwa tygodnie wyrok będzie prawomocny.
Pani Sędzina na "do widzenia" powiedziała, że jesteśmy cudowną rodziną i że nie ma na co czekać, tylko brać kolejne dziecko. To były bardzo miłe słowa, zważywszy na "jakość i profesjonalizm" naszego wystąpienia przed nią... :D

Być może sprawa to tylko formalność. Jednak po niej czuję się jeszcze wspanialej niż przedtem. Wszystko we mnie "puściło". To koniec i początek. To kres bólu i początek naszej rodziny. Przestały mnie boleć informacje o ciążach, przestałam myśleć o ciąży, czuję się WSPANIALE. Jestem mamą. Mam synka. Takiego kochanego i pięknego, jak naprawdę nieczęsto się zdarza. 
Czuję się wolna. Nie krępuje mnie strach przed samotnością i lęki. Nie czuję się staro. Odmłodniałam i wiem, że jeszcze wszystko przede mną. Znów czuję, że moje życie choć w części należy do mnie i zależy ode mnie... 
Jestem z siebie dumna. To piękne uczucie. Czuję, że postąpiłam zgodnie z moim przeznaczeniem. Czuję się tak, jak jeszcze nigdy. Czuję się po brzegi wypełniona sensem, zrozumieniem, ufnością.
Modlę się każdego dnia, by Bóg pomagał nam tworzyć naszą rodzinę, trzymał nas w opiece, chronił naszego syna. I choć z moją modlitwą wciąż jeszcze krucho, może powoli i to wróci na właściwe tory...

Jak gumką, ten wyrok wymazał ze mnie ból niepłodności.
Jest we mnie radość, spokój, spełnienie...a przy mnie... mąż, a przy mnie... syn.
Na zawsze.



8:37 PM

"Dzidzia w aucie".

Cieszą mnie takie błahe rzeczy. Tysiące. Tysiące rzeczy, o których marzyłam, które sobie wyobrażałam jako nie-matka, których zazdrościłam innym matkom. I nie mówię tu o rzeczach oczywistych, takich jak: oglądanie rzeczy w sklepie dziecięcym, mój synuś w wózku czy  spacery.... Cieszą mnie również bardziej przyziemnie rzeczy, każda z nich mnie roztkliwia, czasem do łez... 

Np. brudna od ulewania sukienka - przypomina mi chwile, gdy odwiedzałam moją koleżankę od bliźniaczek i ona zawsze narzekała, że ma wrażenie, że czuć od niej rzygami. Ja jej zazdrościłam. Nie myślcie sobie, że w związku z tym chodzę cały dzień w obrzyganej sukience, a ślady spawów Leo traktuję niczym najbardziej zjawiskowe tatuaże...ale...no po prostu to mnie cieszy. Uśmiecham się do przeszłości i myślę - nareszcie...

Niesprana marchewka - ojjj, jak trudno ją doprać :) Za każdym razem, gdy patrzę na kolejną niedopraną tetrową pieluchę, uświadamiam sobie na nowo, że Leo naprawdę jest. Tu przy mnie, właśnie mój...

Fotelik na tylnym siedzeniu samochodu - i wszystko jest inne... I widzę siebie jadącą do pracy moim autem i zatrzymującą spojrzenie na każdym samochodzie, w którym ulokowany był dziecięcy fotelik... przywołujący moją tęsknotę, pogłębiający moją ówczesną obsesję... Dzięki tamtym tęsknotom dziś, czuję bardziej!

Łóżeczko w naszej sypialni. Tak, nareszcie czuję tu takie ciepło!

Zmęczenie - gdy tylko zaczyna mi doskwierać, gdy padam trupem, a przede mną jeszcze masa pracy - przypominam sobie moją niemoc podczas tęsknoty za dzieckiem. Moje robienie na siłę i jakąś taką nieumiejętność czerpania radości z tworzenia... Dziś zmęczenie jest fragmentem życia, a mam wrażenie, że wcześniej  zmęczenie było życiem...

Kupa tuż po zmianie pampersiaka - standard :) Moje dziecko jest burżujem jak nic - w brudne pieluchy nie rąbie :) <3

Butelki do mleka na blacie w kuchni, mata edukacyjna i grzechotki w salonie, kaczuszki i żabka do kąpieli mojego synka na parapecie, przeglądanie gazetek w poszukiwaniu najtańszych pampersów,  wszystkie zrobione przeze mnie rzeczy (bo okazało się, że są użyteczne) - bo namacalnie uświadamiają mi, że w naszym domu jest DZIECKO. NASZE DZIECKO.

