(zdjęcie z 22 tc, miałam już spory brzuch, nie?)
Dni mijają, jakby zaczynały się i kończyły razem z mrugnięciem oka...
Dzieci poszły do przedszkola i żłobka. Cały tydzień minął nam bez chorób, ale jak powszechnie wiadomo, wszystko co dobre szybko się kończy, więc...od dziś jesteśmy już na chorobowym ( Mela kaszle i ma gorączkę...)
Pytacie w komentarzach na IG i tu, jak Mela radzi sobie w żłobku... Wyobraźcie sobie (choć sama w to do końca nie wierzę), że świetnie. Rano, gdy pytam, kto idzie do żłobka, krzyczy z radosnym piskiem - "Ja, ja, ja!!!", a w żłobku ściąga czapkę i przebiera nóżkami, gotowa, by wbiec na salę pełną dzieci i wszamać śniadanie. No - jedzenie jest jej ulubioną czynnością i panie nie mogą się nadziwić, gdzie młoda mieści dwa obiady ( nie wiedzą, że po powrocie do domu zjada jeszcze zupkę). Obecnie za to... Leoś je niechętnie. Nie wiem, czy to konsekwencja styczniowej choroby, czy może po prostu wszedł w taki etap ( oby nie), trochę mniej płacze przy rozstaniu, ale nadal niechętnie opuszcza moje ramiona...(czyt. bywają dni, że panie odrywają go ode mnie). Na szczęście ponoć smutek trwa nie dłużej niż minutę i mija, gdy tylko zamknę za sobą drzwi.
Pierwszy raz od prawie 3 lat bywam sama w domu. Dziwnie mi, mega dziwnie. To niezwykłe doznanie. W zeszły poniedziałek, pierwszego dnia, nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Krzątałam się po domu, sprzątałam klocki lego, jeden po drugim, zamiast jak zwykle zgarnąć je wszystkie naraz. Później siadłam do komputera, posiedziałam na fejsbuku, ale ciągle nie bardzo mogłam odnaleźć się w tej innej codzienności. Przypomniało mi się nagle, że kiedyś lubiłam muzykę i to niekoniecznie tę rodem z TVP ABC. Włączyłam więc YT, tam spostrzegłam Pawła Domagałę...i przepadłam.
Słucham go teraz codziennie. Słucham i ryczę.
Trochę wstyd mi to napisać... gdy teraz gdzieś przedstawiam siebie i tego bloga, oczekuje się ode mnie, że napiszę "kilka słów o sobie". Więc piszę frazesy...i po napisaniu kilku takich banalnych zdań...rośnie we mnie agresja. I zdaję sobie sprawę z tego, że nie wiem kim jestem, oprócz tego, że jestem mamą. Złapałam się nawet na tym, że pisałam "jestem kobietą, mamą bla bla", ale nigdzie nie napisałam, że jestem żoną... Tak, tak, wiem. Trzeba zawsze mieć czas, by pielęgnować małżeństwo itd. itp. ale chodzi o to, jak tak naprawdę się postrzegam. Czy macierzyństwo pochłonęło mnie aż tak, że przestałam mieć do powiedzenia coś więcej niż tylko to, z czym na co dzień się zmagam ( czyt. choroby, kupy, książeczki, zupki, zabawy, piosenki etc.) I wiecie co? Zupełnie szczerze muszę to przyznać. Mam mało do powiedzenia. Mało w stosunku do tego, co potrafiłam powiedzieć i zauważyć wcześniej, zanim miałam dzieci. Wtedy, gdy moje życie definiowała głównie niepłodność. Wówczas byłam bardziej wrażliwa na ludzi, bardziej otwarta, bardziej bezinteresowna, empatyczna i skłonna do wyrzeczeń. Odkrycie tej prawdy zasmuciło mnie. Zdałam sobie sprawę, że coś straciłam. I że chcę to odzyskać, muszę, by znów poczuć się sobą...by wiedzieć kim jestem.
Ktoś mógłby mi zarzucić, że jestem chwiejna, niezdecydowana, że nie wiem czego chcę. Nie byłam matką - źle, jestem matką - też źle, pracowałam - źle, nie pracowałam - źle itp. itd. Ale mogę mu tylko...przytaknąć i skinąć głową. Tak, taka jestem. Pragnęłam poczuć smak macierzyństwa i rozkoszuję się nim po dziś dzień, jestem dumna ze swojej rodziny, bo kosztowała mnie sporo i jest moją największą, niepodważalną nagrodą. Jestem szczęśliwą mamą. Ale jednocześnie, jestem bardziej skomplikowana. Jak drzewo, któremu nie wystarczy dostarczyć promienie słoneczne na jedną tylko gałąź... Nie jestem i nie będę matką polką. Nie jestem też jednocześnie zacietrzewioną feministką walczącą o równouprawnienie ( bo w nie nie wierzę...już). W miejscu, w którym znalazłam się obecnie, jestem rozdarta. Stoję trzymając obiema rękami moje małe dzieci, ale jednocześnie chcę iść do przodu i wiem, że muszę je puścić, muszę je tak trochę uwolnić. Uwolnić siebie. Pójść dalej, do przodu, muszę moim dzieciom zabrać kilka momentów z naszego wspólnego dnia i dać je innym, dać je sobie... Bo wiem, jestem pewna, że dzięki temu będę mogła dać moim dzieciom coś więcej niż tylko czas, będę mogła dać im siebie.
Tę prawdziwą mnie.