Naklejka w samochodzie "Dzidzia w aucie" - bo marzyłam o tym, żeby w moim samochodzie zawisła. Bo nie jeden raz wyobrażałam sobie, że ją przyklejam. Z tego wszystkie mam aż dwie :) Jedną dostaliśmy w gratisie, drugą kupiłam taką wypasioną. Jest przepiękna.

Pisałam tego posta siedząc obok łóżeczka mojego synka, bo był marudny i nie mógł zasnąć. Post skończony, a mój synek słodko śpi... Minął miesiąc odkąd dostaliśmy pieczę... Niepodważalnie, niezaprzeczalnie, bezsprzecznie NAJWSPANIALSZY,  NAJPIĘKNIEJSZY, NAJPRAWDZIWSZY,  NAJWRAŻLIWSZY,  NAJGŁĘBSZY,  NAJWAŻNIEJSZY, NAJKRÓTSZY :) miesiąc mojego życia.

Ejjjj...Ty na górze, BOŻE...dziękuję!
DZIĘKUJĘ...dziękuję....dziękuję....






2:18 PM

Pan Parówka.

Dni mijają jeden za drugim. Są do siebie podobne, ale jednak inne. Moje serce jest chyba z gumy, bo choć wydaje mi się, że jest już przepełnione miłością to każdego dnia kocham bardziej, mocniej, silniej.
Mój synek jest wspaniały. Ma swój rytm dnia, który zachowujemy i dzięki temu wszyscy są zadowoleni i wypoczęci, a i w domu powoli staram się zachować porządek.
Dziś mieliśmy wizytę z OA, było bardzo przyjemnie :) Mały gaworzył, pierdział, ślinił się i śmiał. Szczęście w czystej postaci.
Wczoraj mieliśmy ciężki dzień. Moi chłopcy ledwo ten dzień przeżyli...I nie wiem, szczerze, który miał się gorzej... A wszystko  za sprawą...planowego szczepienia... 3 w życiu Leo, ale naszego wspólnego - pierwszego. Dzień był upalny i mały nie usnął podczas swojej przepołudniowej drzemki. Zapakowaliśmy Go w samochód i pojechaliśmy do przychodni. Droga trwała jakieś 5 min, ale Misiol usnął od razu. Już w gabinecie - na śpiocha - rozbierałam Go, a mąż trzymał synusiową ulubioną zabawkę - piszczącą ważkę, albo motyla - w naszym domu nazywaną Panem Parówką. Po rozebraniu i zważeniu ( 7590g) przystąpiliśmy do kłucia.
Jestem chyba podłą matką - podeszłam do tego zadaniowo. Mnie zresztą nigdy nie przerażały igły, pobierania krwi i inne. Od dziecka znosiłam je z uniesioną głową i z uśmiechem. Może dlatego nie rozczulałam się nad małym. Gdy pielęgniarka kłuła Leo, on aż cofnął się cały i rozdarł dziabarkę na całą przychodnię. Ja go trzymałam, a mąż namiętnie dusił Pana Parówkę, który piszczał niemiłosiernie. Po wszystkim i mąż, i synuś byli cali mokrzy. A ja spokojna i trochę ubawiona postawą mojego męża. Cały wieczór, aż do nocy, przed oczami miał "krewkę", która wypłynęła po ukłuciu synusiowej nózi.
Po powrocie do domu synuś odpadł. Spał 4h, aż zaczęłam się martwić i poszłam zmierzyć mu temperaturę. Była podwyższona - 37,5st., ale stwierdziłam, że nie ma się czym martwić, to normalne po szczepieniu. Jednak po kilku godzinach temperatura wzrosła do 38,6 i podałam mu dawkę paracetamolu w syropku. Wtedy nie było mi już do śmiechu. Przepłakałam pół wieczora, a w nocy co godzinę wstawałam mierzyć małemu temperaturę... Na szczęście spadła i teraz wszystko jest ok. Przez te upały udało mi się nauczyć Brzdąca zasypiać w swoim łóżeczku i uważam to za mój pierwszy wychowawczy sukces! :)
A...wracając do wspomnianego Pana Parówki... Po powrocie ze szczepienia próbowaliśmy rozbawić naszego Smyka. Tak jak zawsze piszcząc Panem Parówką. Jednak syn patrzył na swoją zabawkę z niekłamanym oburzeniem i z rozmachem odwracał głowę, tak jakby chciał powiedzieć:
"I Ty, przyjacielu, przeciwko mnie? Nie ochroniłeś mnie przed piku piku oszuście!"
 Tak teraz śpi mój Skarb.
 Standardowo - nóżka się chłodzi :)

10:31 PM

Mam skrzydła.

Chyba tak. Bo fruwam nad ziemią. Każdego dnia wyżej. Z moim Maleństwem sobie fruwamy. Bo, że On jest aniołkiem to już wiecie.
Dostrajamy się i gramy razem coraz piękniej.
Ostatnio u mnie było za dużo łzawych postów, a że wylewa się ze mnie żar miłości, ale nie chcę Was ciągle rozczulać (bo będzie zbyt nudno i powtarzalnie :P), to dziś krótko :)
Mały torcik dla dziadków był :)
 A tak śpi w upalny dzień mój Synuś.
 I dziś zjedliśmy pierwszą marchewkę! Ależ smakowała :) Aż piszczał :)

Z niecierpliwością czekam na kolejny dzień :)

10:03 PM

Pod powiekami.

     Kiedy zamykam oczy pod powiekami wciąż czai się ból. Wracają cienie przeszłości, tak bliskiej, wciąż tak niedalekiej... Nie zapomniałam cierpienia niepłodności, nie zapomniałam smaku tęsknoty za dzieckiem, nie zapomniałam, jak ciężko znosić poczucie bycia inną, gorszą...nawet jeśli jest się świadomym, że się gorszym nie jest. 
Nasze dziecko przyszło do nas tak niespodziewanie, zmieniło wszystko tak z dnia na dzień, intensywność zdarzeń nie pozwoliła nawet tego wszystkiego przemyśleć. Ja - tak bardzo wzruszająca się, płacząca wszędzie i zawsze - nie wypłakałam jeszcze tych wszystkich emocji i teraz powoli czuję, jak wzbiera we mnie ich ogrom.

Mój synek jest piękny. Piękniejszy od wszystkich innych synków i córeczek. Piękniejszy od moich marzeń, piękniejszy od wyobrażeń. Wiem, że każda mama czuje w taki sposób. Jestem więc najnormalniejszą mamą świata.
Jestem nią od 2 tygodni.
2 tygodnie. A dokładnie 15 dni znam mojego synka. 15 dni odkąd Go przytuliłam pierwszy raz... 
Nie umiem wyrazić słowami euforii, szaleństwa, fali miłości, która mnie zalała. Nie czuję się w najmniejszym stopniu gorsza od biologicznych matek, mam najwspanialszego synusia świata. KOCHAM GO. Nie zamieniłabym Go na żadnego innego... Jest idealny.

Bóg. Wciąż wraca do mnie to uczucie i wciąż jeszcze we mnie trwa... Tyle, że dziś zmienia swą barwę... Ty Boże słyszałeś moje prośby, Ty Boże kazałeś mu czekać, Ty Boże kazałeś czekać nam.
Miałeś swój cel. Dziś wiem, że Leoś jest naszym brakującym elementem. Tak po prostu. Tym fragmentem, bez którego moje życie wyciekało ze mnie... kapiąc powolnym strumieniem żalu,bólu, tęsknoty i rozczarowania.
Dziś Boże, chciałabym Cię przeprosić, podziękować i prosić o jeszcze jedno... chroń mojego synka od złego...

     Pod powiekami wciąż, jak łza, drży tamten czas. Powiem to, ten czas gorszy, najgorszy w moim życiu. Ta droga, która była bardziej wyboista, niż miałam siłę znieść. Ta droga, która była cięższa niż moje ramiona mogły unieść. Ta droga, która zaprowadziła mnie do SYNKA. 
I dlatego, gdy podnoszę powieki, otwieram oczy...i widzę moje szczęście - to wyśnione, wymarzone, wymodlone - to pragnę patrzeć, pragnę czuć, pragnę kochać jeszcze bardziej i nie chcę już zamykać oczu. I nie chcę już przesypiać nocy i dni. I nie chcę już pod powiekami szukać schronienia przed codziennością. Teraz chcę żyć. Mam po co, mam dla kogo. Znów jestem ciekawa i głodna jutra. A chwila, która trwa, to chwila, na którą czekałam całe życie. 
I nie ma w tych słowach zbędnego patosu.
I tak, tak... moje życie to film.
I niech słowa mojej ukochanej poetki przekażą wszystkim to, co czuję otwierając o 5 rano oczy i słysząc szelest kołdry budzącego się mojego szczęścia...

"Więc jesteś? 
Prosto z uchylonej jeszcze chwili? 
Sieć była jednooka, a ty przez to oko? 
Nie umiem się nadziwić, namilczeć się temu. 
Posłuchaj. jak mi prędko bije twoje serce."



 

Klik!

TOP